8.05.2026

AKTUALNIE W GŁOŚNIKACH: KWIECIEŃ 2026




Nie dość, że interesujących muzycznych premier w kwietniu było po uszy, to jeszcze Noah Kahan wydał tak długie i pełne rozmachu folkowe dzieło... A i jeszcze do tego sporo było intensywnych koncertowych przygód... Koniec końców jednak udało się ostatecznie dowieźć te albumowe polecajki na odpowiednie miejsce! 
 
Zmuszony jednak zostałem do dokonania trudnej selekcji, gdyż nie sposób było opisać wszystkie najgłośniejsze premiery. Postawiłem w dużej mierze chyba na nieco mniej oczywiste wybory. Oczywiście pojawia się tu wspomniany gawędziarz Noah Kahan, czy też doskonale znana Holly Humberstone ze swoim najlepszym albumem w dorobku, ale nie brakuje zaskoczeń w formie eskapistycznej drugiej płyty Lime Garden, szugejzowego klejnociku w postaci debiutu zespołu Deary, bajecznej EP-ki Fiony-Lee. 
 
Pojawiają się również artystki, które uważnie obserwuję od dłuższego czasu: Gretel z bardzo solidnym alt-rockowym debiutem oraz wschodząca gwiazda dark-popu, Sofia Isella ze swoją kolejną atmosferyczną EP-ką. 
 
Zestawienie uzupełniają rodzimi artyści: powracający po latach z dojrzałym drugim albumem chłopaki z zespołu Sonbird oraz młodzi, zdolni, wrażliwi: Maks.Tachasiuk i Michał od kości z bardzo pięknymi debiutami! A do tego dodatkowe albumowe wyróżnienia, selekcja singli, tradycyjna playlista, podsumowanie wybranych ogłoszeń i publikacji na blogu... 
 
Zapraszam do lektury i odsłuchów!    


ALBUMY

 

HOLLY HUMBERSTONE – "CRUEL WORLD"


 
Gdy sześć lat temu odkrywałem talent i twórczość Holly Humberstone, określiłem, że jest ona brytyjską odpowiedzią na złote pokolenie młodych amerykańskich singer-songwriterek (myślę tu o choćby Phoebe Bridgers, Julien Baker, Lucy Dacus, Snail Mail) i z każdym kolejnym wydawnictwem utwierdzała mnie w tym przekonaniu.

Od intymnych, "sypialnianych" opowieści z EP-ki "Falling Asleep at the Wheel", przez dojrzalsze, emocjonalnie precyzyjne kompozycje na drugim minialbumie "The Walls Are Way Too Thin", aż po nieco bardziej rozedrgany i poszukujący własnej tożsamości debiut "Paint My Bedroom Black" – obserwowanie jej rozwoju było jak śledzenie bardzo osobistego pamiętnika pisanego dźwiękiem. Pamiętnika, w którym obok charakterystycznej kruchości i terapeutycznej szczerości coraz śmielej pojawiały się ambicje wykraczające poza bezpieczne ramy indie-folku i melancholijnego popu. I w końcu na swoim drugim albumie "Cruel World" Holly odnajduje barwniejszy muzyczny język, zachwyca bezkompromisową wizją artystyczną i zgłasza gotowość do dalszej popowej ekspansji. 


Po emocjonalnie rozwarstwionym "Paint My Bedroom Black" można było spodziewać się albo próby uporządkowania chaosu, albo jego dalszej eskalacji. Tymczasem Humberstone wybiera trzecią drogę – uczy się w nim funkcjonować. "Cruel World" nie jest opowieścią o zamykaniu rozdziałów, lecz o życiu w ich niedopowiedzeniu. To płyta, która nie udaje, że dorosłość przynosi odpowiedzi – raczej pokazuje, że z czasem zmieniają się tylko pytania. Inspiracją dla tego materiału stał się bardzo konkretny moment w życiu artystki: opuszczenie rodzinnego domu w Grantham i wejście w nową rzeczywistość i nowe relacje. To symboliczne "zrzucenie starej skóry" nie prowadzi jednak do pełnej transformacji. Humberstone nie odcina się od swojej przeszłości, lecz próbuje odnaleźć znajomość w świecie, który wydaje się obcy. I właśnie ta sprzeczność – potrzeba bezpieczeństwa przy jednoczesnym braku chęci zakorzenienia – staje się osią całego albumu.

Już od pierwszych utworów słychać większą świadomość kompozycyjną brytyjskiej artystki. Piosenki są dojrzalsze, mniej impulsywne – ale nie tracą przy tym emocjonalnej intensywności. Humberstone wciąż pisze konfesyjnie, jednak, zamiast rejestrować emocje w chwili ich narodzin, zaczyna je filtrować, nadawać im kształt. To subtelna, ale istotna zmiana.
 
