Podróże Muzyczne relacjonują: Next Fest 2026!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Next Fest 2026!


Podróże Muzyczne relacjonują: Next Fest 2026!  


Motywem przewodnim czwartej edycji muzycznego showcase'u Next Festa były porównania tej imprezy do dżungli i ja z przyjemnością po raz kolejny przedzierałem się przez dziki gąszcz tłumów na poznańskich ulicach, w klubach i w festiwalowym centrum wydarzeń, czyli w tętniących życiem przestrzeniach CK Zamek. Na każdym kroku czyhała znajoma twarz, a festiwalowe miejscówki wypełnione były dźwiękami, które przyciągały, intrygowały, porywały i zachwycały. Mimo iż tym razem moja wizyta w Poznaniu była skrócona do dwóch dni, uważam, że ten czas wykorzystałem całkiem owocnie. Nie sposób oczywiście było zobaczyć wszystkich interesujących mnie artystów, ale takie to już uroki rozbudowanych showcase'ów. A Next Fest imponuje mnogością atrakcji, scen, koncertów, wydarzeń towarzyszących... Nie sposób już wymieniać wszystkiego, więc pozwólcie, że skupię się w dalszej części na własnych ścieżkach festiwalowych, odkryciach i spodziewanych uniesieniach koncertowych.  
 
 

Czwartek, 16.04. 


Do Poznania dotarłem wyjątkowo późno niż w poprzednich latach, więc właściwie od razu po odebraniu medialnej akredytacji ruszyłem pod scenę Sali Wielkiej w CK Zamku, by zaspokoić tęsknotę za... 
 
Misią Furtak! Z towarzystwem czteroosobowego zespołu na czele z basistą i życiowym partnerem Michałem Drozdą – jak zawsze niezwykle energiczny i ekspresyjny na scenie! – ta ceniona od wielu lat artystka zapewniła nam nostalgiczne podróże do początków swojej solowej twórczości (wybrzmiały choćby świetne piosenki "Mózg" i "Kartonem", był powrót do akcji z bańkami mydlanymi, nie zabrakło basu w kształcie motyla) i materiałów z ostatnich albumów (wyróżniam "Nie zaczynaj" w brawurowej, rockowej aranżacji), ale uraczyła nas także premierowymi kompozycjami z nadchodzącego albumu "Otuchy" (18.09), włącznie oczywiście z pierwszym znakomitym singlem "Czuję"! Wysmakowany alt-rock-popowy koncert, który zachwycał sceniczną dojrzałością i utrzymanym napięciem między trzymaną ledwo na wodzy instrumentalną intensywnością, a niemal stoicką wrażliwością Misi Furtak.  Ma ona w sobie tę magnetyczną, sceniczną dostojność, która przywoływała w myślach mi porównania do samej PJ Harvey. W pełni satysfakcjonujący powrót po latach i czekam na więcej! 

 


Jak to bywa na showcase'ach – zagadałem się w holu i przed CK Zamkiem, ale ostatecznie udało się mi się przetransportować tramwajem i dotrzeć do oddalonego klubu BaRock na koncert zespołu Midnight Swimmers! Czy był ten koncert wart zakupu biletu miejskiego? Miałem mieszane odczucia. Pochodząca z Londynu, a działająca prężnie w Czechach czwórka rockmanów wystąpiła w Poznaniu na kilka godzin przed premierą swojego debiutanckiego longplaya "Odd Ones Out" i niekoniecznie zachęciła mnie do natychmiastowego sięgnięcia po ten album (już nie mówię, że tuż po północy, ale po prostu w wolnej chwili). Nie twierdzę, że to był jednak słaby występ. Ot bardzo solidne, melodyjne alt-indie-rockowe granie nasączone brytyjskim charakterem. Miał ten koncert swoje momenty, gitarowe riffy momentami zaskakiwały swoim pociągającym polotem, wokal przekonujący... Trochę tylko chłopakom nie sprzyjało nagłośnienie klubu, które nie uwypuklało ich muzycznych argumentów. Panował tu mocno garażowo-piwniczny vibe. Ostatecznie zabrakło mi jakieś iskierki, która mogłaby ich wyróżnić w oceanie indie-rockowych dźwięków. Na rynku czeskim  ich, bądź co bądź, sprawne umiejętności pewnie wystarczą, by zaistnieć nieco szerzej, a może i nawet Polsce stworzą wokół siebie wierny fanbase (choć frekwencja w BaRocku nie powalała), bo trochę mamy nad Wisłą niedobór takiego lekkiego, indie-rockowego grania, ale o podbiciu świata nie ma mowy. Wychodziłem z klubu z poczuciem, iż mogłem ten festiwalowy slot lepiej wykorzystać (a słyszałem dobre opinie o koncertach innych zagranicznych artystów w tym niemal samym czasie: pianistki Ambrie Ciel oraz bułgarskiego zespołu Hayes & Y). 


