Podróże Muzyczne wspominają: Open'er Festival 2025!
Tradycyjnie w zimowy wieczór dostarczam Wam moje obszerniejsze wrażenia i
wspomnienia z kolejnej edycji Open'er Festival! To była moja już
jedenasta wizyta na Lotnisku Gdynia-Kosakowo! Syndrom Sztokholmski? Mimo
świadomości wszelkich niedoskonałości – absolutnie unikałbym takiego
stwierdzenia! Doprawdy wypatruję tych corocznych wizyt na Lotnisku
Gdynia-Kosakowo niczym pierwszej gwiazdki w święta i zawsze udaje mi się
wycisnąć z tych podróży wiele wspaniałych i niezapomnianych momentów! Nie
inaczej było w roku 2025! Ba, może nawet to była dla mnie najlepsza edycja od
lat! Line-upowe wybory Alter Artu – nawet jeśli nie potoczyły się one zgodnie
z zamierzonymi planami – wyraźnie trafiały w mój gust. I w większości
przypadków nie zawiodły! Zatem wskoczmy już w ten wehikuł czasu i cofnijmy się
do pierwszych dni lipca!
Środa, 02.07
Pierwszy dzień Open'era rozpocząłem oczywiście od tradycyjnego pałaszowania
langoszy, ale niestety nie dane nam było w tym roku zasmakować festiwalowego
Jagerka. Następnie spacerek po terenie festiwalu. A w tym roku doszło do
pewnych zmian, szczególnie scenicznych. Przed Main Stage tym razem postawiono
dwa mniejsze rozsunięte od siebie fohy, co pozwalało spoglądać na koncerty na
tej scenie z centralnej dalszej perspektywy. Zmiana raczej na plus. Alter
Stage bez zmian, ale za to Tent Stage przeszedł całkowitą rewolucję.
Pożegnaliśmy stary, charakterystyczny namiot z falami i cyrkowymi masztami, a
w zamian postawiono nowoczesną, czarno-różową konstrukcję. Klimat kompletnie
inny, ale trzeba przyznać, że obecny brak słupów sprzyjał lepszej widoczności,
wyższa i większa przestrzeń sprzyjała cyrkulacji powietrza, a nagłośnienie i
akustyka bez większych zarzutów. Co do festiwalowych stref – właściwie nie ma
o czym specjalnym mówić. Szybka wizyta w Merchu i już wbijałem bliziutko pod
sam Main Stage, by podziwiać...
Raye!
Wow! Co to było za otwarcie Maina! Być może nawet najbardziej epicki początek
Open'era z dotychczasowych mych wizyt na tym festiwalu! Pierwsza w historii
laureatka sześciu statuetek Brit Awards z 2024 roku potwierdziła swoim
zjawiskowym koncertem aspiracje do miana headlinerki przyszłości. I to
niedalekiej! Raye pojawiła się na scenie w efektownej błękitnej sukience,
która pięknie odbijała promienie słoneczne (pogoda tego dnia dopisywała!) i
mocno kontrastowała ze scenograficzną czerwienią. Otoczona potężnym zespołem
(czteroosobowa sekcja dęta, gitara, bas, klawisze, perkusja, dodatkowe
perkusjonalia, dwuosobowy żeński chór) rozpoczęła występ od porywającego,
nieopublikowanego singla "Where Is My Husband!"! Tenże kawałek robił już
wrażenie na nagraniu z Glastonbury, ale na żywo – spektakularna miazga! No i
ten zniewalający wokal ekspresyjnej i charyzmatycznej brytyjskiej artystki!
Poprzeczka oczekiwań przed całym koncertem została zawieszona wysoko, ale Raye
kolejnymi wykonami nieustannie ją podnosiła i przeskakiwała z zapasem swojego
niewyobrażalnego potencjału! Jej wokalny popis na jednym wydechu powietrza w
trakcie emocjonalnego "Oscar Winning Tears" był wprost oszałamiający!
Porównania do nieodżałowanej Amy Winehouse nie są przypadkowe, ale
zarazem twórczość Rachel Agathy Keen tryska większą gatunkową rozpiętością i
różnorodnością, co udowadniała na żywo swoim repertuarem. Wykonanie "Mary
Jane" niosło w sobie soul-bluesowy vibe okraszony instrumentalnymi popisami
prowokowanymi przez wokalne zabawy Raye. Przy wstrząsającej balladzie "Ice
Cream Man", opisującej napaść seksualną, emocjonalnie mnie zamurowało.
Niejedna łezka podczas tego momentu spłynęła po twarzach fanów, którzy to
swoją drogą pod sceną wykazywali się fenomenalnym zaangażowaniem i znajomością
tekstów. Olśniewająco i monumentalnie wypadła również nieopublikowana
kompozycja "I Know You're Hurting" z bardzo wzniosłym refrenem, podbijanym
przez wzbierające natarcia instrumentalne, nad którymi oczywiście górował
mocarny głos Raye. "Genesis, pt. ii" zaskoczyło niemal hip-hopową energią,
która sprowokowała całą publiczność do falowania rękoma góra-dół. "Worth It."
emanowało zarażającym tanecznym entuzjazmem, który idealnie wprowadził nas do
bardziej przebojowej drugiej połowy koncertu. A w niej usłyszeliśmy chwytliwą
wersję "You Don't Know Me" Jaxa Jonesa utrzymaną jeszcze w soulowym
instrumentalnym odcieniu, ale już przy przeboju "Secrets" nagranym z DJ-em
Regardem, zgrabnie i bez powodowania zgrzytu na twarzy, wkradły się bardziej
klubowe rytmy. Ten ostatni numer płynnie przeszedł w rozpędzoną i hitową
kompozycję "Black Mascara.", przy której pojawiły się skoczne dropy. Końcówka
kolejnej klubówki, czyli utworu "Prada" to już były armatnie salwy
dynamicznych elektronicznych bitów! Na finał Raye zafundowała nam jednak
wycieczkę w bardziej dramaturgiczny pejzaż za sprawą okazałego instrumentalnie
utworu "Escapism.", który mimo wszystko emanował też potencjałem do skocznych
wyrzutów energii, prowokowanych przez samą artystkę, która niesiona euforią
zawędrowała boso na skraj wybiegu, podnosząc rzuconą z tłumu czerwoną różę!
Piękny obrazek! Niesamowity set! Do pełni szczęścia zabrakło tylko
wyczekiwanej przeze mnie świeżutkiej kompozycji "Suzanne"... Niemniej i tak z
ust wyrywało się po tym koncercie tylko jedno zdanie: można sprzątać już
Open'era!
Chłopaki z zespołu Wunderhorse niestety byli zmuszeni odwołać swój przyjazd do
Gdyni, co wielu sympatyków gitarowego grania (a tego w tym roku na Opku było w
ilościach nadmiarowych!) z pewnością przyjęło ze smutkiem, ale u mnie szczerze
pojawiła się pewna ulga, gdyż mogłem bez wyrzutów sumienia okupować dalej
swoje miejsce niemal pod barierkami głównej sceny (nawet nie pamiętam, kiedy
ostatnim razem wylądowałem tu tak blisko) w oczekiwaniu na pierwszą
co-headlinerkę dnia, czyli...
Gracie Abrams!
Ten status headlinerski dla Gracie Abrams, mimo że jej popularność i kariera w
ostatnich miesiącach za sprawą viralowych kompozycji i protekcji samej Taylor
Swift nabrała kosmicznego rozpędu, oczywiście był nieco naciągany. Pierwsze
scenariusze kreślone przez Alter Art na ten dzień z pewnością były inne, ale
ewidentnie coś poszło nie tak po myśli organizatorów (to tylko domysł, ale
wiele wskazywało na to, że to miał być dzień Olivii Rodrigo, gdyby nie jej
konieczność zagrania zaległych koncertów w Manchesterze) i koniec końców ta
amerykańska artystka została wyniesiona do tej największej czcionki na
plakacie. Swoją drogą to bodaj pierwszy headlinerski koncert na Open'erze o
tak wczesnej porze przy zachodzącym słońcu. Niemniej w tym przypadku
sprawdziło się to znakomicie. Złociste promienie słoneczne z pewną nutą magii
padały na scenę, a i sama Gracie z szerokim uśmiechem na twarzy nie ukrywała
ze sceny, że zawsze marzyła o występie w takich warunkach. Córka J.J.
Abramsa zresztą też prezentowała się na scenie zjawiskowo. Wyłoniła się
z backstage'u ubrana w zwiewną, urzekającą białą suknię, jakby miała zamiar
podczas tego występu wybrać z publiczności kandydata do ślubu. Swoim
zaangażowaniem starałem się wysłać jej sygnały swojej gotowości, ale
najwyraźniej nie mam szans w starciu Paulem Mescalem. Ekhm... Żarty na bok,
ale też nie będę tu nikogo oszukiwał – mam do Abrams słabość już od wielu lat
i jej pierwszych kompozycji wypuszczanych w eter. Pluję sobie w brodę, że
odpuściłem swego czasu jej koncert w berlińskiej Columbiahalle z promocją
debiutanckiej płyty, gdyż teraz o takich kameralnych warunkach mogę tylko
pomarzyć. Już zdobycie biletu na jej zeszłoroczny lutowy występ w hali
Velodrome było dla mnie poza zasięgiem... Na szczęście ta artystka swoją
ekspresją, nieustannie utrzymywanym kontaktem z fanami, charakterystyczną dla
niej, rzekłbym nawet nadpobudliwą, życzliwością istotnie skracała ten dystans
między nami i zarażała pozytywną aurą, nawet jeśli momentami prezentowała
bardziej ckliwe i melancholijne kompozycje. Szkoda tylko, że z tego debiutu
usłyszeliśmy jedynie kompozycję "Where do we go now?". Wykonaną za to
niezwykle emocjonalnie, z efektownym spacerem Gracie na skraj wybiegu i z
chóralnym wsparciem rozentuzjazmowanej publiczności. A ta atmosfera pod sceną
emanowała girlhoodową siłą i sprawiała, że moja dusza się odmładzała i
odnajdywałem w sobie pierwiastki kobiecej wrażliwości. Wracając jednak do
repertuaru, to mimo wszystko dziwię się, że Gracie pominęła choćby singiel "I
know it won't work" z "Good Riddance", ale niemniej na tym jej wycieczki w
twórczą przeszłość się nie skończyły. Usłyszeliśmy aż trzy kompozycje z jej
premierowej EP-ki "Minor": "21", zaskakujące "Friend" oraz wyśpiewane przy
okrytym tęczową flagą pianinem "I miss you, I'm sorry" z subtelnym
instrumentalnym crescendo. Oczywiście w kulminacyjnym momencie nie zabrakło
histerycznego wykrzyczenia Sorry przez fanów. Kilka utworów
wcześniej również z samym akompaniamentem pianina Gracie podzieliła się z nami
nieopublikowaną (poza koncertowym nagraniem) kameralną balladą "Death Wish".