Centralnym punktem albumu pozostaje napięcie między euforią a melancholią. Kluczowe, nadające ton albumowi utwory takie jak "Die Happy" czy tytułowe "Cruel World" (cudowny instrumentalny motyw z dzwoneczkami!) pokazują, że miłość – choć bolesna – nadal jest czymś, w co warto wchodzić bez kalkulacji. Z kolei bardziej refleksyjne momenty dotykają między innymi przytłoczenia wejściem w dorosłość, zagubienia w wielkim mieście (urzekająca kameralnością piosenka "Lucy"), czy też kruchości kobiecości narażonej na publiczną presję (przepięknie rozwijające się "Beauty Pageant" z popisowym wokalem Holly).
 
Całość spaja rozwinięta, charakterystyczna dla Humberstone estetyka: lekko gotycka, momentami baśniowa, ale nigdy całkowicie oderwana od rzeczywistości. To świat, w którym nawet najjaśniejsze chwile mają w sobie cień, a poczucie bezpieczeństwa zawsze wydaje się tymczasowe.  Album aranżacyjnie balansuje właśnie między taką jasną, lekką, romantyczno-popową, momentami niemal taneczną produkcją ("White Noise" to sad disco banger!), blaskami synth-popu, rozmarzonym alt-popem, filmowo-orkiestralnym rozmachem a bardziej refleksyjną warstwą liryczną, intymnym wokalem, akustycznymi, fortepianowymi, balladowymi, subtelnymi teksturami dźwiękowymi. Całość pozostaje spójna dzięki produkcji długofalowego kompana Humberstone – Roba Miltona. Czasami te warstwy muzyczne wydają się aż nazbyt wypolerowane, ale mimo wszystko bardzo rozkoszne w odbiorze. 
 
Ostatecznie "Cruel World" to najlepsze i najdojrzalsze dzieło Holly Humberstone. Niebanalnie eksplorujące kwestie dojrzewania, odkrywania własnej tożsamości i miłosnych relacji, pieczołowicie i finezyjnie skonstruowane pod względem aranżacyjnym i wizualnym, wykorzystujące w pełni potencjał zaprezentowany na wcześniejszych EP-kach i debiucie, jednocześnie spektakularnie podnoszące poprzeczkę artystycznego poziomu Brytyjki i umacniające jej pozycję na światowej scenie. 




        SONBIRD – "ŚWIETNIE"

         
         
         
        Chłopaki z zespołu Sonbird po kilkuletnim życiowym rejsie zacumowali z nowym albumem "Świetnie"! Siedem lat czekaliśmy na ten longplay! Długa to była podróż, ale warto było czekać na jej finisz! Przebijając się przez fale wysokie i sztormy 10 w skali Beauforta, lawirując pośród gór lodowych, nurkując wśród wygłodniałych rekinów, z ledwością unikając mielizn – Dawid Mędrzak, Tomasz Kurowski, Maciej Hubczak (w trakcie załogę opuścił gitarzysta Kamil Worek) przetrwali i dopłynęli z – a jakby inaczej – świetnym albumem! 

        Już od pierwszych, rozpierających indie rockową energią, numerów "Kilka ulubionych miejsc" (co za strokesowy vibe!) i brawurowej "Elwiry" Sonbird totalnie wciągnęli mnie ponownie na pokład swojej muzycznej łajby! Ta bezkompromisowa gitarowa energia jeszcze kilkukrotnie dmucha w żagle (świetne "34-300" i "Gdzieś nad Wisłą"!), ale Dawid, Tomasz i Maciej płyną w zgodzie z pulsem swoich serc również po bardziej nostalgicznych, nastrojowych, balladowych, alt-rockowych oceanach dźwięków, wzbogacanych momentami choćby o brzmienia syntezatorowe. 

        Chłopaki nikogo nie czarują i nie oszukują – wprost i szczerze opowiadają o trudach ostatnich lat. O wszelkich rozstaniach, zmianach, zauroczeniach, wewnętrznych rozterkach, tęsknych wspomnieniach... Na tym statku odnalazłem dziennik pokładowy, który okazał się swoistym zapisem kolejnych etapów dojrzewania. Te historie są podpisywane przez różnych autorów (wśród nich choćby Karolina Kozak, Agata Trafalska, Roman Szczepanek i oczywiście sam Dawid Mędrzak), ale przenikają przez nie spójne, wielowymiarowe, ponadczasowe emocje. Pojawiają się tu wersy, które naprawdę potrafią chwycić za serce. W "Spadam stąd" właściwie cały refren ściska w gardle... 

        Coraz bardziej czuję się bezsilny
        Góry rosną, a w dolinie ja
        Gdzie nie spojrzę, ktoś doznaje krzywdy
        Czy Bóg lata jeszcze wokół nas

        Wokalną ekspresją i charakterystyczną barwą głosu Dawid znakomicie oddaje te falujące emocje zakotwiczone w kolejnych piosenkach, a aranżacje i melodie zachwycają niczym szybujące beztrosko mewy nad morzem!  