Na szczęście druga wyczekiwana tego wieczoru zagraniczna formacja mnie nie zawiodła! Ba, występ londyńskiego tria Oslo Twins w ciasnym i dusznym Dublinerze okazał się dla mnie jednym z największych odkryć tegorocznej edycji Nexta! To był wjazd w mglistą synth-popową aurę z elementami trip-hopu, atmosferycznej, dark-popowej elektroniki, która otoczyła mnie z każdej strony, wciągała i nie wypuszczała ze swoich objęć. Pierwsza połowa koncertu nastrojowa, marzycielska, ale w drugiej beaty zaczęły wybrzmiewać intensywniej, prowokując do tańca, a eteryczny wokal magnetycznej Claudii Vulliamy przedzierał się do głębszych zakamarków duszy. Jej koledzy z zespołu zaś totalnie zżywali się z wszelkimi keyboardami, syntezatorami i elektronicznymi zabawkami. Oslo Twins totalnie mnie zahipnotyzowali i oczarowali! Trzymam za nich kciuki, by udało im się przedrzeć do szerszego grona odbiorców w muzycznym eterze! Choć oczywiście nie jest to twórczość dla każdego. 


Chwilę później miłosne strzały ze sceny Blue Note wypuszczała w moim kierunku Paula Roma! Ależ to był przepiękny i rozgrzewający serducho koncert! Czuły i zarazem niezwykle energetyczny! Zachwycał zjawiskowy wokal emanującej dojrzałością i pewnością siebie Pauli. Porywały nawet do tanecznego harcowania pop-soulowe melodie. Świetną grał rozbudowany zespół z kluczową obecnością dwuosobowej sekcji dętej, a uwagę kradła również cudownie i zaraźliwie pozytywnie wczuwająca się w ten koncert Justyna Mikrut za bębnami. Setlistę zdominowały single oraz przedpremierowe kompozycje z nadchodzącego albumu "Z resztek" (22.05), które wybrzmiewały iście przekonująco do zapisania tej premiery w kalendarzu z wykrzyknikiem! Nie zabrakło jednak również starszych piosenek (na czele z "Płonę"), które tylko podgrzewały atmosferę. Wszak muzyka Pauli Romy jest jak pochodnia miłości, która potrafi rozświetlić najciemniejsze zakamarki w duszy! Byłem absolutnie porwany i usatysfakcjonowany tym pierwszym spotkaniem z tą wspaniałą artystką! Zdecydowanie zasługuje na większy rozgłos!  


I to właściwie byłoby na tyle z moich koncertowych podbojów tego pierwszego dnia Nexta. Na chwilę wpadłem jeszcze na set Bass Astrala rozkręcany w CK Zamek, ale ostatecznie wygrała opcja muzycznych pogaduszek w holu tego festiwalowego centrum. 


Piątek, 17.04. 



Poranek drugiego dnia Next Festa dość spontanicznie rozpocząłem od zameldowania się przy Placu Wolności 3 na spotkaniu meet & greet ze świętującym tego dnia premierą swojego debiutanckiego albumu "Wieje" Maksem.Tachasiukiem, poprzedzonym wywiadem przeprowadzonym przez Oliwię Kopcik. Push-up z powiadomieniem o tej akcji pojawił się dopiero pół godziny przed startem, stąd też ostatecznie było bardzo kameralnie. Po prawdzie byłem tam tylko z towarzystwem Pawła Górkiewicza (polecam jego instagramowy profil Spotkania z kulturą). Niemniej samo spotkanie bardzo sympatyczne! Maks okazał się po prostu fajnym gościem, z którym okazało się, że choćby współdzielę miłość do twórczości Fontaines D.C., obdarzył poetyckim autografem, nie odmówił zdjęcia. No uwielbiam showcase'y za takie akcje! Obiecałem Maksowi – i tak już wcześniej zaplanowaną – obecność na premierowym koncercie w Blue Note i oczywiście się z tego wywiązałem, ale jeszcze wcześniej... 


W pełni sił (pierwszy raz w historii Nexta opuściłem aftera...) uczestniczyłem w dwóch konferencyjnych panelach: Think fan first – jak topowi artyści utrzymują się na szczycie? (Nela Szadkowska i Weronika Harasim z Warner Music Poland opowiadały o budowanie społeczności na przykładach Eda Sheerana i Twenty One Pilots) oraz przysłuchiwałem się dyskusji naczelnych bookerów z Fource Entertainment, Winiary Bookings, Kayaxu, Budbooking na temat tego, jak budować porozumienie przy rosnących kosztach tras koncertowe z artystami. W międzyczasie trafiałem na fragmenty koncertów Liny Silvy oraz Martyny Baranowskiej w ramach Carpet Live przed CK Zamek. 

