Podróże Muzyczne relacjonują: David Byrne w Berlinie, Tempodrom, 12.02.2026!
Drugi koncertowy wieczór w tym roku i znów doświadczyłem czegoś znacznie
więcej niż tylko zwykłego występu! Ale czy mogło być inaczej w przypadku
legendarnego Davida Byrne'a?
Ten amerykański artysta od dekad wymyka się prostym definicjom. Już jako lider
Talking Heads objawił się muzycznym innowatorem w czystej postaci – twórcą,
który ze swobodą łączył rock, funk, elektronikę, muzykę świata, a przy tym
nieustannie przesuwał granice między koncertem, preformansem i sztuką
wizualną. Właściwie zredefiniował pojęcie koncertu jako spektaklu totalnego, w
którym dźwięk, ruch i obraz tworzą konceptualną opowieść. Jego twórczą odwagę
i kreatywność dane mi było doświadczyć podczas genialnego koncertu na
Open'erze w 2018 roku w ramach zachwycającej głębokim teatralnym wymiarem
trasy American Utopia. Tylko nie w pełnym wymiarze... Niby czułem całym sobą, że jestem
świadkiem jednego z najlepszych koncertów w historii Open'era – i takie
zresztą opinie są do dziś normą – ale jednak gdzieś w drugiej
połowie występu opuściłem Tent Stage, by... poskakać w pogo na koncercie
Yonaki. Jeśli drogi czytelniku plasnąłeś się teraz dłonią w twarz, to wybaczam – uczyniłeś to słusznie. Co za
błąd młodości... Dlaczego tak uczyniłem? No cóż, po prostu nigdy nie
określiłbym siebie jako "archeologa muzycznego" – jestem przeważnie typem, który żyje
popkulturową teraźniejszością i poszukuje świeżych bodźców, a wówczas zespół
Yonaka zapowiadał się jako niezwykle obiecująca rockowa nadzieja. Z
perspektywy lat ten potencjał nie został jednak wykorzystany, ale poniekąd
wówczas to był najlepszy moment, by zobaczyć ten młody brytyjski zespół na żywo. A
przynajmniej tak sobie staram się tłumaczyć ten mój wybryk... Niemniej z czasem
zrozumiałem, jak wyjątkowym i niepowtarzalnym doświadczeniem było to widowisko
Byrne'a z trasy promującej album "American Utopia". Mój żal do młodszego siebie pogłębił się jeszcze
bardziej na początku zeszłego roku po seansie koncertowego arcydzieła "Stop
Making Sense", dokumentującego nowatorski (to stopniowe budowanie sceny i
rotacja muzyków!), hipnotyzujący, skalujący energetyczną dynamikę występ
Talking Heads z 1983 roku w Hollywood Pantages Theatre. To było przeżycie, po którym zacząłem jeszcze
bardziej doceniać wizjonerstwo Byrne'a i twórczość jego macierzystego
zespołu. Choć na powrót Gadających Głów nie mamy chyba co liczyć, to na
szczęście ich lider jest nieustannie twórczo aktywny i kilka miesięcy temu
powrócił z euforycznym, barwnym albumem "Who Is The Sky?" i zapowiedzią nowej
trasy koncertowej! No nie mogłem tym razem tego przegapić! Natychmiast
zakupiłem bilet na koncert w berlińskim Tempodromie, który rozpoczynał
europejską część tego tour. W międzyczasie co prawda Byrne zaczął też ogłaszać
festiwalowe przystanki, w tym powrót na Open'era, ale ani przez sekundkę nie
przeszła przeze mnie myśl, by rezygnować z podróży do stolicy Niemiec. I była
to wyprawa doprawdy warta każdego grzechu i grosza!
