Podróże Muzyczne relacjonują: Tame Impala w Gliwicach, PreZero Arena, 18.04.2026!
Po dotychczasowych trzech festiwalowych wizytach australijskiego muzyka,
producenta i wizjonera Kevina Parkera ze swoim jednoosobowym
projektem/zespołem Tame Impala w naszym kraju, nareszcie doczekaliśmy się jego
pełnowymiarowych, osobnych koncertów w Gliwicach w ramach trasy promującej
zeszłoroczny album "Deadbeat".
Do dziś nie mogę odżałować, że – jakby tego mało, całkiem świadomie – ominąłem
szerokim łukiem pierwszy występ Kevina na Open'erze w 2013 roku (awaryjnie
wówczas awansował z Tenta na Maina, występując przed Arctic Monkeys), ale
wówczas dopiero zanurzona w rockowej psychodelii twórczość Tame Impala zaczynała skradać się do moich głośników. Przełom w moich relacjach z tym zespołem
nastąpił przy obecnie już kultowym albumie "Currents" i zwłaszcza za sprawą
drugiego koncertu na Open'erze w 2016 roku, który o mały włos przez problemy z gardłem Parkera by się nie odbył.
Na szczęście wówczas Kevin został postawiony na nogi przez lekarzy i tamten
występ totalnie przeniósł mnie już do psychodelicznego raju z grzybkami
wielkości sekwoi wieczniezielonych i porwał bardziej, niż występująca przed
nim Florence Welch ze swoim zespołem. Jeszcze większe wrażenie zrobił na mnie
już
headlinerski występ Tame Impala w 2022 roku podczas pierwszej i zarazem
ostatniej edycji warszawskiego On Air Festival. Tu, pod sceną, pojawiłem się już jako pełnoprawny fan jego twórczości i
koncertowej wizji. Co prawda wówczas scenografia świetlna była okrojona
(zabrakło pierścieniowej konstrukcji nad sceną) względem innych festiwalowych
występów, ale nie wpłynęło to na moje bardzo entuzjastyczne reakcje. I nie
tylko moje, bo cały tłum był w ekstazie! To był jeden z lepszych, jeśli nie
najlepszy festiwalowy headlinerski set tamtego lata w naszym kraju!
Z ekspansywną psychodelią i talentem do wciągających melodii Kevin stworzył
już na tamtym etapie niezwykłą, ponadczasową dyskografię, podbił headlinerskie
sloty na wielu festiwalach, ale nie zamierzał się na tym zatrzymać. W
międzyczasie, w oczekiwaniu na jego kolejny longplay, pisał licencjonowane
piosenki do filmów, czy też przede wszystkim współpracował z Gorillaz ("New
Gold"), Justice ("One Night/All Night", "Neverender") i współprodukował album
Duy Lipy "Radical Optimism". Renoma i pozycja Kevina w świecie muzycznego i
nie tylko showbiznesu nieustannie rosła i na dobre rozgościł się on w
mainstreamie.
A przy tym te ostatnie projekty otworzyły jego umysł na
inspirowanie się elektroniczną i taneczną muzyką, australijską sceną klubową i
przekształcanie tych wpływów w psychodeliczne doświadczenia, czego efekty
usłyszeliśmy na zeszłorocznym albumie "Deadbeat", który... wzbudził mieszane
uczucia i podzielił krytyków oraz fanów. Przyznaję się szczerze, że przy
pierwszym odsłuchu wymęczył mnie tak okrutnie, iż wywiesiłem białą flagę i nie
wracałem do tego materiału. Z drugiej jednak strony rozumiałem Parkera, że
pragnął uciec od ugrzęźnięcia w swoim komfortowym stylu (pewne symptomy
zmęczenia i powtarzalności słychać już było na "The Slow Rush") i koniec
końców ten krążek oczywiście ma swoje momenty. Nie da się obojętnie
przejść choćby obok sukcesu przebojowej kompozycji "Dracula", która podbiła
stacje radiowe, a przede wszystkim stała się socialowym viralem (szczególnie remiks z k-popową gwiazdą Jennie). To zapewniło Tame Impala kolejny wzrost
popularności i dopływ młodszej publiczności, która przy tym odkrywała walory
wcześniejszej dyskografii.
