Podróże Muzyczne wspominają: Primavera Sound 2025!
Środa, 04.06
Decyzję o tegorocznej podróży do Barcelony na Primaverę Sound podjąłem...
niecały rok wcześniej podczas trwania Open'era. Wówczas opowieści i zachwyty
Podróżujących przyjaciół nad uczestnictwem w edycji 2024 skutecznie skusiły
mnie do zakupu karnetu w ciemno. Oczywiście line-upy Primavery doceniałem już
od lat i sam w sobie festiwal zawsze wydawał mi się taką mekką dla fanów
szeroko pojętej muzyki alternatywnej, ale taką możliwą wycieczkę do Barcelony
traktowałem na poziomie abstrakcji. Z roku na rok jednak ten głód
zagranicznych doświadczeń festiwalowych we mnie narastał i dziś mogę rzec, że moje podróże muzyczne wskoczyły na poziom 2.0! Przyznam się jednak
szczerze, że po ogłoszeniu artystycznego programu na ten 2025 rok miałem chwile
zwątpienia. Moje oczekiwania wobec minionego sezonu festiwalowego były chyba po
prostu nieco większe, ale ostatecznie postanowiłem Podróżującym oraz
organizatorom barcelońskiego festiwalu zaufać i... Nie żałuję! No, jednego
clasha (LCD Soundsystem vs Confidence Man) dalej im nie wybaczam, ale poza
tym... Dość powiedzieć, że po powrocie do domu zaklepałem w ciemno karnet na
edycję 2026! Co prawda mam znów pewne wątpliwości, ale to jeszcze śpiew przyszłości, więc póki co skupiam się na pielęgnowaniu wspomnień z
minionej przygody. A jest co wspominać!
Już na samym wstępie zaznaczę, że błędem była podróż do Barcelony w tak zwanym
dniu zero, czyli tym inauguracyjnym – koncerty odbywają się na częściowo udostępnionym
terenie festiwalu i w klubach. To jednak wynikało z konieczności, gdyż jeszcze dzień
wcześniej bawiłem się – doskonale – na koncercie Billie Eilish w Krakowie. Nocą uporałem się z relacjami na gorąco z tego koncertu, zdrzemnąłem się
godzinkę i ruszyłem w trasę na lotnisko. Do słonecznej Barcelony
dotarłem zatem z samego rana, była chwila na regeneracyjne śniadanko, rzuciłem
okiem na symbol tego miasta, czyli Sagradę Familię i jeszcze przed meldunkiem
w apartamencie (no dobra, to akurat za dużo powiedziane, ale najważniejsze, że
człowiek miał się, gdzie wyspać) postanowiłem podbić do Centre de Cultura
Contemporània de Barcelona, gdzie odbywała się taka bardziej konferencyjna i
showcase'owa część Primavery (ten festiwal można określić właściwie mianem
szkatułkowego). A uczyniłem to dlatego, że umieszczoną na dziedzińcu tego
obiektu plenerową scenę otwierała doskonale znana mi austriacka piosenkarka...
Oska!
Jej singer-songwriterskie piosenki trafiały na podatny grunt mojej wrażliwości
już od dłuższego czasu, a rok temu miałem okazję obserwować jej niezły koncert
z całym zespołem w ramach supportu Coldplay w Wiedniu. Do Barcelony przybyła
sama, uzbrojona tylko w gitarę akustyczną, ale to wystarczyło, by ze sceny
przeleć do mojego serca odrobinę ciepła i przyjemności. Miałem tylko jeden
problem z tym występem – nieopodal znajdował się ogródek piwny i szmer rozmów
dobiegający z tej przestrzeni nieco irytował przy tak subtelnym i intymnym
koncercie. Niemniej Oska, mimo tych może niezbyt wymarzonych warunków, z
szerokim uśmiechem na twarzy prezentowała swoje kolejne melodyjne utwory, a
nawet przy jednym kawałku zdołała zaangażować – jak na tę porę – stosunkowo
licznie zgromadzoną publiczność do wspólnego śpiewu. Sympatyczne rozpoczęcie
koncertowych przygód w Barcelonie, ale za bardziej oficjalny opening jednak
uważam wieczorne koncerty na Parc del Fòrum...
Dopiero docierając na to miejsce i przechodząc pod charakterystycznym napisem z
nazwą festiwalu zawieszonym na sporych rozmiarów rusztowaniu, poczułem, że
istotnie spełnia się kolejne marzenie w mym skromnym życiu! Tuż za powitały
nas jeszcze... figurki Atomówek umieszczone na statui, które odzwierciedlały
oczywiście naturę trzech tegorocznych headlinerek: Charli XCX, Chappell Roan i
Sabriny Carpenter. Aż prosiło się właśnie o stworzenie takiej artystycznej
instalacji i organizatorzy nie zawiedli na tym polu! Pospiesznie zapoznałem
się z terenem (w większości jeszcze zagrodzonym) i zameldowałem się pod sceną
na koncercie zespołu...
Hinds! Lata temu pokochałem te sympatycznie i pozytywnie zakręcone
hiszpańskie dziewczyny na Soundrive Festival i od tamtej pory uważnie
obserwowałem ich poczynania. Dziś z oryginalnego składu pozostały tylko dwie
założycielki (Carlotta Cosials i Ana García Perrote), ale pozytywnej,
garażowej, indie-rockowej energii im przez te lata nie ubyło! Dziewczyny
emanowały zaraźliwą pozytywną aurą, sceniczną zuchwałością i z promiennymi
uśmiechami na twarzach dzieliły między siebie wokalne zadania i wyprowadzane
gitarowe riffy. Były przy tym wspierane przez równie świetnie bawiące się na
scenie i dowożące instrumentalnie basistkę i perkusistkę, zachowując ten
czteroosobowy żeński kręgosłup zespołu. Choć zrozumiałe, to delikatnie mi było
szkoda, że skupiły się głównie na dwóch ostatnich albumach, bo z chęcią
usłyszałbym bliskie memu sercu również kompozycje z debiutanckiego "Leave Me
Alone", ale niemniej wybrany repertuar piosenek bronił się na żywo swą
witalnością i potencjałem porywania do radosnego podrygiwania. W dodatku
dziewczyny dorzuciły jeszcze zaskakujący rockowy cover "Girl, so confusing"
Charli XCX i już bardziej znaną ich fanom wersję "Spanish Bombs" The Clash.
Zaciesz był i oto chodziło!
Po strategicznej przerwie na posmakowanie festiwalowego piwka (bez zarzutu,
choć system kaucyjny taki sobie) bezwstydnie dobrze bawiłem się na hiszpańskim
disco à la Pet Shop Boys w wykonaniu popularnej w tym kraju formacji
La Casa Azul! Niby taki eurowizyjny vibe to nie moja bajka, ale na żywo
swoim rozbudowanym show ta formacja rozhuśtała mnie w tańcu i skutecznie
rozbawiała. W dużej mierze to też zasługa atmosfery, którą wokół wytworzyli
Hiszpanie. Wybuch euforii i chóralnych śpiewów przy piosence "La Revolución
Sexual" wprost nie do opisania! W tamtym momencie nawet zastanawiałem się, czy
nie składać wniosku o hiszpański dowód tożsamości.
Gwiazdą tego opening day był Caribou! I choć jego twórczość jest mi doskonale
znana, zacnie bawiłem się w przeszłości na jego występach na Open'erze i Fest
Festival, tak tutaj nie potrafiłem się wkręcić w jego show. W momencie, gdy
jak na zawołanie wokół mnie Hiszpanie postanowili zapalić blanty, zgodnie z
Podróżującymi towarzyszami uznaliśmy, że lepiej będzie wcześniej się
ewakuować... do klubu Apollo!
