MUZYCZNE PODSUMOWANIE ROKU 2025 BY PODRÓŻE MUZYCZNE: ALBUMY!

/
0 Comments
MUZYCZNE PODSUMOWANIE ROKU 2025 BY PODRÓŻE MUZYCZNE: ALBUMY!
 

Muzyczne Podsumowanie Roku 2025: ALBUMY!

 


Czas na drugą część Muzycznego Podsumowania Roku 2025! 
 
Przypominam, że na blogu znajdziecie już pierwszą odsłonę, którą poświęciłem zebraniu wszystkich wspomnień koncertowych z ostatnich dwunastu miesięcy:
 
 

 
Teraz najwyższa pora ujawnić moje zestawienia ulubionych albumów z poprzedniego roku! Jak zawsze są to wybory bardzo subiektywne i dyktowane przeróżnymi czynnikami. W pierwszej kolejności zawsze liczą się szepty emocji z głębi serca, ale bywa i tak, że na moje wskazania wpływ mają koncertowe doświadczenia, chęci wyróżnienia nieco mniej znanych artystów/zespołów, więzi uwielbienia dla poszczególnych wykonawców itd. Im dalej w las w mych rankingach, tym pozycje wybranych dzieł muzycznych stają się zawsze coraz bardziej umowne. Miałem choćby ogromny problem z domknięciem trzydziestki zagranicznych albumów, gdyż z chęcią pociągnąłbym ten ranking do  Top 50, ale przecież to jeden z kilku takich zestawów... Tak, tradycyjnie podzieliłem to podsumowanie na wybrane kategorie: Polskie EP-ki/Minialbumy, Zagraniczne EP-ki/Minialbumy, Polskie Debiuty (długogrające, w tym też te solowe), Polskie Albumy, Zagraniczne Debiuty (tak samo jak w polskich), Zagraniczne Albumy
 
Cel, jaki zawsze mi przyświeca takiemu kategoryzowaniu, to przede wszystkim widoczniejsze wyróżnienie debiutantów i obiecujących artystów, piszących pierwsze rozdziały swoich muzycznych karier. Ci wielcy sobie poradzą i bez moich podsumowań, ale dla "świeżaków" wsparcie ze strony nawet takich typowych pasjonatów jak ja (nigdy nie określę siebie mianem krytyka muzycznego), ma niebagatelne znaczenie. 
 
Zatem zapraszam do uważnej lektury (sprawdzajcie też dodatkowe wyróżnienia) i muzycznego poczęstunku z mojej strony! Obiecuję, że będzie różnorodnie, w topkach pojawią się unikalne (chyba nawet na skalę światową, a już na pewno rodzimą) pozycje, a także znajdziecie tu dzieła, których nie wyróżniałem w ramach comiesięcznych polecajek w cyklu Aktualnie w Głośnikach (kto je czytał przez cały rok, będzie pewnie mniej zaskoczony i przy tym będzie miał nieco ułatwione zadanie w czytaniu). 
 
Przed Wami 80 wyselekcjonowanych albumów! Plus materiały dodatkowe, w tym graficzne podsumowanie wszystkich wyborów, Top 5 single 2025, Spotify Wrapped i Last.fm, specjalne playlisty i jeszcze na samym końcu bonus związany z 10-letnią historią tworzenia tych muzycznych podsumowań! Przyjemności! 

➖➖➖

ULUBIONE ALBUMY ROKU 2025!


POLSKIE EP-ki / MINIALBUMY 2025 


5. DAWID PODSIADŁO, KAŚKA SOCHACKA – "TYLKO HAJ."


 
Z pewnością to dla mnie najlepsze wydawnictwo sygnowane przez Dawida od czasu jego drugiego albumu. Nie straciłem co prawda dla tego materiału głowy, ale zderzenie się ze sobą wrażliwości Kaśki Sochackiej i Podsiadły wypadło bardzo naturalnie i zapewniło mi kilka chwil czystej przyjemności. Bez niespodzianki otrzymaliśmy tu dawkę piosenek traktujących o złożoności miłosnych relacji. Ujmujących. Zwłaszcza utwór "nadprzestrzenie" trafił w mój uczuciowy punkt zapalny. Pod względem brzmienia Dawid i Kaśka lawirują między balladami a takim miodnym indie popem, ocierając się momentami o ten radiowy potencjał ("samoloty" już szybują po mainstreamowych stacjach). Zgrabnie łączą elementy swoich muzycznych stylów. Produkcja zaś stoi na poziomie, do którego zdążyli nas przyzwyczaić. Aż szkoda, że to tylko projekt na potrzebę Festiwalu Zorza. Choć wierzę, że ta współpraca między Kaśką i Dawidem jeszcze się w przyszłości rozwinie i będzie na żywo prezentowana szerszemu gronu odbiorców.   

 

4. FIDA – "UMIEM KOCHAĆ CIĘ TAK CAŁKIEM NA POWAŻNIE"


 
Fida skradła spory kawałek mego serca swoim zjawiskowym i kameralnym występem podczas tegorocznego Great September. Artystka, której znakami rozpoznawczymi są upięty dudek, srebrny Fiat Punto, wachlarze na podorędziu i czarno-biało-czerwona stylistyka, oczarowała mnie pokrzepiającymi, folkowymi piosenkami, abstrakcyjnym humorem i wokalną czułością opartą na niskich dźwiękach i charakterystycznym wibrato. Zostałem przez nią dosłownie przytulony! Z uwagą od tamtej pory śledzę jej poczynania i jestem pod wrażeniem, jak bardzo wyraziście kreuje swój artystyczny świat i idzie na przekór trendom, gdyż jej debiutancka EP-ka "Umiem kochać Cię tak całkiem na poważnie" bez większych zapowiedzi ukazała się ot w ostatnią listopadową niedzielę. I zgodnie z tytułem Fida na przestrzeni sześciu piosenek odsłania przed nami różne etapy zakochiwania się i oblicza miłości, która, choć potrafi ranić, to jednak jest w życiu pożądanym bodźcem. A wszystko to podane w formie wciągających indie-pop-folkowych melodii, a kolejne poetyckie i zarazem prostolinijne wersy wyśpiewywane są przez niesamowity, ciepły wokal Fidy, który iście otula i rozgrzewa serducho! To pierwszy, satysfakcjonujący etap w drodze do wydania pełnoprawnego debiutanckiego longplaya, na który bardzo czekam!  


3. ZUZANNA MALISZ – "POMIĘDZY"

 
 
Cudowną wrażliwość i artystyczną duszę Zuzanny Malisz odkryłem w zeszłym roku podczas łódzkiego Great September i od tamtej pory śledzę uważnie jej poczynania. Single wypuszczane w kolejnych miesiącach zachwycały i w końcu otrzymaliśmy je zebrane na debiutanckiej EP-ce "Pomiędzy". I podobnie jak w Łodzi Zuzanna oczarowała mnie swoimi tęsknymi, smutnymi, zawiłymi emocjonalnie, indie-pop-folkowymi kompozycjami. To jest dzieło z rodzaju tych, w których totalnie się przepada i zanurza. Swoim ciepłym, sennym, pięknym wokalem Malisz uwodzi i toruje ścieżkę do głębin serca. Rozkosz z odsłuchu można porównać do przyjemności przemierzania górskich polan!


 

2. TRUPA TRUPA – "MOURNERS" 



Gdańska formacja Trupa Trupa już od lat jest ceniona na Zachodzie, regularnie choćby pojawiając się w audycjach takich artystycznych i dziennikarskich tuzów jak Iggy Pop, Henry Rollins czy Steve Lamacq. W Polsce wciąż mam wrażenie, że dokonania Trupy Trupy nie zyskują takiego rozgłosu, na jaki zasługują. Sam biję się w pierś, bo z jednej strony zawsze doceniałem artyzm Trupy Trupy, a z drugiej nie poświęcałem im na blogu większej uwagi. Może to za sprawą wysokiego progu wejścia w ich twórczość? To może jednak powszechnie się zmienić. Trupa Trupa redefiniując po raz kolejny swój styl na EP-ce "Mourners" w stronę porywczej, nieokiełznanej, a nawet tanecznej eksplozji awangardowego rocka z pogranicza post-punka, new wave, psychodelii, stworzyło dzieło nie tylko najlepsze w swym dorobku, ale także najbardziej przystępne. Ten twórczy chaos ujarzmiany przez docenianego producenta Nicka Launaya (Nick Cave, Idles) wciąga już od pierwszej pulsującej kompozycji "Sister Ray" i właściwie nie sposób dalej wyrwać się z objęć  melodyjnie wyśpiewywanej, intelektualnej, osadzonej w ponurych klimatach poezji Grzegorza Kwiatkowskiego i jego finezyjnych gitarowych odlotów łączonych z agresywnym wokalnym wsparciem Wojtka Juchniewicza i jego soczystymi liniami basowymi oraz z połamaną perkusyjną rytmiką Tomka Pawluczuka. To trio doskonale i bez żadnych ograniczeń bawi się gitarowymi strukturami, tworząc kompozycje uderzające autentycznością, świeżością i nieustannie intrygujące, hipnotyzujące oraz zaskakujące. 