Smakiem, w tym ja, obeszli się za to sympatycy jej minialbumu "This Is What It
Feels Like" z 2021 roku, ale na otarcie łez z tamtego roku usłyszeliśmy osobno
wydany singiel "Mess It Up", który skutecznie prowokował fanów do zdzierania
gardła. Podstawę repertuaru stanowiło jednak aż dziesięć piosenek z
najnowszego albumu "The Secret of Us". Gracie z akustyczną gitarą w dłoniach
rozpoczęła ten koncert od pełnego emocjonalnego zapału "Risk", choć nie
wszystko tu poszło zgodnie z planem. Po euforycznym przywitaniu się z
festiwalem i fanami... Gracie kompletnie rozminęła się z wokalnym
backtrackingiem. Być może pojawił się jakiś problem z odsłuchem. Sama artystka
wydawała się tym zaskoczona i zdezorientowana, ale błyskawicznie przeprosiła
nas z ujmującym uśmiechem jeszcze w trakcie wykonywania tej piosenki. Nie
sposób nie było wybaczyć tej wpadki, tym bardziej że reszta koncertu
przebiegała już sprawnie. Temperament pierwszego utworu utrzymało "Blowing
Smoke", do wspólnego kołysania się zachęcało "I Love You, I'm Sorry", miłosną
dramaturgię podkręciło "I Told You Things", wdzięcznie zaś wybrzmiały
kompozycje "Normal Thing", "Let It Happen". Z pewnością na zawsze wykonanie
"Tough Love" zapamięta fan/fanka, którego/której telefon chwyciła Gracie i
króciutko filmowała się podczas podejścia na skraj wybiegu. Tu ujawniły się
znane scenicznie umiejętności multitaskingu Abrams. Serce rozczuliło też
piękne wykonanie ballady "Free Now" z narastającym instrumentalnym tempem.
Szkoda, że zabrakło miejsca i czasu dla hymnicznej kompozycji "Us" – może nie
jestem jej wielbicielem, ale na żywo z pewnością wypadłaby okazale. W finale
jednak nie mogło się obyć bez obecnie największych przebojów amerykańskiej
piosenkarki. Power pop bangery "That's So True" oraz "Close to You" rozpaliły
nasze emocje pod barierkami! Szczególnie ten drugi kawałek powiódł nas do
radosnych podskoków, a nawet z Podróżującymi kolegami w kulminacyjnym momencie
wystrzeliliśmy niczym z procy w górę z kucnięcia i poniosło nas w... soft
pogo! No nie pytajcie o szczegóły, ale po tej prawej stronie sceny wjechało
totalne boyhoodowe szaleństwo! Doceniam też zrozumienie i zaangażowanie w tę
zabawę przesympatycznych fanek wokół nas!
Gracie Abrams roztopiła tym występem me serduszko, oczarowała swym wdziękiem
oraz emocjonalnym, bedroomowym, ale też przebojowym girls-popem, a atmosfera
wytworzona przez jej fanów/fanki była wręcz fascynująca. No rozmarzyłem się o
wspólnych spacerach z Gracie po plaży przy zachodzie słońca...
Po harcach na "Close to You" właściwie nie było ani sekundy na złapanie
oddechu, gdyż momentalnie ulotniliśmy się pod sceny, by jak najszybciej
dotrzeć na imprezkę pod Alter Stage z...

Fcukers!
Ta sensacyjna w tym festiwalowym sezonie nowojorska formacja miesiąc wcześniej
zelektryzowała mnie hipnotyczną, pulsującą energią miksu brzmień muzyki house
lat 90., breakbeatu i electro-indie w dusznym od potliwej zabawy Klubie Apollo
w ramach
Primavery Sound. Tej atmosfery oczywiście jeden do jednego nie udało się przenieść pod
większy Alter Stage, ale i w Gdyni publiczność popadła w objęcia tanecznego
rytmu żywej perkusji, pulsujących bitów i skreczowanych sampli z konsolety
dj-skiej wzbogacanych przez soczyste gitarowe riffy Jacksona Walker
Lewisa i przede wszystkim ten uwodzący wokal charyzmatycznie skaczącej po
całej scenie Shanny Wise. Ekstatyczna impreza z nutkami nostalgii za
czasami świetności electro-clashu z każdym kolejnym kawałkiem tylko się
rozpędzała, a temperatura pod namiotem niebezpiecznie wzrastała, prowokując
nawet Jacksona do zdjęcia koszulki. I ja niesiony euforią po muzycznych
uniesieniach z Raye i Gracie Abrams dałem się totalnie ponieść tej dynamicznej
zabawie! Ujmował mnie też widok dziewczynki na barkach prawdopodobnie rodzica,
która doskonale się bawiła i posyłała zespołowi serduszka ze złączonych dłoni.
No sztosik impreza zakończona oczywiście przebojowym "Bon Bon"!
Po kilku godzinach spędzonych w promieniach słonecznych pod Mainem i po
wyczerpujących tańcach z Fcukers zaistniała konieczność odpoczynku i
nawodnienia się. Z tego też względu na headlinerski koncert bodajże
rekordzistów w tym względzie Open'era (piąta wizyta na Mainie), czyli
Massive Attack dotarłem już w trakcie jego trwania. Nie podbijałem już
bliżej sceny, ale chłonąłem go z dalszej perspektywy, doceniając przy tym
widok i ten zabieg z rozsuniętymi fohami. To moje drugie zderzenie się z
twórczością tej legendarnej trip-hopowej formacji. Poprzednie miało miejsce
również na
Open'erze w 2018 roku
i wówczas zdecydowanie bardziej byłem nastawiony na dawkę ich mrocznych i
posępnych kompozycji. Tym razem chłonąłem tylko 40-minutowy fragment ich
występu, który oczywiście potwierdził ich artystyczną klasę. Niesamowita i
niemniej legendarna gościni Elizabeth Fraser w poruszających i kojących
utworach "Black Milk" i "Song to the Siren" Tima Buckleya, niepokojące,
złowieszcze i dramatyczne tony "Take It There" oraz "Future Proof",
obezwładniająca energia "Inertia Creeps", czy żarliwa wersja "Rockwrok"
Ultravox, która powstrzymała na chwilę mój odwrót z tego – w pozytywnym
znaczeniu – antyfestiwalowego koncertu... No nie potrafiłem się z tej
doznawanej chwilę wcześniej beztroskiej festiwalowej aury przestawić na te
miażdżące emocjonalne ciosy Massive Attack wzmagane również przez wyświetlane
na telebimach zaangażowane politycznie klipy z choćby antybohaterami
współczesnego świata Trumpem, Muskiem, Nethanjahu, Putinem, spojrzeniem na
gruzy w Strefie Gazy, wojenne zniszczenia na Ukrainie, zwróceniem uwagi na
wyzyskiwanie niewinnych osób, szaleństwa związane z rozwojem AI, fake newsami
itd. Pełen szacunek za wzbudzanie antywojennych i antyludobójczych uczuć
i prowokowanie do refleksji na współczesnymi zagadnieniami
polityczno-społecznymi. Niemniej, choć zazwyczaj nie mam z tym problemów, tym
razem nie potrafiłem się w pełni przestawić na ten angażujący i dołujący
koncert Massive Attack. Byłem zbyt rozproszony, a ponadto ciągnęło mnie do
ponownego spotkania z...
Magdalena Bay!
Po drodze na Alter Stage dane mi było jeszcze obserwować inny spektakl:
magiczne obłoki srebrzyste na niebie! No Open'er to akurat potrafi w
dostarczanie pogodowych wrażeń. Miałem nadzieję, że tej popowej magii i
baśniowości nie zabraknie na koncercie amerykańskiego duetu. Miesiąc wcześniej
ich koncert na dużej scenie Amazon Music podczas
Primavery Sound
okazał się jednym z objawień. I trochę pozostawił mnie z niedosytem, gdyż
przeżywałem go z dalszej perspektywy, czego żałuję. Szczerze liczyłem, że w
namiocie Altera ich urzekająca dawka kreatywnego synth-popu skumuluje się w
jeszcze bardziej zaraźliwą energię. I doprawdy była na to szansa, ale została
zaprzepaszczona przez realizację dźwięku. Litości! Natężenie basu podczas tego
koncertu odbierało mi całą przyjemność z tego koncertu. Nawet zatyczki tu nie
pomagały. A mogło być tak pięknie, nawet przy tym fakcie, że scenariusz tego
występu był powtórką z Barcelony. A więc od pierwszej do ostatniej nuty
odegrany został album "Imaginal Disk" z fenomenalnym combo w pierwszej części
występu, czyli "Image" i "Death & Romance". Show znów kradła
wokalistka Mica Tenenbaum swoją niezrównaną charyzmą, miodnym wokalem i
wielokrotnymi zmianami kostiumu. No ale niestety w trakcie koncertu moje
bębenki uszne wywiesiły białą flagę. I wbrew początkowym planom ukojenia
postanowiłem szukać na występie...
Jorji Smith. Czy to przemieszczenie się na Tent Stage było dobrym
ruchem z mojej strony? Niekoniecznie. Raz, że otrzymywałem informacje ze
strony Podróżujących, iż bas na Alterze został nieco okiełznany, a i duet
Magdalena Bay zaskoczył bisem i utworem "The Beginning" z debiutanckiego
albumu "Mercurial World". Dwa – to już trzecie moje spotkanie z Jorją i znów
poniżej oczekiwań. Co prawda jej koncert na
On Air Festival z 2022 roku
nawet chwaliłem, ale z perspektywy czasu dość szybko zdążył przepaść w
mglistych rejonach mej pamięci. Realizacyjnie jej występ na Tent Stage był bez
zarzutów. Niby wszystko tu się zgadzało. Piękny wokal Jorji, świetny
rozbudowany band, charakterystyczne dla niej kompozycyjne pokłady soulowego
ciepła, bujającego r'n'b i jazzowej kreatywności, ale zabrakło mi tu jednak w
tej eleganckiej twórczości brytyjskiej artystki jakieś takiej iskierki
szaleństwa, charyzmy, która zadziałaby na moją wyobraźnię i nieokreślonego
czynnika, który by ją w mojej muzycznej orbicie wyróżniał.