Równolegle bowiem do koncertów na Parc del Fòrum, odbywały się również
występy wybranych artystów w klubowych przestrzeniach. Kilka dni wcześniej w
ramach aftera skusiłem się na zakup wejściówki (za stosunkowo symboliczną
kwotę, która pod warunkiem wykorzystania była po festiwalu zwracana na konto)
na koncert obiecującej formacji Fcukers. To był strzał w dziesiątkę! Imprezowy
highlight wieczoru! Nowojorska formacja zelektryzowała mnie hipnotyczną,
pulsującą energią miksu brzmień muzyki house lat 90., breakbeatu i
electro-indie! Żywa perkusja, mięsista gitarka, dynamiczne syntezatorki,
zabawy na dj'skiej konsolecie i ten zmysłowy wokal drobniutkiej i nieustannie
skaczącej po scenie Shanny Wise – klubowa perfekcja! Publiczność w ekstazie!
Finałowe "Bon "Bon" długo podśpiewywałem jeszcze pod nosem po zakończeniu tego
wieczoru.
Czwartek, 05.06
Pierwszy regularny festiwalowy dzień odsłonił przede mną cały organizacyjny
potencjał Primavery Sound. A ten z czternastoma scenami na Parc del Fòrum
doprawdy imponował. W pierwszej kolejności, po zasmakowaniu tutejszej
gastronomii (burger plus frytki – szybki czas przygotowania, cenowo
optymalnie, jakościowo zjadliwie, na moją potrzebę wystarczalnie zapchało
żołądek), skierowałem się w kierunku tak zwanego Mordoru, czyli przestrzeni z
umiejscowionymi, przyległymi do siebie, dwiema największymi scenami (po lewej
Estrella Damm, po prawej Revolut Stage) tego wydarzenia. No i ten rozległy
teren wyłożony sztuczną trawą tworzył doprawdy wrażenie odrębnego festiwalu.
Widok przewyborny!
Na Revolut Stage swój koncert rozpoczynała Kate Bollinger. Słoneczne
promienie idealnie połączyły się z jej melodyjnym, urokliwym i bardzo
subtelnym, mglistym folkowym brzmieniem z delikatnym groovem i elementami
jazzu. Zrezygnowałem z przedzierania się pod scenę – chłonąłem ten sympatyczny
występ z przyjemnością z pozycji siedzącej. Błogi klimacik! Co prawda nie
straciłem głowy dla twórczości Kate (być może w bardziej klubowych warunkach
wrażenia byłby bardziej pogłębione), ale był to koncercik zagrany z klasą, w
rytmie niespiesznego, ale sytego śniadania i owiewał milutko niczym ciepłe
powietrze.
Po ostatnich nutach piosenki "All This Time" Bollinger przeniosłem się na lewą
stroną pod Estrellę, na którą wkroczyła zdecydowanie bardziej wyczekiwana
przeze mnie...
Beabadoobee!
Karierę pochodzącej z Filipin brytyjskiej artystki z uwagą śledzę od 2020
roku, poświęciłem jej artykuł w ramach PM odkrywają i z każdym kolejnym udanym
albumem mój zachwyt nad jej twórczością wzrastał. Jej popularność i uznanie w
branży i wśród krytyków muzycznych też wciąż na fali wznoszącej, która
wyniosła ją właściwie już na największe sceny festiwalowe. Czy jednak nie za
szybko? Nie ukrywam, że ta ostatnia myśl nie potrafiła się odkleić ode mnie
podczas tego występu. Przyzwoitego, zwiewnego, świetnie zagranego, ale
zabrakło mi w nim wzniecenia iskierki do wywołania większej euforii pod sceną.
Jasne, jej słodki dream-pop zderzany z przybrudzonymi, grunge'owymi gitarami
miał tu swoje momenty (świetny start z "California" i "Talk") i ten koncert
nabrał wiatru w żagle zwłaszcza w drugiej połowie (milutkie "Beaches",
rewelacyjne "Care", zadziorne "She Plays Bass" z momentem podrywającym całą
publikę do skakania, kakofoniczne "Cologne"), ale nie mogłem jednak uciec od
tego wrażenia, że muza Beabadoobee skumulowana w bardziej kameralnych
warunkach miałaby więcej do powiedzenia. Tu gdzieś się rozmywała w tej
atmosferze jeszcze leniwego festiwalowego popołudnia. Sama artystka nie
emanuje też wyjątkową sceniczną drapieżnością i charyzmą – nie przeszkadza mi
to, rozumiem jej bedroomową osobowość, a jej nieustanny uśmiech na twarzy był
czarujący, ale też trudno mi wyobrazić sobie, by w przyszłości zawędrowała na
czołówki plakatów festiwalowych, a mam wrażenie, że jest popychana w tym
kierunku. Ale może jednak się mylę w tym osądzie i przyszłość zweryfikuje moje
przemyślenia. W gruncie rzeczy wciąż chyba w Beabadoobee tli się jeszcze
niewykorzystany potencjał talentu i kreatywności i mimo wszystko cieszyłem
się, że w końcu było mi dane zderzyć się z jej twórczością na żywo. Szkoda, że
wciąż nikt z polskich organizatorów festiwali nie porwał się na jej booking.
Z pełną świadomością swojego czynu opuściłem Mordor, rezygnując z występu
Idles (znam ich siłę rażenia, ale, sorry, nie jestem szalikowcem) na rzecz
mojego przedprimaverowego odkrycia...
Zespołu Momma!
Nowojorski zespół współliderek Etty Friedman i Allegry Weingarten na skromnej
plenerowej scenie Trainline szarpał milutko moim ciałem grunge-popowymi
melodiami przy wtórze morskiego powiewu i czarująco zachodzącego słońca! Na
kilkanaście dni przed wyjazdem do Barcelony przepadłem w ich najnowszym
albumie "Welcome To My Blue Sky", lecz miałem obawy, czy uda im się studyjną
jakość przenieść na sceniczne deski, ale już zagranym na otwarcie, moim
ulubionym przebojem "I Want You (Fever)" rozwiali wszelkie wątpliwości.
Właściwie byłem wręcz zdumiony, że zaczęli od tak mocnego i porywającego
kawałka, ale na szczęście Momma utrzymali ten poziom gitarowego natarcia przez
resztę występu. Ku mojej uciesze w repertuarze (szczególnie w drugiej połowie)
przeważał nowy materiał na czele z choćby melodyjnym "Ohio All The Time",
podnoszącym poziom hałasu "Last Kiss", marzycielskim tytułowym kawałkiem i
adrenalinowym "Rodeo". Ale starsze kawałki również przypadały mi do gustu.
Szczególnie końcówkę występu podgrzały do poziomu wrzenia kompozycje
"Motorbike" i "Speeding 72". Oprócz autorskiego materiału usłyszeliśmy również
hałaśliwy cover... "Christian Brothers" Elliota Smitha. Jakość i brzmienie
tego występu cechowało się pewną garażowością, ale przede wszystkim liczyła
się sceniczna szczerość i pasja, która w wykonaniu tych rockowych dziewczyn i
ich dwóch kolegów opiekujących się perkusją i basem mnie tutaj totalnie ujęła.
Absolutnie nie żałuję podjętej decyzji o odpuszczenie Idles i wręcz apeluję o
sprowadzenie Mommy do Polski (idealny byłby slocik na OFFie!).
Przy tak bogatym programie clashe są nieuniknione i po zapadnięciu zmroku
większość festiwalowiczów musiała podjąć decyzję: FKA Twigs czy Magdalena Bay?
Serce podpowiadało mi, by sprawdzić potencjał amerykańskiego duetu i tu znów
nie pożałowałem tego wyboru!
Mój jedyny błąd polegał tylko na tym, że stałem zbyt daleko od sceny Amazon
Music, ale gdybym tylko wiedział, jak czarującym koncertem popisze się
Magdalena Bay... A to był iście zjawiskowy i surrealistyczny
synth-popowy występ z kreatywną wielogatunkową domieszką. Bajeczny!