1. MUD/O – "IT'S ENOUGH TO SAY I TIRED"


 
Warszawska formacja MUD/O oczarowała mnie kojącym koncertem podczas Great September 2023, dwa lata temu szczerze wzruszyła kompozycją "małe serce", a w minionym roku absolutnie zachwyciła kolekcją pięciu kompozycji, które złożyły się na ich drugi minialbum "It's Enough To Say I Tired". Cóż to jest za przepiękne dzieło! Od pierwszego utworu "feasty" utrzymanego w przyjemnym, country-bluesowym klimacie sprawia, że czas na chwilę zamiera, a wszelkie zmartwienia przestają mieć znaczenie. Kolejne piosenki i melodie zaskakują wielowymiarowym podejściem do alternatywnego brzmienia. "Homland" wybrzmiewa iście indie-folkowo, "blue" skręca nieco w bardziej dream-popową stronę, oszczędna aranżacja "światła" na fortepian, smyczki i subtelne syntezatory przywodzi na myśl twórczość Ólafura Arnaldsa, zaś "lost" hipnotyzuje ucieczką w ambient-dronowy eksperyment. W każdym kawałku swoim wszechstronnym, stonowanym wokalem ujmuje Dominika Borowiecka. Wszelkie też pojawiające się wokół jej głosu eksperymenty z wokalizami, harmoniami oraz tworzenie wrażenia podwójnego wokalu wybrzmiewają niesamowicie klimatycznie. Nie sposób właściwie szufladkować brzmienia MUD/O i nie ma to właściwie też większego sensu, bo na samym końcu liczy się i tak emocjonalny przekaz. A zespół posiada doskonały zmysł do tworzenia czułych melodii i olśniewających precyzją aranżacji, które stają się pochodnią światła i życia, rozświetlającą wszelki mrok. Bajeczne dzieło!

 

Dodatkowe wyróżnienia (kolejność alfabetyczna):

  • HEIMA – "KONIEC ŚWIATA" 
  • PRZEBIŚNIEGI – "ZJAWY"
  • SONBIRD – "EP25"  

ZAGRANICZNE EP-KI / MINIALBUMY 2025 

 

10. SHE'S GREEN – "CHRYSALIS"


 
Jeśli macie ochotę na świeże, a jednocześnie bardzo dojrzałe shoegaze’owe brzmienie, She’s Green – "Chrysalis" to pozycja warta natychmiastowego odsłuchu. To muzyka, która przyszła do mnie niepostrzeżenie i została w głowie na długo. Zespół świetnie balansuje między marzycielską mgłą a gęstą, niemal muskularną ścianą dźwięku, budując oniryczne pejzaże pełne emocjonalnego napięcia. Duża w tym zasługa wokalu Zofii Smith: delikatnego, ale wyrazistego, przywodzącego na myśl Molly Rankin z Alvvays (w najlepszym możliwym sensie). "Chrysalis" brzmi jak zapowiedź czegoś większego – świadoma, spójna i bardzo klimatyczna EP-ka młodego zespołu, który zdecydowanie warto zapisać na liście muzycznych odkryć i śledzić dalej.

 

9. SARAH JULIA – "ONLY MAKING IT WORSE"


  
Holenderski siostrzany duet Sarah Julia zachwycił mnie debiutancką EP-ką "How Do We Go Back To Being Normal?" i wypakowanym tam songwriterskim ładunkiem głębokich emocji skrytych w niezwykle urokliwych, ujmujących, subtelnych folkowych kompozycjach wyśpiewanych niebiańskimi harmoniami. Druga EP-ka "Only Making It Worse" kontynuuje tamten emocjonalny narracyjny styl, a folkowe aranżacje przesiąknięte surowym smutkiem, żalem, lękiem, melancholią i ponurym obrazem młodości poruszają wrażliwe segmenty mej duszy. Na tle całości wyróżnia się szczególnie kompozycja "Used A Friend" (ironiczny utwór o egoistycznym przyjacielu), która cudownie skręca w nieco bardziej zaraźliwą, optymistyczną popową dynamikę. Chciałoby się od tego duetu więcej takich aranżacji! Mimo wszystko jednak doceniam również to rozrywające serce podłoże emocjonalne pozostałych piosenek, a dopracowane instrumentalne oraz wykwintne harmonie wokalne sióstr znów unoszą serce w nieboskłon. Jest coś w tej artystycznej bliskości sióstr niezwykle ujmującego.
 

 

8. PORRIDGE RADIO – "THE MACHINE STARTS TO SING"


 
EP-ka "The Machine Starts To Sing" jest dopełnieniem ostatniego albumu "Clouds in the Sky They Will Always Be There for Me", a także niestety epitafium dla samego zespołu. Tak, Porridge Radio tym krótkim dziełem żegnają się z muzycznym światem. Ogromnie ubolewam nad tym faktem, gdyż na tej EP-ce po raz kolejny dostarczają wstrząsający łomot emocjonalny. Dana Margolin prezentuje swój znakomity songwriterski potencjał i przede wszystkim trzyma w napięciu swoim charakterystycznym, cierpiącym wokalem, a pozostali członkowie zespołu tworzą ambitne, surowe, alt-rockowe struktury, w których przygasające światełka nadziei walczą z demonami ciemności. Słodko-gorzki epilog wspaniałego zespołu. Choć jestem przekonany, że o Danie Margolin jeszcze usłyszymy.


7. SUNDAY (1994) – "DEVOTION"   



Angielsko-amerykańskie trio zwróciło moją uwagę na początku roku w jakimś artykule zagranicznego portalu z prezentacją obiecujących młodych zespołów. Ujęli mnie od pierwszego odsłuchu niesamowicie nastrojowym klimatem. Ich druga EP-ka "Deviotion" to zbiór sześciu nieodparcie urokliwych dream-popowych kompozycji o retro posmaku. Piosenki są niezwykle przestrzenne, melancholijne i śmiało mogłyby stanowić ścieżkę dźwiękową do romantycznych filmów z lat 90. Paige Turner uwodzi swoim słodkim wokalem, gitary Lee Newella tworzą gęstą atmosferę, a anonimowy członek zespołu o pseudonimie "X" dokłada do tego niezwykle stonowaną grę na perkusji. Marzycielski i czarujący materiał!


 

6. ETTA MARCUS – "DEVOUR"


 
W 2024 roku Etta Marcus wydała bardzo udany minialbum "The Death Of Summer & Other Promises", na którym zachwycała swą songwriterską błyskotliwością oraz uwodziła popowymi melodiami utrzymanych w mrocznym i melancholijnym nastroju. Na EP-ce "Devour" Etta zaskakuje. Brytyjska piosenkarka pokazuje nieco drapieżniejsze i bardziej zmysłowe oblicze, a swojego głosu nie kryje już aż tak bardzo za subtelnością. Jej kompozycje wciąż ocierają się o balladowość, ale Marcus śmiało też wyostrza swój przekaz i sięga po rockowe inspiracje. Imponują przede wszystkim dwie pierwsze kompozycje. "Teenage Messiah" wybrzmiewa niczym pożądany przez wszystkich artystów pop-rockowy hymn. Pełen rozmachu, ale nie przesadzony w swej formie. Utwór łączy siłę z lekkością: bas i perkusja nadają ciężar, ale gitary i smyczki unoszą całość. No i do tego te wzniosłe popisy wokalne Etty. Z kolei zaś w "Girls Are God’s Machines" czuć echo twórczości PJ Harvey. Dźwięki stają się wyostrzone, perkusyjny rytm i gitary pędzą w nerwowym tempie, wokal staje się nieustępliwy, emocje przybierają szorstkości – petarda! Ostatnie trzy kompozycje płynnie przechodzą w nieco łagodniejsze i stonowane emocje, balansując między kobiecą zmysłowością a tajemniczością. Może i nieco mniej się wyróżniają, ale dalej cieszą ucho dopracowanym stylem i wokalną przebiegłością Etty Marcus. Dziewczyna potwierdza, że ma talent i zasługuje na większą uwagę.


5. FLORENCE ROAD – "FALL BACK"


 
Będąc szczerym, przy pierwszych podejściach do EP-ki "Fall Back" dziewczyny z Florence Road niekoniecznie mnie przekonywały, ale półtorej miesiąca później wypuściły fenomenalny singiel "Miss", który okazał się w naszych relacjach gamechangerem. Uczucie do tego irlandzkiego girlsbandu rozkwitło za sprawą ich rewelacyjnego występu przed Wolf Alice w Berlinie, po którym wróciłem do ich debiutanckiego mixtape'u i ten w końcu chwycił mnie za serce żarliwymi emocjami i pociągnął za uszy melodyjnymi refrenami. Wokalistka Lily Aron, perkusistka Hannah Kelly, basistka Ailbha Barry i gitarzystka Emma Brandon pozytywnie zaskakują dopracowanym brzmieniem, ujmują przyjacielską chemią wykutą podczas garażowych prób, a z ich zróżnicowanej kolekcji sześciu piosenek emanuje niezbita pewność siebie. One są doskonale świadome tego, jakie emocje pragną wywołać w słuchaczu i czynią to z lekkością na "Fall Back". Brzmienie zespołu oscyluje między różnymi gatunkami – od indie i soft rocka, przez grunge, aż po alt-pop – swobodnie je przenikając i składając w świeżą, nieoczywistą całość. Szczególnie wyróżnia się niesamowity wokal Lilly: zmysłowo charpliwy, napięty emocjonalnie, sprawiający wrażenie jakby za chwilę miał się rozpaść. Potrafi w jednej minucie był urokliwy, by w drugiej zerwać emocjonalną strunę serca. Ekspresja wokalna Aron przeszywa duszę i nadaje każdej kompozycji odpowiednią dawkę dramaturgii lub powabności. Florence Road zaczynają tę EP-kę od bardzo chwytliwej, wypełnionej młodzieńczym entuuzjazmem, pop-rockowej melodii "Break the Girl" z zaraźliwym bridgem La-la-la-la. W bardziej dramatyczne tony uderza melodyjnie hałaśliwie i chrupiące "Hand Me Downs". Poptymistyczny vibe ironicznego refrenu "Goodnight" przywołuje pewne skojarzenia z Olivią Rodrigo. "Caterpiller" to z kolei subtelniejsza propozycja: świetnie zaarażnowana ballada na delikatną akustyczną gitarę, subtelne klawisze fortepianu i poszywające, mgliste smyczki. "Figure It Out" to powrót do rockowej drapieżności, opierającej się o grunge'ową naturę, przesterowane gitary, zniekształcony wokal i natarczywą sekcję rytmiczną. Finalna kompozycja "Heavy" rozpoczyna się mrocznym, niepokojącym nastrojem, który stopniowo narasta, osiągając potężną katartyczną kulminację z pędzącą gitarą Emmy i szarżującym na krawędzi emocji wokalem Lilly. W końcówce utworu niespodziewanie wycisza się, przechodząc w delikatną, niemal kołysankową partię fortepianu i niefiltrowanego śpiewu Lilly. Dziewczyny z Florence Road zaprezentowały szeroki wachlarz swoich inspiracji, ekscytującego talentu, smykałki do świetnych melodii – przyszłość przed nimi! 
 