 

Na dobre ten festiwalowy dzień rozpoczął się jednak od tajemniczego, premierowego i wyczekiwanego koncertu zespołu współtworzonego przez Dawida Tyszkowskiego i Błażeja Króla...
 
Ewa Koc! Nie ma to, jak chłop z chłopem pogra rocka – rzucił w pewnym momencie ze sceny Błażej Król i doprawdy w tym krótkim zdaniu zawarł całą esencję idei tego projektu zrodzonego ze wspólnej chęci szarpania za gitary i owocnych jammingów w wyjątkowym leśnym studiu "Kocewka" (rodzą się tam ostatnio piękne muzyczne rzeczy!). W Sali Wielkiej CK Zamek byliśmy świadkami absolutnie przedpremierowych prezentacji tych efektów wspólnych improwizacji i... Wow! To było tak niespodziewanie mocne i wgniatające w ziemię! Połączenie ze sobą intymnej, spacerującej na krawędzi emocjonalnej przepaści wrażliwości Dawida Tyszkowskiego z ekspresyjną nadpobudliwością Króla – który tym samym jeszcze bardziej uwydatnił swój ostatnie zamiłowanie do muzyki rockowej akcentowane na jego ostatnim albumie "Popiół" – stworzyło intrygującą i wybuchową sceniczną chemię. Panowie znakomicie wspierani przez gitarzystę Kamila Patera (rzeźbił niesamowite solówki!), perkusistę  Kubę Staruszkiewicza i basistę Wawrzyńca Topę zaprezentowali nam niezwykle brawurowe kompozycje! Zaskakująco momentami gęsto i hałaśliwe! Choć nie zabrakło też nieco bardziej subtelnych emocjonalnych momentów. Przede wszystkim wyczuwalna była pęczniejąca energia w samym zespole! Jeśli uda się ją przełożyć na trwające obecnie nagrywanie albumu, to będziemy mieć do czynienia z jednym najmocniejszych projektów tego roku! Taki alternatywny, wielowymiarowy rock kupuję w całości!
 
 
Szybkim krokiem przemieściłem się do Blue Note, gdzie swój koncert kończył zespół Babyhats. Zdążyłem na ostatnie dwa numery, więc trudno mi ocenić, ale i z tego występu emanowała pozytywna energia. Pozostałem już w tej miejscówce, zaklepując sobie miejsce przy barierce na koncercie... 
 
Maksa.Tachasiuka! No to był jego dzień! Okej, może nie powalił mnie swoim występem, tak jak Ewa Koc, ale też nie ma sensu porównywać obu koncertów, bo ten zdolny artysta zabrał mnie emocjonalnie po prostu na inną planetę. Wraz z publicznością, która szczelnie wypełniła przestrzeń klubu, zanurzyłem się w umyśle Maksa, w jego szczerej, introspektywnej wrażliwości, w lękach, obawach, nadziejach, które zostały przekonująco wyśpiewane przystępną liryczną poezją, osadzoną na tle wpadających w ucho, przyjemnych i ciarkogennych (te momenty z trąbką w piosenkach "Nigdy się nie starzej", "Wieje") alt-popowych aranżacji. Niby na scenie tylko Maks i jego czarujący głos, gra na gitarach oraz wspierająca go dwójka kolegów na perkusji i klawiszach, ale kolekcja piosenek z debiutanckiego albumu "Wieje" wybrzmiewała niezwykle bogato, głęboko, precyzyjnie – po prostu ładnie! Ten chłopak udowodnił, że potrafi celnie uderzać w czułe punkty osób wrażliwych na taki emocjonalny i osobisty alternatywny pop. A mamy w naszym kraju sporą rzeszę publiczności łaknącej takich muzycznych uniesień, co potwierdzają choćby sukcesy w ostatnich latach Korteza, czy też Kaśki Sochackiej. Zresztą znamienny jest fakt, że w ostatnich dniach Maks.Tachasiuk znalazł się dodatkowo pod skrzydłami właśnie wytwórni Jazzboy Records, która wyszlifowała talenty wcześniej wspomnianych artystów. Jestem przekonany, że kariera Maksa nabierze teraz rozpędu! 
 
 
Podbiłem do Dublinera na końcówkę występu niemieckiego artysty Dolphina Love. Tu oczywiście sala już była dość ciasno wypełniona, więc vibe'owałem sobie tanecznie na tyłach z ograniczonym widokiem na sceniczne popisy tego artysty, który prezentował one-man-show. Niemniej biła z tego koncertu pozytywna, ciepła indie-elektropopowa energia, ale trudno mi jej potencjał w pełni ocenić na bazie krótkiego fragmentu. 
 