Mica Tenenbaum i Matthew Lewin (wspierani przez perkusistę i dodatkowego
klawiszowca) od pierwszej do ostatniej nuty w całości wykonali przełomowy
album "Imaginal Disk", który to trochę przeze mnie nie został odpowiednio
dostrzeżony i doceniony w 2024 roku. Na żywo ten materiał rozkwitał niczym
słonecznik! Zresztą podczas nośnego "Vampire of the Corner" urocza Mica
założyła na swoją twarz maskę z żółtych liści tejże wspomnianej rośliny. A i
to nie był jej ostatni taki kostiumowy podpis, ale przede wszystkim ujmowała
swoim anielskim (skrzydła anioła w finale też założyła, nawiązując zresztą do
wyświetlanej w tyle sceny wizualizacji psychodelicznego lustra) wokalem i
przemierzaniem sceny z niezwykłą lekkością i szczerą radością! Z tego koncertu
na pewno dłużej w mej pamięci pozostanie efektowne combo porywających,
sztandarowych utworów "Image" oraz "Death & Romance" z finezyjną gitarową
solówką Lewina. Rozkosznie wybrzmiało "Love Is Everywhere". Potężnie i
tłuściutko "That's My Floor". No i jeszcze to – Bang, bang! – finałowe,
baśniowe i bujające całym tłumem "The Ballad of Matt & Mica" z zejściem
Tenenbaum do publiczności! Zauroczyłem się tym duetem, przekazującym nam
zaraźliwą i świeżą popową energię rodem z psychodelicznego snu!
Dalej nastąpił u mnie przejściowy moment tego wieczoru. Dałem się na dobre
kilkanaście minut porwać w kosmiczną przestrzeń emocji za sprawą zespołu
Spiritualized, który prezentował uznany album "Pure Phase" na Cupra
Stage (arena tej sceny przypominała olbrzymi amfiteatr). Gitary, dęciaki,
wiolonczela, chór, perkusja, dojrzały wokal, stojącego z boku, Jasona Pierce’a
– ten wielowarstwowy space rock wciągał niczym czarna dziura przyjemności. Nim
jednak przejął całkowicie władanie nad moją duszą, pomny elektryzującego w
tańcu marcowego koncertu Jamiego xx w Poznaniu i dodatkowo zachęcony
przez Ekipę Podróżujących, ruszyłem pod scenę Revoluta, by potupać na
sztucznej trawce. Stanęliśmy właściwie na peryferiach tej sceny – wiedząc, że
i tak będziemy ewakuować się na wcześniej na Parcels nie było sensu podbijać
bliżej. Niemniej na całej długości tłum poddawał się mistrzowskiej sztuce
łączenia glitch'owych rytmów, euforycznych melodii i hipnotyczne rytmów tego
londyńskiego producenta. Podobnie jak w Poznaniu – choć za pomocą nieco innych
wyborów – Jamie cierpliwie i finezyjnie podnosił porzeczkę poziomu tanecznej
ekscytacji i z żalem opuszczałem ten występ w połowie, gdyż wiedziałem, jakie
bangery pozostawił na finał... Niemniej szybko o tym zapomniałem dzięki
wyczekiwanemu od lat spotkaniu z chłopakami z zespołu...
Parcels!
Ależ to był "feel-good" koncert! Instrumentalna wirtuozeria w duchu
wintydżowego disco-funku! Ten występ począwszy od zagranego na wstępie
przełomowego "Overnight" (od tego kawałka zaczęła się też moja przygoda z nimi), ten występ niósł ze sobą bezpretensjonalny, radosny, taneczny flow!
Funkowe riffy, ciepłe melodie z przekroju ich całej twórczości, w tym także
cztery kompozycje z nadchodzącego wówczas albumu "Loved", zbudowały atmosferę
wspólnoty, luzu i czystej przyjemności z tańca! Plac pod Amazon Music pod
wpływem choćby takich przebojów jak "Tieduprightnow", "Somethinggreater",
"Gamesofluck", "IknowhowIfeel", "Yougotmefeeling", "Hideout" zmienił się w
symbiotyczną przestrzeń plusującą pozytywną energią! Na uwagę zasługiwała też
świetna realizacja koncertu: od klimatycznego oświetlenia przez świetną pracę
kamerzystów, którzy dynamicznie prezentowali zespół na telebimach i tylnym
ekranie za ich plecami. Te bliskie ujęcia tylko potęgowały wrażenie, że mamy
do czynienia z perfekcyjnie zharmonizowanym ze sobą składem! Lata temu,
gdy ich odkrywałem na blogu, to nie przypuszczałem, że osiągną taką sceniczną
jakość i będą aspirować do headlinerskich slotów. A Parcels udowodnili tym
fantastycznym koncertem, że są dziś jednym z najbardziej radosnych i
angażujących zespołów koncertowych na świecie! Ileż ja tu miałem pociechy z
tego występu! Jeden z highlightów wieczoru! 



Nie zdecydowałem się tej tanecznej energii podtrzymać za sprawą łączonego
koncertu Charli XCX i Troye Sivana z trasy Sweat Tour. A przynajmniej nie od
razu. No od początku byłem sceptykiem tego show dwójki popowych artystów, a
moje poczucie pogłębiały też nagrania z ich amerykańskiej trasy. Czułem, że to
będzie bardzo nierówny set. Nie myliłem się. Jeszcze trakcie pierwszej połowy
ich występu otrzymywałem informacje od znajomych, że partie Troya obniżają
ekscytację z samego występu Charli XCX. Ja w tym czasie zaś dałem szansę
młodym nowojorczykom z zespołu...
Been Stellar!
Pięcioosobowy skład przywiózł do Barcelony gitarowe brzmienie, przypominające
zgiełk nowojorskich ulic. Ze sceny Trainline posyłali w naszą stronę gęste,
mgliste, ale zarazem melodyjne rockowe kompozycje zabarwione szarością i
wiejące chłodem. W swojej muzie katalizują najlepsze osiągnięcia nowojorskiej
sceny z lat 90. i przełomu wieków i na scenie prezentują je w sposób
przekonujący. Przez gitarową ścianę dźwięku przebijał się przenikliwy wokal
Sama Slocuma, którego sceniczna ekspresja trochę przypominała mi Griana
Chattena z Fontaines D.C., włącznie z częstym intensywnym uderzaniem w
tamburyno. W repertuarze oczywiście przeważały kompozycje z ich udanego
debiutanckiego albumu "Scream From New York, NY", choć sięgnęli też po dwa
utwory z imiennej EP-ki oraz świeżutki singiel "Breakaway" i dwie
nieopublikowane kompozycje. Nie był to wstrząsający koncert, ale Been Stellar
potwierdzili, że są jednym z ciekawszych i obiecujących młodych gitarowych
zespołów, który warto bardzo uważnie śledzić.
Skończyli na tyle szybko, iż postanowiłem mimo wszystko podbić na ostatnie
niemal pół godziny występu Charli XCX i Troye Sivana.
No i to był z mojej strony bardzo sprytny plan. Po prostu nie zdążyłem się
zmęczyć tym dzielonym między dwoje artystów show, a dotarłem idealnie na
euforyczną końcówkę. No może tylko szkoda przegapionego tańca Chappell Roan
podczas "Apple", ale to do przeżycia. Na Mordor wkroczyłem w momencie, gdy
Charli XCX rozpoczynała piąty akt tego koncertu intensywnie pulsującym "365".
"Vroom Vroom" i "1999" wykonane wspólnie z Troye Sivanem z miejsca rozbujały
mymi bioderkami. Przy "Track 10" trudno było zaś oderwać wzrok od ekspresyjnej
w tańcu i wijącej się na deskach sceny Charli, a przy festiwalowym hymnie "I
Love It" skakali wszyscy, również na tyłach! Szósty, przedostatni akt należał
do Troya. Na szczęście króciutki. Artysta wykonał bezbarwne "Honey" i – tu
muszę oddać – bangerowe "Rush". No i we wspólnym finale oboje artystów
zaprezentowało "Talk talk" z rozszerzonej wersji albumu "Brat". W tym
przypadku jednak jestem zwolennikiem oryginalnej wersji. No i ten koncert miał
jeszcze jeden smaczek – odbywał się w dniu trzydziestych urodzin Troye Sivana,
który został pod koniec poprowadzony przez Charli w stronę przygotowanego dla
niego tortu! Ot, taka słodkość.