 

4. SOFIA ISELLA – "I'M CAMERA." 


 
Przy przeglądaniu sierpniowych line-upów zagranicznych festiwali moją uwagę zwróciła sylwetka Sofii Iselli – 20-letniej amerykańskiej piosenkarki i autorki tekstów, której twórczość pogrążona jest w mrocznym obliczu alternatywnego-popu. Młoda artystka może już pochwalić się trzema EP-kami w dyskografii. Nieoficjalna pierwsza "I'm Not Yours" została wydana już 5 lata temu (niedostępna obecnie w streamingu), ale większy rozgłos dziewczyna zyskała dzięki viralowemu na TikToku singlowi "Hot Gum" z 2023 roku i kompozycjom z koncepcyjnego dzieła "I Can Be Your Mother". Piosenkarka wychowywana w Los Angeles może się również pochwalić występami przed choćby Melanie Martinez, Tomem Odellem i przede wszystkim Taylor Swift na Wembley. Jej kariera nabrała tempa, na horyzoncie pojawiły się samodzielne trasy koncertowe i festiwalowe występy, a do tego, idąc za ciosem, w maju wydała kolejną, proponowaną tu EP-kę "I'm Camera.", która jest swoistą kontynuacją poprzedniczki. Sofia zabrała mnie w fascynującą podróż wypełnioną dramaturgicznymi zwrotami akcji i przede wszystkim otaczającą, gęstą atmosferą niepokoju. Jej styl osadziłbym gdzieś między mroczną i nowoczesną produkcją Billie Eilish z jej debiutu a budzącą dreszcze i przerażenie poezją Ethel Cain. Kompozycje Sofii zachwycają spójnością, instrumentalnymi szczegółami i dopracowaniem, a jej wokal... Jest niesamowity! Zabójczo słodki i anielski! Od pierwszych popisów w fenomenalnym utworze "Muse" ta młoda artystka wywołuje autentyczne ciarki na ciele. Czysty talent! Jestem przekonany, że ta mroczna i brudna estetyka twórczości Sofii będzie szerzyła się po świecie i zdobywała uznanie coraz większej publiczności. Nie boję się stwierdzić, że mamy tu do czynienia z przyszłą gwiazdą alternatywnego dark-popu.
 

 

3. CHLOE QISHA – "MODERN ROMANCE"



Jeśli chodzi o moje muzyczne odkrycia, to miniony rok należał do dziewczyn o imieniu Chloe. Wcześniej zachwycałem się EP-ką "Love Me Please" Chloe Slater, a teraz postawiłem trzy wykrzykniki przy nazwisku Chole Qisha za sprawą jej drugiej EP-ki "Modern Romance". W otwierającej to wydawnictwo piosence ta niedoszła terapeutka śpiewa I'll be your 21st century cool girl i faktycznie ma ona wszelkie zadatki, by stać się kolejną cool artystką szeroko pojętego alternatywnego popu. Oczywiście pełny liryczny wydźwięk przebojowego utworu "21st Century Cool Girl" zwraca naszą uwagę w inną stronę i przede wszystkim jest odzwierciedleniem intensywnej nastoletniej miłości zderzonej z okresem dojrzewania. I generalnie na przestrzeni pięciu kompozycji, pochodząca z Malezji, a dorastająca i zamieszkująca obecnie w Londynie, piosenkarka maluje emocjonalne warstwy, które są odbiciami wzlotów i upadków we współczesnej erze szalonego, cyfrowego randkowania, komplikacji w nawiązywaniu międzyludzkich relacji, nieustannego procesu dojrzewania, czy też prób odnalezienia się w burzliwie zmieniającym się świecie. Teksty podszyte pyskatością, ironią, mroczniejszą głębią są mocnym punktem i trafią na podatny grunt, ale twórczość Qishy przede wszystkim błyszczy za sprawą zaraźliwych przestrzeni dźwiękowych. Wyrafinowanie i inteligentnie łączy ona future pop z akcentami funku i disco. Jej melodie są kozacko chwytliwe. Z tego zestawu ewidentnych przebojów wyróżnia się szczególnie piosenka "Sex, Drugs & Existential Dread" – no nie sposób jej nie zapętlić i nucić dłużej refrenu. A dodatkowo Chloe znakomicie łączy w niej apokaliptyczny nastrój z prześmiewczym, dyskotekowym klimatem. Miałem poczucie przy odsłuchu, że obcuję z artystką, która doskonale wie, czego pragnie od życia, która pewnie stąpa po muzycznym gruncie i ma w zanadrzu przeboje, które za chwilę mogą radiowo i viralowo wystrzelić. Zapamiętajcie ją i obserwujcie uważnie! Chloe Qisha!


2. CHLOE SLATER – "LOVE ME PLEASE"  



EP-ka "You Can't Put A Price On Fun" z 2024 roku 21-letniej piosenkarki Chloe Slater została przeze mnie dość późno zauważona (tu ponownie niski ukłon dla Podróżującego Kuby za skierowanie mnie na jej twórczość) i nie zdołała się wówczas przebić w natłoku innych premier, ale zarzuciłem sieć obserwacyjną na tę dziewczynę, a ta z kolei odwdzięczyła się kolejną, tym razem już absolutnie całkowicie elektryzującą mnie, EP-ką "Love Me Please"! Wow! Tym porywającym indie cool rockowym materiałem Chloe wylądowała u mnie na szczycie muzycznych odkryć i objawień. Po prostu ta młoda artystka z Manchesteru ma w sobie ten nieokreślony magnetyzm, porywający ładunek młodzieńczej energii, smykałkę do zaraźliwych melodii oraz przede wszystkim nie stroni od lirycznej szczerości i społecznych obserwacji, które stają się lustrzanymi odbiciami zbuntowanych emocji pokolenia Gen Z. Pewność siebie wybrzmiewająca z kolejnych piosenek jest jej niewątpliwym atutem. Od sejsmicznej siły piosenki "Tiny Screens", nawiązującej do współczesnej kultury influencerów i ulotnej sławy, zadrżały mi szyby w pokoju, a brawurowa zadziorność "Sukcer" ma w sobie potencjał na koncertowy killer. Agresywność tego drugiego kawałka to odpowiedź Slater na komentarze starszych osób sugerujących jej, że z wiekiem zmądrzeje i zmieni swoje poglądy. Nieco bardziej pop-rockowe "Fig Tree" to z kolei dawka refleksji na temat wywieranej społecznej presji na własny wygląd i błyskotliwe podkreślenie roli kapitalizmu w kreowaniu niepewności jako taktyki sprzedaży. "We're Not The Same" z rozdmuchanym refrenem to swoisty kąśliwy żart z memicznych, stereotypowych chłopców, którzy udają mężczyzn z wyższej klasy. Finałowy "Imposter" wyróżnia się zaś introspektywną perspektywą i refleksją nad rozpoznawalnością w sieci, a także aranżacją opartą na akustycznej gitarze i delikatnych syntezatorach, które prowadzą do głośnej i oczyszczającej końcówki. No ten materiał za sprawą wybuchowych riffów, hymnicznych refrenów, rozsadzającej posadzki energii, doskonałej dynamicznej produkcji, mocnego wokalu Chloe i jej bystrej liryki jest wręcz uzależniający! Jestem przekonany, że obserwuję narodziny nowej gwiazdy indie! 
 

 

1. ETHEL CAIN – "PERVERTS"


 
Określenie drugi album w stosunku do "Perverts" Ethel Cain to nadużycie. To osobny byt muzyczny, projekt, określany nawet przez autorkę mianem... EP-ki. A mówimy tu o dziele 89-minutowym. I to jeszcze baaardzo odległym od piosenkowości. Pojawiają się tu okazjonalnie ("Punish", "Vacillator" i częściowo "Amber Waves") zaledwie strzępki melodii i śpiewu Ethel, które tłumione są nieustannym szumem. W warstwie muzycznej przeważa ambient, szepczący minimalizm, drone, slowcore, gotycki klimat, atonalne pejzaże... Kompozycje rozciągnięte nawet do piętnastu minut. Tak wszechogarniającego dyskomfortu dawno nie odczuwałem. A zarazem było to iście fascynujące wkroczenie w gęsty las spowity mrokiem obłędu. Zejście do piekieł, które nie straszą ogniem, a... pustką, zimnem i monotonią. Bezowocnym wspinaniem się przed oblicze boskości. To jest materiał chyba wykraczający poza proste słowa i przyziemne pojmowanie muzyki. Większość osób, nawet tych wielbiących wspaniały dark-alt-popowy debiut "Preacher's Daughter", pewnie podda się już w ciągu pierwszych minut (i nie ma w tym nic złego, totalnie to kumam), ale kto zagłębi się w to nawiedzone uniwersum Ethel Cain, ten może doświadczyć... Ja wiem? Coś w rodzaju egzorcystycznej stymulacji duchowej? Słuchanie tej płyty to właściwie zadawanie samemu sobie cierpienia... Ale w tym procesie samookaleczania się można też nawiązać głębszą więź emocjonalną z artystką. Dużo zależy od kwestii podejścia i stanu psychofizycznego. Jeśli już podejmiecie się tego ryzyka, to zalecam poczekać do zapadnięcia zmroku, odłożyć wszystko na bok i założyć słuchawki. Nie gwarantuję satysfakcji, bo ten materiał po prostu ma zadawać ból i otaczać smutkiem.

