Podróże Muzyczne relacjonują: Lor w Gdyni, Podwórko.Art, 19.04.2026!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Lor w Gdyni, Podwórko.Art, 19.04.2026!


Podróże Muzyczne relacjonują: Lor w Gdyni, Podwórko.Art, 19.04.2026!




O, patrz, to znowu ja! Z kolejną relacją z koncertu Lor! Tak, tak, to już czwarta z wiosennej trasy pele-mele! Nie wiem, czy na nią zasłużyłeś... Ale skoro już tu jesteś... 

Po trzech z rzędu wspaniałych marcowych pele-melowych weekendach z kochanymi dziewczynami z zespołu Lor we wrocławskich Zaklętych Rewirach, warszawskiej Stodole i w poznańskiej Tamie wciąż pragnąłem więcej i wprost nie mogłem przegapić finału ich wiosennej trasy w gdyńskim klubie Podwórko.art! Tym bardziej że koncert w Trójmieście zbiegł się z... moimi urodzinami! No słuchajcie, lepszego świętowania kolejnej osiemnastki (a właściwie trzynastki – wyjaśnię później!) w mym życiu nie mogłem sobie wymarzyć! Rodzina tym razem musiała wybaczyć mi brak urodzinowej kawusi, ale takie okazje, by przypieczętować urodziny dyskoteką z ulubionym zespołem, nie zdarzają się co roku! Choć nie była to też taka pierwsza sytuacja... Otóż bowiem dwa lata temu publiczność zaśpiewała mi "Sto lat" oraz otrzymałem od Panien Młodych weselno-urodzinowy bukiet podczas ich koncertu w ramach poznańskiego Next Festa! To było niezwykle wzruszające przeżycie! I sam koncert fantastyczny, ale mimo wszystko ograniczony czasowo formułą showcase'u i przez krzesełka w sali Sceny na Piętrze w dużej mierze przesiedziany (acz owacje już na stojąco!). Tu w Gdyni okoliczności i warunki zapowiadały się zgoła inne! Pełnowymiarowy koncert, fenomenalnie przebojowa era "pele-mele", powrót do nostalgicznej miejscówki Podwórko.art (dawny Klub Ucho, gdzie 10 lat temu przeżywałem piękne koncerty Youth Novels oraz Oh Wonder!), obecność Podróżującej przyjaciółki Justyny – lepiej być nie mogło!  

Muszę jednakże przyznać, że podróż do Gdyni wymagała ode mnie niemałego poświęcenia. Przystanek w tym trójmiejskim mieście był właściwie wisienką – a może bardziej świeczką – na torcie przygód z mojego dłuższego urlopowego weekendu. W czwartek i piątek intensywnie szukałem nowych talentów i muzycznych doznań podczas Next Festa, w sobotę zaś ruszyłem do Gliwic, gdzie przeżyłem kosmiczny koncert Tame Impala i po czterech godzinach snu zabrałem swoje bagaże do pociągu Pendolino, który dowiózł mnie do Gdyni! Nie ukrywam, że zmęczenie doskwierało, ale trzymała przy życiu pozytywna koncertowa adrenalina! Po dotarciu na miejsce zafundowałem sobie syte śniadanie, udało się nawet godzinkę zdrzemnąć, Podróżująca Justyna (pozdrawiam i ściskam!) zabrała mnie na obiad do Mandu – najlepszej pierogarni na tej planecie (co prawda tym razem zostałem pokonany przez pierogi, ale już na szarlotkę brzuszek zdołał wygospodarować miejsce!)!, idealnie w czas przekroczyliśmy próg klubu, zakupiłem wyczekiwany winyl "pele-mele", zaklepałem barierkę, a nawet poniosło mnie do wypicia przedkoncertowego piwka, czego zwykłem nie czynić. Kilka łyków Perły sprawiło, że świat moich myśli się rozluźnił i krew w żyłach zaczęła pulsować w rytmie, którego jeszcze nie było słychać, ale już czułem, że nadchodzi... 
 
 
Jagoda Kudlińska, Julia Skiba, Paulina Sumera oraz Julia Błachuta – perły naszej rodzimej sceny muzycznej, tworzące jedyny w swoim rodzaju folk-popowy girlsband! – wkroczyły na scenę chwilę po dziewiętnastej przy entuzjastycznym wiwacie publiczności! Frekwencja nie zawiodła! A trochę się o to obawiałem... Wszak zaplanowany dzień wcześniej koncert w Szczecinie został z powodu słabej sprzedaży przeniesiony na jesień... Ale trójmiejscy (i nie tylko!) fani nigdy nie zawodzą i wypełnili tłumnie przytulną przestrzeń Podwórka.art, dopingując zespół także z balkonu przystrojonego kolorowymi pomponami! Od początku ta pozytywnie wibrująca wśród nas energia wyraźnie uskrzydlała dziewczyny z Loru! Wspierane oczywiście przez niepowtarzalny duet Adama "Czorta" Stępniowskiego za bębnami i Jacka "Placka" Długosza z gitarami w dłoniach  rozpoczęły ten występ od zarazem brawurowej i emocjonalnie skrytobójczej kompozycji "na oścież"! Strzał w serce! Pierwszy z wielu! 
 