        Kotwica w górę chłopaki i płyńcie z wiatrem podbijać tym świetnym materiałem serca słuchaczy oraz klubowe i festiwalowe przestrzenie!


         
         

        NOAH KAHAN – "THE GREAT DIVIDE"


         
        Pod koniec 2023 roku zacząłem marzyć o podróży do Vermont... Noah Kahan pojawił się w moim życiu dość niepozornie, wręcz przypadkiem. Nie od piosenki, nie od polecenia znajomych, ale od jednego spojrzenia na listę nominowanych do nagród Grammy w kategorii Best New Artist. Pamiętam dokładnie tę myśl: ten gość wygląda jak jakiś singer-songwriter, którego kompletnie przegapiłem. I faktycznie – przegapiłem. I to nieomal spektakularnie.

        Bo kiedy zacząłem nadrabiać zaległości, szybko okazało się, że mam do czynienia nie z niszowym twórcą, a z pełnoprawnym fenomenem. Artystą, który wyprzedaje największe hale w Stanach, pretenduje do headlinera wielu festiwali, gromadzi miliardowe odsłuchy i wyrasta na jedną z najważniejszych postaci współczesnego folku. Jego przełomowy album "Stick Season" natychmiast zadomowił się w moich słuchawkach i trafił w tę bardziej wrażliwą, folkową część mnie. Proste, organiczne kompozycje, podszyte melancholią, a przy tym zaskakująco chwytliwe i pełne życia – do tego teksty balansujące między humorem a ciężarem codziennych zmagań. To był ten moment, w którym wiedziałem, że mam do czynienia z kimś wyjątkowym.

        Plenerowym koncertem w Berlinie w 2024 roku Noah Kahan tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że wyrósł na folkowego superbohatera naszych czasów. Energia tłumu, chóralne śpiewy, emocje unoszące się w powietrzu i ta niesamowita łatwość, z jaką Kahan budował więź z publicznością. Patrząc na to z boku, trudno było nie odnieść wrażenia, że rodzi się coś więcej niż tylko chwilowa popularność – raczej wspólnota oddanych fanów złączona przez niemal pokoleniowy głos i uniwersalne opowieści, które trafiają prosto w serce. 

        Dlatego do "The Great Divide" podchodziłem już nie jak do kolejnej intrygującej premiery, ale jak do ważnego rozdziału w historii artysty, który w bardzo krótkim czasie z malutkiej miejscowości Strafford w stanie Vermont nieoczekiwanie dla samego siebie wyrósł na jednego z liderów współczesnego folk-popowego grania. Na tym albumie spotykamy się Kahanem, który jedną nogą wyważył drzwi do mainstreamu i spełnił dziecięce marzenie, a drugą wciąż powraca do swojego małego miasteczka, rodziny i najbliższych. To emocjonalne rozwarstwienie albumu będzie bardziej wyostrzone, jeśli pokusicie się o seans dokumentu "Noah Kahan: Out of Body", który jest dostępny na Netfliksie. Pozwala on lepiej zrozumieć sylwetkę Noaha jako skromnego piosenkarza-gawędziarza, ale także przede wszystkim ukazuje z jakimi ciężarami rodzinnych historii oraz własnymi zmaganiami, demonami, problemami psychicznymi ten chłopak mierzy się od lat. "The Great Divide" jest właściwie takim muzycznym odpowiednikiem tego obrazu, zrywającego zasłony, których fani mogli jeszcze nie być świadomi. 
         
        Pozornie muzyczna folk-popowa warstwa jest bardzo komfortowa, kojąca, "ogniskowa" i dla tych, którzy już wcześniej słuchali Noaha Kahana – blisko znajoma. Diabeł tkwi w szczegółach. "The Great Divide" to album bardziej przestrzenny, głębiej oddychający, z większą ilością folkowych odcieni od swojego poprzednika. Słychać tu charakterystyczny wpływ przy kilku piosenkach samego Aarona Dessnera, który właściwie przelewa się na cały materiał. Nie jest to jedyne znane nazwisko, które pomagało Kahanowi na tym albumie udźwignąć ciężar oczekiwań. W creditsach do poszczególnych kompozycji pojawia się w wielu rolach Justin Vernon (Bon Iver), rozchwytywany aranżer sekcji smyczkowych Rob Moose ("Willing and Able"), czy też znany ze współprac z choćby The National i Beirut puzonista Ben Lanz ("End of August"). Swoje piętno odcisnął też songwriter, multiinstrumentalista i producent Gabe Simon, z którym Kahan współpracował już przy "Stick Season". Dzięki tym współpracom ten album Kahana brzmi dojrzalej, podnioślej i skręca w różne instrumentalne rejony. Są tu momenty folkowej intymności, akustycznej surowości ("Headed North", "Dan"), ale też pojawiają się bardziej dynamiczne gitarowe przeboje ("Deny Deny Deny", tytułowe "The Great Divide"), uniesienia rodem z heartland rocka, Americana, ballady o filmowym rozmachu ("Willing and Able")... Ten album nie goni za radiowymi przebojami (nawet jeśli w niektórych piosenkach, jak choćby w "Porch Light", tkwi taki potencjał), ale przez prawie godzinę i dwadzieścia minut (wersja rozszerzona zawiera dodatkowe cztery utwory, wydłużając całość do czasu trwania pełnowymiarowego filmu) rozwija emocje we własnym, niespiesznym tempie. To zarazem największa siła i słabość tego dzieła. Nie ukrywam, że w środkowej części ten materiał zlewał się w pewną monotonię. Sprzymierzeńcem nie jest tu również dość jednowymiarowy styl śpiewania Kahana. Niemniej  w drugiej połowie już co chwilę trafiałem na folkowe perełki i detale, które rozbudzały na nowo moje emocje. Odbiór całości zależy od odpowiedniego podejścia (to album na spokojny wieczór albo długą podróż), posiadanej – lub nie – sympatii do takiego folk-popowego brzmienia i skali własnej wrażliwości. 
         