Primavera Sound to festiwal z gatunku tych, które nie zasypiają. I druga część
nocy obfitowała w niezapomniane elektroniczne uniesienia!
Co prawda pierwsze chwile występu niemiecko-słowackiego duetu
Brutalismus 3000 przeżywałem, siedząc na ciepłym betonie pod Amazon
Music i regenerując swoje siły, ale długo w tym stanie jednak nie wytrwałem.
Brutalismus 3000 prezentowali bowiem szatański elektroniczny set.
Natarczywymi, nieustępliwymi bitami Theo Zeitnera oraz przesterowanym wokalem
Victorii Vassiliki Daldas, berliński duet odprawiał właściwie nad
publicznością taneczny egzorcyzm. Na dłuższą metę wykańczający i
przebodźcowany, ale to doświadczenie ich rave'owej furii zapisało się w mym
koncertowym pamiętniku na lata. No i to był znakomity koncertowy energetyk
przed ostatnimi występami tej nocy...
O godzinie 4:30 na scenę Schwarzkopf wkroczył The Dare, czyli
amerykański muzyk Harrison Patrick Smith, który zasłynął choćby z
wyprodukowania utworu "Guess" Charli XCX. No jego umiejscowienie w tym dniu na
Primaverze nie było przypadkowe i dla wielu osób jego koncert stał się oczywistym
afterem po koncercie autorki płyty "Brat". I pod tą niewielką sceną doprawdy
zacieśniło się. A pod wpływem dawki piorunującego electroclashu i
dance-punku nacechowanego niechlujnością indie sleaze natychmiastowo zrobiło
się intensywnie, duszno i potliwie! Harrison charakterystycznie ubrany w
stylowy garnitur i czarne okulary z pozorną obojętnością bez większego wysiłku
przejął błyskawicznie kontrolę nad tłumem, wywołując hedonistyczne reakcje!
Jego one-man-show było absolutnie magnetyczne! Zdominował scenę i kolejnymi
wystrzałowymi, gęstymi od tłustych bitów, mrocznymi, transowymi,
prowokacyjnymi kompozycjami z debiutanckiego "What's Wrong With New York?" i
EP-ki "The Sex" pobudzał lepiej niż jakikolwiek istniejąca substancja! Te
momenty, gdy w killerskich piosenkach "I Destroyed Disco" oraz "All Night"
sięgał po statyw z talerzem perkusyjnym, triumfalnie wznosił go nad siebie i
"torturował" pałeczką – obrazki niezapomniane! Tym bardziej że wzmagane
również przez oszałamiające stroboskopowe oświetlenie, które do dziś właściwie
odbija się w moich źrenicach! Całe szczęście, że miałem ze sobą
przeciwsłoneczne okulary, które zawadiacko zakładałem przy chociażby
sejsmicznym "Perfume", porywającym "You’re Invited", "Bloodwork" z wplątanym
"Guess", czy wreszcie finałowym hicie "Girls", który rozpalił już wszystkich
festiwalowych niedobitków! The Dare zapewnił nam niekontrolowaną elektroniczną
zabawę, która przyniosła nieskrępowany upust emocji i zaraźliwej
energii.
Tej energii miałem jeszcze w sobie o dziwo nadmiar, więc podbiłem pod scenę
Cupra, gdzie swój set pomalutku kończył Armand Van Helden! Przyznam
się, że przez długi czas lekceważyłem jego obecność w składzie Primavery, ale
gdy tylko sobie przypomniałem, za jakimi przebojami ten amerykański DJ stoi,
wiedziałem, że nie mogę choćby tego fragmentu jego występu odpuścić! No i
tańczenie do hitów pokroju "Barbary Straisand" oraz "I Want You" (do pełni
szczęścia zabrakło "My My My") z licznym tłumem przy wschodzącym słońcu to
było niezwykle unikalne doświadczenie! Tak oto o godzinie szóstej skończył się
mój najdłuższy festiwalowy dzień ever! To uczucie, gdy jeszcze naładowany
festiwalową adrenaliną wysiadałem z metra i przemierzałem barcelońskie
uliczki, mijając pierwsze otwierające się sklepy spożywcze i piekarnie...
Niezapomniane doświadczenie!
Piątek, 06.06
Regeneracja i sen po szaleństwach tego pierwszego regularnego dnia był krótki,
gdyż pragnąłem skorzystać oferty klubowych koncertów w ramach Primavery Ciutat
i spotkać się z...
Julie Byrne!
Stawiłem się o godzinie 14:00 w klubie Sala Apolo i... odpłynąłem! Dwa poprzednie
albumy tej amerykańskiej artystki – "Not Even Happiness" z 2017 roku i "The
Greater Wings" z 2023 – absolutnie zachwycały mą duszę minimalistycznym
folkiem i głęboką wrażliwością samej piosenkarki. I jej występ także był
bardzo kameralny, akustyczny, refleksyjny i powolnie sączący do dna serca
poruszające emocje. Julie, zachwycającej ciepłym i kojącym wokalem,
towarzyszyła dodatkowa wokalistka oraz sideman, który opiekował się
klawiszami, syntezatorami, okazjonalnie dodatkową gitarą akustyczną. Zabrakło
tylko żywej sekcji smyczkowej, która była zapuszczana z taśmy w tle. Ten
piękny koncert sprawił, że publiczność zastygła w przejmującej ciszy i okazał
się w efekcie niezwykle wyciszający i medytacyjny. Takich emocji właśnie
potrzebowałem w tamtym momencie.
Popołudniowe przygody na terenie festiwalu rozpocząłem od sprawdzenia
potencjału holenderskiego postpunkowego zespołu Tramhaus. I tu
bardzo pozytywne zaskoczenie. Pięcioosobowa męsko-żeńska formacja z Rotterdamu
podgrzała temperaturę niezwykle żarliwym i bezkompromisowym występem. Iskrzyło
się od hałaśliwych i melodyjnych gitar, a uwagę kradł Lukas Jansen swoją
nadpobudliwą sceniczną ekspresją i niemal warczącym wokalem. Chyba tylko upał
sprawiał, że publiczność nie wybuchła w tańcu w pogo, a tu był doprawdy do
tego potencjał! Bardziej w ten słoneczny klimat swoim koncertem na Cuprze
wpasowała się...
Waxahatchee!
Ojeju! Jakże wspaniale było móc po latach ponownie zobaczyć na scenie Katie
Crutchfield! Pamiętam jak w 2017 roku podczas Soundrive Festival
prezentowała bardzo szorstki, chłodny, ale pełen werwy i emocjonalności
indie-rock, ale w ostatnich latach jej twórczość przeszła fascynującą
przemianę w kierunku promienistego, harmonijnego folkowego i country stylu.
I w Barcelonie prezentowała nam właśnie to urzekające, singer-songwriterskie
oblicze, skupiając się niemal wyłącznie na kompozycjach z ostatnich dwóch
przecudownych albumów "Saint Cloud" i "Tigers Blood". Niemal, bo w pierwszej
połowie przemyciła jeszcze rozkoszną piosenkę "Problem With It" z pobocznego
projektu Plains. No ale właściwie od samego początku i utworu "3 Sisters"
rozpływałem się z przyjemności, niczym masełko wystawione na oddziaływanie
słonecznych promieni, pod wypływem aksamitnych melodii w stylu Americana i
country oraz tego jakże błogiego wokalu Katie! Perełką zaś była gościnna, tak jak w oryginałach, obecność MJ Lendermana w piosenkach "Right Back to
It" oraz "Burns Out at Midnight"! Dołożył on od siebie kolejną gitarową warstwę i zblazowany wokal. Całe szczęście, że ten moment miał miejsce w centralnej
części koncertu, gdyż już przy następnej cudnej kompozycji "Crowbar"
zmuszony zostałem skierować się w stronę Mordoru. Uczyniłem to jednak z
ogromnym oporem, bo ten koncert Waxahatchee był jak dotyk złocistego
zachodzącego słońca nad rzeką Tennessee i łyk mitologicznej ambrozji. No ale
nie wyobrażałem sobie przegapienia ani sekundy występu...
