Podróże Muzyczne relacjonują: Rosalía w Berlinie, Uber Arena, 01.05.2026!

/
0 Comments


Podróże Muzyczne relacjonują: Rosalía w Berlinie, Uber Arena, 01.05.2026! 



Prolog


Po raz pierwszy katalońska piosenkarka Rosalía zachwyciła mnie w 2019 roku festiwalowymi występami na Open’erze i Colours of Ostrava, gdy promowała swoje przełomowe dzieło "El Mal Querer". Już wtedy było jasne, że nie jest jedynie kolejną zwykłą młodą dziewczyną pretendującą do statusu gwiazdy współczesnego popu, lecz artystką o własnym, bezkompromisowym języku – łączącą tradycyjne flamenco z futurystycznym popem, reggaetonem i eksperymentalną elektroniką w sposób, który wywoływał autentyczne ciarki. Do dziś doskonale pamiętam duszny namiot Tent Stage, rozgrzany emocjami do granic wytrzymałości, i głos Rosalíi, który zdawał się przecinać powietrze z niemal nadprzyrodzoną siłą. Dwa tygodnie później, już na głównej scenie Colours of Ostrava, Hiszpanka udowodniła, że jest stworzona do największych festiwalowych scen świata.
 






Jej kolejny album, "Motomami", z 2022 roku tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że obcuję z wizjonerką popu – artystką, która potrafi zderzać kobiecą siłę z kruchością, klubową intensywność z intymnością flamenco, a monumentalizm z subtelnością. Choć nie była to muzyka w pełni z mojego świata, imponowała mi odwaga twórcza Rosalíi, jej obsesyjna dbałość o detale, kreatywność i wokal, który wciąż wydawał się wręcz nierealnie czysty i piękny. Niestety tamtej ery nie udało się doświadczyć na żywo. Stąd też z wyjątkową niecierpliwością wyczekiwałem powrotu tej artystki.
 
I powróciła w oszałamiającym stylu! Już pierwszy singiel "Berghain" zapowiadający album "Lux" – z operowym rozmachem, orkiestrą, klubową intensywnością i udziałem Björk oraz Yvesa Tumora – wzbudził mój ogromny zachwyt, ale też obawy, czy całość nie okaże się przerostem formy nad treścią. Na szczęście Rosalía całkowicie je rozwiała.
 
"Lux" okazało się dla mnie prawdziwym arcydziełem – monumentalnym, wielojęzycznym i niezwykle emocjonalnym albumem balansującym między art-popem, muzyką klasyczną, flamenco, elektroniką i muzyką sakralną. Wspierana przez Londyńską Orkiestrę Symfoniczną oraz znakomitych gości, Rosalía stworzyła duchową i pełną symboliki opowieść o kobiecości, świętości, miłości, samotności oraz konflikcie między tradycją a nowoczesnością. Jej operowy, pełen emocji wokal stał się głównym nośnikiem tej historii, nawet bez konieczności analizowania wielojęzycznych tekstów. To właśnie ten album najmocniej poruszył mnie w ubiegłym roku i wywarł na mnie ogromny emocjonalny wpływ. Powiem więcej – Rosalía stworzyła dzieło tak wyjątkowe, iż na trwałe zapisało się ono wśród moich najważniejszych muzycznych doświadczeniach. 
 
 

 
Pragnienie przeżycia tych emocji zakotwiczonych w "Lux" było więc u mnie ogromne! Oczywiście ubolewałem, że na ogłoszonej trasie zabrakło przystanka w naszym kraju, ale Berlin na rozpoczęcie majówki wydawał się planem idealnym. Zdobycie biletów okazało się jednak męką. W desperacji zakupiłem wejściówkę na jej wcześniejszy występ w Kolonii (kompletnie nie analizując tego pod względem logistycznym), ale na szczęście Podróżujący Kuba jakimś cudem wyrwał dwie wejściówki do berlińskiej Uber Areny! Co prawda na drugą połowę płyty, ale w tym przypadku nie miało to większego znaczenia. Najważniejsze było to, że pierwszego maja mogłem ruszyć w podróż z wiarą, że doświadczę mistycznego i spektakularnego koncertu! I nie zawiodłem się!     
 