        Muzyka muzyką, ale oczywiście opus magnum tego albumu to opowieści, które potrafią skłonić do sięgnięcia po paczkę chusteczek. Kahan pozostaje skupiony na prostych, uniwersalnych emocjach – samotności, niepewności i potrzebie rozmowy o własnych problemach. Robi to, co potrafi najlepiej: opowiada z głębi serca o skomplikowanych emocjach i relacjach zwykłych ludzi przez pryzmat własnych doświadczeń w bardzo szczery, przyziemny, małomiasteczkowy sposób. Za to fani go kochają i z pewnością docenią te autentyczne, osobiste emocje ukryte niczym grzyby w folkowej ściółce "The Great Divide".           

          

         

        LIME GARDEN – "MAYBE NOT TONIGHT"


         
        Drugi album czteroosobowego żeńskiego zespołu Lime Garden z Brighton okazał się bardzo miłym zaskoczeniem ostatnich tygodni!  
         
        "Maybe Not Tonight" to kolekcja chwytliwych melodii, które łatwo zapadają w pamięć. Dziewczyny z Lime Garden łączą indie pop, indie sleaze, art rock i post-punk, tworząc nonszalanckie, energiczne, świeże, barwne brzmienie, które one same określają jako "wonk pop". Ich lekko ironiczne, pomysłowe teksty napędzają jasne gitary, hipnotyzujące linie basu, funkowe syntezatory i dynamiczna perkusja, a całość dopełnia wyrazisty wokal Chloe Howard, poruszającej tematy odpowiedzialności wzrastającej wraz z dojrzewaniem oraz ukazującej rozterki dwudziestolatków – między beztroską a lękiem o przyszłość.
         
        "Maybe Not Tonight" to eskapistyczny album, który wciąga od początku do końca – pełen charakteru, pewności siebie, wyraźnego stylu i dopracowanego songwritingu. Lime Garden zasługują na rozgłos! 
         

         
        ➖ 
         

        DEBIUTY


        MAKS.TACHASIUK – "WIEJE"



        Debiutancki album "wieje" maksa.tachasiuka to jedna z tych płyt, które nie próbują niczego udowadniać na siłę – zamiast tego zapraszają słuchacza do środka, w sam środek myśli, emocji i niepokojów artysty. To rzeczywiście "spacer po głowie", ale nie uporządkowany i spokojny – raczej taki, podczas którego co chwilę zmienia się kierunek wiatru.

        Tachasiuk buduje swoją opowieść na minimalistycznych, często oszczędnych aranżacjach, które zostawiają dużo przestrzeni dla tekstu. A ten jest bezpośredni, momentami wręcz bolesny w swojej szczerości. Najmocniej wybrzmiewa tu motyw lęku przed przemijaniem – rozpisany na kilka utworów, prowadzi słuchacza od paraliżującego strachu, przez próbę jego wyparcia, aż po niełatwe pogodzenie się z tym, co nieuniknione. To nie jest jednak płyta jednowymiarowa. Obok egzystencjalnych rozterek pojawia się też choćby temat przebodźcowania i chaosu współczesności, szczególnie wyraźny w "Muzyce pop", gdzie natłok dźwięków i myśli staje się niemal fizycznie odczuwalny.

        Muzycznie "Wieje" osadzone jest gdzieś między alternatywnym popem a indie – słychać tu inspiracje gitarowym brzmieniem i melodyjnością, ale podporządkowane one są emocji, nie odwrotnie. Produkcja, choć dopracowana, nie przytłacza – raczej wzmacnia intymność całości. To efekt podejścia, w którym intuicja spotyka się z perfekcjonizmem, a każdy element wydaje się przemyślany, ale nie wykalkulowany.