Ten demograficzny przekrój był widoczny w
gigantycznej kolejce (wbijam szpilę organizatorom – wejście na płytę
było słabo zorganizowane), która ustawiła się pod gliwicką PreZero Areną w to
bardzo słoneczne kwietniowe popołudnie przed pierwszym koncertem. Znamienny
był fakt, iż zapotrzebowanie w naszym kraju na przeżycie koncertu
australijskiego zespołu w pełnowymiarowej krasie było tak duże, iż firma
bookingowa Charm Music zdecydowała się na zorganizowanie dwóch koncertów, co
stanowiło wyjątek na całej trasie. W kuluarach raczej ocenialiśmy, że
przeszarżowali, ale koniec końców rzeczywistość zweryfikowała te nasze
przemyślenia. A przynajmniej tego pierwszego wieczoru hala była wypełniona po brzegi!
Koniec końców nawet ja, mimo konfuzji i rozczarowania ostatnim
albumem, po ogłoszeniu tej halowej trasy ustawiłem się pierwszy w kolejce po
zakup biletu. No po prostu nie mogłem przegapić tego pierwszego headline show
Tame Impali w naszym kraju pod zadaszeniem, a przy tym trudno było o lepszy
pomysł na spędzenie urodzinowego biforka. Skróciłem zatem swoją wizytę na
poznańskim Next Feście i 18 kwietnia zameldowałem się po raz pierwszy w historii swoich podróży w
Gliwicach!
I cóż to był za kosmiczny koncert! Nie miałem oczywiście od samego początku
wątpliwości, że będziemy świadkami widowiskowego show, ale to było coś więcej,
niż zwykły koncert. To było doświadczenie, które wykraczało daleko poza
granicę wyobraźni człowieka. Niczym ostatni lot Artemisa II na drugą stronę
Księżyca. Coś, o czym sam Kopernik nie mógłby nawet śnić.
Pozornie początkowo nic nie zdradzało, że czeka nas tak wszechogarniający i
transcendentalny audiowizualny pokaz bezgranicznego talentu i
psych-rock-popowej wizji Kevina Parkera. Punktualnie, zgodnie z harmonogramem, Australijczyk wkroczył wraz z kolegami z koncertowego zespołu na stosunkowo
małą, półkolistą, wysoko podniesioną drewnianą scenę, na której ledwo mieściły
się okazałe ilości instrumentalnego sprzętu. W swój barwny senny świat Tame Impala zaczęli wciągać nas od ciepło przyjętego kilkuminutowego "Apocalypse
Dreams" z albumu "Lonerism". Nie powiedziałbym jednak, że od razu poczułem u
siebie wystrzał euforii o skali wybuchu Wezuwiusza z 79 roku. Niemniej, gdy w
kulminacyjnym momencie cała hala rozbłysła niezliczonymi wiązkami laserów wraz
z kilkutysięcznym tłumem ryknąłem z zachwytu, niczym podczas momentu odpalenia
lampek na świątecznej, miejskiej choince (nie żebym kiedykolwiek brał w tym
udział, ale tak to sobie wyobrażam...). W tym momencie intensywniej przeżułem
gumę, zaczerpnąłem głębszy oddech zachwytu i pomyślałem sobie:
O tak, to jest właśnie to, na co tu czekamy, Panie Kevinie!. A to był
tylko wstęp do dalszych pokazów epickiej produkcji oświetlenia tego
koncertu!