Zgodnie z oczekiwaniami w cudownym wnętrzu sali Tempodrom (jeden z mych
ulubionych obiektów koncertowych o fenomenalnej akustyce, co ten wieczór tylko potwierdził!) byliśmy świadkami spektaklu absolutnego w każdym aspekcie! W
założeniach otrzymaliśmy barwne rozwinięcie koncepcji poprzedniej trasy
American Utopia: szare stroje Byrne'a i ponownie mobilnego 12-osobowego
zespołu na podobiznę marszowej orkiestry zastąpiły niebieskie kostiumy
(zamiennie na trasie pojawiają się też pomarańczowe), w tle zamiast kurtyny
złożonej ze swobodnych paciorków pojawiły ekrany wyświetlające panoramiczne,
efektowne wizualizacje i jeszcze do tego otrzymaliśmy repertuar z większym
naciskiem na klasyki Talking Heads, na co pewnie miał wpływ sukces powrotu do
kin zremasterowanego "Stop Making Sense". Na swoim miejscu pozostała sceniczna
forma 73-letniego artysty z bujną siwą fryzurą. Tryskał on przez cały wieczór
zarażającą młodzieńczą energią, zachwycał nadzwyczajnie silną formą wokalną i
rzucał celnymi żartami, anegdotami. Jego wspólne choreografie taneczne z
fantastycznie zgranym, nieustannie pozostającym w ruchu zespołem były
niesamowicie precyzyjne! I choć oczywiście każdy element tu był pieczołowicie
rozpisany i nie było mowy o instrumentalnej improwizacji, to jednak nie
czułem w tym kreatywnym show sztuczności. Zamiar były jasny: zachwycać i
sprowokować doskonałą rytmiką, tańcem i ponadczasowymi melodiami do
kolektywnej, euforycznej zabawy! Do czego zresztą jeszcze przed wyjściem na
scenę zachęcało nagranie głosowe Byrne'a puszczone z taśmy. Parafrazując:
odłóżcie telefony, nie rozsiadajcie się za wygodnie na krzesełkach, żyjcie
chwilą!
Rozpoczęcie koncertu było jednak bardzo skromne. Przy akompaniamencie
elektrycznej wiolonczeli, skrzypiec i keyboardu zawieszonego na muzyku za
pomocą uprzęży, Byrne wyśpiewał wersy klasycznej piosenki Talking Heads
"Heaven" w bardzo przejmującej wersji. Pierwsze dźwięki tego utworu sprawiły,
że siedzący obok mnie facet aż nieomal krzyknął i energicznie zacisnął dłoń
pod wpływem zachwytu, co tylko obrazowało, jaki poziom ekscytacji panował na
sali. Wszyscy znali słowa i podśpiewywali tę piękną melodię! W jej trakcie na
panoramicznym tle zaś wschodziła planeta Ziemia (sam zespół zaś stał na
powierzchni księżyca), a po zakończeniu piosenki, Byrne odwrócił się do niej
ze słowami: Oto ona! Nasze Niebo. Jedyne, jakie mamy. Takich
nut refleksyjnego tonu i społeczno-politycznych komentarzy również tego
wieczoru nie brakowało. Niemniej liczyła się przede wszystkim rozrywka
najwyższego polotu i artyzmu!
One, two, one, two, three – Byrne żywiołowo szarpnął
za struny gitary akustycznej, a z backstage'u stopniowo wyłaniali się kolejni
członkowie zespołu, dokładając instrumentalne i głosowe warstwy do kolorowego
pejzażu i porywającego witalnością "Everybody Laughs" – czołowego singla z
najnowszego albumu Davida. Podczas tego radosnego utworu za sprawą ekranów
trafiliśmy na nowojorskie ulice, obserwując ekscentryczne, komiczne (nawet
jeśli inscenizowane) obrazy z życia różnorodnej społeczności tej metropolii.