        Największą siłą albumu jest jego autentyczność. Tachasiuk nie ukrywa słabości, nie wygładza trudnych emocji i nie boi się mówić o wstydzie czy poczuciu niewystarczalności, nawet jeśli stosuje tu perspektywę trzeciej osoby. "Wieje" nie daje prostych odpowiedzi – raczej stawia metafory i pytania i zostawia z nimi słuchacza.

        To debiut, który nie tylko zapowiada duży potencjał, ale już teraz brzmi jak w pełni świadoma wypowiedź artystyczna. Jeśli coś tu wieje, to nie tylko wiatr niepokoju, ale też autentycznej  emocjonalnej świeżości, której na polskiej scenie wciąż potrzeba, co potwierdzają w ostatnich latach sukcesy Korteza, Darii ze Śląska, Kaśki Sochackiej. Zresztą z tymi wymienionymi artystami Maksa łączy fakt, że również został objęty ramionami Jazzboy Records przy współpracy z niezależną wytwórnią Fala Label. Wszystko tu wieje w dobrym kierunku!   
         



        DEARY – "BIRDING"



        Pewnej kwietniowej nocy do snu zaprosiłem do swoich słuchawek debiutancki album londyńskiego tria Daery "Birding", który swoimi onirycznymi pejzażami, eteryczną atmosferą, rozpływającymi się we mgle gitarami sprawił, że uniosłem się w stronę Księżyca niczym załoga historycznej misji kosmicznej Artemis II! Otrzymujemy tu perfekcyjny shoegaze, który emanuje zwiewnością, lekkością, delikatnością, dream popową słodyczą, wirującą falą subtelnie chwytliwych melodii. Pięknie przez te tła przebija się tęskny i poetycki wokal Rebekki "Dottie" Cockram. Deary potrafią jednak również niecnie zagęścić ścianę dźwięków, czego przykładem jest monumentalna kompozycja "Alfie", która rozbłyska niczym kometa przecinająca ziemską atmosferę! Brzmi ona niczym szugajzowo-dream-popowy klasyk! Jak właściwie cały ten kosmicznie piękny debiut!




        MICHAŁ OD KOŚCI – "PIOSENKI Z FILMÓW, KTÓRYCH NIE BYŁO"



        Tytuł "Piosenki z filmów, których nie było" debiutanckiego albumu Michała od kości jest w pewnym sensie przewrotny, bo z tej kolekcji introspektywnych, emocjonalnych, słodko-gorzkich, bolesnych opowieści i rozliczeń z życiem filmowe nostalgiczne kadry tworzą się w wyobraźni samoczynnie! Michał Włodarczyk jawi się nam jako znakomity narrator i czujny obserwator ludzkich emocji – spokojnie sprawdziłby się w roli scenopisarza rozczulających filmów, ale na nasze szczęście potrafi też w komponowanie chwytliwych melodii. Kolekcja dziesięciu kompozycji ujmuje bogato zagęszczonymi, kreatywnymi, subtelnymi, pulsującymi zaraźliwą energią teksturami, łączącymi organiczne brzmienie gitar, pianina, perkusji i syntezatorów. Ten materiał brzmi totalnie nietuzinkowo! Jeden z ciekawszych debiutów w ostatnim czasie na naszym muzycznym podwórku! Szczera polecajka!  
         
         


         

        GRETEL – "SQUISH"



        Maddy Haenlein obserwuję już uważnie od czterech lat, gdy zwróciła moją uwagę swoim trzecim singlem "Motorbike" oraz kombinacją świetnego, zadziornego wokalu i miłości do alternatywnego rocka. Dwie bardzo solidne EP-ki "Slugeye" oraz "Head of the Love Club" wydane pod artystycznym pseudonimem Gretel Hänlyn pogłębiały tylko u mnie sympatię do twórczej estetyki i wrażliwości tej londyńskiej artystki. Jej debiutancki longplay "Squish" (podpisywany już skróconym pseudonimem) świata nie odmieni, ale moich oczekiwań nie zawiódł! I z pewnością trafi w gusta osób, poszukujących bardzo emocjonalnego materiału, który łączy surowe, alternatywne gitarowe brzmienie inspirowane latami 90. z tematami kobiecości, budowania relacji i odkrywania tożsamości wyśpiewanymi zadziornym, magnetycznym wokalem. Kolejne piosenki umiejętnie rozwijają wątki presji bycia kobietą, gniewu, rozczarowania i dojrzewania – od reakcji na wydarzenia zewnętrzne, przez doświadczenia rozstania, aż po budowanie poczucia własnej wartości i kobiecej siły. 
         