Ten występ Tame Impala oczywiście wybroniłby się pozbawiony wszystkich
świetlnych efektów, ale to właśnie zespolenie muzyki dryfującej po oceanie
psychodelii, progresywnego rocka i techno z tą kosmiczną, ruchomą konstrukcją
świateł nad sceną, szalejącymi laserami i wystrzałami konfetti wyniosło ten
koncert na galaktyczny poziom! Nie sposób oddać tych doznań słowami. Ten
świetlny, wyginający się i zmieniający kształty pierścień nad sceną wyglądał
tak niewiarygodnie, jakby przyleciał do nas z innej planety. Te momenty, gdy
wydawało się, że kratownice świateł drgają tak, jakby Gliwice nawiedziło
trzęsienie ziemi... Te wszelkie formy załamywania się i falowania światła...
Sala wypełniająca się barwami z całej znanej człowiekowi palety... I jeszcze
raz te tańczące precyzyjnie lasery, za sprawą których zmysł wzroku doznawał
swoistego "orgazmu"... Wyobraźnia ludzka i ta koncertowa nie zna granic i ten
koncert był tego dowodem! To był ten sam mistrzowski poziom, który znamy
choćby z koncertów Justice czy ostatnich występów Nine Inch Nails.
Wracając jednak do samego przebiegu koncertu... Tame Impala w tej pierwszej
części podgrzewali atmosferę, żonglując wyborami z kolejnych płyt. To bardziej
rockowe oblicze, z genialnie szorstką, przybrudzoną gitarową solówką Kevina,
wybrzmiało za sprawą "The Moment" z "Currents". Bardziej zamglony taneczny
vibe wprowadziło wykonanie chwytliwego "Borderline" z "The Slow Rush".
Świetnie wybrzmiała najbardziej zakorzeniona w psychodelicznym roku kompozycja
z "Deadbeat" – "Loser"! Miała w sobie fantastyczny, nieco taki arcticmonkeysowski z ery "AM" groove i zachęcała do nucenia wraz z mięsistym gitarowym riffem. Ta rozgrzewająca przebieżka przez niemal wszystkie
wydane albumy co prawda nie sprawiła, że poczułem strużki potu na swoim ciele,
ale naprawdę cudownie wprowadziła nas w kolorowe uniwersum tego zespołu.
Dynamika koncertu przyspieszyła za sprawą hipnotycznego
psych-disco, funkującego, opartego na analogowych
syntezatorach "Breathe Deeper" – ostatniego tego wieczoru reprezentanta
"The Slow Rush" (nikt chyba specjalnie nie żałował, choć za wciśnięcie jeszcze
takiego "Lost In Yesterday" nie obraziłbym się), który został przez nas
wsparty pierwszymi tego wieczoru tak zaangażowanymi rytmicznymi oklaskami,
nagrodzonymi kolejnym zdumiewającym wystrzałem czerwonych laserów. Te zaś
chwilę później mieniły się feerią wszystkich barw tęczy przy rozbudowanej
trans-elektronicznie aranżacji "Gossip" z mocnym pulsem beatu, który – dzięki
świetnemu nagłośnieniu – dosłownie wprawiał w drganie me żebra.
Tak naprawdę pierwsza fala iście rozgorączkowanego entuzjazmu przetoczyła
się przez publiczność przy – poprzedzanym dość długim eterycznym intrem
okraszonym imponującą formą falujących świateł – chrupiących riffach kultowego
"Elephant"! To jest utwór, który zawsze wjeżdża ze sceny w publikę niczym
szarżujący słoń na sawannie w stado mrówek! Okej, porównanie może niezbyt
wyszukane, ale kto choć raz doświadczył tego wykonania na żywo, ten wie.
Miałem jednak osobiste wrażenie, że przy moich poprzednich festiwalowych
spotkania z Tame Impala ten kawałek bardziej rozsadzał mnie od środka.