Już pod samą halą można było poczuć wyjątkową atmosferę muzycznego święta. Zgodnie z pierwszomajową tradycją w Berlinie odbywały się niezliczone imprezy, ale dla tysięcy jednak tego wieczoru liczyła się tylko i wyłącznie adoracja ubóstwianej Rosalíi, co zdradzał już nieformalny dress code fanów licznie przebranych w białe kostiumy, koszulki, sukienki, welony itp. Wszyscy, włącznie z nami, pragnęli stać się częścią tego kompletnego doświadczenia artystycznego. 
 
 
Choć to nie moja pierwsza wizyta w Uber Arenie, to jednak tym razem miałem w sobie takie przeświadczenie, że tym razem nie wchodzę do zwykłej hali koncertowej, ale do ogromnej sali teatralno-muzealnej. Wrażenie to potęgowało monumentalne płótno – tył muzealnego obrazu – z dopiskiem "Lux Tour 2026", które zasłaniało niemal całą, półokrągłą scenę z drewnianym podestem. Uwagę zwracała również umieszczona na środku płyty platforma w formie łacińskiego krzyża z przygotowanymi stoiskami dla towarzyszącej Rosalíi na tej trasie orkiestry The Heritage Orchestra pod dyrekcją Yudanii Gómez Heredii. Strategicznie jednak nieco bardziej stanęliśmy z boku tej platformy, tracąc nieco widok na grę 22-osobowej orkiestry, ale zyskując lepszą perspektywę na główną scenę. A było co podziwiać przez te dwie godziny spektaklu! 

 
 

AKT I  

 
Najpierw jednak, po niecierpliwym wyczekiwaniu (bez supportu, przy stonowanej playliście), gromkimi brawami powitaliśmy członków orkiestry, którzy zajęli swoje miejsca przy melodii piosenki "Angel" Jimmy'ego Hendrixa. W końcu światła przygasły, z głośników popłynęła symfoniczna uwertura, a podzielone na dwie części gigantyczne płótno rozsunęło się na boki, ujawniając widok na ogromne drewniane pudło. Z głębi sceny wyłonili się tancerze w niebieskich strojach muzealnych kustoszy i otworzyli tę tajemniczą skrzynię. Wewnątrz znajdowała się Rosalía, nieruchomo stojąca  na piedestale, z upiętymi czarnymi włosami, ubrana w biały trykot i różowe tutu – niczym słynna impresjonistyczna rzeźba "Małej czternastoletniej tancerki" – uczennicy baletu Opery Paryskiej – Edgara Degasa. Początek tego pierwszego aktu koncertu budował napięcie rodem z chwili odsłonienia wybitnego dzieła sztuki. Dzieło, które na tle pełni księżyca subtelnie ożywiło się przy dźwiękach kompozycji "Sexo, Violencia y Llantas" i wprawiło wszystkich w stan osłupienia wybitnymi wokalnymi uniesieniami. Wow! Opad szczęki. Niby wokalne zdolności Rosalíi były już mi znane, ale jej operowa skala, która w pełni rozwinęła przy się przy albumie "Lux", absolutnie zniewalała na żywo! 


Nim zdążyłem się otrząsnąć po tym pierwszym podmuchu muzycznej boskości, przestrzeń płynnie wypełniły dynamiczne smyczki, a powietrze przecinały kolejne wokalne popisy –  raz anielsko delikatne, raz operowo potężne – katalońskiej divy przy poruszającej pieśni "Reliquia". Tłum wspierał ją niczym sakralny chór, wykonujący chorały gregoriańskie. Zaangażowanie fanów obserwowane przez cały wieczór było wręcz fascynujące niczym niewyjaśnione religijne cuda. Pod koniec utworu Rosalía została zgrabnie podniesiona w górę przez dwójkę tancerzy emanujących tu herkulesową siłą i przeniesiona bliżej skraju sceny. Przy kolejnych kompozycjach z "Lux" – "Porcelana" i "Divinize" – wzrosło natężenie instrumentalne (szczególnie drugi numer pulsował monumentalnymi uderzeniami kotłów, które fizycznie rezonowały w ciele i zdawały się naruszać fasady areny), a hiszpańska artystka zatraciła się jednocześnie w śpiewie i tańcu na pointach. Czapki z głów za to finezyjne połączenie formy baletu i muzyki wykonywanej na żywo! Timothée Chalamet po obejrzeniu tego fragmentu, jak i całego koncertu powinien zapaść się na wieki wieków pod ziemię ze wstydu za swoje głośne potępienie opery i baletu jako form, na których "nikomu już nie zależy". 
 