 
Względem poprzednich koncertów setlista pozostała bez zmian. Kolejne hity z najnowszego albumu, "wszystko jedno, wszystko źle", "jet lag i "najgorsze restauracje", błyskawicznie podniosły temperaturę w klubie i rozgrzały parkiet! Byliśmy właściwie nawet pod pewną presją, bo nad nami zwisała dyskotekowa kula, która w pewnym momencie została niecnie oświetlona, pogłębiając jeszcze bardziej atmosferę euforycznej pele-melowej dyskoteki! Nie zabrakło jednak oczywiście również nostalgicznych powrotów do poprzednich dwóch albumów. W dalszej części koncertu do chóralnych śpiewów porywały zakotwiczone głęboko w mym sercu kompozycje "Trafalgar Square", "Nikt" i "Przedwczoraj" z przełomowego krążka "Panny Młode". Z tegoż albumu w drugiej połowie koncertu ze stadionowym potencjałem wybrzmiało również "PAM PAM PAM"! Przy błyskawicznym kursie tradycyjnego podziału publiczności na dwie rywalizujące ze sobą w refrenie strony, ktoś żartobliwie zarzucił pomysł... ściany śmierci! Żarty żartami, ale w moich oczach pojawiły się diabliki... Może kiedyś...  
 
 
Nie zabrakło oczywiście fragmentów z albumu "Żony Hollywood"! "Fanfiction" przy tym wyjątkowym, już dwudziestym ósmym spotkaniu z dziewczynami jakoś tak bardziej uderzyło w moje struny emocjonalne. Wykrzyczałem pełnią płuc tytułowe wersy "niczego nie rozumiem". Zatraciłem się w zaraźliwej przebojowości "$hreka 2". Ujęły mnie również wokalne możliwości Adama, który został wybrany przez Jagodę do wyśpiewania ikonicznych ostatnich linijek piosenki "my, artyści". Zresztą można było odnieść wrażenie, że to był jego dzień! Chyba na żadnym innym poprzednim koncercie, a przynajmniej na tych, na których ja byłem, nie otrzymał on tylu żarliwych sygnałów miłości od publiczności! Nie mniej entuzjastycznie przyjmowane były również gitarowe popisy Jacka (te "plecki" ze Skibą podczas "PAM, PAM, PAM"!)! No można wysnuć wniosek, że nie taki był cel zatrudnienia tych przemiłych chłopaków do koncertowego składu, by świecili większym blaskiem gwiazd niż same dziewczyny... Oczywiście żartuję, zainspirowany, niezmiennie od lat, rozbrajającymi atmosferę przemowami Pauliny Sumery, która wyraźnie tego wieczoru miała doskonałe stand-upowe flow! Postawmy zatem sprawę jasno: krakowski girlsband w połączeniu z duetem Adama i Jacka stanowi koncertowy dream team!
 
 
 
Repertuar tego wieczoru uzupełniały kolejne piosenki z "pele-mele". Studyjna wersja utworu "obcy (1979)" na żywo niezmiennie wytężała instrumentalne muskuły i znów porwała swą dynamiką. Euforyczny "mario" po raz kolejny udowodnił, że zasługuje na tytuł hita, przez duże "H". Nostalgiczna harmonia płynąca w piosence "jak wtedy" po raz kolejny roztopiła me serduszko promieniem czystej przyjemności. Za serce i gardło po raz kolejny ścisnęła akustyczna aranżacja "mp3". Katartyczny emocjonalny wstrząs wywołały poruszającą liryką oraz instrumentalnym crescendo "płuca". Dużo radości zaś sprawił przewrotnie kąśliwy diss na byłego partnera w "co-star". Tu oczywiście Jagoda wykorzystała nietypową destrukcyjną formę refrenów do wygłoszenia wszelakich podziękowań, wśród których nawet zostałem wyróżniony!  
 