Uśmiech na twarzy zagościł mimowolnie! Tuż po tym kawałku na ekranach
wyświetlone zostały ikoniczne zdjęcia charakterystyczne dla Berlina, choćby
zielony ludek z sygnalizacji świetlnej, a chwilę później Byrne wprowadził nas
do utworu "And She Was" opowieścią o dziewczynie, z którą chodził do liceum, a
która to zawsze wydawała mu się nad wyraz szczęśliwa. Zastanawiał się, jaki był sekret
jej szczęścia. Okazało się, że to sprawka... LSD! Cóż, publiczność też zdawała się
być na narkotycznym haju podczas tego koncertu! Co prawda, liczyłem, że
energetyczne, gitarowe "And She Was" sprowokuje już całą płytę do wstania z
miejsc, ale wydarzyły się tylko takie pojedyncze przypadki. Zbiorowe kołysanie się
na krzesełkach trwało jeszcze podczas "Strange Overtones" z cudnie harmonijnym
refrenem i mistrzowskimi solówkami na syntezatorze, basie i gitarze – przyznam
się szczerze, że jednak już się nieco niecierpliwiłem i ostatkiem siły woli utrzymywałem się na krzesełku. W końcu jednak soczysty
funkowy rytm zapodany na basie przez Pinheiro w "Houses in Motion" wywołał
efekt domina! No w tym momencie już nie sposób było usiedzieć spokojnie! Nóżki
wpadły w tryb beztroskiego tańca! A sama kompozycja ponownie została wzbogacona o
fenomenalną, ostrą solówkę gitarą Raya Suena i zdynamizowana do obłąkanego
tempa w finale przez szaloną grę syntezatorowego mistrza Daniela Mintserisa.
Aż część muzyków, włącznie z Byrne'em, padła na deski sceny. Przetaczająca się
przez salę aura wszechogarniającej radości i taneczny impet – nikt już nie
śmiał o powrocie do pozycji siedzącej! – został podtrzymany przez najświeższy
singiel "T-shirt", który powstał we współpracy z niemniej legendarnym Brianem
Eno, który wyprodukował trzy albumowe arcydzieła Talking Heads w latach
1978-1980. W sumie sam byłem sobą zaskoczony, jak doskonale znam już tę
pozytywną i niezwykle chwytliwą piosenkę. Duet Byrne i Eno
wciąż ma w sobie tę magiczną nić porozumienia w tworzeniu przebojowych kompozycji. Emocje podczas tego kawałka
zostały zaś jeszcze podgrzane przez wyświetlane na ekranie dziwaczne hasła, w
tym najbardziej żywiołowo oklaskiwane: Make America Gay Again, No King i Berlin Kicks Ass!
Do ostatecznego rozluźnienia wszelkich kończyn doprowadziły kolejne numery
Talking Heads: latynoamerykański i afrobeatowy groove przewrotnie
postapokaliptycznego "(Nothing but) Flowers" oraz hipnotyczny i cieplutki puls
klasycznego "This Must Be the Place (Naive Melody)" okraszonego mglistym
leśnym tłem. Owacja po tych wykonaniach – ogłuszająca!
Do ekspresyjnych ruchów ciała zaprosiła również muzyczna opowieść o miłości
(To najlepsza forma oporu – rzekł o tym uczuciu tuż przed Byrne)
wpleciona w tropikalne, karaibskie, sprężyste rytmy "What Is the Reason for
It?". Ta kompozycja z ostatniego albumu – oryginalnie wspierana wokalnie przez
Hayley Williams, tu jej partie świetnie wyśpiewała Tendayi Kuumba – emanowała
na żywo istnym karnawałowym klimatem! Delikatne latynoskie zabarwienie również
było słyszalne w bardzo pogodnym solowym kawałku Byrne'a "Like Humans Do" z
albumu "Look into the Eyeball". To wykonanie zapadło w pamięci szczególnie za
sprawą efektownych wizualizacji członków zespołu w zwierzęcych maskach,
zsynchronizowanych z prawdziwą taneczną choreografią. Kilka chwil później
muzycy z bandu zostali pomysłowo przedstawieni podczas wyważonej,
przestrzennej kompozycji "Independence Day" z wyrazistą, westernowską grą
skrzypiec, gdy na gwieździstym tle (i na deskach sceny, choć z perspektywy
płyty nie było to widoczne) pojawiły się podążające za ich ruchem wyświetlane imiona.
W międzyczasie usłyszeliśmy jeszcze urokliwe "Don't Be Like That" z "Who Is
the Sky?". Ta przebieżka przez solową twórczość Byrne'a delikatnie może
ostudziła emocje, ale temperatura błyskawicznie znów osiągnęła stan wrzenia
przy prowokującym do głośnego śpiewu i tanecznego harcowania w funkowym
rytmie, temperamentnym "Slippery People"! Publiczność oszalała! Wiwaty nie
miały zamiaru ustać! A przecież najlepsze dopiero było przed nami...