Paradoksalnie może ta gitarowa masywność i surowość w gliwickiej hali
rozmywała się nieco w kolejnym oszałamiającym pokazie laserów. By jednak nie
było niedomówień – dalej "Elephant" na żywo stanowi piorunujące doświadczenie,
prowokujące do przemienienia swoich strun głosowych na te gitarowe szarpane w
ten ikoniczny riff, który zapisał się już w kronikach rockowej historii.
Na
dobre i dość nieoczekiwanie dla mnie samego w tym koncercie Tame Impala
zatraciłem się dopiero przy klubowym pulsie piosenki "Afterthough" z
ostatniego albumu! W czasie tego kawałka w pełni rozluźniony i w doskonałej
formie wokalnej tego wieczoru Kevin zszedł ze sceny i tanecznym krokiem
przespacerował się przy pierwszych rzędach, ale ja szczerze – stojąc jak na
mnie wyjątkowo, ale też świadomie ze względu na perspektywę, w drugiej części
płyty – ledwo zwróciłem na to uwagę, gdyż moje ciało i świadomość zostały
porwane do skocznego harcowania do stanu totalnego oderwania się od
rzeczywistości. To był jeden z tych kluczowych momentów koncertu, gdy Parker
udowodnił, że soczyste riffy gitarowe mogą harmonijnie współistnieć obok
elektronicznych tekstur i wywoływać podobne euforyczne emocje. A z podobnie
wielkim ożywieniem publiczność na finał tej pierwszej części koncertu
przywitała odurzające i chóralnie odśpiewane "Feels Like We Only Go Backwards"
(Kevin mógł spokojnie skierować mikrofon w stronę publiki i odpocząć), a
później oddała się we władanie zaraźliwego rytmu viralowej "Draculi"! Podczas
tego drugiego kawałka szczególnie należy wyróżnić osoby na trybunach, które
spontanicznie odpaliły latarki w telefonach, kołysząc ramionami w rytm tej
fantastycznie bujającej kompozycji. Wyglądało to czarująco! No i nie mam
wątpliwości, że ten kolejny żelazny przebój Tame Impala na lata zagości w ich
setlistach.
Końcówka "Draculi" płynnie przemieniła się w długie instrumentalne outro
oparte na kompozycji "No Reply", a w tym czasie Kevin Parker przemieścił się
korytarzami hali na mniejszą scenę B-stage, zlokalizowaną przy stanowisku realizatorów dźwięku. W tej
wędrówce towarzyszyła mu kamera, która zarejestrowała jego... wizytę w
toalecie! Chłopak na szczęście dał dobry przykład i umył ręce po tym czynie!
Czy odpowiednio dokładnie – nie wnikajmy przesadnie! Najważniejsze, że wspiął
się na drugą, intymniejszą scenę, której scenografia złożona z dywanów,
poduszek oraz vintage’owych lamp świecących ciepłym blaskiem żarówek przeniosła
nas symbolicznie do domowego studia. Kevin otoczony tymi rekwizytami oraz
elektronicznymi konsoletami i zabawkami usiadł na deskach sceny i z tej
pozycji (także momentami śpiewając na leżąco!) zabawił się w DJ-a house i
techno serwując nam transowe utwory "Ethereal Connection" oraz "Not My World".
Widziałem, że taki moment będzie miał miejsce i szczerze tej części koncertu
obawiałem się najbardziej. Czy aby przypadkiem Kevin nas nie zanudzi? Czy
dynamika koncertu niepotrzebnie wyhamuje? Na szczęście ostatecznie ta swoista
dygresja w tym występie trwała niespełna piętnaście minut. Niemniej, czy była
faktycznie konieczna? Rozumiem, że Kevin chciał taką formą urozmaicić to show
i przede wszystkim podkreślić swoje ostatnie zamiłowania do bardziej
elektronicznych eksperymentów, ale no powiedzmy szczerze – nie był to
szczególnie angażujący fragment koncertu. Co więcej, nawet stojąc bliżej tej
sceny, miałem wrażenie, że lepiej było spoglądać na telebimy, na których
obrazy z kamer pokazywały lepszą perspektywę na poczynania Kevina. Niemniej
dramatycznego zjazdu energii nie doświadczyłem, a chwilę później australijski
everyman ze spółką wstrzyknęli nam wszystkim taką nieprzyzwoitą dawkę
endorfin... 