Moja festiwalowa euforia z początku dnia zaczęła niebezpiecznie zanikać. Koło
ratunkowe próbowali rzucić mi panowie Tyrone Lindqvist, Jon
George, James Hunt z australijskiej elektronicznej formacji Rüfüs Du Sol.
Ich koncert początkowo anonsowany w Tent Stage ostatecznie zamykał tego dnia
Maina. Nie powiem – w widowiskowym stylu. Gra oszałamiającej ilości laserów,
konfetti, czy też kolorystyka świateł, która idealnie wizualizowała kolejne
ich kompozycje zanurzone generalnie w emocjonalnej alternatywnej elektronice i
deep house była miła dla oka. Duży plusik za fakt, że kompozycje były
odgrywane w pełni live, przy wykorzystaniu perkusji, klawiszy, syntezatorów i
wszelkich innych elektronicznych zabawek. Balsamiczny puls momentami
doprawiany majestatycznymi dropami ("On My Knees", "In The Moment") tego seta
zachęcał do kołysania się i relaksu, ale... No właśnie. Wbrew oczekiwaniom i
docierającym do mnie na przestrzeni lat relacjom z ich koncertów, ten nie
zdołał wywołać we mnie euforii. Powodu upatrywałbym chyba w dość przeciętnym
wokalu Tyrone'a, który mnie osobiście nie zdołał przekonać do siebie. Drugą
połowę tego dnia ostatecznie uratował dla mnie duet....
Maribou State!
Chris David i Liam Lovery powrócili po siedmioletniej przerwie i na samym
początku 2025 roku bardzo miło zaskoczyli mnie euforyczną,
indie-elektroniczną, z nutą zmysłowego neo-soulu, bujną instrumentalnie i
doprawioną gościnnymi wokalami kolekcją dziesięciu kompozycji na albumie
"Hallucinating Love". Te emocje udało im się przenieść pod Alter Stage. Ich
przekrojowy set z lekką przewagą bardziej przełomowego dla ich kariery
drugiego albumu "Kingdoms in Colour" optymalnie rozbujał moim ciałem i
przyniósł mej duszy podniebne uniesienia. Szczególnie w momentach, gdy na
scenę wkraczała zwiewnymi ruchami wokalistka Talulah Ruby. Co prawda szkoda,
że na tej trasie nie towarzyszyła im wieloletnia współpracowniczka i
przyjaciółka Holly Walker, ale Ruby godnie ją zastępowała, tym bardziej że
dysponowała podobnym tonem wokalnym i na scenie "czuła" twórczość Maribou
State. Wykonania piosenek "Nervous Tics", "Otherside", "Glasshouses",
"All I Need", "Blackoak", czy też finałowego "Midas" z jej magnetycznym
udziałem stanowiły dla mnie highlighty tego niemal półtoragodzinnego seta.
Niemniej panowie Chris, Liam oraz dwójka ich kolegów za sterami instrumentów
również zachwycali zespołową grą, choćby podczas euforycznie przyjmowanej
kompozycji "Dance on the World". Żywa perkusja, klawisze, syntezatory, bas,
łaskoczące melodie gitarowe, dodatkowe perkusjonalia – do pełni szczęścia
zabrakło tylko sekcji smyczkowej, ale no wiadomo, że tak epicko, jak na
Glastonbury być u nas nie mogło. Niemniej to i tak był doprawdy świetny
koncert, który rozbudził we mnie subtelną euforię! Z uśmiechem na twarzy
powędrowałem tradycyjnie zakończyć ten – jak i każdy kolejny – dzień z Ekipą
Podróżujących w Strefie Specjalności Żywca!
Czwartek, 03.07
W czwartkowe popołudnie postanowiłem skorzystać z oferty teatralnej Open'era.
Tym razem w namiocie przed wejściem na teren festiwalu wystawiana była sztuka
"Nowy Pan Tadeusz, tylko że rapowy" Nowego Teatru w Warszawie. Nie jestem
koneserem teatru ani tym bardziej krytykiem, ale była to dość osobliwa i
chuligańska interpretacja pewnych aspektów epopei naszego wieszcza narodowego
przepuszczona przez pryzmat nowoczesności. Forma musicalowa przypadła mi do
gustu, publiczność nawet w pewnym momencie została poderwana z miejsc, nie
miałem poczucia straconego czasu. Ot cieszę się, że Open'er co roku daje mi
taką możliwość wyjścia poza strefy komfortu. Koncertowo dzień rozpocząłem od
występu...
Loli Young!
Autorka viralowego przeboju "Messy" zaliczyła w tym roku błyskawiczny przeskok
na największe festiwalowe sceny. I na tym koncercie, tak jak niegdyś na
Hozierze w 2015 po sukcesie jego singla "Take Me to Church", szukałem pod
sceną odpowiedzi na pytanie, czy ta artystka ma do zaoferowania światu coś
więcej. Odpowiedź nie była w pełni jednoznaczna. Odnosiłem wrażenie, że Lola
Young, wychodząc na Open'erowego Maina, dźwiga na swoich barkach ciężar dużej
presji. To poczucie miałem także miesiąc później podczas jej występu na Way
Out West i z perspektywy czasu niestety moje domysły się sprawdziły.
Dziewczyna została brutalnie popchnięta w muzyczny mainstream i trasy
koncertowe, które odbiły się na jej zdrowiu. Niemniej na Open'erze, jeśli
nawet już zakradało się zmęczenie, to nieźle je maskowała. Tylko nie doceniła
chłodnych powiewów wiatru, które przy jej skąpym ubraniu wyraźnie jej
doskwierały. Niemniej częstowała nas popisami swojego imponującego, namiętnego
i chropowatego przy wsparciu całego zespołu i kilkoma piosenkami zdawała się
całkiem skutecznie władać publiką. I mnie się też zdarzało się w kilku
bardziej energicznych momentach ("One Thing", "Conceited", "Not Like That
Anymore", "Big Brown Eyes") żwawiej pobujać, co ponoć nawet było widoczne na
transmisji tego koncertu w TVP (był to powrót po wielu latach do takiej formy
promocji festiwalu). Potrafiła również uderzyć w czułe punkty serca
poruszającą balladą "You Noticed", podczas której błyszczała wokalnie,
prezentując zakres swoich możliwości. Oczywiście na finał nie zabrakło
euforycznie przyjętego hitu "Messy". Przyzwoity koncert na otwarcie dnia, ale
czułem, że Lola jeszcze chyba poszukuje swojej muzycznej drogi i scenicznej
tożsamości. A przede wszystkim zdecydowanie lepiej wybrzmiałby w Tent Stage.
Potencjał na wielkoformatową przyszłość jest, ale czy jej kariera dobrnie do
headlinerskich statusów, jak wspomnianego Hoziera? Przy irlandzkim piosenkarzu
nie miałem wątpliwości od samego początku, a przy Loli Young stawiałbym jednak
ostrożniejszą tezę. Czas pokaże!
Kaśka Sochacka wróciła na Open'era po dwóch latach i znów zaprosiła pod
Tent Stage publiczność złaknioną pastelowych melodii i poruszających tekstów o
wszelkich odcieniach miłości, skomplikowanych relacjach, palących i wygasłych
związkach, życiowych przeszkodach, bolesnych rozczarowaniach, poszukiwaniu
światełka nadziei, a nawet wizji idealnej starości u boku ukochanej osoby
("Komary"). W odróżnieniu od poprzedniego występu tym razem rzecz jasna
skupiła się na prezentacji piosenek z wydanego rok wcześniej i ciepło
przyjętego albumu "Ta Druga". Mimo odświeżonego repertuaru paradoksalnie
towarzyszyło mi podczas tego występu poczucie déjà vu. Koncert jednak
oczywiście pod względem realizacji i gry zespołu był dopieszczony, a wokalne
partie Kaśki szarpały za emocjonalne struny. Świetny koncert, ale zabrakło mi
czegoś ekstra. Może przy kolejnym zaproszeniu na Open'era – a myślę, że to już
będzie czas na Maina – artystka pokusi się o większy rozmach.
Z ciekawości wróciłem na obrzeża Maina, by zerknąć na show
Tyli. Południowoafrykańska piosenkarka, której kariera nabrała rozpędu
po viralowym przeboju "Water" przywiozła do Gdyni dawkę jej
charakterystycznego popu wymieszanego z R&B i wywodzącym się z RPA stylem
amapiano. No to nie były moje muzyczne klimaty i ten występ wybrzmiewał dla
mnie dość płasko i po prostu nudnie. Dowiozła za to pogodę, gdyż, jak na
zamówienie, złocisty zachód chwilowo przełamał wietrzną i pochmurną pogodę.
Promienie słoneczne idealnie korelowały z muzyczną aurą Tyli i dodawały jej
wokalnym staraniom i zmysłowym tanecznym choreografiom ciepłego uroku. Plusik
też za obecność i wsparcie zespołu i tancerzy. Generalnie jednak nie zostałem
przekonany do tego, by dotrwać do zagranej na finał kompozycji "Water".
Obrałem kierunek na Alter Stage, by nie przegapić cennych minut z koncertu...
Zaho de Sagazan!
Obecność tej 26-letniej francuskiej artystki na wielu festiwalowych plakatach
bardzo mnie zaintrygowała i oczywiście prowokowała do zbadania jej fenomenu.
Nagrania z jej koncertów, na których łączyła awangardową elektronikę z
alternatywnym brzmieniem i francuską pieśnią oraz emanowała niezwykłą
sceniczną charyzmą – sprawiały bardzo pozytywne wrażenie. Szybko zorientowałem
się, że w swoim kraju po wydaniu debiutanckiego albumu "La Symphonie des
éclairs" w 2023 roku spotykała się z entuzjastycznym przyjęciem krytyków i
publiczności, a obecnie jej występy są tam niezwykle pożądane i wyprzedawane.