Najpierw jednak David ostatni raz tego wieczoru powrócił do swojego ostatniego
dzieła za sprawą piosenek "Moisturizing Thing" oraz "My Apartment Is My
Friend". Szczególnie w pamięci zapadło to drugie wykonanie za sprawą
efektownego przeniesienia nas do wnętrza nowojorskiego apartamentu Byrne'a,
dając nam wgląd w życie amerykańskiego artysty podczas pandemii Covid.
Nieoficjalny hymn na cześć pandemicznej samotności, która też miała swoje
uroki. A nowe kompozycje, nawet jeśli nie wzbudzały tyle euforii, co klasyki
Talking Heads, to w mojej ocenie należycie zdały sceniczny test, wybrzmiewały
przekonująco, a nawet bardziej porywająco względem studyjnych wersji i nie
były przysłowiową kulą u nogi tego spektaklu. Zresztą, o czym my tu mówimy –
przez ten niemal dwugodzinny koncert nie było słabego momentu, a ostatnie
trzydzieści minut to już był lot w kosmiczne doznania!
Począwszy od – zapewne dla wielu obecnych starszych osób – zaskakującego
coveru "Hard Times" poziom mojego zatracenia się w to show przekroczył zdrowe
normy! Świetna, ujmująca me serce, utrzymana oczywiście w funkowym zacięciu, z
dynamiczną grą perkusji i ozdobiona kolejną gitarową szarżą Raya Suena wersja
przeboju zespołu Paramore. Zespołu, który to zresztą ma na swoim koncie
znakomitą interpretację "Burning Down the House" Talking Heads (to może
za dużo powiedziane, ale dane ją było mi usłyszeć w ich wykonaniu na Stadionie
Narodowym przed Taylor Swift). Ta chemia między Hayley Williams a Davidem
Byrne'em zdaje się wyjątkowo zacieśniona i jest ona dowodem na to, że 73-latek
jest nieustannie uważnym obserwatorem współczesnej popkultury i muzycznych
trendów. Tego dowodził też jego zeszłoroczny gościnny występ na koncercie Olivii
Rodrigo podczas nowojorskiego festiwalu The Governors Ball i porwanie się na
pocieszny cover jej przeboju "drivers license". Tej kompozycji jednak nie
usłyszeliśmy, gdyż finalny fragment zdominowały już legendarne kompozycje na
czele z...
"Psycho Killer"! Komiczna scena Byrne'a z cieniem, narastające stopniowo
uderzenia Stephane Sana Juana w przypięte do ciała perkusjonalia, które
zastąpiły oryginalnie pulsujący bas, charakterystyczne gitarowe akordy i w
końcu cały Tempodrom wykrzykuje jeden z najpopularniejszych refrenów w
historii muzyki:
Psycho killer, qu'est-ce que c'est? / fa fa fa fa fa fa fa fa fa far
better / Run run run run run run run away! Ciarki! Sytuacja o tyle wyjątkowa,
iż Byrne nie wykonywał na swoich trasach tej przełomowej dla nowej fali i
postpunka piosenki od dwóch dekad! Wszystko tu się zgadzało: chłód i
surowość (nieprzypadkowo ekrany zaciemniły się), neurotyczne wokale,
niepokojąca rytmika, rosnące napięcie w końcówce w dużej mierze za sprawą
solówki Kely Pinheiro na elektrycznej wiolonczeli. Tak, to była aranżacja
bogatsza od studyjnej wersji Talking Heads, ale wydźwięk tej ikonicznej
piosenki wciąż ponadczasowy! Ba, przecież pamiętam doskonale jak już lata
temu w skromnym Chełmnie – a i pewnie w innych miastach bywało podobnie –
niemal każdy początkujący zespół gitarowy z garaży i salek Domu Kultury
porywał się na "Psycho Killer" jako sceniczny chrzest. No ale usłyszeć ten
kawałek wyśpiewany tym oryginalnym, nietracącym swych walorów wokalem
Davida Byrne'a... Niebywałe!