Może i na samym końcu Ethel beznamiętnie wyśpiewuje Nic nie czuję, ale z perspektywy słuchacza nie sposób pozostać obojętnym wobec tego materiału. Odrzucisz, znienawidzisz albo zostaniesz opętany. Doceniam artystyczną odwagę Hayden Anhedöni, bo przecież mogła bezpiecznie podążać stylem swojego debiutu, czy nawet skierować się w stronę przebojowości singla "American Teenager" i nikt by nie miał jej to za złe, a jednak zdecydowała się kroczyć za echem jumpscare'owego krzyku z "Ptolemaea" w bezdenną otchłań, w której próżno szukać najmniejszego snopu światła nadziei. Mimo wszystko mamy do czynienia z wyjątkową artystką, która przede wszystkim nie obawia się bezkompromisowo podążać własną ścieżką.



Dodatkowe wyróżnienia (kolejność alfabetyczna):

  • AEROSMITH, YUNGBLUD – "ONE MORE TIME"
  • ANOTHER SKY – "MIRROR" 
  • EDEN RAIN – "CAN I COME TOO?" 
  • LEWIS CAPALDI – "SURVIVE" 
  • NILÜFER YANYA – "DANCING SHOES" 
  • SILVER GORE – "DOGS IN HEAVEN" 
  • TASH SULTANA – "RETURN TO THE ROOTS"
  • THE REYTONS – "ROLL THE DICE" 
  • YOLA – "MY WAY"

    ➖➖➖


    Polskie Debiuty 2025

     

    10. BAZGROŁKI – "BRUDNOPIS"



    Nawet jeśli, podobnie zresztą jak i ja, rzadko schodzicie do polskiego alternatywnego podziemia, to dla Bazgrołków warto uczynić wyjątek. Ten trójmiejski zespół miło zaskoczył mnie zawartością debiutanckiego longplaya "Brudnopis". Pomimo pewnej takie undergroundowej surowości w produkcji, ich kolekcja ośmiu piosenek niesie ze sobą wpadające w ucho, lekko psychodeliczne, jazzujące, ocieplające, nowofalowe melodie z wyczuwalnymi retro wibracjami w bigbitowym stylu. Przestrzenność tego materiału została wypełniona bujającą rytmiką, płynącymi (momentami wzburzonymi nurtami) gitarami, przyjemnie beznamiętnym wokalem lidera Michała Białkowskiego oraz fenomenalnymi partiami saksofonu tenorowego w wykonaniu Grzegorza Krajewskiego. Co prawda w międzyczasie doszło do przetasowań w składzie i obecnie na żywo zamiast saksofonu słyszymy drugą gitarę i jestem ciekaw, jak wpływa to na ten materiał. Mam nadzieję, że będzie mi to dane kiedyś sprawdzić. Wracając jednak do tego albumu, to koniecznie muszę jeszcze wyróżnić gościnny wokal trójmiejskiej artystki, kryjącej się pod pseudonimem Clayknot, wyłaniający się niczym senna zmora w utworze "Gonię Cień". Na uwagę zasługują również okazjonalne klawiszowe partie Małgorzaty Hoppe – szczególnie ta w utworze "Słońce" tworzy cudny wintydżowy klimat. Doceniam również ciekawy schemat płyty wyróżniający się umieszczeniem w finale dwóch całkowicie instrumentalnych kompozycji, które oddziałują na wyobraźnię niczym bezpieczna dawka psychodeliku. Koniec końców nabazgrałem nazwę Bazgrołki w swoim brudnopisie z muzycznymi odkryciami!

     

    9. MARTINI POLICE – "POWRÓT Z GWIAZD"



    Pamiętam, że podczas któregoś ze showcase'ów w ramach networkingowych rozmów poruszaliśmy temat powtarzalnego brzmienia w muzyce i tego, jak wybrnąć z takich ślepych uliczek. Moja odpowiedź był szybka i zdecydowana: teksty, emocjonalne przekazy i konceptualne historie. Słowo w muzyce może ją samą w sobie wynieść na wyższy poziom. I tak też jest w przypadku debiutanckiego albumu łódzkiego zespołu Martini Police. "Powrót z gwiazd" określałbym jako przeciętną propozycję w retro gitarowych klimatach, gdyby nie fakt, że dźwięki inspirowane przełomem lat 60. i 70. stanowią tło dla niebanalnej, futurystycznej historii. Martini Police przenoszą nas do roku 2061 i ich dystopijnej wizji świata i społeczeństwa, które mimo przełomowych technologicznych osiągnięć i podboju galaktyk popada w stan znudzenia i marazmu. Kołem ratunkowym okazują się wycieczki w bezkres kosmosu gwiezdnymi liniowcami, na których zespoły takie jak Martini Police prezentują muzykę, która swoim wintydżowym blaskiem oraz organicznym charakterem rozbudza dawne wspomnienia i ekscytuje żywymi emocjami. No i tutaj rozpoczyna się już konkretna kosmiczna przygoda łódzkiego zespołu, której odkrywanie pozostawiam Wam (tutaj warta uwagi jest dodatkowa zawartość winylowego wydania płyty). Dzięki tej koncepcji i estetyce retro sci-fi całość nabiera miłych rumieńców. Aranżacje w analogowym stylu bliskim The Black Keys bujają i wpadają w ucho – są po prostu przyzwoicie skomponowane. Delikatne zastrzeżenie mam do wokalu Roberta Kodłubańskiego, który momentami popada w pewną monotonię i nie wszystkie wersy wybrzmiewają przejrzyście, ale nie kładzie się to cieniem na odbiorze całości. Całości, która dzięki swej przemyślanej koncepcji wypada naprawdę solidnie i wyróżnia się na naszej alternatywnej scenie.     

     

    8. KAROLINA CHARKO – "OBRAZKI Z LETARGU"



    Karolina Charko objawiła mi się w mym muzycznym wszechświecie we wrześniu za sprawą czułego singla "Hamak". Miesiąc później już trzymałem za nią kciuki podczas odwiedzanego przeze mnie niemal regularnie konkursu Maratonu Piosenki Osobistej w Świeciu (i wygrana padła łupem Karoliny!) i miałem dzięki temu okazję bezpośrednio wpuścić jej wokal i wrażliwość do własnego serca. Oba akustyczne występy w duecie ze wspierającym ją z gitarą w dłoniach życiowym partnerem i muzykiem Piotrem Lato ujęły mnie emocjonalnie i rozczulały. Oczekiwania wobec listopadowej premiery debiutanckiej płyty "Obrazki z Letargu" zostały zawieszone wysoko. I ten, jak określany w materiałach prasowych, "blue-popowy" materiał spełnił pokładane w nim nadzieje. Otrzymaliśmy kolekcję dziewięciu kompozycji, które błyszczą przemyślanymi i wypolerowanymi alt-popowymi aranżacjami (za każdą piosenkę odpowiadał inny producent, ale nad miksem czuwał sam Marcin Bors), rozpalają ognisko w sercu melancholijnymi, czułymi, napisanymi znakomitym piórem opowieściami (zwłaszcza bajeczne "Proszę chodźmy spać"!), a przede wszystkim stanowią wielowymiarowe przestrzenie dla krystalicznego wokalu Karoliny. Bardzo piękne i nastrojowe dzieło, które powinno otworzyć przed nią nowe muzyczne horyzonty! Dajcie się tej dziewczynie oczarować! 

     

    7. LOVEWORMS – "LOVEWORMS"



    Debiutancki album trójmiejskiego zespołu Loveworms to istna gitarowa petarda! Materiał trwa niespełna 21 minut (sześć kompozycji i jeden przerywnik), ale to wystarcza, by powalić witalną postpunkową energią i wpisać z postawionym wykrzyknikiem tę formację do grona najbardziej obiecujących rodzimych rockowych formacji. Najprościej ująć ich styl jako brzmienie Dry Cleaning na sterydach połączone z agresywną punkową formą Amyl And The Sniffers. Sami zresztą kreślą siebie jako polską odpowiedź na te zespoły. Na płycie zachwyca dynamiczna, anglojęzyczna melorecytacja i mocny wokal niejakiej Kat, pędząca sekcja rytmiczna (Miłosz Rusakow na bębnach i Mateusz „Vreen” Kunicki na basie) oraz przekonująca, odjazdowa gitarowa gra Adama Piskorza. Tu się wszystko ze sobą zgadza! Takiej wyspiarskiej zadziorności wiele zespołów może pozazdrościć! Poznańska formacja Izzy And The Black Trees może wreszcie poczuć na plecach oddech konkurencji... Oczywiście to półżartem, bo Loveworms prezentują własny, unikalny, przebojowy, ze szczyptą ujmującej emocjonalności gitarowy charakterek i pozostaje się tylko radować, że możemy się chwalić kolejnym krajowym fascynującym postpunkowym bandem, który po prostu czuje ten gatunek! Będzie o nich głośno!  

     

    6. FERAL ATOM – "PRZESTRZENIE" 



    W ostatni muzyczny piątek listopada ukazała się płyta absolutnie dla mnie wyjątkowa i długo wyczekiwana – debiutancki longplay Feral Atom, "Przestrzenie"! Muzycznemu projektowi Oli Beręsewicz kibicuję niemal od samego początku. Pięć lat temu zaufałem jej wrażliwości, talentowi i kreatywności podczas premiery dopiero trzeciego singla w dyskografii, "Never Saw You Again". Dowód tego znajdziecie zresztą na blogu w postaci artykułu w ramach cyklu PM odkrywają. I od tamtej pory niezłomnie kibicuję Oli na tej muzycznej ścieżce.