Wolf Alice!
Brytyjski zespół wskoczył niespodziewanie do line-upu Primavery w
zastępstwie za Clairo i to właśnie w Barcelonie dane nam było po raz
pierwszy w tym letnim sezonie podziwiać ich nową koncertową jakość!
Wkroczyli na główną scenę Estrella Damm z niezwykłą pewnością siebie. Już
przy pierwszych kawałkach, zadziornym "Formidable Cool" i rozmarzonym
"Delicious Things" z mej wielbionej płyty "Blue Weekend", uwagę kradła
przede wszystkim Ellie Rowsell. Artystka ubrana w biało-czarną koszulkę z
przyszywaną symboliczną srebrną gwiazdą nigdy wcześniej nie emanowała taką
magnetyczną siłą, czuciem sceny i własnego ciała, kobiecością i glam-rockową
ekspresją! Niezmiennie zachwycała również swoimi sopranem, który wypełniał
całą przestrzeń festiwalowego terenu. Doprawdy przepoczwarzyła się w liderkę
zespołu i prawdziwą gwiazdę rocka! Niemniej doceniałem również jej kolegów z
zespołu, którzy wnosili istotne pokłady energii w ten występ: gniewne riffy,
progresywną perkusję, soczysty bas i subtelne akordy fortepianowe. Całym
setem udowodnili, że są mistrzami w fachu łączenia krwistego rocka, punkowej
furii z eterycznym shoegaze'em i przytulnym soft-rockiem. "How Can I Make It
Ok?" jak zawsze porwało do energicznego podskakiwania, rewelacyjnie,
musująco i wzniośle wypadł na żywo wydany niecały miesiąc wcześniej singiel
"Bloom Baby Bloom", urokliwie folkowo wybrzmiało "Safe From Heartbreak (If
You Never Fall In Love)", zachwyciła nieopublikowana ballada "The Sofa" o
filmowym rozmachu, zaś nostalgią zalało "Bros". Oszałamiająco (świetnie
wzmocnione przez intensywne niebiesko-czerwone oświetlenie) wypadło "Yuk
Foo" z szalejącą na scenie Ellie z megafonem w dłoniach Poprzeczka rockowego
szaleństwa została podniesiona bezpośrednio przez wściekłe "Play the
Greatest Hits" – w tym momencie zaliczyłem swoje debiutanckie pogo na
hiszpańskiej ziemi! Po tym gorączkowym momencie tempo przyjemnie zwolniło za
sprawą pięknego "Silk" oraz poruszającego "The Last Man on Earth". W finale
powróciła kumulacja rozpierającej energii niesiona przez napastliwe "Giant
Peach" ze wplecionymi nutami "Seven Nation Army" The White Stripes i "Iron
Man" Black Sabbath oraz chóralnie wyśpiewywane "Don't Delete The Kisses".
Występ pełen rockowego triumfu i ukazujący niesamowity rozkwit Wolf Alice!
Szczerze czułem niesamowite wzruszenie przeżywając ten koncert jednego z
moich ulubionych współczesnych gitarowych zespołów!
Liczyłem, że podobne emocje wzbudzi we mnie koncert sióstr Haim na
scenie Revoluta, ale tym razem trochę się zawiodłem. Bardzo ciepło wspominam
poprzednie spotkania z Danielle, Este i Alaną na Open'erze w 2014 i
warszawskiej Stodole w 2018 roku i być może przy tym trzecim spotkaniu
zabrakło mi tej kameralności tamtych koncertów. Zdaję sobie jednak sprawę,
że o nią będzie już szalenie trudno w przyszłości, bo w ostatnich latach
dziewczyny z Los Angeles wkroczyły na popkulturowe salony i to nie tylko
dzięki muzycznym dokonaniom, ale także za sprawą flirtów z kinematografią
(świetny film "Licorice Pizza" z główną rolą Alany). I obserwując je teraz
na primaverowym mainie nie mogłem uciec od wrażenia, że wkradło się trochę
do ich występów chłodnej kalkulacji i gwiazdorskiej pychy. Nie był to jednak
też słaby koncert. Ot, Haim prezentowały formę typowego hollywoodzkiego
wakacyjnego blockbustera. Niemniej przy pierwszych kawałkach "The Wire", "My
Song 5" z debiutanckiego albumu "Days Are Gone" – przedzielonych świetnym
"Now I'm In It" z ostatniego albumu "Woman in Music, PT. III" – czułem, że
moje serce jest milutko łaskotane przez nostalgię. Kapka wzruszenia też się
pojawiła, ale im dalej w zachód słońca, tym set stawał się coraz bardziej
nierówny. Nie do końca chwyciły cztery kompozycje z nadchodzącego albumu "I
Quit", choć ficzer scenograficzny nawiązujący do koncepcji płyty był ciekawy
– na banerze nad głowami zespołu wyświetlanie były choćby historie
nieudanych związków fanów w trakcie śpiewania singla "Relationships", zakończonego zresztą rzucanymi przez dziewczyny z pewną dozą ironii hasłami
Fuck relationships. Ten koncert niosły przede wszystkim starsze
kawałki, choćby "The Steps", podczas którego Danielle z Alaną
wymieniały się perkusją i gitarami, dowodząc swojej instrumentalnej
wszechstronności. W sumie ten kawałek był perełką środkowej części (trochę
bez wyrazu "Gasoline" i "Blood on the Street"), podczas której jednak siadło
tempo, a Danielle chyba jednak zbyt długo czasu spędziła za perkusją. Choć
już końcówkę "Blood on the street" kończyła przy niezłej gitarowej solówce,
ale gdy tuż po niej na banerze pojawiło się pytanie
Are you having fun yet? miałem nieco mieszane uczucie. Na szczęście
odpowiednia gitarowa energia i euforia wśród publiczności powróciła wraz z
debiutanckim, przebojowym utworem "Don't Save Me"! Przyjemnie pop-rockowo
wybrzmiało "Want You Back" z drugiego krążka "Something to Tell You".
Highlightem okazało się wykonanie jazzowego "Summer Girl" poprzedzone
"seksowną" saksofonową solówką Nicka z koncertowego zespołu. W trakcie
piosenki zachęcone przez siostry Haim na barana swoich chłopaków/przyjaciół
wskakiwały fanki z tłumu – piękny obrazek! No i na finał najlepsze z zestawu
najnowszych kompozycji, bo po prostu najbardziej żywiołowe "Down to be
wrong" wzbogacone względem studyjnej wersji fajną gitarową solówką Danielle,
lecz i tak zostawiające mnie z pewnym poczuciem niedosytu. Niby nie mogłem
odmówić Danielle, Este i Alanie bezkompromisowej radości, nieskrępowanej
demonstracji pasji i scenicznej chemii, ale jednak ten set trochę nie
dowiózł, tak jak oczekiwałem.
To był taki moment wieczoru, w którym nieco zacząłem opadać z sił.
Pozostałem już na Morderze w oczekiwaniu na koncert Beach House,
ale ten... No nie był on lekarstwem na moją chwilową niedyspozycję, a
wręcz pogłębiał kryzys. Uznany amerykański zespół dream-popowy próbował
przenieść mnie swoją eteryczną twórczością w kosmiczne przestrzenie, ale
do tych gwiazd jednak moja świadomość nie dotarła. Nie będę też nikogo
oszukiwał – kompletnie nigdy wcześniej nie zagłębiałem się w ich twórczość
i ten koncert, choć nie odmawiam Beach House sprawności w kreowaniu
międzygwiezdnych i otulających magią pejzaży muzycznych, jakoś mnie nie
zachęcił do nadrobienia tej muzycznej zaległości.