Rosalía potwierdzała tym wirtuozerskim w każdym aspekcie początkiem swego wstępu nieziemską formę wokalną i kondycyjną. Oczywiście nieustannie wspierał ją zespół tancerzy. Szczególnie widowiskowa była ich zabawa z kilkumetrowymi przeźroczystymi zasłonami, które unosiły się pod sufit sceny i trzepotały za sprawą nawiewu scenicznych wentylatorów. Pod koniec Rosalía została chwilowo nimi okręcona i zniewolona, a po uwolnieniu wpadła w objęcia muskularnego tancerza, który kilkukrotnie okręcił się w piruecie w powietrzu! Publiczność w euforii! 


Po tym podniosłym i piorunującym początku nastąpiła pierwsza chwila rozluźnienia atmosfery. W trakcie, gdy tancerze zdejmowali tutu oraz okrywali twarz Rosalíi białym welonem, ta przywitała się z publicznością z szerokim uśmiechem. Ich bin Rosalía! Tłum oszalał! Hiszpanka krótko wspomniała, że pamięta swoją pierwszą wizytę w Berlinie, gdy kilka lat temu przybyła z przyjaciółmi na koncert Kendricka Lamara w tej samej hali. I wówczas narodziło się w niej pragnienie występu z takim spektakularnym show w tym samym miejscu. Przy tym wykazała się wdzięcznością, że dzięki naszemu wsparciu to marzenie się ziściło. Łyk wody, otarcie czoła z potu i Rosalía z pełnym skupieniem, przejęciem i widocznym wzruszeniem (diamentowe łzy na jej twarzy wydawały się autentyczne!) wykonała kulminacyjne "Mio Cristo Piange Diamanti"! Jej operowy wokal wypełniony szczerą wiarą i wielowymiarową intensywnością wspiął się tu na rejestr wręcz nieosiągalny dla zwykłych śmiertelników. W białym nakryciu zakonnicy Rosalía boskim śpiewem namalowała wręcz ikonograficzny autoportret. To był oszałamiający i zapierający dech w piersi popis wokalny! Moment, w którym na dobre ten koncert przekroczył dotychczasowe granice popowego show. Niemal religijne przeżycie – osobista msza odprawiana przez artystkę balansującą między świętością a cielesnością. 

 
Rosalía skryła się za ponownie złączonym płótnem, a w przerwie między pierwszym a drugim aktem kamera zabrała nas na backstage, gdzie tancerze... kpili sobie z jej podniosłego wykonania "Mio Cristo Piange Diamanti". W swej żartobliwiej uszczypliwości był to bardzo zabawny moment. I takie humorystyczne akcenty towarzyszyły nam także przez dalszą część wieczoru, zasadnie deeskalując epicką podniosłość i poruszającą emocjonalność tego show.  
 
 

AKT II 

 
W pierwszym akcie Rosalía ze świętym namaszczeniem zmieniała halę w katedrę, w drugim bezczelnie urządziła w niej techno imprezę! Z subtelnej mistyczki przemieniła się w klubową diablicę (podkreślał to czarny kostium i pierzaste rogi, przywodzące na myśl nawiązanie do obrazu "Sabatu Czarownic" Francisco Goi i Diabła pod postacią Wielkiego Kozła), a otwierający tę część w brawurowy sposób "Berghain" wybrzmiał niczym idealny soundtrack do podziwiania "Ogrodu rozkoszy ziemskich" Hieronima Boscha. Oczywiście ten odurzający utwór zatytułowany na cześć najsłynniejszego berlińskiego klubu nocnego – notabene znajdującego się w pobliżu – smakował w tym miejscu zupełnie inaczej, "bardziej" i tym samym wzbudzał w publiczności spazmatyczne reakcje. Szczególnie ta destrukcyjna remixowa końcówka wywołała sejsmiczną falę i nieokiełznane rave'owe szaleństwo! Smyczki niemal fruwały w powietrzu, a dyrygentka Yudanii Gómez Heredii zdawała się potrzebować pomocy egzorcysty! Na scenie również Rosalía z tancerzami wpadła w taneczny amok! Potężny bas i stroboskopowe światło tylko potęgowały stan zatracenia się w tym obłędnym momencie! Parkiet w Uber Arenie jakby skurczył się do rozmiarów ciasnego piwniczego klubu i zalał się strużkami potu!  