Poziom intensywności mojej motoryki zwiększył się za sprawą porywającej i
natarczywie pędzącej kompozycji "Life During Wartime"! Totalnie już nie
potrafiłem zapanować nad swoim ciałem! Potocznie wyrywało z butów! A temperaturę podczas
tego numeru podgrzały na ekranach ujęcia brutalnej policji tłumiącej uliczne
protesty i ścigającej niewinne osoby, co oczywiście nawiązywało do obecnych
działań służb ICE w Ameryce. Nie wymagało to żadnego dodatkowego komentarza.
To był najbardziej kontrastujący moment tego koncertu z imo relaksacyjną
esencją twórczości Byrne'a. Ta zaś w pełni się objawiła w kończącym podstawą
część tego show, uwielbianym "Once in a Lifetime"! Wciągający groove, lśniące
syntezatory, podnoszący na duchy wielowarstwowy wokalnie refren, szczypta
rockowego huraganu w końcówce – bez wątpienia jeden z piękniejszych,
niepowtarzalnych i mocno ściskających za serducho momentów tego wieczoru!
Byrne i jego kompani przy wtórze żywiołowego aplauzu zniknęli na chwilę ze
sceny, by złapać zasłużony oddech.
Na początku bisu zostaliśmy poczęstowani jedyną kompozycją z poprzedniego
solowego albumu Byrne'a "American Utopia" – "Everybody's Coming to My House"!
Zespół ustawił się na scenie w ogniskowym półkolu, a nad nimi zawieszona
została pojedyncza staroświecka żarówka, bijąca ciepłym światłem, zwiększając
nastrojowy wymiar tej bardzo gospelowej wersji pieśni podanej w oszczędnej
aranżacji na klawisze, bas i perkusyjny bęben. No i wyśpiewaną uduchowionymi
wokalami całego zespołu! I szczerze – nie pamiętam, kiedy ostatnim razem z
taką werwą i siłą klaskałem w dłonie! Aż zapiekło! Na szczęście to był ból
czystej przyjemności! I na grande finale Tempodrom zapłonął w rytmie szaleńczo
doskonałej wersji kultowego "Burning Down the House"! Petarda! Wyskakane i wyśpiewane do
utraty tchu! To było tak euforyczne wykonanie, iż czułem, że jestem gotów zdobyć szczyt Mount Everstu! Bez wątpienia już dziś jestem przekonany, że to było jedno z
najradośniejszych przeżyć koncertowych tego roku!
Co mogę więcej dodać? Ten wieczór był nie tylko koncertem, lecz widowiskowym
spotkaniem z artystą w fenomenalnej formie, który od dekad konsekwentnie
przesuwa granice popkultury i koncertowego doświadczenia. Multimedialna
wizualna uczta, perfekcyjne nagłośnienie, wywołujący okrzyki zachwytu zespół złożony z wirtuozów śpiewu, tańca i instrumentów wszelakich, szalenie satysfakcjonujący i
porywający repertuar z licznymi ponadczasowymi kompozycjami! Tu wszystko się
zgadzało! Wytańczyłem się zdrowo, spalając kalorie spałaszowanych wcześniej pączków (taki tłusty czwartek to ja rozumiem!) i odprawiając przy tym pokutę za ten
wspomniany na początku, opuszczany w połowie występ Byrne'a na Open'erze w
2018 roku, czując przy tym przepływ tych elektryzujących emocji, które w
zeszłym roku towarzyszyły mi przy seansach (tak, na jednym się nie
skończyło!) koncertowego arcydzieła "Stop Making Sense"! Ten koncert Davida
Byrne'a był kosmicznie pięknym doznaniem! Stał się on obecnie obok Nicka
Cave'a jednym z moich największych muzycznych herosów starszego
pokolenia!
Błagam! Nie popełniajcie tego samego błędu, co niegdyś ja i nie przegapcie
koncertu Davida Byrne'a na Open'erze! Ja tam będę i sprawdzę Waszą obecność
Podróżujący! A za wszystkie spotkania z Wami w Tempodromie – szczere
podziękowania i pozdrowienia!
Fotorelacja:
Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne
18.02.2026












