        Gretel zgrabnie łączy tu ze sobą agresywne, energiczne utwory z bardziej nostalgicznymi i intymnymi kompozycjami. Może czasami inspiracje choćby grung'em, mistycyzmem Cave'a, kunsztem PJ Harvey są tu aż nachalne, ale koniec końców w wielu fragmentach przebija się autentyczność i bezkompromisowość tej artystki, która wyraźnie przez ostatnie lata dojrzała i jej brzmienie nabrało magnetycznej pewności siebie. No i do tego ten jej wokal wypełniony przekonującą, szarpiącą emocjonalnością – mocny oręż! Świetny debiut!   
         




        ➖ 

        EP-KI / MINIALBUMY

         

        FIONA-LEE – "EVERY WOMAN"



        Fiona-Lee to absolutne moje top odkrycie kwietnia, podesłane przez nieocenionego w temacie wyławiania z muzycznego eteru nowych talentów Podróżującego Kubę. 
         
        Brytyjska artystka na swojej drugiej EP-ce "Every Woman" ujmująco i porywająco przekształca swoją intymną wrażliwość i bezkompromisowe spojrzenia na trudne problemy społeczne (przykładowo w tytułowym singlu zwraca uwagę na przemoc seksualną i wciąż zbyt powszechny brak odpowiedzialności za te czyny) w bardzo przestrzenne, dynamiczne gitarowe utwory i chwytające za serce melodie. Zachwyca również jej mocny, ekspresyjny, zjawiskowy wokal, który wykracza poza obręb kameralnych, osobistych lirycznych wyznań. Ta równowaga między fenderowskim rozmachem a bridger'owską intymnością wywołuje u mnie bajeczną rozkosz. 
         
        Wśród sześciu kompozycji nie ma dla mnie słabego momentu. Począwszy od ściskającego za serce, wysoko wzniesionego refrenu "Erin" przez kipiące gniewem "Every Women", rozczulający folk-rockowy "Imposter", chwytliwie introspektywne "Not My Friends", kołyszące soft-rockowym vibe'em "Rational" aż po finałowe, wyciszające, akustyczne "Victim" (piękne połączenie akustyka z wyłaniającą się w finale ustną harmonijką) – Fiona-Lee brzmi przekonująco i z impetem rozgościła się głęboko w mym sercu! Miejcie ją na uwadze, bo tkwi w tej dziewczynie wyjątkowy potencjał!   
          
         


        SOFIA ISELLA – "SOMETHING IS A SHELL."



        Sofię Isellę odkryłem w zeszłym roku zupełnym przypadkiem podczas przeglądania line-upów zagranicznych festiwali. Wystarczyło jednak kilka utworów, żebym momentalnie przepadł w jej mrocznym, dusznym świecie alternatywnego popu. Od tamtej pory z ogromnym zaintrygowaniem śledzę rozwój tej 21-letniej amerykańskiej artystki, która z projektu na projekt coraz wyraźniej udowadnia, że ma wszelkie predyspozycje, by stać się jedną z najciekawszych i najbardziej wyrazistych (uwagę kradnie jej przybrudzony wizerunek) twarzy współczesnego dark-popu. Jej najnowsza EP-ka "Something is a shell." tylko mnie w tym przekonaniu utwierdza – to kolejna podróż przez niepokój, emocjonalny chaos i hipnotyzującą atmosferę, z której naprawdę trudno się wyrwać. Projekt balansuje między agresywną produkcją a delikatnością tekstów, sprawiając wrażenie bardziej dopracowanego, ale jednocześnie odważniejszego niż wcześniejsze wydawnictwa.
         
        Już od pierwszych minut tej EP-ki Sofia daje jasno do zrozumienia, że nie interesuje jej tworzenie przystępnej alternatywy. To materiał ciężki emocjonalnie, momentami wręcz duszący, ale jednocześnie fascynujący swoją bezkompromisowością. Industrialne brzmienia mieszają się tu z rockową energią i mrocznym popem, a nad wszystkim unosi się atmosfera gniewu, frustracji i emocjonalnego chaosu. Największe wrażenie robi jednak to, jak dojrzale Isella potrafi opowiadać o trudnych tematach – religijnej traumie, mizoginii, przemocy czy toksycznej męskości – bez popadania w banał i tanią prowokację.

        Już otwierające "Numbers 31:17-18" uderza z ogromną siłą, wykorzystując biblijny cytat do krytyki wykorzystywania religii przeciw kobietom i mniejszościom. "Out in the Garden" oraz "Above the Neck" rozwijają te motywy, celnie punktując społeczne oczekiwania wobec kobiet i obsesję kontroli nad ich seksualnością. Sofia robi to jednak w sposób inteligentny i naturalny – jej teksty brzmią jak autentyczny wyrzut emocji, a nie moralizatorski manifest. Z drugiej strony "The Chicken is Naked and Afraid" pokazuje jej bardziej ironiczne oblicze, gdzie wśród absurdalnego humoru i niemal groteskowej energii kryje się opowieść o zdradzie i rozczarowaniu relacjami.