 
Rosalía poprzez "Berghain" idealnie przygotowała grunt pod pierwsze zaprezentowane tego wieczoru utwory z albumu "Motomami". Przy niepojęcie chwytliwym bangerze "Saoko", ujmującej pieśni "La Fama" (zjawiskowo śpiewanej przy zamierających w ruchu tancerzach) i utrzymanym w klimacie reggaetonowego undergroundu "La Combi Versace" publiczność ponownie eksplodowała energią, śpiewając żarliwie każdy wers i oddając się we władanie bardziej klubowych tekstur muzycznych. Rosalía czerpała niesamowitą energię z tego elektryzującego kontrastu między tymi pierwszymi dwoma częściami spektaklu. W jednej chwili była operową diwą śpiewającą o mistyczkach i świętych, by chwilę później z szerokim uśmiechem tańczyć (i to jeszcze jakże intensywnie!) do reggaetonowego chaosu. I absolutnie te dwa oblicza nie gryzły się ze sobą! W finale tego drugiego aktu Hiszpanka powróciła do repertuaru z albumu "Lux" i wykonała kompozycję "De Madrugá", która swoim dusznym i sakralnym klimatem opartym na delikatnym tanecznym pulsie flamenco, doskonale wpasowała się w energię poprzednich kawałków i z przytupem zwieńczyła ten najbardziej taneczny fragment koncertu.   
 


 AKT III

 
 
Trzeci akt Rosalía – stojąc na szczycie piramidalnego podestu – rozpoczęła się od dramaturgicznego i lamentacyjnego śpiewu ascetycznej kompozycji "El Redentor" z jej debiutanckiego albumu "Los Ángeles". Jej drżący wokal wypełniający oszczędną instrumentalną przestrzeń opartą głównie na gitarze flamenco budował żałobne napięcie. To była jedyna taka podróż tego wieczoru w głąb jej dyskografii. Zawiedzeni mogli nieco poczuć się fani przełomowego albumu "El Mal Querer", gdyż ten został całkowicie zignorowany, a myślę, że takie "Malamente" mogłoby wzbogacić to show.  
 
 
Nie zabrakło za to sięgnięcia po cover. Rosalía, stojąc dalej na wysokim podeście, ale tym razem pozując zza wniesionej na szczyt pustej złoconej ramy obrazu, wyśpiewała uroczym angielskim akcentem "Can't Take My Eyes Off You" Frankie Valli. Tuż przed nią na scenie pojawiła się grupa szczęśliwych fanów, którzy tym samym odgrywali (nie)świadomie grupę turystów, która była wpatrzona w hiszpańską artystkę niczym w Monę Lisę i rejestrowała ten moment na swoich telefonach. Pozornie śliczny obrazek, niebanalne zacierający granicę dzielącą od fanów (Rosalía w finale zeszła do tej grupki, śpiewając twarzą w twarz i szukając dotyku), ale doszukuję się tu drugiego dnia. Poniekąd ze strony Rosalíi był to kąśliwy komentarz w stronę współczesnej kultury obsesyjnego rejestrowania wszystko za pomocą aparatów swoich telefonów oraz refleksja nad własną pozycją gwizdy, wystawionej na nieustanne spojrzenie obcych. 
 
 
W czasie, gdy turyści opuszczali scenę chwilowo zamienioną w muzealną wystawę, Rosalía powitała Najwę Nimri i zaprosiła ją do... konfesjonału! Poprzez telebimy obserwowaliśmy scenę, jak w roli kapłanki przysłuchuje się rubasznym zwierzeniom hiszpańskiej aktorki znanej choćby z serialu "Dom z papieru". Zostaliśmy poczęstowaniu dość długą historią o nieudanym romansie i dokonanej zemście, a kolejne wybryki Najwy Rosalía kwitowała swoją ekspresyjną, teatralną mimiką twarzy. Ma ta dziewczyna również aktorskie predyspozycje. Niemniej ten w założeniu kolejny zabawny moment koncertu wydawał się nieco rozwleczony i niepotrzebnie hamujący dynamikę całego show. A może po prostu akurat opowieść Najwy mnie niespecjalnie ujęła (w każdym mieście spowiadała się inna popularna postać). 
 