"Let It Happen"! Druga część tego koncertu rozpoczęła się od jednego z
najwspanialszych koncertowych hymnów w historii! Wszyscy czekali na TEN moment!
Niemalże już memiczny! I tenże kulminacyjny wybuch radości w drugiej części
utworu, spotęgowany dodatkowo obowiązkowym wystrzałem konfetti był... Nie mam
słów! Jeśli kochacie koncerty – a skoro czytacie tę relację, to zakładam, że
tak – to musicie choć raz w życiu to przeżyć! Nie oszczędzałem swoich strun
głosowych i skakałem pod sam sufit hali! Tonąłem w konfetti czystej
euforii! To kolektywne przeżywanie tej szalonej radości zakotwiczonej w tej
kompozycji jest niesłychanie magiczną, beztroską sprawą! Niski pokłon za
stworzenie tej przegenialnej kompozycji! 

Podczas przejściowego, galaktycznego "Nangs" byliśmy świadkami ciekawego
odwrócenia sytuacji, gdy wiązki laserów zostały wystrzelone spod stanowiska
realizatora dźwięku w kierunku telebimów i precyzyjnie podążały za ruchem
obrazu. Efektowne. Ale prawdziwy cud wydarzył się chwilę później. Kevin Parker
postanowił przychylić się do prośby jednego z fanów i wykonał, wbrew
wcześniejszym planom, uwielbiany przez zagorzałych sympatyków Tame Impala
b-side'owy rarytas – miękkie i nostalgiczne "List of People (To Try and Forget
About)"! Utwór, który nigdy wcześniej nie wybrzmiał nad Wisłą! Absolutna
perełka tego wieczoru! Na tej fali nostalgii popłynęła jeszcze jedyna
kompozycja z debiutanckiego albumu "Innerspeaker" – rzadko wykonywane w
poprzednich latach, odrealnione "Alter Ego"! W tym bardziej nastrojowym,
spokojniejszym, refleksyjnym klimacie dalej utrzymała nas intymna,
minimalistyczna, synthowa ballada "Yes I'm Changing", której początkowe wersy
Kevin ujmująco wyśpiewał, siedząc na skraju sceny. Szczególne i urokliwie
wykonania, ale z drugiej strony delikatnie odczuwałem, że jeszcze jeden taki
spokojniejszy wybór i ten koncert może nie tyle co wykoleić się, ale z
pewnością niebezpiecznie za bardzo wyhamować.
Na szczęście Kevin był tego
świadomy i rozpalił finał tej podstawowej części seta za sprawą potężnych
kompozycyjnych strzałów z niezawodnego "Currents": zagęszczonego gitarowo,
równocześnie wgniatającego w ziemię i posyłającego między gwiazdy
"Eventually" oraz kolejnego euforycznego wodotrysku i deszczu kolorowego
konfetti w klasyku "New Person, Same Old Mistakes"! Czysta radość!
Bis Kevin Parker rozpoczął od spacerowania po obrzeżach sceny i zderzenia
pulsującego beatu z introspektywną eksploracją trudności w przełamywaniu
życiowych nawyków w piosence "My Old Ways". Bardzo przekonujące wykonanie tej
najbardziej poruszającej kompozycji z "Deadbeat". Powrót do psych-rockowej
krainy szczęścia zapewnił kolejny magnetyczny klasyk – wyśpiewane resztką sił
w płucach "The Less I Know the Better"! Sztos! I na finał powrót do ostatniej
płyty za sprawą klubowego "End Of Summer", które wypełniło przestrzeń areny
teksturą psychodelicznego house o aurze – nomen omen – kończącego się lata.