    Droga do tego debiutanckiego albumu była wyboista, ale projekt Feral Atom sukcesywnie przebijał się do świadomości muzycznego undergroundu. Cieszyły mnie każde, nawet najmniejsze sukcesy – choćby wypuszczenie w świat atmosferycznej EP-ki "I Dream In Blue" (2021), świetny występ podczas Next Festa (2023) czy też wieloaspektowa współpraca z Danielem Spaleniakiem. No i wreszcie doczekaliśmy się pełnoprawnego debiutu, który emanuje właściwie wszystkim tym, czym od początku zachwycała mnie Ola.

    "Przestrzenie" to zestaw dziesięciu kompozycji zabierających nas w podróż po rozległych, klimatycznych, mrocznych i eterycznych – nomen omen – przestrzeniach. Mieszają się tu echa dream-popu, szugejzu, dark-folku, psychodelii i subtelnej elektroniki, tworząc gęsty muzyczny wymiar pochłaniający wszystkie zmysły. To album wymagający uwagi i odpowiedniej otoczki do odsłuchu (najlepiej bez pośpiechu, nocą!), ale w pełni satysfakcjonujący i zachwycający muzyczną dojrzałością oraz wyobraźnią autorki. Piękne są tu wszelkie niuanse produkcyjne, wielowymiarowe aranże, szarżujące gitarowe solówki, rozmyty wokal Oli oraz teksty przejmująco eksplorujące zakamarki duszy i skomplikowanych relacji międzyludzkich.
     
    Czuję nawet pewien pierwiastek dumy – po prostu cieszę się, gdy artyści, którym zaufałem od samego początku, rozwijają swoje skrzydła!

     
     

    5. POWABY – "POWABY" 




    Jakub Ambroziak ze swoim solowym projektem Powaby wypuścił debiutancki album i naprawdę szczerze polecam zasłuchać się w tej kolekcji świetnych i chwytliwych kompozycji w dream-popowym, postpunkowym, zimnofalowym klimacie oraz popaść w objęcia refleksji przy niezwykle egzystencjalnych, melancholijnych i angażujących emocjonalnie tekstach! Do tego dochodzi znakomita warstwa instrumentalna: kojące partie rozmarzonych gitar, pulsująca rytmika, pociągający i charakterystyczny wokal Jakuba, chwytliwe refreny, błyszczące gościnne wokale Karoliny Prasał ("Zostaw mnie") i Clayknot ("Koniec pytań). Wszystkie elementy składają się tu na bardzo przemyślany i obiecujący debiutancki materiał! Ba, tli się w nim potencjał do wywołania trzęsienia ziemi w muzycznym undergroundzie! Zresztą miałem okazję poznać siłę oddziaływania tych piosenek podczas tegorocznego Great September i to był absolutny sztosik!

    W jednym utworze Jakub z tęskną nutą w głosie śpiewa "Chciałbym być po prostu kimś" i... Chłopie, już jesteś w peletonie najbardziej obiecujących polskich artystów! Swoją drogą ukazanie się tego debiutu zbiegło się z premierą nowego krążka Błażeja Króla i nie mogłem oprzeć się refleksji, że Jakub ma szansę w przyszłości kroczyć podobną ścieżką z muzycznego podziemia w kierunku powierzchni i masowego poklasku. Czas pokaże, ale jestem dobrych myśli i trzymam kciuki!
     
    PS I przy okazji miałem niebywałą przyjemność patronować tej premierze! Sytuacja z gatunku historycznych, bo pierwszy raz logo Podróży Muzycznych zawitało na fizyczne wydanie albumu! 

     

    4. WIRASZKO – "TAK MŁODO SIĘ NIE SPOTKAMY" (DEBIUT SOLOWY) 



    Trudno nazywać Michała Wiraszko debiutantem, bo przez ostatnie dobre dwadzieścia lat niejednym muzycznym chlebem się karmił, a najbardziej zasłynął oczywiście liderowaniu poznańskiemu zespołowi Muchy, ale niewątpliwie pociągają go nieustannie kolejne artystyczne wyzwania i w końcu po przekroczeniu życiowej czterdziestki zdobył się na nagranie solowej płyty. Brzmieniowo może nie tak odległej od jego poprzednich dzieł, bo to wciąż w przewadze bardzo gitarowy i przebojowy materiał, ale zniuansowany, chociażby o klawisze i saksofon, które ubarwiają kolejne wyśmienicie wyprodukowane aranżacje i wprowadzają springsteenowski posmak albumu-podróży. Porywające melodie potrafią zakotwiczyć się w sercu i umyśle, ale lśnią tu przede wszystkim teksty. Michał słynie z barwnego pióra i kronikarskiego stylu lądującego blisko pospolitej ulicy i liryka albumu "Tak młodo się nie spotkamy" ujmuje esencją pamiętnika pisanego z perspektywy dojrzałego faceta. Już sam znakomity tytułu jest wskazówką do rozważań, które podejmuje Michał. Słowo klucz: czas. Już pierwszy na trackliście singiel "Dwie wieże" przytłacza w pozytywnym sensie kolażami wydarzeń z przełomu tysiącleci. Bardzo mnie ujął ten kawałek, gdyż – choć o kilka lat młodszy od autora – sam pamiętam, jak siedziałem na krawędzi kanapy, oglądając transmisję z zamachu na World Trade Center, czy też rodzinne śledzenie pielgrzymek papieża Jana Pawła II w Polsce. Chwytliwy refren Jak to jest być człowiekiem / Gdy topnieje biegun i płoną dwie wieże? prowokuje do refleksji nad tamtym okresem z zupełnie innej perspektywy. Ten sentymentalizm unosi się też nad kolejnymi piosenkami, z których wyróżniają się "Zawsze tam, gdzie ja" (Za każdym razem, gdy wychodzisz wraca czas), "15.południk" (Oddasz każde niebo za tamtą melodię, tamten czas i żeby to wróciło), "Lalabaj" (Zabierz mnie znów tam, gdzie muzyka gra / A z kochanków ust snują się lalabaje) i porywające "Nie przepraszam" (Za błędy młodości nie przepraszam / Złych ludzi z przeszłości nie pozdrawiam). Ale to nie jest też tak, że dominuje w rozważaniach Wiraszki nostalgia za przeszłością i życiowymi wspomnieniami. Pojawiają się też dystopijne zagadnienia i wizje przyszłości (kłania się tu przede wszystkim utwór "Awatary": A maszyny uczą się nas / I przyjdą jak po swoje), ubolewania nad cyfryzacją międzyludzkich relacji ("To co kochasz, to co znasz": Miło się kłamie na Instagramie, tam zawsze słońce świeci) i przerażenie nad obrazem współczesnej sytuacji polityczno społecznej ("Nic osobistego": To świat, w którym połowa głoduje / A połowa leczy się z otyłości). W finale jednak te gorzkie myśli zanikają pod wpływem promieni nadziei, które wyłaniają się ze świetnej piosenki "Dni, które przed nami" (Jest piątek i nadzieja, że / Wydarzy się coś, czego się nie da zapomnieć). Ten album przedstawia trzy wymiary czasu znakomicie przefiltrowane przez dojrzałe spojrzenie na świat. No i jakże słusznie i pięknie zachęca do pielęgnowania wspomnień i celebracji bezpośrednich życiowych relacji. Świetne solowe dzieło!    

    PS Zachwyca również międzypokoleniowy dobór gości. Charakterystyczna gitarowa solówka Jana Borysewicza w kompozycji "15.południk", przewrotnie wygenerowany przez sztuczną inteligencję wokal – za jego świadomą zgodą – Lecha Janerki w "Awatarach", ekspresyjne popisy wokalne Zuty w "Dzień dobry" i niezawodny Zalewski w "To co kochasz, to co znasz".  

     

    3. WIKTORIA ZWOLIŃSKA – "PRZEBŁYSKI"



    Wiktoria Zwolińska zwróciła moją uwagę swoim występem na Next Fest w 2023 roku (wystarczył do tego 5-minutowy fragment!), a wydaną chwilę później EP-ką "...na podstawie zazdrości" obiecała, że w przyszłości dowiezie głęboko poruszające i wspaniałe dzieła. I stało się! Pierwszy longplay Wiktorii "Przebłyski" już ogłaszam jako mocnego kandydata do tytułu polskiego debiutu roku! Każda kolejna kompozycja na tym dziele to przebłysk porażającej wrażliwości tej młodej istoty. Poruszające i poetyckie teksty, fenomenalna produkcja, piękny wokal. Debiut totalny i złożony z tych emocji, które poruszają bez wyjątku każdy atom serca. I jakże skrzętnie pośród tej pięknej poezji Wiktoria przemyciła swoje introspektywne przeżycia. Pierwsza połowa tego albumu opiera się na chaotycznych i bolesnych wspomnieniach związanych z przeżyciem dramatycznego samochodowego potrącenia, pobytem w szpitalu, a także ze stratą bardzo bliskiej osoby (poruszające "kropelki"), z kolei w drugiej części Zwolińska balansuje ten emocjonalny poziom opowieściami i swoimi jeszcze urokliwymi dziewczęcymi spojrzeniami na proces zakochiwania się i leczenia złamanego serca. Wiktora zabiera w nas w niezwykle turbulencyjną autobiograficzną podróż, która chwyta i ściska za serce. Te emocjonalne teksty zostały zaś osadzona na tle bardzo intrygujących, alternatywnie eksperymentalnych aranżacji. Właściwie ta instrumentalna warstwa tego krążka jest dla mnie takim idealnym przykładem współczesnego połączenia akustycznego indie z producenckim zmysłem pokroju Finneasa i Billie Eilish. No i do tego Wiktoria ma doskonałe wyczucie co do muzycznych kolaboracji. Powściągliwym wokalem zaskakuje Wiktor Dyduła w "będę czekać", w utworach "co się stało" i "bilet beze mnie" pięknie wyłania się stonowany głos Dybińskiego, wspólnie z dziewczynami z Loru Wiktora świetnie przełamała nastrojowy klimat całego materiału za sprawą folk-popowej przebojowej kompozycji "siódme – nie kradnij", a duet z Livką w "nie płacz dziewczyno" cechuje się niemalże siostrzaną wrażliwością. Naprawdę znakomity oraz dojrzale w swojej lirycznej i muzycznej formie przemyślany debiut!