        Najbardziej imponuje jednak to, jak świetnie Isella kontroluje atmosferę całego wydawnictwa. Potrafi przejść od industrialnego chaosu i niemal spoken-wordowej agresji do intymnej delikatności finałowego "Evergreen Soldier", które zamyka EP-kę w zaskakująco melancholijny i ciepły sposób. Dzięki temu "Something is a shell." nie jest jedynie kolekcją mrocznych piosenek, ale bardzo osobistym, spójnym doświadczeniem, które zostawia po sobie autentyczny emocjonalny ślad.

        Coraz trudniej traktować Sofię Isellę jako jedynie "wschodzącą" artystkę. Ta EP-ka brzmi jak dzieło kogoś, kto doskonale wie, co chce powiedzieć i jaką estetykę buduje. Jeśli dalej będzie rozwijać swoją twórczość w takim kierunku, naprawdę możemy obserwować narodziny jednej z najważniejszych postaci nowoczesnego dark-popu.
          


          ➖ 

        WYRÓŻNIENIA


        Pozostałe interesujące wydawnictwa w telegraficznym skrócie: 
         
        Dla pragnących eleganckiego i szlachetnego disco popu: JESSIE WARE – "SUPERBLOOM".
         
        Dla pożądających zwartego, konkretnego, hałaśliwego rocka: FOO FIGHTERS – "YOUR FAVORITE TOY".  
         
        Dla spragnionych balansu między sypialnianym wokalem a tanecznym parkietem: ARLO PARKS – "AMBIGUOUS DESIRE".
         
        Dla łaknących wyrafinowanego popu i łagodnego rocka: JULIA CUMMING – "JULIA".
         
        Dla potrzebujących niezłego połączenia indie rocka, synth-popu i post-punku: METRIC – "ROMANTICIZE THE DIVE".
         
        Dla szukających doświadczeń fascynujących i dziwacznych: ANGINE DE POITRINE - "VOL. II".
         
        Dla chcących zatracić się w hipnotyzującej elektronice: TOMORA - "COME CLOSER".
         
        Dla pragnących prostodusznego, przebojowego rocka: STACH BUKOWSKI - "O MNIE I O TOBIE".
         
        Dla poszukujących melodyjnego alt-rocka: MIDNIGHT SWIMMERS – "OCEANS & SEAS".   
         
          ➖ ➖ ➖ 
         

        SINGLE

         

        MUSE – "CRYOGEN"

        Muse are back! 

        Przedpremierowe koncertowe nagrania z wykonu tego kawałka podczas wyjątkowego występu Muse w londyńskim O2 Academy Brixton napawały optymizmem i na szczęście wersja studyjna również brzmi przepotężnie! Zawodzący gitarowy riff skłania do porównań z "Plug In Baby", epicki refren zachęca do chóralnego śpiewu, a destrukcyjne turnstile'owe outro będzie prowokowało do moshpitów podczas koncertów! Chce to przeżyć na żywo! 
         
         


        JACK WHITE – "G.O.D. AND THE BROKEN RIBS" / "DERECHO DOMINICO"

        Jacek w wybornej formie!





        OLIVIA RODRIGO – "DROP DEAD"

        Romantycznie, ujmująco! Zapętlone! Nowy album "You Seem Pretty Sad for a Girl So in Love" ukaże się 12 czerwca! 




        MISIA FURTAK – "CZUJĘ"

        Wspaniały powrót po dłuższej przerwie tej cenionej artystki!




        SHE'S GRENN – "PAPER THIN"

        Zapowiedź debiutanckiego albumu "swallowtail"! Premiera 10 lipca. Fani szugejzu zapiszcie w kalendarzach!
         



        MLECZE – "RÓŻA"

        Mlecze kwitną jak róże! Piękny smutas!




        THE BULLSEYES – "IF HEAVEN EXISTS"

        Monumentalna rockowa kompozycja!




        KAROL G, GREG GONZALEZ – "DESPUES DE TI"

        Nie było tego w moim bingo na ten rok, ale Karol G otwiera mnie na muzykę latynoską...




        SUKI WATERHOUSE– "TINY RAISIN"

        Przebojowa zapowiedź nowego albumu "Loveland" (10.07)!




        THE STROKES – "GOING SHOPPING"

        Nowy singiel The Strokes budzi mieszane uczucie, ale odnotujmy, że nowojorska formacja wyda 26 czerwca album "Reality Awaits".
         



        DOLDER – "BONE STRUCTURE"

        Cudne harmonie!




        LANA DEL REY – "FIRST LIGHT"

        Lana z kompozycją o bondowskim rozmachu, bo i na potrzeby egranizacji przygód agenta 007.




        SONIA PISZE PIOSENKI – "J."

        Poruszająco, melancholijnie! Płyta "Piękno krótkich mgnień" już 8 maja!