 
No właśnie. Nie obyło się bez urodzinowych akcentów! W trakcie koncertu dziewczyny z Loru zaśpiewały tradycyjne "Sto lat" nie tylko dla mnie, ale także dla obchodzącej swoje trzynaste urodziny Tosi, którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam! Dość niezręcznie przy tym już było się przyznać, ile to człowiek przeżył wiosen w swoim życiu, więc pozostałem ku rozbawieniu publiczności też przy tej wersji trzynastu lat! Jakby tego mało, to nie było ostatnie "Sto lat" tego wieczoru! Drugie zostało wyśpiewane na dokładkę już po koncercie przy podpisywaniu płyt! Mega wzrusz! I jeszcze Paulina narysowała taki uroczy torcik na tylnej okładce winyla! Egzemplarz unikatowy! Doprawdy, nie ma nic piękniejszego od świętowania urodzin z ukochanym zespołem! A zwłaszcza przy tak wyjątkowej relacji, która łączy mnie z zespołem Lor już od dziesięciu lat! Jesteście dziewczyny przekochane!    
 
 
  
Muszę jeszcze raz wrócić do samego przebiegu koncertu, bo na tle wcześniejszych przystanków tej pele-melowej trasy dostaliśmy absolutnie wyjątkowy bis. Tym razem nie było oczywistego wyboru z największych bangerów Loru. Dziewczyny poszły za głosem publiczności i spełniły nasze życzenie, sięgając ponownie po "na oścież"! Zanim jednak ta kompozycja wybrzmiała, cierpliwie wszyscy czekaliśmy na Adama, który... korzystał z toalety! Niemal jak dzień wcześniej Kevin Parker w Gliwicach, tylko że – w odróżnieniu od tamtej sytuacji – Adamowi nie towarzyszyła kamera, więc musieliśmy mu zaufać, że odpowiednio umył dłonie... No ale kto, jak nie Adam! Przywitany falą oklasków, jak bohater, który właśnie zakończył swoją prywatną misję, zasiadł za perkusją, z nonszalancją pominął intro i wtedy się zaczęło... Moje serce ponownie na przemian rozrywało się i sklejało przy tej przepięknej piosence, która tak bardzo symbolicznie zamknęła tę wiosenną trasę słyszalnym w outrze filmowym odgłosem zamykanych drzwi... Wspaniałe uwieńczenie tego pierwszego etapu świętowania ery "pele-mele"!  
 

Śmiem na końcu nawet stwierdzić, że był to jeden z najbardziej energetycznych i gorących koncertów Loru w całych dziejach mych spotkań z tym krakowskim zespołem! Z oczywistych względów rozpierała mną euforyczna energia, totalnie oddawałem się przeżywaniu kolejnych piosenek i cieszyłem się chwilą, tak jakby jutra miało nie być. Dodatkowo do zatracenia się w tym występie wspólnie napędzaliśmy się, jak dwa żywioły, z Podróżującą Justyną, która od lat jest moją idealną kompanką lorowych koncertów w Trójmieście i nie tylko! A i właściwie wszyscy fani obecni w Podwórko.art byli bardzo pozytywnie nakręceni na ten wieczór! Dziewczyny też zostawiły swoje serca na scenie!
 
 
Uśmiechy, szczera ekscytacja, pasja, wokal Jagody Kudlińskiej szybujący gdzieś ponad ziemią, skrzypce Julii Błachuty malujące dźwiękowe pejzaże, klawisze Julii Skiby oplatające wszystko subtelną magią i precyzyjna, hipnotyzująca gra Pauliny Sumery na basie i syntezatorach – dziewczyny w życiowej formie! Odniosłem też wrażenie, że jakby trochę spadła z nich presja związana z intensywną promocją tego albumu w ostatnich tygodniach, a ten niezapomniany i przewspaniały koncert był absolutnym ukoronowaniem ostatnich wysiłków i pokazem czystej radości grania!
 
 
Na koniec dziękuję jeszcze raz wszystkim fanom Loru za wymienianą energię, uśmiechy i życzenia urodzinowe! Kocham ten fanbase! Kocham Lor! Kocham me niekończące się koncertowe podróże i przygody! Kocham życie za takie chwile! 
 
Do następnego! 
 

Żabka, Gdynia, 19.04.2026, około godziny 22:00.
 
Typ w – muszę to przyznać – ładnej bluzie z twarzami czterech nieznanych mi kobiet wparował do Żabki nucąc pod nosem radosną melodię "La la la la la la la la la". Chwytliwą, nie powiem. Emanował na cały sklep taką energią, jakby wracał z jakiegoś epickiego koncertu. W dłoniach zresztą trzymał winyl... z narysowanym tortem i życzeniami "Sto lat"! To nie było dzieło przypadku. Skasowałem mu browar i paczkę czipsów. Patrzę, jak wychodzi w podskokach. Wiem jedno – jego wieczór i przygody z ukochanym zespołem jeszcze się nie skończyły...


Fotorelacja




Sylwester Zarębski 
Podróże Muzyczne
30.04.2026 


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.