O powrót do mojego ciała pozytywnej festiwalowej energii zadbali za to
panowie z zespołu TV On The Radio na Cuprze! I tu również, choć
zawsze odnosiłem się do tej nazwy z szacunkiem, nie zaznajamiałem się
wcześniej z ich muzycznymi dokonaniami, ale w tym przypadku nie miało to
absolutnie żadnego znaczenia, a wręcz pogłębiało we mnie stan osłupienia! To
był tak piekielnie doskonały i energiczny koncert, iż pobudziłby do
ponownego życia świeżego nieboszczyka! Czuć było w powracającym po dekadzie
przerwie zespole ten głód koncertowych doznań. Jeśli jeszcze pierwsze dwa
kawałki "Young Liars" i "Golden Age" cechowały się dolewaniem do tej
koncertowej maszyny oleju, tak od "Lazerray" TV On The Radio wcisnęli
głęboko pedał gazu! I przez resztę występu niemal nie spuszczali z tonu i
nie zmniejszali dopływu adrenaliny! Generowana ze sceny melodyjna energia
płynąca z ich eklektycznych, eksperymentalnych aranżacji, w których łączą
awangardowy rock, punk, soul i elementy elektroniki, totalnie mnie
zelektryzowała! Rewelacyjną formę szczególnie prezentował wokalista Tunde
Adebimpe, ale imponowało również zgranie całego zespołu i potężne brzmienie,
płynące z głośników. No koncert-petarda! Nie sposób było spokojnie ustać
przy choćby takich killerach, jak "Wolf Like Me", "Could You", "The Wrong
Way", "DLZ", "Staring at the Sun"! Z perspektywy czasu właściwie żałuję, że
nie przebiłem się przez tłum bliżej sceny i największego epicentrum
szaleństwa publiczności, ale i tak koniec końców ten kapitalny koncert
pozostawił mnie ze wstrząsem mojej muzycznej orbity!
Postanowiłem dalej trzymać się planu – źle to zabrzmi, ale co tam –
zaliczenia trzech headlinerskich Atomówek i wróciłem na Mordor, by dać
szansę tej, która od samego początku najmniej mnie przekonywała, czyli
Sabrinie Carpenter. No ale długo nie wytrwałem. Właściwie nie miałem ochoty już wkraczać głębiej w nieprzebrany tłum, a i dźwięki dobiegające
ze sceny wybrzmiewały dla mnie niezwykle płasko i sztucznie, choć sama
broodway'owska oprawa robiła pozytywne wrażenie. Wytrzymałem z trzy utwory,
w tym cover "It's Raining Men" i zadałem sobie kluczowe pytanie: czy ja
naprawdę w swoim życiu potrzebuję tego koncertu? Nie. No i zdecydowałem się
na taktyczny na odwrót. Podbiłem pod scenę Amazon Music, na której madrycki
zespół Carolina Durante udowodniał, że Hiszpanie potrafią w fajny
indie-rock z okazjonalnym ambitnym wykorzystaniem dęciaków i sekcji
rytmicznej. W pamięci utkwił szczególnie obrazek stojącego o kulach
wokalisty zespołu – doceniałem jego poświęcenie dla tego występu.
Odpowiednio wcześniej jednak wycofałem się pod Cuprę, by zagwarantować sobie
miejsce przed wyczekiwanym występem...
Wet Leg!
Przed godziną drugą w nocy znów nasilił się u mnie festiwalowy kryzys i ból
stóp, ale brytyjski zespół, już formalnie pięcioosobowy, zdołał wykrzesać ze
mnie ostatki sił niezwykle nonszalancką, chwytliwą, postpunkową,
garage-rockową gitarową energią i grooviastymi rytmami. Przejmująca w nowym obliczu zespołu rolę frontmanki Rhiana Teasdale nie bez podstaw prężyła
muskuły na wejściu przy efektownym świeżym singlu "Catch These Figs". Wet
Leg błyskawicznie ujarzmili całą publiczność ostrym riffem, nieodpartym i
bezczelnym urokiem oraz lirycznym sarkazmem. Trochę w cieniu sceny niknęła
nam współzałożycielka Hester Chambers, niemniej jako kolektyw zespół dowoził
dawkę piorunującego brzmienia! I nie przeszkadzał nikomu nawet fakt, że
niemal połowę repertuaru stanowiły nowe kompozycje z nadchodzącego
"Moisturizer". Ba, imponujące i nieodstające jakościowo od debiutanckich
piosenek wykonania "Liquidize", słodkiej "Davina Mccall", "Jennifer's Body",
"Magnetout", czy uginającego się pod ciężarem chrupkich gitar, finałowego
"CPR" tylko wzmagały zapotrzebowanie na ten drugi album! Oczywiście nie
zawiodły również sztandarowe kompozycje Wet Leg. Włosy na ciele stanęły dęba
przy ikonicznym, oczyszczającym chóralnym krzyku w trakcie szalonego
"Ur Mum", a publika zwariowała w tańcu i śpiewie w trakcie fenomenalnego
"Chaise Longue"! Rozpalony tłum tym scenicznym żywiołem z trudem zmieścił
się pod Cuprą, więc nie dziwi fakt, że Wet Leg powrócą w przyszłym roku na
Primaverę jako już gwiazda inauguracyjnego dnia. I na tym wystrzałowym
koncercie postanowiłem zakończyć swoje piątkowe przygody i nabrać nieco
więcej sił na ostatni festiwalowy dzień...
Sobota, 07.06
Sobotnie koncertowe przeżycia również postanowiłem rozpocząć od klubowego
koncertu. Wybór padł na Destroyera w klimatycznej sali Paral·lel
62.
Projekt muzyczny kanadyjskiego artysty Dana Bejara oczarował skupioną
publiczność dawką dramaturgicznych, eklektycznych, art-rockowych aranżacji.
Moje myśli kierowały się w stronę kunsztu The National, choć oczywiście to
nie był ten poziom koncertowej epickości, ale Bejar swoim poetyckim
zacięciem i zmanierowanym wokalem oraz jego kompani swoimi instrumentalnymi
umiejętnościami i odrobiną nonszalancji sprawili, że nieomal kilkukrotnie
zachłysnąłem się z zachwytu. Swoją drogą to właśnie w barcelońskim Paral·lel
62 wybrzmiały po raz pierwszy wybrane kompozycje z tegorocznego chwalonego
przez krytyków albumu "Dan’s Boogie". Aż nabrałem w tamtym momencie ochoty
na nadrobienie tej pozycji, jak i właściwie całej dyskografii Destroyera. Z
perspektywy czasu szczerze to się nie wydarzyło, ale ten fakt nie umniejsza
wrażeniom wyniesionym z tego kunsztownego i poetyckiego koncertu.
Wstępnie rozpoczęcie przygód na Parc del Fòrum planowałem od koncertu
Kim Deal, ale wygrała jednak perspektywa dalszego ładowania życiowych
baterii na trybunach Cupry przy fragmencie koncertu
Christiana Lee Hutsona, którego w 2024 roku widziałem również na
Inside Seaside. Występ tego zacnego amerykańskiego singer-songwritera na
Primaverze był skromniejszy, bo zagrany tylko w towarzystwie skrzypaczki,
ale przez ten minimalizm zdecydowanie bardziej ujmujący i zapewniający błogi
relaks.
Swoje siły koncentrowałem przede wszystkim na występ Fontaines D.C.!
Strategicznie ustawiłem się już wcześniej pod sceną Revolut, kątem oka
zerkając i słuchając hipnotycznego występu Glass Beams, którzy
zachwycili w zeszłym roku na OFF Festivalu. Ich set bez niespodzianek,
zagrali w swoim instrumentalnym, grooviastym stylu, łączącym
psychodelię wschodu z jazzem i wielowarstwowym worldbeatem, ale
potwierdzili, że większe sceny im nie straszne.
Prawdziwe szaleństwo tego dnia rozpoczęło się jednak od występu uwielbianych
przeze mnie Irlandczyków z Fontaines D.C.! Choć w moim przypadku nie
tak od razu...