Jej koncertowa reputacja zaczęła przedzierać się na międzynarodowe salony i
chwała Alter Artowi, że dostrzegł i sprowadził ten muzyczny talent do naszego
kraju. A naprawdę było warto dać jej szansę na żywo! Co prawda Zaho de Sagazan
potrzebowała chwili, by się rozkręcić, ale po kilku minutach jestem
przekonany, że wszyscy zgromadzeni w Alterze, tak jak ja, zyskali świadomość,
że obcują z artystką totalnie niebanalną, obdarzoną głęboką wrażliwością,
bujną twórczą wyobraźnią oraz imponującym, zmysłowym i mrocznym wokalem. Ujęła
mnie ponadto swoją teatralną ekspresją, magnetyczną charyzmą i przede
wszystkim niesamowitym kontaktem z publicznością. Ten ostatni sam
doświadczyłem na własnej skórze, gdy podczas bodaj pierwszego zejścia w fosę,
Zaho zatoczyła się w głąb publiczności, w pewnym momencie zwróciła się do mnie
twarzą w twarz i wspięła się przy mnie na podest barierki. Tym bliskim
kontaktem byłem nieco onieśmielony! W pamięci zapadły mi też obrazki, gdy przy
kolejnym zejściu ucałowała w dłoń jedną kobietę pod barierką, a z kolejną,
która ewidentnie poprzez swoje zaangażowanie i znajomość tekstów była jej
fanką, złapała dłuższy kontakt i finalnie obie złączyły swoje dłonie w
uścisku. Sceniczna osobowość Zaho była obłędna, ale broniła się również podaną
wyborną muzyczną ucztą. Przy wsparciu czterech kolegów, którzy opiekowali się
elektronicznymi perkusjonaliami, klawiszami i dziwnymi analogowymi
syntezatorami, zjawiskowo łączyła pulsującą francuską elektronikę z tradycją
pieśni chanson. Jej francuski śpiew wręcz rozpływał się w powietrzu, a
melancholia pod wpływem jej uroku stawała się niezwykle taneczna. Ten występ
ocierał się o awangardowy artyzm i był jednym z objawień tej edycji! A przy
tym zdawałem sobie sprawę, że otrzymaliśmy tylko ułamek spektaklu, jaki Zaho
potrafi wyczarować na osobnych koncertach. Z bólem serca opuszczałem
Alter Stage po 40 minutach, ale wzywała chęć zabezpieczenia sobie miejsca w
pierwszej strefie pod Mainem na headlinerskim koncercie...
Nine Inch Nails!
Co to był za koncert! Nie kryję się z tym, że nigdy wcześniej nie wkręcałem
się w ten założony w 1988 roku projekt Trenta Reznora. Oczywiście nie
ignorowałem istnienia, znaczenia i wpływów Nine Inch Nails, a rozpoznawalne
kompozycje były mi znane, docierały do mnie opinie o ich kapitalnych
koncertach, ale po prostu brakowało u mnie jakiegoś impulsu, by w pełni zbadać
ten muzyczny teren. Po tym miażdżącym w każdym aspekcie koncercie już w pełni
zrozumiałem ten fenomen i legendarny status Nine Inch Nails.
Od pierwszych dźwięków złowieszczego "Somewhat Damaged" i zwłaszcza mocarnych
"Wish" oraz "March Of The Pigs" potężne, industrialno-gitarowe brzmienie z
elementami szaleńczych elektronicznych i jazzowych odjazdów, spowite
wściekłością, mrokiem i mistycyzmem dosłownie zmiotło mnie z terenu festiwalu!
Trent z zespołem nie brali jeńców i prezentowali wybitną formę. Jakaś
tajemnicza energia natychmiastowo wdarła się do mojego wnętrza i rozpierała
każdy mięsień mojego ciała! Pod sceną, mimo że nie było ścisku, czułem, że
wszyscy przepadamy w stanie obłąkanego zatracenia się przy kolejnych
wciągających, wgniatających w ziemię i wypluwających nas z powrotem w stronę
kosmosu kompozycjach! Dystopijna aura była obezwładniająca! Znalazłem się w
totalnym koncertowym amoku! Repertuar mięsisty, bez zbędnych wypełniaczy.
Całość zlewała mi się w jedno nieziemskie doświadczenie, choć oczywiście te
bardziej znane piosenki walcowały i porywały mnie bardziej niż pozostałe.
Wyróżniłbym obecność "Less Than", "Closer", "Every Day Is Exactly the Same",
cover "I'm Afraid of Americans" Davida Bowiego, no i wreszcie bezlitosną
końcówkę w postaci comba piosenek "The Perfect Drug", "The Hand That Feeds" i
gromiącego "Head Like a Hole"! W międzyczasie wyłomem w tym gitarowym tajfunie
był psychodeliczny kawałek "Every Day Is Exactly the Same", w którym Trent
złapał za saksofon. Występ zwieńczyło poruszające wykonanie "Hurt". Imponowała
również otoczka tego koncertu. Jak to cholera potężnie wszystko brzmiało! Być
może był to nawet najlepiej nagłośniony koncert na Mainie ever! Każdy dźwięk
był precyzyjny i ostry jak brzytwa! Stroboskopowe oświetlenie z dużych
konstrukcji otaczających zespół zaś oślepiało! No i nie mogłem też wyjść z
podziwu, jak sceniczne światło momentami się cudownie załamywało.
Majstersztyk! No i jeszcze trzeba docenić wysiłek operatora kamery, który
szaleńczo biegał na scenie i rejestrował z bliska grę każdego członka zespołu.
Ten dynamiczny obraz zaś był prezentowany na telebimach w biało-czarnym
odcieniu, potęgował wrażenia chaosu i dawał poczucie "bycia" na scenie tuż
obok muzyków. Proste, ale kapitalne!
Genialny koncert!
Po tym zafundowanym szoku przez Nine Inch Nails na szczęście udało się szybko
otrząsnąć i w drodze na Flow Stage wstąpiłem jeszcze do namiotu Alter Stage,
gdzie swój występ kończyła Ravyn Lenae!
Trafiłem idealnie na ostatnie jej dwa R&B bangery: "Genius" oraz mega
viralowe i popularne "Leave Me Not"! Z miejsca te kawałki rozluźniły mym
ciałem i przestawiały mnie na taneczne tory. Ravyn zaś ujęła charyzmą i
pięknym wokalem. No i "Leave Me Not" zostało rewelacyjnie wsparte chóralnym
śpiewem publiczności! Nie powinienem może oceniać z perspektywy tych dwóch
numerów, ale już wchodząc do namiotu, wyczuwałem wśród publiczności euforyczne
napięcie, więc zakładam, że cały koncert trzymał poziom. Szkoda, że nie dane
było tego zweryfikować w większym wymiarze czasowym, niemniej zdążyłem zyskać
przekonanie, że z twórczości – i z oby też kolejnych koncertów w Polsce – tej
zdolnej amerykańskiej piosenkarce będziemy się jeszcze cieszyć. Prawdziwe
dance show tego wieczoru jednak rozegrało się kilka chwil później pod Flow
Stage...
Antony Szmierek!
Do twórczości tego brytyjskiego artysty przekonywałem się bardzo długo, ale
świetna recenzja jego klubowego występu w Berlinie z pierwszej ręki od
Podróżującego Kuby, który notabene trzymał tu dla mnie miejsce przy barierce
pod Flow Stage, zmotywowała mnie do przesłuchania jego debiutanckiego albumu
"Service Station at the End of the Universe". No i ten chłopak z Manchesteru
chwycił mnie ostatecznie liryczną błyskotliwością oraz melorecytacyjnym stylem
śpiewania połączonym z klubowymi brzmieniami spod znaku nurtu house rodem z
sobotnich playlist BBC Radio 1. Niemniej imprezowy i krzepiący potencjał tych
piosenek dopiero rozkwitł w pełni na żywo! W dużej mierze to oczywiście
zasługa Antony'ego, który wczuwał się całym sobą w każdą kolejną nutkę emocji,
popisywał się idealną i finezyjną nawijką, a przy tym emanował też wyspiarską
nadpobudliwością i zuchwałością! Wyskoczył z backstage'a z celem i pewnością,
że rozkręci tu najlepszą imprezę dnia, godną sylwestrowych doznań! Ba, zresztą
przed ostatnim utworem "The Words to Auld Lang Syne" nakłonił stojącego pod
sceną ochroniarza do wyliczenia od 10 do 1 i potem życzył
Happy New Year everyone! Jakim on był rewelacyjnym wodzirejem tego
koncertu! No muszę chyba kolesia kiedyś zaprosić na swoją domówkę!
Błyskawicznie zaskarbił przychylność tłumu swoją energią, wyznaniem, że ma
polskie korzenie z Katowic, ale także nawiązywaniem nieustannego
bezpośredniego kontaktu! W pewnym momencie nawet docenił Kubę za znajomość
tekstów! Z każdym kolejnym numerem wzrastał poziom szaleństwa. Szmierek
wdrapywał się na odsłuchy, wskakiwał pod i na barierkę, wchodził w tłum i
prowokował nas tym do podkręcenia tanecznej dynamiki, aż w końcu wylądował na
baranach jednego silnego ochotnika z tłumu! Publiczność lawinowo dopływała pod
Flow Stage! Bawiłem się tak doskonale, iż szybko pisałem wiadomości do
znajomych Podróżujących i sprowadzałem ich na ten koncert, za co później
szczerze mi dziękowali! Warto też docenić trójkę kumpli Antony'ego z zespołu,
którzy również czerpali zaraźliwą radochę z tego koncertu, ale przede
wszystkim perfekcyjnie dokładali gitarowe riffy, rytmiczny bas, syntezatorki,
bity z laptopa itd. Ten koncert dostarczał niesamowite klubowe flow!
Odprężające "The Great Pyramid of Stockport" z wirującą gitarką, stand-upowa
"Yoga Teacher", pocieszny cover "True Faith" New Order, kulminacyjne taneczny
odloty przy "Angie's Wedding" i "Rafters", uszczęśliwiające "Take Me There"...
A na finał wszystkich nas Antony platonicznie przytulił cieplutkim i
optymistycznym "The Words to Auld Lang Syne". To pierwsze highlighty, które
przywędrowały do mojej pamięci, ale cały koncert nie miał słabego momentu!
Koncertowe odkrycie tej edycji Open'era!