Zostaliśmy zahipnotyzowani tanecznym groove’em i mogliśmy poczuć iście
rave'owe wibracje posyłane o wschodzie słońca. Dalej atmosfera tego show była gorąca, ale wyczuwalny był już jej finał. Finał, który znów nas utopił w
deszczu konfetti! Po prostu... WOW!
Zanim skierowałem się do wyjścia, przechadzałem się jeszcze między
publicznością i starałem się wychwycić reakcje z twarzy i zasłyszanych rozmów.
I doprawdy wszystkie docierające do mnie sygnały utwierdzały mnie w
przekonaniu, że przeżyliśmy jeden z najlepszych i najbardziej imponujących
koncertów nie tylko tego roku, ale może nawet ostatnich lat! Jasne, nie był on
idealny i wybitny. Ten ponad dwugodzinny spektakl miał momenty, gdy dynamika
nieco siadała, ale w ostatecznym rozrachunku to show było tak epickie, iż
można pewne mniej angażujące wybory Parkerowi wybaczyć. Tym koncertem z
kosmiczną oprawą i narkotycznymi uniesieniami odpokutował u mnie za początkowe
rozczarowania albumem "Deadbeat", na który obecnie kieruję już nieco łaskawszy
słuch, wypełniony większym zrozumieniem stojącej za nim idei poszukiwania
psychodelicznych uniesień w elektronicznych odjazdach. Biję się w pierś!
Jesteś Kevin dalej fenomenalnym artystą! I jakże przesympatycznym! Osobiście
nie byłem tego świadkiem, ale z baaardzo dobrych źródeł (pozdrawiam
Podróżującą Wiktorię!) wiem, że tuż po ostatnich dźwiękach Parker zszedł do
pierwszych rzędów podpisywać płyty, a swoją obecnością zaszczycił również
dobrą godzinę później, czekających fanów pod Areną, rozdając kolejne autografy
i pozując do zdjęć! Widać po nim, że ta trasa przysparza mu ogromną radość, a
nawet niesie autoterapeutyczne właściwości. Podczas drugiego wieczoru w
Gliwicach padła z jego strony odważna deklaracja, iż występuje na scenie po
raz pierwszy od dawna bez grama alkoholu! A na kolejnym przystanku w Pradze na
scenę zaprosił nawet swoją rodzinę! I doprawdy coś w tym musi być, bo ten
koncert Tame Impala pobudzał we mnie samym chęć do życia, tak jakby każdy
dzień miał być tym ostatnim oraz przez kolektywną zabawę zanurzonej w euforii
publiczności, ujawnił tę potrzebę bliskości i wspólnego przeżywania emocji. I
każde spotkanie z Tame Impala gwarantuje takie emocje!
PS Ten koncertowy wieczór otwierał londyński zespół Rip Magic. Ich
dance-punkowe kompozycje na modłę twórczości LCD Soundsystem połączone z
wyspiarską nonszalancją brzmiały intrygująco, ale miałem wrażenie, że chłopaki
grają bardziej sami dla siebie i nie mają pomysłu na zaangażowanie i
wciągnięcie w swój świat publiczności.
PS 2 Pozdrowienia dla wszystkich obecnych Podróżujących! Także dla tych, z
którymi tym razem nie udało się przeciąć ścieżek!
PS 3 Skalę zachwytów nad tą trasą Tame Impala odczułem przy odbiorze moich dwóch postów na Instagramie! Statystyki wystrzeliły w kosmos! Ba, co więcej, nawet odezwał się do mnie jeden z członków teamu zespołu z prośbą o przesłanie zdjęć. Czy zostaną one wykorzystane, to już pewnie inna historia. Czas pokaże!
Fotorelacja
Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne
27.04.2026

-01.jpeg)








































