Triumfalna energia była jednak wyczuwalna już od samego początku koncertu.
Zespół z Dublina, wspinający się przez ostatnie sześć lat sukcesywnie na
gitarowy szczyt marzeń, zaczął ten występ od niepokojącej i nastrojowej nuty
tytułowej piosenki albumu "Romance", który to katapultował ich do niemal
mainstreamowego poziomu rozpoznawalności. Chwilę później jednak combem
starszych piosenek "Jackie Down the Line" i "Televised Mind" Grian Chatten
ubrany w limonkowo-zielony t-shirt i workowate czarne spodnie wraz ze
swoimi kompanami z zespołu znacznie podnieśli postpunkowe napięcie. Bliżej
sceny z pewnością już się zaczynało kotłować, ale niestety przez te pierwsze
piosenki byłem za bardzo oddalony od tego epicentrum gorączkowych reakcji
fanów. Właściwie przez kolejne, bądź co bądź świetne, wykonania "Roman
Holiday", "Death Kink", "Big Shot", "Sundowner", czy wreszcie urzekającego
melodią tegorocznego singla "It's Amazing to Be Young" równolegle do
rosnącej fali zachwytu narastała również frustracja. No przeżywałem takie
déjà vu z ich koncertu na Tempelhofie i niczym tykająca bomba czekałem
(nie)cierpliwie na ten zapalnik, który sprawi, że zerwę z siebie łańcuchy,
powstrzymujące mnie przed katartycznym zatraceniem się. No i wreszcie w
połowie tego koncertu panowie sprowokowali mnie mym uwielbianym "Big" z ich
debiutanckiego krążka "Dogrel"! Moshpit również natychmiastowo się
powiększył, a ja w amoku i z wykrzykiwanymi, ile pary w płucach wersami
My childhood was small / But I'm gonna be big przedarłem się
przez tłum i wpadłem niczym wściekła bestia w międzynarodowe pogo! No i od
tego momentu to był TEN koncert! Przy "Bug" milutko się rozluźniłem, a przy
zestawie "Here's the Thing", "Nabakov" i zabójczego "Boys in the Better
Land" pojawiły się diabliki w mych oczach i testowałem swoją kondycję!
Oddech łapałem przy entuzjastycznym "Favourite" i filmowym "In the Modern
World", a później nastąpił miażdżący emocjonalnie i fizycznie finał!
Najpierw poruszające "I Love You", które z jednej strony zachęcało do
kręcenia wspólnotowego kółeczka i symbiotycznego skakania, a z drugiej
zapadało w pamięci za sprawą wyświetlanej na telebimie flagi Palestyny oraz
tekstów Free Palestine, a także Israel is committing genocide. Use your voice. W połączeniu z lirycznym przekazem tej ballady ze "Skinty Fia" ten gest
solidarności z Palestyną wybrzmiał wprost uderzająco. No i na koniec
przepotężne "Starbuster", przy którym znów totalnie się zatraciłem w tańcu i śpiewie! No ten
koncert tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że jestem niemal psychofanem
postpunkowej wrażliwości Fontaines D.C., a Ci zaś wkroczyli na ścieżkę
gitarowej ponadczasowości!
Podczas koncertu Fontaines D.C. zerkałem kątem oka od czasu do czasu na
scenę obok, na deskach której wznoszona była imponująca scenografia
gotyckiego zamku dla nowej królowej popu, czyli...
Chappell Roan!
Oczywiście tę baśniową oprawę kojarzyłem już z wielu
relacji z występu tej amerykańskiej artystki na Orange Warsaw Festival, ale
na żywo i tak wzbudziła ona mój podziw. Ba, jestem przekonany, że sam
Antonio Gaudí, gdyby tylko oczywiście żył, byłby zachwycony tym projektem! A całość dopełniały jeszcze
znakomite wizuale w stylu animowanego filmu fantasy. Idealnie oczywiście
współgrały one z dragqueenowskim vibem twórczości i fantazyjnym,
"motylkowym" kostiumem samej Chappell Roan. Z perspektywy czasu to płynne
przejście z koncertu Fontaines D.C., na którym zapłonął mój testosteron na
to zaróżowione popowe show, które to z kolei ujęło i totalnie zmiękczyło moje
serducho, wydaje się czymś absolutnie abstrakcyjnym, ale... To miało doprawdy
miejsce i nie żałuję niczego! No Chappell Roan okazała się dla mnie tą
najbardziej wystrzałową headlinerską Atomówką! Od pierwszych fantastycznych
przebojów "Super Graphic Ultra Modern Girl" i "Femininomenon" padłem na
kolana z wrażenia przed jej imponującym wokalem i zniewalającą charyzmą i
dałem się ponieść zbiorowej euforii panującej wśród publiczności! Ten impet
Chappell utrzymała przez cały set! Jakże teatralny, naszpikowany popowymi
hymnami, efektami pirotechnicznymi i przede wszystkim, obok stadionowej siły
wokalu Roan, rewelacyjnie niesiony przez pop-rockową grę zajebistego
żeńskiego zespołu! Oj, nieraz się tu zaiskrzyło od miotanych riffów! Choćby
potężnie i zadziornie wybrzmiał cover piosenki "Barracuda" Heart! Oczywiście
nie mogło zabraknąć przy tym także rozczulających ballad. Tę rolę pełniły
kompozycje "Casual" (wokalny popis!), "Picture You", "Kaleidoscope", czy też
subtelna "Coffe", odśpiewana przez Roan z pozycji siedzącej na tronie i z
trzymanym w dłoniach... gremlinem. No ale przede wszystkim porywały
popowe bangery pokroju "Naked in Manhattan", nieopublikowanego jeszcze
wówczas "The Subway", ognistego "HOT TO GO!" z obowiązkowym epickim flash
mobem publiczności (starałem się nadążyć za choreografią tańca rąk, ale było
to niezwykle wymagające!), country-popowego "The Giver", wystrzałowej "Red
Wine Supernova", czy też wreszcie chóralnie odśpiewywanych popularnych
przebojów "Good Luck, Babe!" i "Pink Pony Club" w finale! Chappell Roan
trzymała władzę absolutną nad rozentuzjazmowaną publicznością i przekonała
mnie, że jest jedną z obecnie najjaśniejszych gwiazd muzyki popowej!
Mimowolnie i bezwstydnie dołączyłem do Klubu Różowych Kucyków!
Wydostanie się z Mordoru po koncercie Chappell było nie lada wyzwaniem.
Właściwie to był moment, w którym najbardziej odczułem frekwencyjny rekord
Primavery (festiwal zgromadził łącznie 293 tysiące osób!). No ale po
kilkunastu minutach udało się opuścić sztuczną trawę i odzyskać łączność z
siecią. Godzinka przerwy na trybunach Cupry na odpoczynek i nawodnienie i
znów powróciłem pod te dwie główne sceny festiwalu, kierując się w stronę
Estrelli Damn. Żartobliwie ujmując zastaną sytuację: morze różowych
kapeluszy ustąpiło miejsca siwiejącym włosom. Oto bowiem nadszedł wreszcie czas na
koncertowe opus magnum Primavery 2025...
LCD Soundsystem!
Koncert tej legendy nowojorskiej sceny muzycznej w 2016 roku na Open'erze
zdeklasował wówczas konkurencję, a mnie osobiście, jako dopiero
początkującego studenta ich twórczości, absolutnie spiorunował i porwał do
zabawy w dance-punkowym pogo pod samą sceną! To było wybitne doświadczenie!
Ominąłem niestety ich kolejny występ w 2018 roku na Orange Warsaw Festival i
w kolejnych latach nie pojawiały się dogodne okazje do powtórzenia
koncertowych emocji z Gdyni, aż do tej chwili! Po niemal dekadzie! I znów
James Murphy i spółka zawładnęli mną ostrym, surowo analogowym, tanecznym,
ze szczyptą romantyzmu setem, przy którym drgał każdy mięsień mojego ciała!