Taneczny vibe wieczoru podtrzymywał jeszcze w Alter Stage mistrze tejże
profesji: Caribou! Jednakże w tym namiocie zameldowałem się nie tak od
razu. Pomny doświadczenia z Primavery, na której to odbiłem się od jego
początku występu (tu czynniki były różne), postanowiłem zastosować związaną z
nim taktykę z Open'era w 2016 roku, gdy wówczas najpierw rozluźniłem swoje
zmysły łykiem piwa, a potem wbiłem na drugą połowę seta w Tent Stage. I tak
też tym razem z Ekipą Podróżujących ponownie uczyniłem! Szybka wizyta w
Strefie Żywca i następnie podbiegłem pod dość tłumnie wypełniony Alter w
momencie, gdy Dan Snaith ze swoim zespołem porywał do tańca kompozycją "Never
Come Back"! No i tupałem nóżkami z przyjemnością do kolejnych piosenek
znakomicie odgrywanych za sprawą żywego instrumentarium oraz okraszonych
intensywnym oświetleniem. Nocna aura festiwalowa uwielbia takie sety!
Publiczność przy tym oklaskiwała i dopingowała Caribou bardzo żywiołowo, a
szczyt euforii nastąpił w momencie ponadczasowego elektronicznego hymnu "Can't
Do Without You"! Klasa sama w sobie! Siadł ten koncert idealnie o tej porze i
w stanie delikatnej nietrzeźwości! 

Piątek, 04.07
Bezsprzecznie piątek okazał się najsilniejszym jakościowo dniem festiwalowym
tej edycji! Wchodziłem na teren z kondycyjnym kryzysem, wychodziłem niczym
nowo narodzony mityczny heros! Pomijam tylko kwestię, że moje nogi na
wspomnienie momentu powrotu do namiotu wciąż pragną się kłócić z tym ostatnim
zdaniem... Ale było warto tak szaleć i przede wszystkim było przy czym! Choć
łyżka dziegdziu jednak też się pojawiła... Do sedna!
Trzeci dzień Open'era rozpocząłem od sprawdzenia koncertowego potencjału
solowej odsłony Igora Walaszeka a ka Igo! Planowałem tylko fragmencik
tego występu i przemieszczenie się pod Flow Stage, by dopingować chłopaków z
zespołu Metro, ale bawiłem się tak zaskakująco doskonale pod Tent Stage!
Oczywiście wokalne zdolności Igora są mi znane już od wielu lat, jeszcze za
czasów początków zespołu Clock Machine. Elektroniczny projekt Bass Astral x
Igo również przypadł mi do gustu. Zaś z popową solową twórczością tego artysty
trochę się rozmijałem. Aż do tego momentu. Ze sceny po prostu płynęła fajna
energia, zespołowe granie sprawiało, że kompozycje szyte pod mainstreamowe
radia nabierały bardziej organicznych, pop-rockowych rumieńców, Igo emanował
szczerą serdecznością, a wisienką na torcie były gościnno pojawienie się
niezawodnego Mroza w piosence "Styl" i żywiołowym hymnie Męskiego Grania
"Supermoce"! No i super to był koncert, czego nie mogę powiedzieć o kolejnym w
tym miejscu występie zespołu...
Mother Mother. Jeju... Najlepiej spuściłbym zasłonę milczenia na ten
koncert kanadyjskiego indie-rockowego bandu. Największe rozczarowanie tej
edycji, a naprawdę miałem nadzieję, że zrozumiem ich fenomen. Ba, pamiętam, że
w 2022 roku również grali na Tencie i wpadłem bodaj na dziesięć minut, które
doprawdy wydawały mi się wówczas obiecujące. W kolejnych latach ich
popularność poszybowała i docierały do mnie dość pozytywne opinie o ich
występie w wyprzedanej Stodole. Konfrontacja z ich twórczością w moim
przypadku totalnie jednak do zapomnienia. Proszę o wybaczenie fanów, bo wiem,
że tacy są i wśród Was Podróżujący, ale dla mnie kompletnie nic się w tym
zespole nie kleiło. Każda kolejna kompozycja zdawała się być aranżacyjnie
wymęczona, a wokalne starania się członków zespołu (dwie wokalistki i
wokalista) rodziły się w bólach. Me uszy przeżywały katusze. Nie czułem tu
kompletnie indie-rockowej lekkości. Sięganie po covery "HOT TO GO!" Chappell
Roan, czy też "Where Is My Mind?" Pixies w ich wykonaniu budziły u mnie ciarki
żenady. A może po prostu trafili na mój gorszy nastrój? Nie mam pojęcia, ale i
tak wytrzymałem na tym koncercie dłużej niż chyba powinienem. W końcu jednak
czara goryczy gdzieś się przelała i ruszyłem w stronę Maina, by dopingować
moją ulubioną współczesną raperkę...
Little Simz!
Pierwszy rzut oka na główną scenę spod pierwszej strefy jednak wywołał u mnie
wstępne rozczarowanie. Otóż zawsze ceniłem Little Simz za organiczne koncerty
z całym bandem, a tu na deskach Maina skromny zestaw klawiszy i gitara
basowa... Koniec końców mimo tego okrojonego wsparcia instrumentalnego
(pozostałe partie oczywiście z taśmy) Simbi zdołała się fenomenalnie obronić!
Przede wszystkim zachwycała swoją sceniczną charyzmą, uroczym uśmiechem i
perfekcyjną nawijką kolejnych emocjonalnych wersów. No i porywała mieszanką
nonszalanckiego R&B, neo-soulu, dance'u i hip-hopu z przekroju jej
twórczości, z niewielką przewagą jej świeżutkiego albumu "Lotus". Z nowości
choćby przekonująco wypadły kawałki "Thief", "Flood", "Enough", "Young" i
niosące się po całym terenie przesłanie "Free". Do wspólnych śpiewów zachęcały
refreny piosenek "I Love You, I Hate You" i "Selfish". Epicko wybrzmiała
orkiestralna aranżacja "Gorilla". Generalnie repertuar bardzo dynamiczny i
wypełniony najlepszego rodzaju, szlachetnym hip-hopowym flow i groove'em. A
przy tym Little Simz doprawdy świetnie panowała nad emocjami tłumu i pobudzała
nas do żywiołowych reakcji. Zaś jej wyjścia na skraj wybiegu w znów cudownie
złocistych promieniach zachodzącego słońca wzbudzały dodatkowy entuzjazm. Z
perspektywy czasu jednak szkoda, że nie wystąpiła z całym zespołem, bo dobry
miesiąc później jej koncert w takim obliczu na
Way Out West
otarł się o koncertową wybitność (inna sprawa, że tam jeszcze pojawili się
dodatkowo gościnnie Yukimi i Obongyajar). Na Open'erze Simbi po prostu
udowodniła, że wielkie sceny nie są jej straszne, a wręcz już pisane! Cieszy
mnie niezmiernie ten jej artystyczny rozwój, bo to naprawdę niesamowicie
utalentowana i wrażliwa raperka!
Odpuściłem maraton w stronę Tenta na występ FKA Twigs, by zachować siły i
okupować miejsce pod sceną z liczną Ekipą Podróżujących na headlinerskim
koncercie...
MUSE!
Od wielu lat postrzegam ten zespół jako koncertowych gigantów i Matthew
Bellamy, Chris Wolstenholme oraz Dominic Howarda jeszcze nigdy mnie nie
zawiedli w dostarczaniu epickich rockowych doznań! Nie inaczej było w Gdyni!
Ba, pod względem podscenicznej zabawy ten występ pobił moje wszelkie wrażenia
z ich poprzednich koncertów
w Łodzi (2012),
w Krakowie (2019)
i na berlińskim
Tempelhofie w 2022 roku!
A to w zdecydowanej mierze zasługa wariatów z mojej Ekipy Podróżujących! Ależ
odpaliliśmy pogowe szaleństwo, do którego dołączyło sporo kolejnych fanów
wokół! Atmosfera po naszej lewej stronie była genialna! I najlepiej
zobrazowało ją nagranie Podróżującego Michała (podrzucam poniżej), który
wskoczył w pogo z telefonem w kulminacyjnym momencie "Knights of Cydonia" w
finale podstawowej części seta! Matt rzucił ze sceny prowokujące C'mon Poland!, a w przypływie euforii Podróżujący Kuba odpowiedział okrzykiem
C'MON WEMBLEY!!!, po czym straciłem całkowitą kontrolę nad ciałem!
Doprawdy czułem całym sobą na tym porywającym koncercie te same rozrywające
wnętrzności emocje, które towarzyszyły mi lata temu przy przeżywaniu seansu
ich koncertówki z tego największego londyńskiego stadionu z 2007 roku! Tylko
tym razem już doświadczane na własnej skórze! Właśnie takiej bezkompromisowej
zabawy w moshpicie przez właściwie niemal cały koncert (nawet podczas
elektronicznego wtrętu "The 2nd Law: Isolated System", co było ikoniczne! Choć
niestety nikt tego nie uwiecznił...) brakowało mi na poprzednich spotkaniach z
Muse. A Matt z poziomu wybiegu doceniał i wskazywał na nasze zbiorowe,
legendarne szaleństwa! I jeszcze ten wyjątkowy moment, gdy podczas finałowego
"Starlight" skakaliśmy razem objęci ramionami we wspólnym kółeczku! Totalnie
czułem, że wewnętrznie się rozklejam! To są te najpiękniejsze koncertowe
momenty, których nie da się emocjonalnie opisywać! To trzeba przeżyć! Dzięki
takim chwilom dziękuję sam sobie za tego bloga i Wam Podróżujący za tworzenie
paczki najlepszych koncertowych świrów! Kto był w tym pogo, ten wie!
No ale może jeszcze słów trochę o całym obrazie tego koncertu Muse. Wszakże
idealnie do końca nie było. Setlista trochę daleka od tej wymarzonej. Na tej
trasie festiwalowej zdarzały im się doprawdy cięższe sety, ale chyba po
prostu dopasowywali się do formatów danych wydarzeń i nam się trafiły nieco
bardziej lightowe wybory. Niemniej sam początek był wyborny: świeżutki,
wgniatający w ziemię singiel "Unravelling" z przytupem ukazał kwintesencję
patetycznego stylu Muse, "Hysteria" przyspieszyła przepływ adrenaliny w
żyłach, a "Stockholm Syndrome" dołożyło należycie do pieca, buchającego
ognistymi emocjami! Do pełni szczęścia zabrakło tu tylko "Map of the
Problematique". Za to otrzymaliśmy ciasne mocnymi riffami "Won't Stand Down",
wzywające do chóralnego śpiewu "Thought Contagion" i... wersję karaoke
"Psycho"! No niestety doskwierały podczas tego występu problemy techniczne.