     

    2. MLECZE – "MARUDA"



    Czarujący bedroomowy, undergroundowy, shoageze'owy indie-pop Made in Poland? Proszę bardzo! Zespół Mlecze z debiutanckim albumem "Maruda" stał się dla mnie objawieniem ostatniego roku. Warszawska formacja ujmuje kompozycjami, które błogo rozmywają się w serduchu. Sielskimi, czułymi, melancholijnymi, nostalgicznymi, poetyckimi. Mlecze zręcznie przy tym unikają monotonii i potrafią zaskakiwać instrumentalnymi rozwiązaniami, wplatając choćby dynamiczniejsze gitarowe riffy, kołyszący basowy groove, czy też przybrudzone brzmienie. No po prostu potrafią w przykuwające uwagę melodie, a bezcennym ich atutem jest ambrozyjski wokal Karoliny Prasał. Absolutnie kupuję ten emocjonalny i indie slowcore'owy materiał. Brakowało mi takiej szczerej pozycji na naszym podwórku.

     

    ULUBIONY POLSKI DEBIUT 2025


    1. SNAKES SNAKES SNAKES – "SYK"



    Koncert łódzkiej rockowej formacji Snakes Snakes Snakes podczas minionej edycji Great September okazał się absolutnym objawieniem. Snejki jadowicie ukąsiły dawką różnorodnego, hałaśliwego gitarowego brudu, mroku, transu, przesteru, wciągającymi riffami i zjawiskowym wokalem Żanety Zawierty. Nie spodziewałem się jednak, że po powrocie do domu ich wydany w lipcu debiutancki album "Syk" (genialny w swej prostocie tytuł) aż tak przejmie władzę nad moimi głośnikami! No zatraciłem się totalnie w tym materiale! Snejki na wydanym własnym sumptem longplayu syczą głośno i niepozornie wciągają w gęsty wir kreatywnych alt-rockowych melodii opartych na syntezie wielu gitarowych gatunków. Umiejętnie pełzają między postpunkiem, psychodelią, grunge'em, dream-rockiem, psychodelią. Całość spaja zaś przenikający wszystkie kompozycje garażowy klimat. Snakes Snakes Snakes potrafią ostro przyłoić ("Fck It", "Fcking Difficult", "Love"), bywają przebojowo agresywni ("Stupid Man", "Up To You"), zniewalają nastrojem i poezją ("Stalemate"), mają smykałkę do budowania dramaturgii ("Grey"), potrafią dolać marzycielskiej oliwy ("Eyes") oraz hipnotyzują ("Ty", "Rzeka"). Rewelacyjna żonglerka stylów i nastrojów. Panowie Bartosz Rośczak (perkusja), Daniel Pawlicki  (bas) i Paweł Ciszewski (gitara) grają konkretnie i bezpardonowo, ale to ich koleżanka Żaneta swoim zakresem wokalnych umiejętności oraz ekspresyjny polotem stanowi najjaśniejszy punkt i swoiste opus magnum formacji. Robotycznie powtarzane jak mantra proste frazy liryczne potrafią za sprawą jej wszechstronnego wokalu być w jednej chwili beznamiętne, by za chwilę zaatakować nas zadziornością, opętać mrokiem i kusić do siebie niczym biblijny wąż. Te repetycje totalnie wwiercają się w umysł, a Żaneta przy tym doskonale operuje wokalną dramaturgią.  
     
    Koniec końców "Syk" okazał się bardzo sssoczystym i sssnakomitym albumem! Syczę z zachwytu! Niech ten debiut pełźnie do wszystkich rockowych serc w tym kraju i nie tylko! Snakes Snakes Snakes przywracają nadzieję w polski rock. 


      
    ➖➖➖


    Polskie Albumy 2025


    10. NENE HEROINE – "4"



    Nie jestem jakimś szczególnym domowym koneserem słuchania jazzowych albumów, ale w przypadku twórczości Nene Heroine próg przystępności (traktowany w pozytywnym sensie!) oraz wielowymiarowe gatunkowe ucieczki w stronę fusion, prog-rocka sprawiają, że czerpałem z ich kolejnego albumu "4" niezwykłą satysfakcję. Żałuję oczywiście, że nie było szansy, by w tym roku poznać sceniczny potencjał tych finezyjnych kompozycji, ale koncertową jakość tych chłopaków już przypieczętowałem w poprzednich latach stemplem gwarancji porywających emocji, więc jestem przekonany, że na żywo te spójne i śmiałe zarazem aranżacje "dowożą" jeszcze mocniej i bardziej niż w słuchawkach. 


     

    9. MELA KOTELUK – "HARMONIA"



    Aż trudno uwierzyć, że od ostatniego solowego albumu Meli "Migawki" minęło siedem lat (w międzyczasie oczywiście jeszcze powstał z jej udziałem znakomity krążek "Astronomia Poety. Baczyński")! No nie powiem, zatęskniło serce za wokalem i wrażliwością Meli. Artystka powróciła w oczekiwanym stylu, pełnym muzycznej przestrzeni, oddechu, wiosennego powiewu, promieniującej energii, kołyszącej melancholii i dostarczającego do duszy tej tytułowej harmonii. Nie sposób nawet wyróżnić tu jednej melodii, bo wszystkie są cudnej urody, ale trzeba przyznać, że duet z Ralphem Kamińskim w piosence "Zobaczyć Siebie" jest niezwykle udany! Wspaniały powrót!

     

    8. SUJKA – "2"


    Nowe dzieło Sujki aka Iwony Król to album zaskakująco rockowy, z grunge'owym vibe'em, mocno osadzony w brzmieniach z lat 90. i okraszony poetyckimi wydzierankami o generalnym przesłaniu pragnienia złudnej życiowej utopii, o poszukiwaniach tożsamości i kobiecości, o przeszłości i przyszłości...  Warto jednam samemu zmierzyć się z liryczną warstwą, bo, tak jak w przypadku twórczości jej męża Błażeja Króla, zawiłe treści na tym albumie można swobodnie interpretować. Pewną przeszkodę może stanowić samo brzmienie tego materiału, które niekoniecznie bywa miłe dla ucha. Hałaśliwe, chaotyczne, zgryźliwe, ale zarazem dla mnie było niezwykle intrygujące i paradoksalnie zachęcające do uważnej eksploracji. Ostatecznie uważam, że warto zmierzyć się z tym dziełem Sujki! 
     


    7.
     BŁAŻEJ KRÓL – "POPIÓŁ"



    Błażej Król na swoim ósmym (a właściwie dziewiątym, bo jeden ukończony schował przed nami w szufladzie) albumie dokonuje pewnych twórczych rewolucji. Przede wszystkim przestał chować się za poetyckimi, niejednoznacznymi metaforami. Z większą pewnością siebie i nutką autorefleksji odsłania przed nami skrawki swojej świadomości, obaw, lęków, nadziei, ale wciąż zdaje się, że pewne emocje chowa głęboko w sobie i nie wszystko wykłada na stół. Właściwie częściej sam zadaje nurtujące pytania, na które nie padają odpowiedzi. Niby najbardziej przystępne i osobiste pod względem liryki dzieło Błażeja, ale wciąż można z nim wspólnie pobłądzić w interpretacjach i emocjach. Zmiany ogarnęły też warstwę instrumentalną. Tym razem Król produkcję oddał w ręce Pawła Krawczyka, czego efektem jest najbardziej gitarowy album w jego dorobku. Nie ukrywam, że taka rockowa odsłona Błażeja i w ogóle cała dynamika tego albumu bardzo przypadła mi do gustu. Choć wciąż w tym obliczu pobrzmiewają echa charakterystycznych  dla tego artysty alternatywnych ścieżek i poszukiwań. Świetny album!   

     

    6. ZALIA – "SERCE" 



    Moje dotychczasowe pojedyncze zderzenia się z twórczością Zalii wywoływały u mnie delikatne i nieśmiałe motylki w brzuchu. Za sprawą jej barwnego niczym skrzydła motyli drugiego albumu "serce" to miłe łaskotanie w brzuchu nabrało większej intensywności. Czym zachwyciła mnie Julia Zarzecka? Zmysłowym i cieplutkim wokalem, szczerym entuzjazmem i wpadającymi w ucho indie popowymi o gitarowym zacięciu piosenkami wydobytymi z głębi serca i o sercowych sprawach pisane. Kolejne melodyjne kompozycje przekonująco przedstawią wszelkie odcienie miłości: od euforii zauroczenia po ból i efekty uboczne rozstania. Ta romantyczna podróż z Zalią po prostu urzeka i porywa. Wszystkie składniki przepisu na popowy sukces zostały tu trafnie dobrane, włącznie z gościnnymi udziałami Piotra Zioły w słodko-gorzkim dialogu w piosence "motyl" oraz Piotra Roguckiego, który dodał rockowej ikry w przebojowym "nie mam dla ciebie nic". No nie sposób się oprzeć tej dziewczynie i jej muzycznej wrażliwości. Moje serce z przyjemnością bije mocniej na myśl o tym albumie. 