 
Niemniej ten przerywnik w konfesjonale zbudował odpowiednią atmosferę przed wykonaniem piosenki "La Perla". Rosalía, zmysłowo zdejmująca górną część jedwabistej białej sukienki, wraz z tancerzami stworzyła skromną, ale imponującą iluzję wizualną kobiety otoczonej, dotykanej i wznoszonej w górę białymi dłońmi, a sama kompozycja urosła do rozmiaru oczyszczającego, płomiennego i żądnego zemsty dissu na byłym partnerze – "emocjonalnym terroryście". Tu najpewniej kierowała swoje emocje w kierunku Rauwa Alejandro, portorykańskiego piosenkarza, z którym zerwała zaręczyny w 2023 roku po plotkach o jego niewierności. 
 
 
 
Rosalía powróciła następnie na szczyt podestu, na którym to pojawił się biały fortepian. Usiadła na jego obudowie, sięgnęła po przygotowany kieliszek wina i wdała się w kolejne życzliwie interakcje z publicznością. W końcu pewnemu Fabianowi z tłumu zadedykowała balladę "Sauvignon Blance". Przy subtelnym akompaniamencie rozczulała nas swoją emocjonalną czułością. Hala rozświetliła się latarkami telefonów, a z sufitu sceny na magnetyczną Rosalíę spadł złocisty deszcz. Kolejny urzekający obraz zapamiętany tego wieczoru. 
 
 
Ten przedostatni akt zwieńczyło emocjonalnie falujące "La Yugular". Atmosfera płynnie przeradzała się z intymnej przestrzeni wokalnej w orkiestralne i chóralne kulminacje. W dramaturgicznej końcówce Rosalía zjawiskowo i przejmująco śpiewała do kamery podłogowej ukrytej w podmienionym schodkowym podeście. Efektowne rozwiązanie, które choćby wykorzystywała też Olivia Rodrigo na swojej ostatniej trasie (i które to swoją drogą podziwiałem też w tej samej hali).

Kolejna krótka przerwa w tym spektaklu została umilona przez Art Cam. Otóż na jednym telebimie wyświetlane były malarskie obrazy, a na drugim operator kamery wyłapywał z trybun kolejne osoby, które zachęcane były do odtwarzania póz z tych dzieł. Proste, a jakże pomysłowe!  
 
 

INTERMEZZO

 
Między trzecim a czwartym aktem Rosalía po zmianie kostiumu na kwiecisty pałąk na głowie i  przezroczyste tutu w kształcie kosza  – wyczekiwanie dla osób z tylnych miejsc hali, w tym i przeze mnie – pojawiła się na scenie B. Zanim jednak wspięła się na podwyższenie między orkiestrą a dyrygentką, to wcześniej powoli przespacerowała się przez fosę, nawiązując interakcje i śpiewając wraz z fanami porywające "Dios Es Un Stalker"! Nie ukrywam, że kiełkowała we mnie zazdrość w kierunku osób, które wówczas znajdowały się pod barierką w momencie tego królewskiego przejścia, ale chwilę później wynagrodził mi to doskonały widok na Rosalíę, górującą nad publicznością i orkiestrą. Niczym ćmy pędzące w stronę ognia ścisnęliśmy się bliżej platformy i chłonęliśmy z tej bliższej perspektywy niezwykłą energię hiszpańskiej artystki. Przy pulsującej rumba flamenco piosence "La Rumba Del Perdón" bioderka zamaszyście się kołysały, a dłonie wznosiły w górę, by wraz z Rosalíą żywiołowo klaskać w stylu palmas.
 
 
Punktem kulminacyjnym, który totalnie rozsadził mi zmysły, był religijny rave zdetonowany przez ciężkie i dynamiczne rytmy bangera "CUUUuuuuute" z "Motomami". Kołyszące się nad nami, buchające dymem i jarzące się stroboskopowym światłem pudło niczym największa na świecie kadzielnica Botafumeiro z katedry Santiago de Compostela, przygniatające natężenie agresywnych dźwięków, Rosalía krzycząca Springen, springen, springen!, prowokująca nas skutecznie do skocznego wyzwolenia energii, miotająca obłąkanie włosami w rytm muzy – totalny chaos, apokaliptyczna intensywność, taneczna ekstaza! W trakcie, gdy histerycznie starałem się odnaleźć wyjście z tego labiryntu oszałamiających doznań, hiszpańska artystka ulotniła się ze sceny B i sprintem powróciła na główną sceną, by spuentować to widowisko czwartym aktem...   
 