Mikrofon Matta podczas "Psycho" przestał z nim współpracować, publiczność
okrzykami próbowała zwrócić uwagę zespołu, ale... Może w ich odsłuchach
wszystko było ok, a może po prostu kierowali się zasadą: show must go one.
Niemniej nieśliśmy ten kawałek na swoich barkach! Gorzej już z kultową
harmonijką Chrisa, wprowadzającą do "Knights of Cydonia", która też była
niesłyszalna – ironicznie ujmując, otrzymaliśmy wersję "Man Without a
Harmonica"... W międzyczasie wybrzmiało popowe "Compliance" z wystrzałem
konfetti, urokliwe "Madness", wykrzyczane jak zawsze do zdarcia gardła "Plug
In Baby", perełkowe "United States of Eurasia" o queenowskim rozmachu, a także
niezawodne koncertowe killery w postaci "Time Is Running Out", "Supermassive
Black Hole", "Uprising", czy też bardziej zmysłowo-elektroniczne "Undisclosed
Desires", podczas którego Matt chwalił się swoją efektowną ledową kurtką.
Jeśli zaś chodzi o oprawę sceniczną, to może nie był to szczyt możliwości tego
bandu, ale zawieszone nad sceną multimedialne słupy na żywo i tak robiły
lepsze wrażenie niż się tego spodziewałem.
Koniec końców panowie z Muse zdawali się być w doskonałej formie (te częste
wypady Matta na wybieg!) i dowieźli widowiskowe show z ogromem stadionowej
gitarowej energii! A epicka i gorąca atmosfera pod sceną była wisienką tego
niezapomnianego dla mnie koncertu!
Po tych naszych morderczych harcach pragnąłem usiąść i wypić triumfalne piwko,
ale tym razem nie mogłem popełnić tego samego błędu sprzed 10 lat po koncercie
Kasabian, więc popędziłem niemal sprintem w stron Tenta na upragniony od lat
koncert...
St. Vincent!
I dotarłem idealnie w momencie wejścia Annie Clark z zespołem na scenę! Nogi
płonęły z bólu, ale za to chwilę później serce dziękowało mi determinacji, gdy
unosiło się z zachwytu nad kolejnymi ekspresyjnymi popisami St. Vincent!
42-letnia amerykańska artystka od samego początku przykuwała uwagę ponętnie
rozpiętą czarną marynarką, a pod nią widocznym czarnym stanikiem, rozmazaną
szminką na ustach, podartymi ciemnymi rajstopami, ale przede wszystkim
magnetyzowała swoją drapieżną, obłąkaną postawą królowej alternatywnego rocka.
W swojej roli zatraciła się na takim poziomie, iż można było ją nawet posądzać
o zasmakowanie niedozwolonych substancji przed wyjściem na scenę. Oczywiście
to wszakże tylko pozory, bo pod tym kamuflażem hedonistycznej rockowej gwiazdy
kryła się świadoma swej roli wszechstronna artystka w fenomenalnej formie!
Torturowała gitary, wiła się zmysłowo po scenie, a jej wokal bywał upiornie
piękny. W tym scenicznym szaleństwie wtórował jej rewelacyjny zespół na czele
z gitarzystą, który nadawał doskonale na tych samych falach co Annie Clark.
Repertuar ku mojej uciesze zdominowały kompozycje z ostatniego mrocznego,
płomiennego, industrial-rockowego albumu "All Born Screaming" i docenianego
futurystycznego, art-popowego i elektropopowego "MASSEDUCTION". Każda kolejna
kompozycja na granicy gitarowego obłędu, szaleństwa, brudnych niedoskonałości.
Tkwiła w tym jednak finezja i kunszt! Najbardziej zaś zapadającym w pamięci
momentem było zejście do tłumu między barierkami w trakcie "New York".
Szczęśliwcy mieli szanse na złapanie St.Vincent za dłonie, śpiewanie przy jej
twarzy (przez chwilę Annie wspięła się na barierkę również tuż przy
mnie!), nagranie na telefonie z jej perspektywy... Ostatecznie St.Vicent w
głębi tłumu wskoczyła na platformę operatora kamery, a potem przeskoczyła na
barana zdumionego ochroniarza i, jak przystało na królową alternatywy,
majestatycznie wróciła na scenę, górując nad rozpaloną do granic absurdu
publicznością. Odważny, oryginalny i niepowtarzalny art-rockowy koncert!
Kolejne koncertowe marzenie spełnione!
I dalej znów szybkim krokiem powrót pod Maina, by dać się owładnąć w transowym
tańcu przez duet...
Justice!
OMG! Jakie to było doskonałe elektroniczne doświadczenie! Tłuściutki,
fenomenalnie uknuty set z oszałamiająca, kosmiczną oprawą świetlną –
myślałem, że już bardziej widowiskowo niż w 2017 roku na Orange Warsaw Festival nie dadzą rady, ale znów przeszli samych siebie w tym temacie! Bas
nokautował każdy mięsień mojego ciała, a żebra nieodwracalnie się
zdeformowały, ale czułem się z tym fantastycznie i byłem przez ten duet
niesiony do nieskrępowanych tanecznych popisów! A wykręcali swój set w
doprawdy miażdzące rejony swojej dyskografii. Finezyjnie ze sobą łączyli
kolejne kompozycje, zmieniali aranże, zaskakująco mashupowali... W tym
precyzyjnym show nie zabrakło standardów w postaci wplątywanych (w
niektórych przypadkach niejednokrotnie!) "Genesis", "We Are Your Friends", "Safe and Sound", "D.A.N.C.E.", "Audio,
Video, Disco", które oczywiście były euforycznie przyjmowane. Piorunujące wrażenie zrobiło na mnie też mega dynamiczne,
wręcz rzekłbym electro-punkowe "Chorus". No i nie zawiodły kompozycje z
ostatniego albumu "Hyperdrama"! Ba, to za mało powiedziane! "Generator",
"Afterimage", "Mannequin Love", czy też wreszcie nasiąknięte psychodeliczną
współpracą z Tame Impala "Neverender" i "One Night/All Night" zrównywały nas
z ziemią! Oddawałem się w pełni tanecznym uniesieniom na obrzeżach pierwszej
strefy i żałowałem, że nie miałem więcej siły, by wbić głębiej w tłum, bo
tam Ekipa Podróżujących w pewnym momencie nawet rozkręcała ścianę
śmierci! Oj tak, to był sejsmiczny elektroniczny set!
Gaspard Augé i Xavier de Rosnay udowodnili, że są mistrzami w
dostarczaniu elektronicznej ekstazy, która pęta ciało w dance'owym
szaleństwie i formowaniu zjawiskowej oprawy świetlnej, przy której zmysł wzroku doznaje orgazmu. No i jeszcze to ich
sympatyczne, kilkuminutowe zejście w tłum po zakończeniu koncertu, by
podziękować fanom za wsparcie i obecność! Co za klasa! Udało się zresztą
przybić piątkę z Gaspradem Augé (zaliczył tuż przed feralny poślizg i upadek – na szczęście bez przykrych konsekwencji). Open'erowa topka
tej edycji!


Po tych niesamowitych koncertach piwko w Strefie Żywca smakowało niczym
ambrozja i to kolejne spotkanie Podróżujących również przeszło do open'erowych
legend!
Ostatni dzień Open'era rozpocząłem od koncertu Fisz Emade Tworzywo,
który zapowiadanym był jako specjalny z okazji 25-lecia. Tej wyjątkowości nie
czułem. Owszem, set był przekrojowy i zagrany z klasą i kunsztem, z którego
znani są bracia Waglewscy, ale dla osób zaznajomionych wcześniej z ich
koncertami, odbiór całości mógł być przewidywalny. Dla mnie był, ale niemniej
delikatnie się rozbujałem.
Pierwsze 20 minut koncertu Doechii straciłem na powrót na pole namiotowe i zmianę outfitu. W sumie zdarzyło się to pierwszy raz w mojej open'erowej karierze, iż tak błędnie i zbyt śmiało podszedłem do prognoz pogody (no ok, apokalipsy w postaci ewakuacji w 2022 roku też nie przewidziałem, ale kto wówczas zakładał taki scenariusz...). Ta sytuacja jednak przyniosła mi widok, którego na pewno nie zapomnę – niekończący się sznur maszerujących osób w koszulkach Linkin Park w stronę terenu festiwalu zrobił na mnie kolosalne wrażenie!
I może nie tak ogromne, ale również miłe wrażenia pozostawiła we mnie druga
część występu Doechii. Niby ten rodzaj rapu bez zespołowego grania
prezentowany przez laureatkę nagród Grammy z Najlepszy rapowy album roku to
nie moja bajka, ale ta artystka na scenie posiada niezwykle oszałamiającą
charyzmę i pewność siebie. Owinęła wokół swojego palca licznie zgromadzoną
publiczność. Dynamiczne hip-hopowe bity z nutką R&B, house'u i gitarowych
brzmień zapuszczane przez DJ Miss Milan wciągały i bujały, sprawiając,
że człowiek zapominał o lekkim deszczyku. Świetna zresztą była chemia i flow
między Doechii a jej hype womanką. Nawijka i kontrola oddechu amerykańskiej
raperki zaś bezbłędna. Miła dla oka była również leśna, dżunglowa, bagienna
scenografia i podnosząca się platforma pokryta mchem i zaroślami. Z repertuaru
wyróżniało się wykonanie viralowego "Anxiety", zaskakująco w pierwszych
minutach pokrytego warstwami stricte rockowego brzmienia, zanim do gry
wkroczył oryginalny sampel Gotye'ego.
Doechii potwierdziła tym brawurowym występem, że jest obecnie jedną z
najszybciej rozwijających się postaci światowego hip-hopu i już wkrótce będzie
murowaną headlinerką.
Następnie trafiłem na drugą połowę koncertu Trupa Trupa!
Nasz eksportowy zespół pogrzebowo-rozrywkowy zagrał pod Alter Stage niezwykle
intensywny set (ta nadekspresja Grzegorza Kwiatkowskiego!), który hipnotyzował
dawką łamliwego, awangardowego rocka z pogranicza post-punka, new wave i
psychodelii. Nie zabrakło prezentacji świetnie przyjętego przez krytyków na całym świecie materiału z EP-ki "Mourners"! Propsik!