    5. BLAUKA  – "WOLTA"



    Dotychczas moje kontakty z Blauką – duetem Georginy Tarasiuk i Piotra Lewańczuka były incydentalne, ale za sprawą przepięknych singli promujących ich nowe wydawnictwo oraz pod wpływem cudnego koncertu podczas Next Festa przygotowałem dla nich osobny pokój w moim sercu. I całym materiałem na albumie "Wolta" utwierdzili mnie w słuszności dokonania tego czynu!
     
    Georgina i Piotr powrócili po dłuższej przerwie z kolekcją doprawdy fantastycznych, spójnych, równych jakościowo piosenek. Jak sam duet opowiada w materiałach prasowych: To płyta śmiała i osobista – muzyczna i emocjonalna wolta w pełnym znaczeniu tego słowa. Każdy utwór opowiada osobną historię, tworząc razem spójną narrację o zmianie, utracie, skrajnościach, ale też o odnalezieniu siebie na nowo. I ten liryczny proces godzenia się z nieustanną sinusoidą nastrojów emocjonalnych szczypie za serce, a warstwa dźwiękowa oparta na rozmytych dream-indie-popowych teksturach to aksamit dla uszu. Melodie są przy tym niezwykle chwytliwe, a wokal Georginy olśniewa. Czysta muzyczna przyjemność!  

     

    4. HENRY NO HURRY – "NA NIEBA CZARNEJ TARCZY"



    Songwriterską wrażliwość i kunszt Wawrzyńca Dąbrowskiego doceniam już od lat i jego kolejny solowy album to dzieło głęboko poruszające. Wzruszające teksty i subtelne, folkowe melodie zanurzone w otaczającym nas współcześnie mroku, niepokoju, niepewności, ale także o potrzebie i sile bliskości oraz wierze w życiowe piękno i nadzieję. Przepiękne, autentyczne dzieło! Jak sam artysta celnie określił je na swoich social mediach: to jego moje mickiewiczowskie "Ballady i romanse". I podążając tym tropem, śmiało stawiam tezę, że Wawrzyniec jest wyjątkowym współczesnym muzycznym poetą stąpającym niespiesznym krokiem po naszej ziemi! Nie przegapcie tej skromnej, ale jakże wspaniałej muzycznej propozycji w tłumie wielu głośniejszych muzycznych premier!


    3. KASIA LINS – "OBYWATELKA K.L."    



    Ponadczasowy duch twórczości Grzegorza Ciechowskiego unosił się nad twórczością Kasi Lins od dłuższego czasu. Podobnie bowiem jak nieodżałowany lider Republiki, Kasia w swoich dziełach kreuje sensualne światy, w których zderzają się ze sobą sprzeczności: sacrum-profanum, zmysłowość-duchowość, życie-śmierć, miłość-nienawiść, biel-czerń. Swoją drogą pięć lat temu ta zdolna artystka została laureatką toruńskiej nagrody imienia Grzegorza Ciechowskiego, a przez jakiś czas włączała do swojego repertuaru cover utworu "Zapytaj mnie czy cię kocham" – w tym pociągu Kasi do twórczości, a zwłaszcza wrażliwej liryki Ciechowskiego po prostu nie ma przypadku. I w końcu z odwagą postanowiła zbudować wokół tej ezoterycznej relacji cały projekt i zmierzyć się z wybranymi piosenkami zmarłego artysty. Efektem jest znakomity album "Obywatelka K.L.", który właściwie wymyka się prostym klasyfikacją. Nie sposób tego dzieła określić mianem coverowego albumu, a nawet unikałbym fraz, że to hołd dla twórczości Grzegorza. Nie. Kasia filtruje jego uniwersalne i poetyckie teksty oraz unikalne melodie przez pryzmat własnej emocjonalnej wrażliwości i stylu, który w dużej mierze jest kontynuacją brzmienia z płyty "Omen". Piosenki Ciechowskiego w wykonaniu Lins za sprawą aranżacyjnego minimalizmu, momentami odarcia z patosu, stają się w odbiorze intymne, duszne, poszarzałe, ociekają pożądaniem, grzesznym i potliwym erotyzmem. Są "jej". W rozmowie z Kariną Nicińską w podcaście Próba Mikrofonu Kasia ujawniła, że Leszek Biolik z Republiki po wysłuchaniu albumu zadzwonił do niej i stwierdził, że dopiero teraz po latach, gdy usłyszał te piosenki śpiewane głosem kobiety, zdał sobie sprawę, jak głębokie spektrum wrażliwości tej przeciwnej płci płynęło w emocjach Ciechowskiego. I absolutnie takie poczucie towarzyszy przy tym zagłębianiu się w te nowe interpretacje. Zagorzali fani Republiki i Obywatela G.C. zapewne odkryją również tu Ciechowskiego na nowo, a dla wielu osób z młodszego pokolenia to też być może będzie pierwsze spotkanie z jego twórczością i zachęta, impuls do odkrywania nie tylko jego dokonań, ale także zagłębiania się w owoce polskiej muzyki z lat 80. i 90. Album "Obywatelka K.L." to po prostu ujmująca i inspirująca rozmowa dwojga artystów, którzy – choć tworzyli/tworzą w innych czasach i nie mieli z oczywistych względów szansy się spotkać – rozumieją się doskonale i autokreują swoją twórczość podobnymi symbolami i emocjami. Chciałoby się rzec, że to złote dzieło, ale wypada raczej powiedzieć: biało-czarne!  

     

    2. DAWID TYSZKOWSKI – "MAM SZCZĘŚCIE"



    Tytuł drugiego albumu Dawida Tyszkowskiego "Mam szczęście" jest przewrotny, bowiem na przestrzeni dwunastu kompozycji szczęśliwych emocji tu tyle, co kot napłakał. Dawid zabiera na w podróż, która rani i pozostawia po sobie emocjonalne blizny, które szybko się nie zagoją. Już na debiutanckim albumie "Mój kot zaginął i już raczej nie wróci" objawił się w pełni jego talent do pisania tekstów poruszających najczulsze emocjonalne struny, ale jego poezja nieco została przyćmiona przez, bądź co bądź, szlachetną i miłą dla ucha alt-popową produkcję autorstwa Patricka The Pana. Na drugim krążku Dawid zmienił formę komponowania aranżacji i przełożyło się to na warstwy o wiele bardziej intymne, surowe, przestrzenne, zespołowe, z nieśmiałymi jazzowymi ucieczkami. Cenię tę odwagę i bezkompromisowość, bo przecież po sukcesie pierwszej płyty łatwo byłoby wkroczyć na ścieżkę mainstreamu. A tu ten nietuzinkowy 22-latek obrał kompletnie przeciwny kierunek. Już pierwsza skromna kompozycja "Proste emocje" zostaje odważnie przedstawiona w kształcie demówki, która zarazem skróca dystans między autorem a słuchaczami i zabiera nas do czterech ścian studia nagraniowego w leśnej głuszy, w którym Dawid pracował nad albumem z Kamilem Paterem i Kubą Staruszkiewiczem. A dalej, od rozbudowanego i poruszającego utworu "Nadmorskie drzewa",  zostajemy sami na sam z myślami Dawida. I przeprawa przez jego klatkę myśli jest sporym wyzwaniem. Wszechobecne poczucie bezsilności, niespełnienia, pragnienie miłości znajdującej się poza zasięgiem, walka z wewnętrznymi demonami, niewypowiedziany gniew, opowieści o druzgoczących relacjach, odrzucanie pomocy mimo świadomości jej potrzeby... Niby na to szare płótno trudnych emocji padają okruchy szczęścia oraz nadziei, których obecności wokół siebie Dawid jest świadom, ale czasami posiadanie takiego komfortu to wciąż za mało, by wypełnić emocjonalną pustkę. Odczuwalny ciężar tego dzieła jest podbudowany instrumentalnymi warstwami, które stanowią wyśmienite tło dla intensywnego śpiewu Dawida. Przez tekstury przebijają się melodyjnie partie pianina, akustyczna gitara, stłumiona perkusja, okazjonalnie wyłaniają się smyczki, dęciaki, ostrzejsze gitarowe riffy. Wielowymiarowa dramaturgia kolejnych kompozycji jest wznoszona bezbłędnie. Przykładem świeci szczególnie piosenka "Wstyd". Delikatna i kojąca melodia pianina stopniowo nabiera intensywności i przeradza się w instrumentalny szkwał i wokalny krzyk rozpaczy Tyszkowskiego, stanowiąc doskonałą przenośnię skrywanej wstydliwości i lękliwości, pęczniejącej do stanu szaleństwa. I każdy utwór na tym albumie skrywa takie osobiste historie, które prowokują do głębszych refleksji. Polecam już je odkrywać i interpretować we własnym zakresie, pamiętając przy tym, że to jest jeden z tych albumów, które warto przesłuchiwać w pełnym skupieniu, bez pośpiechu i najlepiej przy zgaszonym świetle. 