   
 

AKT IV

 
Ostatni, krótszy względem poprzednich, akt zabrał nas w rajskie niebiosa. Rosalíi i tancerzom "wyrosły" anielskie skrzydła i przy melodyjnych rytmach, wręcz absurdalnie chwytliwych "Bizcochito" (chóralne Ta-ra-rá, ta-ra-rá, ta-tá!)  i "Despechá" z "Motomami" obserwowaliśmy na scenie coś w rodzaju wyzwalającego, oczyszczającego tańca między chmurami! Aż sam się unosiłem pod wpływem tej eskapistycznej energii! Finał zaś był niezwykle wzruszający i filmowy!    
 
 
W prześlicznym aranżacyjnie eksperymentalnym z subtelną elektroniką "Focu ‘Ranni" z rozszerzonej wersji albumu "Lux" Rosalía – w trakcie kolejnego odurzenia tańcem i intensywnym bieganiem, skakaniem na boso wzdłuż całej sceny – ujmująco śpiewała o wolności i odrzuceniu podporządkowania, po czym ostatkiem sił wspięła się na szczyt monumentalnych schodów, wzniosła ramiona w górę, rzuciła ostatnie spojrzenie na publiczność i spadła w tył w ciemność, w otchłań niczym główna bohaterka "Czarnego łabędzia". Wow! Absolutne kino! 
 
 
Po kilku minutach płótno jednak znowu się rozsunęło. Rosalía odrodziła się i powróciła samotnie na scenę, by zaśpiewać drżącym od nadmiaru emocji, niebiańskim głosem – wspieranym przez wzniosłe orkiestralne crescendo – otulające, refleksyjne "Magnolias". Skąpana w oślepiającym białym świetle padła na kolana, a później powoli cofała się ku scenicznej otchłani, aż całkowicie ponownie zniknęła. Nie było fajerwerków ani konfetti. Została tylko cisza, światło i poczucie uczestnictwa w czymś absolutnie wyjątkowym. Chapeau bas! Oklaskami podziękowałem wraz z całą publicznością jeszcze całej orkiestrze za brawurową grę. Opuszczając arenę, wciąż lekko zamurowany tym spektakularnym show, zdołałem wydobyć z siebie do Podróżującego Kuby tylko słowa: That was something
 
 
 

PODSUMOWANIE

 
 
Gdyby zbudować Muzeum Historii Koncertów, to ten spektakl anielskiej – wręcz boskiej! – Rosalíi miałby w nim osobną, stałą wystawę! Koncert wyniesiony do poziomu niemal arcysztuki! Był wszystkim tym, czym współczesny pop rzadko ma odwagę być: ambitny, teatralny, bezkompromisowy, dramaturgiczny, momentami ujmująco przesadny i imponująco ryzykowny. A jednocześnie niesamowicie emocjonalny, ludzki, zabawny i szczery. Rosalía nie tylko zagrała koncert – ona wyczarowała własny świat i na dwie godziny pozwoliła publiczności całkowicie się w nim zanurzyć. Jej forma wokalna i fizyczna była nadludzka, a emocjonalna wrażliwość wywoływała nieustanne ciarki! Publiczność w pełni zaangażowana, adorująca swoją idolkę, celebrująca chwilę. Interakcje Rosalíi z fanami zaś niezwykle sympatyczne i rozczulające. Świetnym pomysłem – i zasługującym na pochwałę – było również zsynchronizowane tłumaczenie tekstów śpiewanych przez Rosalíę w kilku językach na niemiecki na półokrągłym wąskim telebimie ponad sceną, co sprzyjało inkluzywności, choć oczywiście z mojej perspektywy to była tylko ciekawostka. Sceniczna koncepcja i scenografia w swej skromności była maksymalistyczna, przemyślana i pieczołowicie zaprojektowana. Tancerze i ich choreograficzne układy – światowy top! Umieszczenie wspaniałej orkiestry pośród publiczności – nietuzinkowe! Łączące popową awangardę i klasykę kompozycje z albumu "Lux" i nie tylko ożywały w Uber Arenie niczym obrazy w Hogwarcie i doprawdy zapewniały wielowymiarowe uniesienia i zachwyty, wyciskały łzy i wyciągały dłonie do tańca. 
 
Berlin tej nocy nie był świadkiem zwykłego popowego widowiska. Dostał dzieło sztuki!  To było absolutne niezapomniane i mistyczne przeżycie! Gracias, Rosalía!
 
 



Fotorelacja





Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne
14.05.2026 


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.