Postanowiłem olać show Camilli Cabello i od razu skierować się pod Tenta, by
tam zająć miejsce pod boczną barierką dla siebie i Ekipy Podróżujących na
wyczekiwanym koncercie...
Wolf Alice!
Ich ogłoszenie na miesiąc przed było zaskoczeniem, gdyż już wcześniej
zapowiedzieli wizytę w warszawskiej Progresji w ramach jesiennej trasy,
promującej nadchodzący album "The Clearing", ale absolutnie nie miałem nic
przeciwko również tej obecności na Open'erze! Ba, po doświadczeniu wnoszącego ich na nowy sceniczny poziom koncertu na Primaverze, byłem spokojny, że to będzie jeden z
najlepszych koncertów Open'era. I tym występem londyński rockowy band
utwierdził mnie w przekonaniu, że wskoczyli właśnie do wyższej ligi gitarowej
alternatywy! To był zdecydowanie intensywniejszy i dzięki Tentowi bardziej
klimatyczny, gęstszy od emocji występ od tego w Barcelonie. Tylko technicznie dźwięk
mógłby być u nas nieco bardziej dopieszczony, ale generalnie ten mankament nie
przeszkadzał mi, by zatracać się w tym zróżnicowanym emocjonalnie secie. A
tempo i nastrój tego koncertu były zmienne jak trójmiejska pogoda. Nie
zabrakło gitarowej drapieżności ("Formidable Cool" i "Smile", którego zabrakło
na Primaverze), marzycielskich tonów ("Delicious Things"), skocznych
prowokacji ("How Can I Make It OK?"), wzniosłych refrenów ("Bloom Baby
Bloom"!), folkowego uniesienia (subtelnie wykonane "Safe From Heartbreak (If You
Never Fall in Love)"), balladowego roztapiania mego serca (przedpremierowa
"The Sofa"), nostalgicznej fali podniecenia ("Bros"), punkowego pobudzenia (combo "Yuk
Foo" i "Play the Greatest Hits" z wykrzykiwanymi wersami do megafonu przez niesamowitą Ellie Rowsell i jej huraganowym zejściem w przejście między barierkami), pejzażów
gitarowego piękna i wzruszających emocji ("Silk", "The Last Man on Earth") oraz
finału z rockowym przytupem ("Giant Peach", "Don't Delete the Kisses")!
Dopingowaliśmy Wolf Alice z żarliwym przejęciem, a wśród naszej Ekipy zagorzała
wielbicielka Wiktoria przygotowała specjalny baner z napisem "I'm safe from
heartbreak, because I'm here with Wolf Alice", który nawet został pokazany na
początku koncertu na telebimie i pod którego to treścią absolutnie się w trakcie tego koncertu podpisywąłem! Wspaniały to był występ obecnie jednego z mych ulubionych rockowych
bandów! Zespół w fenomenalnej formie, a Ellie Rowsell potwierdziła, że
rozwkitła w prawdziwą gwiazdę rocka! Sztos!
Z bólem serca podjąłem decyzję o odpuszczeniu w Tencie koncertu
Girl In Red i od razu po skończonym występie Wolf Alice wbijałem w pierwszą
strefę Maina, by zagwarantować sobie najlepszy widok i doznania na koncercie
Linkin Park!
Wiązało się to z przeżyciem koncertu amerykańskiego piosenkarza
Conana Graya. Na żywo wypadł on lepiej, niż się spodziewałem, a marynarska scenografia (fale, statek, strój Conana) show wpisała się w
nadmorski klimat open'era, ale no nie wzbudził on we mnie ani grama
ekscytacji. W pamięci utkwił tylko zgrabny cover "Jolene" i przedpremierowe
wykonanie chwytliwej piosenki "Vodka Cranberry". Generalnie jednak nie był
to po prostu mój typ popowej wrażliwości. Sam artysta zaś mógł być pod
wrażeniem tłumu pod sceną, ale nie ma co ukrywać – ponad 90% publiczności w
tym momencie czekała już na reanimowany po latach od
nieodżałowanej straty Chestera Beningtona legendarny zespół z Kalifornii. Współczułem
pojedynczym, młodszym fankom, które tuż po zakończeniu tego koncertu
próbowały wydostać się spod tej pierwszej, zatłoczonej strefy. Rozumiem, że
organizatorzy tym bookingiem chcieli otrzeć łzy, tym którzy liczyli w tym
sezonie na Olivię Rodrigo, ale myślę, że wystarczyłoby postawić na jakąś
rockową rozgrzewkę nawet z drugiej ligi przed daniem głównym tej edycji i
wszyscy byliby zadowoleni. Nie ma jednak już sensu tego roztrząsać.
Po
tektonicznych ruchach publiki, ściśnięty jak sardynka z niemałą ekscytacją
wyczekiwałem wyjścia na scenę...
Linkin Park!
Podczas ostatniego odliczania wyświetlanego na telebimach zegara tuż przed
rozpoczęciem tego show wyczekiwanego przez ocean fanów, czułem w
powietrzu napięcie i wyjątkowość tej chwili.
Plotki o możliwym powrocie Linkin Park z wokalistką docierały do mnie
dokładnie rok wcześniej, a kilka miesięcy później faktycznie zespół
zaprezentował nową frontmenkę Emily Armstrong. Oczywiście ta decyzja budziła
różne emocje wśród fandomu, nie zabrakło też szczypty kontrowersji wokół
postaci Emily, ale starałem się do tego wszystkiego odnosić z dystansem i
czekałem na rozwój sytuacji. Z czasem uznałem, że Mike Shinoda i spółka
podjęli trafną decyzję, Emily wniosła zupełnie inny pierwiastek energii do
zespołu, ale świetnie wpasowała się swym mocnym, growlującym wokalem w styl
Linkin Park, a ciepło przyjęta płyta "From Zero" została naszpikowana
intensywnymi, porywającymi kompozycjami, które zapewniły im dopływ także fanów młodszego pokolenia. W końcu przyszedł czas na ten koncertowy egzamin nowego
oblicza i składu Linkin Park. A w tym koncertowym także doszło do innych roszad. Za
perkusją zasiada obecnie Colin Brittain, a główną gitarą opiekuje się Alex
Feder, przejmując rolę pozostającego członkiem zespołu Brada Delsona. W
formacji pozostali basista Dave "Phoenix" Farrell i człowiek od
elektronicznych zadań specjalnych – Joe Hahn. No i oczywiście mózg zespołu i
liderujący mu Mike Shinoda.
Ten koncert był jednak nie tylko sprawdzianem nowej zespołowej chemii, ale
także w moim przypadku zderzeniem się z nostalgią wspomnień z choćby
niezapomnianego koncertu Linkin Park z 2012 podczas Orange Warsaw Festival. No
i nie ukrywam, że ciarkogennie wielokroć podczas tego imponującego rozmachem
koncertu przenosiłem się w czasie do gimby, liceum i pierwszych lat studiów za
sprawą ponadczasowych kompozycji z ery Chestera, ale odnosiłem przy tym
zaskakujące wrażenie, że publika z ciut większą energią przyjmowała piosenki z
"From Zero".
Niemniej już przy zagranym na otwarcie, po incepcyjnym intrze z fragmentami
"Castle of Glass" i odrealnionym głosem Chestera (skromny, ale wystarczający
hołd), potężnym "Somewhere I Belong" publiczność eksplodowała w euforii! W tym
pierwszym akcie koncertu z kultowej "Meteory" usłyszeliśmy jeszcze mniej oczywiste "Lying From You",
ale dynamikę tego koncertu podkręcały jednak brawurowe wykonania nowych
piosenek: siecznego swym rytmem "Cut the Bridge" i hymnicznego czołowego singla
"The Emptiness Machine", który został niezwykle chóralnie wyśpiewany i
okraszony widowiskowymi wiązkami laserów. Przed tym ostatnim Mike podziękował
polskim fanom za ciepłe przyjęcie i przygotowaną akcję z karteczkami
Welcome Back i zapytał się, kto z publiczności jest tu po raz
pierwszy na koncercie Linkin Park. Odpowiedział mu gęsty las podniesionych
rąk! Doprawdy zdumiewające!
W drugim akcie zespół wyraźnie się rozkręcał na czele z Emily, która – takie
odnosiłem subiektywne wrażenie – początkowa albo onieśmielona tłumem, albo
przez jakieś problemy techniczne z odsłuchami, wydawała się nieco wycofana,
zwłaszcza gdy skonstrastowało się jej postawę ze świetnie dysponowanym od początku Mike'em
Shinodą przy jej boku. Ale już od momentu narastającego napięcia w
apokaliptycznym i pulsującym elektroniczną energią "The Catalyst" i pierwszego
wyjścia na skraj wybiegu, Emily zaczęła nabierać pewności siebie, luzu, a jej
wokal prężył muskuły. Dodatkowej otuchy z pewnością dodało skandowanie jej
imienia i nazwiska, po podpalającym ziemię pod naszymi stopami "Burn It Down"!
No i po tym momencie wydarzył się przełom w tym koncercie. Wspólne wyjście
Emily i Mike'a na wybieg przy oszałamiającym swym rockowym ciężarem "Two
Faced" wreszcie podsyciło tlący się do tej pory żar szaleństwa w publiczności
pod sceną i zachęciło do kręcenia moshpitu. Nieśmiało przyznam, że za ten po prawej stronie osobiście odpowiadałem wspólnie z Podróżującymi Patrykiem i Michałem! Tu anegdota. W tym
momencie Podróżująca Justyna napisała do mnie wiadomość, że wnioskuje ona po ujęciach z
telebimu, iż zapewne znajduję się w strefie śmierci. Cóż, pozostało mi tylko odpisać,
że to pogo to moja sprawka! I przy tym narodziło się określenie... legendarny
bloger poger! No, taka historia. Koniec końców jednak ten moshpit nie rozkręcił się
do epickich rozmiarów – może to była kwestia wymieszanej publiczności
nowych i starych fanów, a może po prostu byliśmy za słabo prowokowani ze sceny
– ale nieustannie trzymałem rękę na pulsie. Ten zaś nieco zmalał podczas
fragmentu coveru "Where'd You Go" hip-hopowego składu Front Minor założonego
dwie dekady temu przez Mike'a oraz podczas bardziej refleksyjnego "Waiting for
the End". Wstrząsająca ciałem energia powróciła wraz ze świeższym kawałkiem
"Up From the Bottom", podczas którego Emily chwyciła za dodatkową gitarę,
wzmacniając ogłuszającą ścianę dźwięku. Tę część koncertu wieńczyło brutalne,
agresywne i wypełnione ostrymi riffami "One Step Closer"! Podczas tego kawałka
z "Hybrid Theory" chyba najbardziej był odczuwalny brak Chestera, bo mimu
podjętego wysiłku, Emily nie zdołała dźwignąć go wokalnie, ale eksplozywna
energia w tłumie i tak koniec końców się zgadzała.