        TOOTH – "RESTLESS IN BLOOM"

        Chłopaki szturmem zdobywają rozgłos na Wyspach! Trzeci udany singiel! EP-ka "Restless In Bloom" 12 czerwca! Miesiąc później sprawdzam chłopaków na żywo w Londynie!
         



        BECK – "RIDE LONESOME"

        Snuja, ale piękna!




        MIDSOMMAR – "ALICE" 

        Udany powrót naszej rodzimej formacji szugejzowej. 




        EDITORS – "CALL IT IN"

        Nowy album Editors na horyzoncie! Przedsmak obiecujący!




        MAN/WOMAN/CHAINSAW – "NOSEDIVE"

        Londyńska formacja Man/Woman/Chainsaw zahipnotyzowała mnie singlem "Nosedive"! W komentarzach na YouTube ktoś słusznie skomentował: "If Arcade Fire made All My Friends". Doprawdy coś w tym jest! Posłuchajcie zresztą sami! Debiutancki album "Cannonball" 7 sierpnia! Jestem zaintrygowany! 



        MADEON – "FIRE AWAY" (FEAT. SLAYYYTER)

        Trzeci kapitalny singiel i zapowiedź płyty "Victory"! Premiera 26 czerwca! 



         

        VIOLET GROHL – "COOL BUZZ"

        Czyżby córa zachwyciła w tym roku bardziej niż tata? Przekonamy się już wkrótce, gdyż debiutancki album "Be Sweet To Me" ukaże się 29 maja! 



         

        OYSTERBOY – "KIEDYŚ MI PRZEJDZIE"

        Niech Piotrkowi nie przechodzi tworzenie takich indie-pop-rockowych perełek! 


         

        WYDARZENIA MIESIĄCA



        RELACJE KONCERTOWE


        Na blogu pojawiły się relacje z koncertów:
         
           
          OGŁOSZENIA KONCERTOWE
           
          Wybrane festiwalowe newsy:
           
          Open'er Festival: Jennie (headlinerka soboty), Viagra Boys, Luvcut, Sobel, Vito Bambino, Kaz Bałagane.
           
          OFF Festival: 

          mBank OFF Jazz Club: Błoto, Niechęć, Ben Bekele, Ki Ki Ki, Product May Contain, sneaky jesus, O.N.E., Głupi Komputer i SZ.A.J.S. 

          Blik Open Stage: Michał Anioł, Zuzanna Malisz, PGR, Kielichy, Jadwiga Zarzycka, Duszno, Plaaaato, Clayknot, Koty bez oczu psy bez nóg! 
           
          Inside Seaside: Editors, The Streets, Maruja, Spoiwo.
           
          Orange Warsaw Festival: Dominic Fike, Blood Orange, Loyle Carner, Pezet, Jan - rapowanie, bbno$, Sokół, Kaz Bałagane, Alessi Rose, Kasia Lins, Livka, Daniel Godson, Sarah Julia oraz Ganna.
           
          Bittersweet Festival: Ciara, Charlie Jeer, Morad, Oki, Fukaj, Sophie Steel, Borderline, Bricknasty, EBBB, In Parallel, Maks.Tachasiuk, Max Baby, MPH, Myd, ZEP.
           
          Festiwal Nada: Kerala Dust, Coma.

          W przyszłym roku na naszej krajowej mapie pojawi się nowy międzynarodowy festiwal: MESST Festival w Katowicach w dniach 09-10.07.2027. Organizuje Good Taste Production, który coraz odważniej rozpycha się na festiwalowym rynku i dotychczasowy układ sił z dominacją Alter Artu być może się zmieni... Czas pokaże! 

          Łódź Summer Festival: Natalie Imbruglia.
            
           

          Wybrane pozostałe ogłoszenia:

          Karol G, Stadion Narodowy, Warszawa, 14.07.2027
            
          Yard Act, Progresja, Warszawa, 12.10.2026
            
          Morrisey, Letnia Scena Progresji, Warszawa, 09.07.2026
            
          30 Seconds To Mars, Tauron Arena Kraków, 15.04.2027
            
          Editors, Klub Stodoła, Warszawa, 10.02.2027
            
          First Aid Kit, Palladium, Warszawa, 24.11.2026
            
           

          ➖ 

          PLAYLISTA MIESIĄCA


           
          I oczywiście na koniec zapraszam Was do przejrzenia i przesłuchania mojej tradycyjnej playlisty, którą na bieżąco uzupełniałem przez cały miesiąc! Przypominam, że w pierwszej kolejności wyszczególniam albumy i EP-ki (maksymalnie 5 utworów z poszczególnych pozycji), a w dalszej kolejności prezentuję single, w tym te, które nie załapały się w moich powyższych wyróżnieniach, a które również są warte sprawdzenia! Wybory oczywiście skrajnie subiektywne!
           
           
           

          Sylwester Zarębski
          Podróże Muzyczne
          08.05.2026

          Brak komentarzy:

          Obsługiwane przez usługę Blogger.