 
Następnie przemieściłem się do klubu W sercu, który tego dnia przejęła w swoje władanie wytwórnia Kayax. Żałuję, że wcześniej z występem Maksa.Tachasiuka pokrył się tu koncert Natalii Marczuk, który, jak później obserwowałem, zebrał bardzo pozytywne opinie i z pewnością będę tę artystkę uważnie śledził. Ja postawiłem zaś na przeżycie bardzo odmiennych od siebie koncertów Andy Birdsa oraz Weroniki Drybs 
 
Andy Bird, czyli wokalista, gitarzysta i songwriter Andrzej Skwarski wypełnił salę bezkompromisową, szczerą, indie-pop-rockową energią muśniętą letnimi promieniami australijskiego słońca i grunge'ową surowością. Andy przypomniał, że w muzie nie zawsze musi chodzić o perfekcję i górnolotne emocje, ale czasami potrzebna jest również dawka prostodusznych, samorozgrzewających dźwięków wypełnionych pozytywną energią. I może być pewni, że koncerty tego żywiołowego artysty są gwarancją szerokiego uśmiechu na twarzy. 
 

Mimo wszystko bardziej ujął mnie i pozostał głębiej w serduszku późniejszy emocjonalny koncert Weroniki Drybs. Młoda artystka przy wsparciu świetnego zespołu oczarowała zjawiskowym wokalem oraz poruszającymi kompozycjami, które śmiało można umieścić w szufladce z napisem sad girl pop. Dość powiedzieć, że tęskną balladą o stracie babci – mowa o jej debiutanckim singlu "Pierwsza" – doprowadziła wiele osób pod sceną do szczerych łez... I niemal cały ten koncert był złożony z takich subtelnych, melancholijnych i wrażliwych opowieści, które otaczały głęboką refleksją i szarpały za serce. Choć momentami wkradały się zręczne próby przemycenia bardziej dynamicznego popu. Weronika zapunktowała u mnie również odważną, oryginalną interpretacją piosenki "Tacy sami" Lady Pank. Ma ta dziewczyna w sobie potencjał i coś niezwykle intrygującego – warto ją uważnie obserwować! Trzymam kciuki!  
 
 
 
A na finał mojej przygody z Nextem doprawdy headlinerskie show w Sali Wielkiej CK Zamek dowiozła Natalia Szroeder! Przyznam się szczerze, że nie sięgałem wcześniej po twórczość tej popularnej artystki i pojawiłem się na tym koncercie bardziej z ciekawości (jak się okazało – nie ja jeden), ale bardzo miło się zaskoczyłem. Byłem pod wrażeniem jej świetnego wokalu, magnetycznej ekspresji scenicznej, osobistego uroku, pogłębionego kontaktu z fanami (ci w pierwszych rzędach rozentuzjazmowani niczym ja na koncertach Loru), rozbudowanego zespołu, pięknych wizualizacji w tle, porywających, dynamicznych i rozczulających popowych kompozycji. Wszystko tu się ze sobą zgadzało. Natalia jest artystką kompletną, świadomą swoich atutów, pewną siebie i tego, jakie emocje pragnie wzbudzić w odbiorcy koncertu. Nieśmiało, ale z każdą kolejną kompozycją pojawiały się na mojej twarzy rumieńce! Świetny występ!   


I tak jak wspominałem, w tym roku opuściłem trzeci dzień Next Festa ze względu na koncert Tame Impala w Gliwicach (relacja wkrótce!), ale nie pozostałem głuchy na docierające do mnie relacje z sobotniego line-upu. Moją uwagę zwróciły zachwyty nad koncertami Kuby Folwarycznego, islandzkiego zespołu Virgin Orchestra, Heleny Anny, Imasleep (tu akurat spodziewane) oraz... Ewy Farny, która ponoć dowiozła bardzo żywiołowe show na zakończenie tej czwartej edycji poznańskiego showcase'u!   
 
Co mogę na koniec więcej powiedzieć? Po prostu wspaniale było znów móc zatracić się w tym showcase'owym szaleństwie, odkryć nowe dźwięki, nadrobić koncertowe zaległości, otworzyć się na różnorodne muzyczne doznania, spotkać przyjaciół i znajomych, zawiązać nowe znajomości i tym samym podładować swoje życiowe baterie do dalszych blogerskich działań! Wirtualna piąteczka Podróżujący za wszystkie te miłe sytuacje! Dzięki Good Taste Production za organizację i akredytację medialną! Do zobaczenia za rok!  
 
 
PS Koncertowe nagrania znajdziecie na moim profilu na Instagramie! 

 

Fotorelacja



 
Sylwester Zarębski 
Podróże Muzyczne 
24.04.2026 


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.