Przerwa między drugim a trzecim aktem była dość długa, ale została
wykorzystana na prezentację podekscytowanych fanów z pierwszych rzędów na
telebimach, co budowało poczucie wspólnoty, a tę emocjonalność podtrzymało
poruszające wykonanie "Lost". Pierwsza zwrotka i refren wyśpiewane zostały
przez Emily przy samym wsparciu Mike'a, grającego subtelnie na pianinie, a
potem emocjonalne napięcie zostało wzmocnione przez pełnowymiarowe
instrumentalne crescendo. Intrygująco wybrzmiało powolne, masywne,
industrialne "Overflow" – nieoczywista kompozycyjna perełka z "From Zero".
Odpaliłem się totalnie przy uwielbianym przeze mnie "What I've Done"! Tej
piosenki bardzo zabrakło mi w 2012 roku, więc tutaj postanowiłem nie
oszczędzać swojego gardła i powiodłem fanów wokół mnie do kolejnego pogowego
szaleństwa! Po spokojniejszym "Over Each Other" wybór za sprawą interakcji
Mike'a z fanami padł na "Numb", które zostało niezwykle żarliwie wyśpiewane
przez tłum! Po tym dreszczykowym wykonaniu nasze struny głosowe już były
idealnie przygotowane do śpiewania, a wręczy wykrzykiwania wersów kultowego
"In The End"! Nostalgiczny nokaut! Szkoda tylko, że przy tym kawałku Mike nie
pokusił się o zejście do pierwszych rzędów, a poprzestał na zabraniu ze sobą
na skraj wybiegu statywu z mikrofonem wycelowanym w tłum. Tak czy siak, śpiew
fanów był ogłuszający! Let's party Poland! – krzyknęła Emily z
wybiegu i podstawowy set Linkin Park zakończyli fenomenalnym "Faint" z
rozbudowaną instrumentalną końcówką i świetnie growlującą wokalistką! Szaleństwo
pod sceną sięgnęło zenitu, a do Mike'a i Emily na wybiegu dołączył na chwilę
Brad, napawając się widokiem rozgorączkowanego tłumu.
Po kolejnym efektownym intrze z ponownymi fragmentami "Castle of Glass" zespół
powrócił przy wtórze owacyjnych braw na bis. Płynnie przeszli do zagrania
"Papercut", podczas którego chemia między rapującym perfecyjnie Shinodą a
śpiewającą z nutką furii Armstrong wzniosła się tego wieczoru na kolejny
poziom wspólnego flow. Miażdżąco z nowego albumu wybrzmiało "Heavy Is the
Crown"! Emily wręcz wypluwała tu z siebie płuca, a gitarowa ściana hałaśliwego
dźwięku przetoczyła się przez tłum niczym rozpędzony buldożer! Koncertowy
killer! Dalej Mike poprosił nas o podniesienie rąk, które sekundę później
złączyły się we wspólnym rytmie ostatniego żywiołowego klasyka tego wieczoru –
"Bleed It Out"! Tu był potencjał do kręcenia młynka, ale trochę zabrakło mi
sił do wodzirejowania, a i publiczość w emocjonalnym amoku zdawała się
bardziej skupiona na śpiewie w stronę Mike'a i Emily na wybiegu, do których
dołączyli później też Brad i Alex. Był to jednak godny finał tego świetnego
koncertu, który... Mimo wszystko pozostawił we mnie pewien niedosyt.
To był
bez wątpienia widowiskowy i świetnie zagrany występ, z mnóstwem emocjonalnych
momentów, tłum kipiał ekscytacją, ale liczyłem na jeszcze większe szaleństwo
pod sceną. Serce pragnęło nostalgicznych nut, ale muszę też przyznać, że
zdecydowanie mocniej wypadały nowe numery i to w nich Emily, co zrozumiałe,
czuła się najpewniej w roli frontmenki. Cieszę się ogółem, że Linkin Park
wrócili z tarczą z muzycznego niebytu po tragicznej śmierci Chestera i
zapewnili fanom celebrację ich twórczości, ale przy tym mam nadzieję, że przy
kolejnych trasach będą przesuwać repertuarową wajchę w stronę świeżych
utworów, by jeszcze bardziej podkreślać nową erę zespołu i w pełni uwolnić
potencjał Emily Armstrong.
Próbowałem jeszcze podbić na Alter Stage i rave'ową wixę z Brutalismus 3000,
ale było trudno wbić się w środek Altera. Wygrała zatem tradycyjna
opcja żegnania Open'era w Strefie Żywca z niezawodną Ekipą
Podróżujących do brzasku słońca!



Podsumowanie

Sejsmiczny, magnetyczny, genialnie nagłośniony i dynamicznie prezentowany na telebimach koncert Nine Inch Nails, kapitalna atmosfera pod sceną na koncercie Muse (epickie pogo, na widok którego uśmiechał się sam Matt!), wymarzona od lat królowa alternatywy w drapieżnym i zmysłowym wcieleniu – St. Vincent, galaktyczne show Justice, zjawiskowa Raye, anielska Gracie Abrams, triumfalny powrót Linkin Park (nawet jeśli liczyłem na nieco większe szaleństwo pod sceną), przesympatyczna Little Simz (szkoda tylko, że z okrojonym składem, ale i tak dźwignęła Maina), impreza z Antonym Szmierekiem (odkrycie i największe zaskoczenie tej edycji!), wyjątkowa i niebanalna Zaho de Sagazan, po raz kolejny zachwycający formą Wolf Alice, a do tego jeszcze między innymi Maribou State (ciało kołysało się, że aż miło!), Fcukers (znów porwali do tańca), Magdalena Bay (byłoby git, gdyby nie przesadzony bas w nagłośnieniu), Massive Attack (antyfestiwalowy występ, który doceniam, ale mój ówczesny nastrój nie przyjmował tych emocji), Doechii (bawiłem się lepiej, niż zakładałem!), Caribou (druga połowa seta pięknie wjechała po piwku), Lola Young (z potencjałem, ale już widać było pewne symptomy jej zmęczenia i ciążącej presji), Trupa Trupa (eksportowe złoto!), Igo (na żywo przekonał do solowej twórczości), miłe déjà vu z Kaśką Sochacką...
Koncertowych emocji podczas tej edycji Open'era było pod dostatkiem i kolejny raz wracałem z Gdyni z bagażem pięknych wspomnień! I to nie tylko związanymi z występami, bo Open'er Festival to już od lat dla mnie nie tylko przejście w świat koncertowych doznań, ale także, a nawet przede wszystkim, możliwość licznych spotkań z Wami Podróżujący! To nasza muzyczna wigilia! Bez Was podróżowanie do Gdyni straciłoby większy sens! Dzięki za wszystkie przybijane piąteczki i przytulaski! Za wspólne biwakowanie i piwkowanie o wschodzie słońca na polu namiotowym! Za rozkręcanie poga na Gracie Abrams, Linkin Park i zwłaszcza Muse! Za troskę o mnie w tych szalonych zabawach! Za wspólne tańce na choćby Fcukers, Justice, Antonym Szmiereku, czy też Maribou State! Za wspólne przeżywanie wszelkich pozostałych znakomitych koncertów! Za zespołową walkę o setlistę Wolf Alice dla Podróżującej Wiktorii! Za tradycyjne delektowanie się langoszami! Za niezliczone rozmowy na muzyczne tematy! Za liczne okazje do śmieszkowania! Za przejmowanie Strefy Żywca na finał każdego festiwalowego dnia! Za... Po prostu – za to, że jesteście! Uwielbiam Was wariaty! Parafrazując pewnego gościa z ochrony: Mordy, Wy to jesteście git! Kto ma wiedzieć, ten wie! :)
Czas już kończyć te wspomnienia, na które i tak czekaliście zbyt długo! Mam nadzieję, że ta lektura nieco rozgrzała Was w tę wyjątkowo mroźną zimę i poczuliście festiwalową aurę!
A już za dobre pięć miesięcy ponownie widzimy się na Open'erze! Edycja 2026 zapowiada się nader ekscytująco! Dotychczas ogłoszeni zostali: The Cure, Nick Cave And The Bad Seeds, The xx, Calvin Harris, Addison Rae, Martin Garrix, Halsey, Zara Larsson, Teddy Swims, Audrey Nuna, David Byrne, Matt Berninger, Ethel Cain, Clipse, IDLES, JADE, Kneecap, LP, PinkPantheress, Reneé Rapp, Sofi Tukker, The Afghan Whigs, TOMORA, Don West, ¥ØU$UK€ ¥UK1MAT$U, horsegiirL... Trzeba już zawczasu przyszykować festiwalową formę!
A tymczasem podrzucam jeszcze oficjalne aftermovie z 2025 roku, pełną fotorelację mego skromnego autorstwa znajdzicie również poniżej, a moje nagrania koncertowe w wyróżnionych stories na Instagramie!
Fotorelacja:
Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne
26.01.2025










































































































































































































































































