Może ostatecznie nie zdołali mnie oszołomić w takim stopniu, tak jak przed
laty, ale ponownie otarli się o w mojej ocenie koncertową wybitność! Z jakim
stoicyzmem i precyzją ta kilkuosobowa grupa tworzy narastające emocjonalnie
wielowarstwowe faktury instrumentalne, doprowadzając je często do
katartycznych eksplozji – za każdym razem czapki z głów! Tradycyjnie zwieźli tonę sprzętu, szczególnie tego elektronicznego, a nad ich głowami rozbłyskiwała dyskotekowa kula. Powolnie budzili
nas do życia rozpalającym się stopniowo "Oh Baby", by już w "You Wanted a
Hit" skumulować energię, która zaraźliwie rozpierała licznie zgromadzony
tłum świadomych i zaangażowanych fanów pod sceną! Płynnie ta wulkaniczna
energia przemieniła się w pulsujące rytmy "Tribulations", ironicznego
"Tonite", "I Can Change" z charakterystyczną psotną melodią klawiszy i
dołożonym intrem "The Model" Kraftwerka oraz coldwave'owskiego i transowego "x-ray
eyes". W drugiej połowie te charakterystyczne dla LCD Soundsystem mantrowe
zderzenia fal disco i post-punku nabierały jeszcze większego natężenia i
sprawczego oddziaływania na tłum za sprawą rozpędzonej kompozycji "new body
rhumba", entuzjastycznego "Someone Great", najbardziej tego wieczoru
rockowego, porażającego dynamiką i nerwowością "North American Scum" (ależ
tu niosło do skocznych harców!), czy wreszcie tego potężnego, katartycznego
syntezatorowego riffa w pozornie spokojnym "Dance Yrself Clean", po którym
wszyscy wystrzelili w górę niczym Apollo 11, a nasze głosy podążyły w ślad
za instrumentalną melodią – sztos! Finał? Najpierw wyciszająca i teatralna
ballada "New York, I Love You but You’re Bringing Me Down" z
instrumentalno-wokalnym crescendo, a na zakończenie oczywiście tłum zalało
tsunami ciarek podczas kultowego "All My Friends"! To narastające poczucie wspólnoty i
ten nasz chóralny śpiew refrenu – wzbudzone zostały ponadczasowe emocje! Do pełni
szczęścia zabrakło mi tylko w repertuarze "Daft Punk Is Playing At My
House", ale nie miałem w pierwszej chwili za bardzo czasu tego
rozpamiętywać, gdyż trzeba było spiesznym krokiem skierować się w stronę
sceny Amazon Music na grande finale...
Turnstile!
To była iście pokerowa zagrywka ze strony organizatorów, by zaplanować
koncert tego hardcore punkowego zespół z Baltimore na godzinę... trzecią w
nocy! No i wybaczcie wulgaryzm, ale inaczej się nie da – to był dosłowny
wpierdol na zakończenie festiwalu! Turnstile przybyli do Barcelony tuż po
wypuszczeniu dzień wcześniej nowego, świetnego albumu "Never Enough" i
zaprezentowali formę godną zespołu, który ma wszelkie zadatki do tego, by
osiągnąć w pewnych kręgach miano kultowego. Dotarłem pod scenę, gdy zespół
już zdawał się być totalnie rozpędzony i momentalnie w jakimś festiwalowym
amoku zdecydowałem się przedrzeć bliżej sceny, ale docierając do skraju
epickiego pogo, zdałem sobie sprawę, że jest to misja samobójcza... Zabawa w
pogo przypominała momentami walki MMA, co chwilę ktoś popełniał z tłumu
swoiste kamikaze, ale na szczęście zespół dawkował też odpowiednie chwile
eksperymentalnego wytchnienia, więc ofiar śmiertelnych nie stwierdzono.
Pragnąłem mimo wszystko wrócić w jednym kawałku do Polski, więc zatracałem
się w tym koncercie obstawiając obrzeża moshpitu, ale i tak to doświadczenie
było doprawdy tak wstrząsające, że w pewnym momencie odmówiłem szybki
paciorek. Rytmiczny groove, miażdżące riffy gitarowe i ogólna siła nośna
choćby takich numerów, jak "Dull", "Don't Play", fenomenalnego "Holiday",
pierwszej połowy "Look Out For Me", "Blackout", czy wreszcie finałowego,
siekającego "Birds" była po prostu atomowa! Zespół włącznie z liderującym
mu, ekspresyjnym wokalistą Brendanem Yatesem, grał jak natchniony! W pamięć
zapadały też proste, kolorowe obrazy wyświetlane na ekranie za plecami
bandu, ale generalnie to był jeden z tych koncertów, gdzie totalnie zaufałem
zespołowi i przede wszystkim skupiałem się na zabawie i unikaniu
nokautujących ciosów z tłumu. Niezapomniane przygody na Primaverze 2025
zostały zwieńczone z sejsmicznym przytupem!
Jeśli jeszcze ktoś odczuwał niedosyt po koncertowych przeżyciach, które
organizatorzy Primavery upchali na terenie Parc del Fòrum albo pragnął
nadrobić wybrany przegapiony koncert, to jeszcze miał do dyspozycji
niedzielną ofertę występów w barcelońskich klubach. To pewnie niespotykane
jak na mnie, ale tym razem zdecydowałem się odpuścić (choć gdybym odkrył
wcześniej zespół Momma...) i postanowiłem wykorzystać wolny czas na
zwiedzanie i chłonięcie atmosfery samego miasta. No i podskórnie czułem, że
pewnie przyjdzie mi pisać wspomnienia z tej podróży dopiero zimowymi
wieczorami, więc asekuracyjnie zapewniłem sobie nieco mniej pracy. Niemniej
to była przyjemność powrócić do tych przygód i emocji z początku czerwca
zeszłego roku! I jestem przekonany, że będę je starannie pielęgnował w
swojej pamięci przez kolejne lata! A i poszczególni artyści postarali się o to, by pamięć o ich
mniej lub bardziej efektownych występach nie zniknęła w gąszczu kolejnych
koncertowych wrażeń i codziennych spraw. Ale to już pewnie sami wyczuliście, o kim mowa, w trakcie lektury. Sama w sobie Primavera zaś okazała się nie tylko
festiwalem, lecz intensywnym wielowymiarowym doświadczeniem, w którym
muzyka, miejsce, ludzie i momenty zlewają się w jedno niepowtarzalne
przeżycie! Z chęcią je powtórzę w przyszłości! I właściwie w ciemno kupiłem karnet na
tegoroczną edycję, ale... Nie jestem jeszcze przekonany, czy ta wyprawa
dojdzie tym razem do skutku. Jeśli jednak kiedykolwiek poczujecie chęć dotarcia na
Primaverę, to z ręką na sercu polecam! Jest to wyprawa warta każdego grzechu i grosza!
I finiszując, last but not least, dziękuję Ekipie Podróżujących, którzy namówili mnie i
towarzyszyli podczas tej szalonej, epickiej i niezapomnianej podróży!
PS Moje nagrania koncertowe znajdziecie na instagramowym profilu w wyróżnionych relacjach i przeszłych postach. Nieoficjalnie nagrane streamingi wielu koncertów znajdziecie też na YouTube – w tekście ograniczyłem się do wrzucenia jedynie tych, oficjalnie opublikowanych przez organizatorów Primavery.
Fotorelacja:
Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne
14.01.2025















































































































































































































