    ULUBIONY POLSKI ALBUM ROKU 2025


    1. KATHIA – "NIE CHCĘ BYĆ TU SAMA"



    Na pięknej okładce swojego drugiego albumu "Nie chcę być tu sama" Katarzyna Półrolniczak, czyli Kathia zanurza swoją twarz w wodzie. W jednym z wywiadów interpretowała ją jako zatonięcie we łzach lub odzyskiwanie spokoju w styczności z wodą, której to motyw przewija się przez cały materiał. I doprawdy przy słuchaniu tej kolekcji piętnastu kompozycji towarzyszyły mi podobne emocjonalne uczucia. Już trzy lata temu ta poznańska artystka wciągnęła mnie w swoją niebanalną i głęboką wrażliwość za sprawą zacnego i obiecującego debiutanckiego albumu "Przestrzeń", ale teraz wzbiła się w kreowaniu poruszających, autentycznych i dojrzałych emocji o artystyczny poziom wyżej! To już pierwsza liga emocjonalnego alt-popu! Kathia względem poprzedniego działa doskonale wzbogaca paletę instrumentalnych barw, odważnie poszukuje świeżych inspiracji (orzeźwiające funkowe "Wszystko jedno"), częstuje pieczołowitą i przemyślaną produkcją, ujmuje poetyckimi tekstami, zachwyca rozpiętością swojego głębokiego, ciepłego wokalu, a do tego otwiera się na współpracę z innymi artystami. Pod względem tego ostatniego aspektu w efekcie otrzymaliśmy przeszywający na wskroś dialog z Oysterboyem w "Boję się wody", ujmującą folkową lekkością piosenkę "Rosa" z udziałem czarujących dziewczyn z Loru oraz potęgujące emocje zderzenie się z podobną muzyczną wrażliwością Meli Koteluk w piosence "Do tego momentu". Te duety i gościnne featy dodają tej płycie barwnej różnorodności, ale przy tym nie traci ona spójnego, melancholijnego klimatu. Choć nie brakuje skrawków emocjonalnego entuzjazmu, zachęcających nawet do podrygiwania nóżką, to jednak dominuje tu nurt opowieści i melodii, które wzbudzają szczere wzruszenie. Zaopatrzenie się w paczkę chusteczek przed odsłuchem jest wielce wskazane. Szczególnie swoją intymnością, surowością oraz opowieścią o samotności i potrzebie przestrzeni uderza fortepianowa kompozycja "Odpłyń" – ciarki gwarantowane! I takich piorunujących momentów jest tu więcej, a każdy z pewnością znajdzie w tej kolekcji piosenek liczne czułe historie, z którymi się utożsami. Absolutnie warto zanurzyć się w tym przewspaniałym drugim albumie Kathii! 
     

     

    Dodatkowe wyróżnienia (kolejność alfabetyczna):

    • BLUSZCZ – "HOBBY"
    • HANIA RANI – "NON FICTION - A PIANO CONCERTO IN FOUR MOVEMENTS"
    ➖➖➖


    Zagraniczne Debiuty 2025

      

    15. AUDREY HOBERT – "WHO'S THE CLOWN?" 


     
    Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak często Audrey Hobert przewijała się w moich muzycznych poszukiwaniach w ostatnich miesiącach. Wszak przecież to koleżanka ze szkolnych ławek Gracie Abrams, dla której napisała aż siedem kompozycji na album "The Secret Of Us", w tym popularne "That's So True". Co prawda algorytm na YouTube podrzucał mi od czasu do czasu autorskie piosenki Aubrey, mignęła mi także na plakacie All Point Eats tuż pod Lorde, ale dopiero ujawnione w grudniowym wywiadzie dla portalu Nylon wyznanie miłości do jej debiutanckiego albumu "Who's the Clown" przez Olivię Rodrigo sprawiło, że postanowiłem zaprosić tę artystkę i jej dzieło do swoich głośników. No i błyskawicznie przepadłem w tym zbiorze zaraźliwych, optymistycznych, odświeżających indie-popowych melodii. Hobert błyszczy najbardziej w warstwie tekstowej. Jej czuły pamiętnikarski styl nacechowany jest sporą dawką bystrej żartobliwości, ironii i celowego kiczu. Na bazie własnych niedorzecznych życiowych doświadczeń i celnych obserwacji swojego pokolenia 26-letnia Hobert zdaje się nam przekazać, że świat stał się cyrkową areną wypełnioną po brzegi klaunami... Zdecydowanie jej liryka unika girlspopowego przedramatyzowana znanego z choćby twórczości wspomnianej Gracie Abrams. Ujęła mnie szczególnie kompozycja "Phoebe" nawiązująca do serialu "Przyjaciele" i utożsamiania się z postacią Buffay. Jestem przekonany, że fani współczesnego amerykańskiego girls popu znakomicie się w tej ekscentrycznej konwencji narracyjnej Audrey odnajdą. Cechą charakterystyczną jest także jej dynamiczne wokalne frazowanie – imponujące i wskazujące na artystyczną pewność siebie. Gdybym miał wskazać mankament tej płyty, to zdecydowanie tylko instrumentacja bywa momentami nieco zbyt monotonna. Nie brakuje fajnych kombinacji: świetna saksofonowa solówka w przebojowym "Thirst Trap", pop-rockowe oblicze "Chateau", electropopowy skręt w finałowym "Silver Jubilee", ale chciałoby się więcej takiej aranżacyjnej kreatywności. Niemniej to bardzo obiecujący start muzycznej kariery wszechstronnie utalentowanej amerykańskiej artystki, która zasługuje na szerszą uwagę. 
     

     

    14. HEARTWORMS – "GLUTTON FOR PUNISHMENT"


     
    Debiutancka płyta solowego projektu brytyjskiej artystki Jojo Orme zyskała poklask muzycznych krytyków i ma wszelkie zadatki do tego, by zjednać wokół siebie oddaną społeczność wielbicieli. To w gruncie zasługa dość unikalnego muzycznego stylu prezentowanego przez Heartworms. Jej ekscentryczna wizja popu opiera się na szerokiej rozpiętości mrocznych dźwięków zahaczających o trip-hop, darkwave, elektronikę, industrial, post-punk i wszelkie gotyckie brzmienia. W to dramaturgiczne napięcie i gęstą atmosferę Jojo zręcznie wplata porywające i melodyjne refreny. Wręcz perswazyjnie zaprasza do tańca w ciemności. Jej wokal zachwyca i niesamowicie krąży między subtelnością a przejmującą intensywnością. Intryguje również tajemnicza poezja. Przykładowo w piosenkach "Warplane" i "Extraordinary Wings" Jojo daje upust swojemu zainteresowaniu historią wojskowości, zakorzeniając się w manifeście antywojennym, ale nie stroni również od lokowania osobistych historii i życiowych traum w wersach pozostałych piosenek. Pod wieloma względami to dzieło niebanalne, transowe, dopieszczone w produkcji (kłania się tu postać Dana Careya) i wpychające Jojo Orme w grono najbardziej obiecujących artystek muzycznej alternatywy. 
     


    13. LAMBRINI GIRLS – "WHO LET THE DOGS OUT" 


    Już na samym wstępie zaznaczę, że nie podzielam euforycznych opinii krytyków, którzy wręcz wynoszę ten debiutancki album duetu Brytyjek do pierwszej ligi szeroko pojętego punku. Ale jednego Phoebe Lunny (śpiew, gitara) i Lilly Macieirze (bas) odmówić nie mogę – bezpretensjonalnej energii, zdającej się móc rozsadzać betonowe schrony atomowe. Po przesłuchaniu tego materiału można nabyć pewność, że gdy te dziewczyny wchodzą do jakiegoś pubu, to przejmują imprezę i skupiają na sobie całą swoją uwagę. A że do powiedzenia mają sporo to i w sumie warto się im przysłuchać. W warstwie lirycznej bowiem nie brakuje wielu ciętych społecznych komentarzy. Ostro obrywa się choćby facetom o wysokim ego ("Big Dick Energy") i "zgniłym" brutalnym policjantom ("Bad Apple"), poruszane są kwestie molestowań ("Company Culture"), wyrażany jest sprzeciw wobec gentryfikacji ("You’re Not From Around Here") itp. Dziewczyny przy tym nie stronią od złośliwości i rubasznych żartów. A wszystko to napędzane szczerym gniewem, buntowniczymi zapędami i przede wszystkim galopującymi piosenkami z pogranicza postpunka, garage rocka i noise rocka. Tu nie ma chwili na złapanie oddechu. Brudne riffy otaczają z każdej strony, perkusja pędzi na złamanie karku, linie basu smakują soczyście niczym dopieczony stek, a pyskaty wokal Phoebe nie zaprasza do dyskusji. Chaotyczna jazda bez trzymanki. Tylko dlaczego nie czuję większej chęci i potrzeby powracania do tego materiału? No właśnie. Brakuje mi chyba jakieś większej nośności, wpadających w ucho refrenów i pewnego rodzaju wychodzenia poza ramy gatunku (poza może finałowym kawałkiem "Cuntology 101"). Przy albumie Amyl and The Sniffers "Cartoon Darkness" dzieło duetu z Brighton wypada dla mnie nieco blado. Nie zmienia to jednak faktu, że z chęcią sprawdziłem tę wulkaniczną energię dziewczyn na żywo podczas OFF Festivalu i ostatecznie wskoczyłem w epicentrum moshpitu!
     

     

    12. ANTONY SZMIEREK – "SERVICE STATION AT THE END OF THE UNIVERSE"



    Pozytywne opinie o debiutanckim albumie Antony'ego Szmiereka co prawda docierały do mnie już wcześniej, ale jakoś miałem w sobie takie przeświadczenie, po wcześniejszych krótkich kontaktach ze singlami, że jego styl nie trafia w me gusta. W końcu jednak świetna recenzja jego klubowego występu w Berlinie z pierwszej ręki od Podróżującego Kuby, a następnie ogłoszenie Antony'ego na Open'erze sprawiło, że postanowiłem dać mu szansę. No i jednak poczułem całym sobą ten vibe Szmiereka! Doprawdy ten chłopak z Manchesteru wręcz finezyjnie łączy liryczną wrażliwość i społeczną spostrzegawczość z melorecytacyjnym stylem śpiewania i klubowymi brzmieniami spod znaku nurtu house. Ta warstwa dźwiękowa wręcz wydaje się idealnie skrojona na sobotnie playlisty BBC Radio 1 i nie ma w tym zarzutu. Ten znakomicie wyprodukowany materiał ma po prostu w sobie zaskakujące ilości pokładów tego trudnego do zdefiniowania muzycznego flow. I na żywo w Gdyni Szmierek fenomenalnym koncertem ostatecznie przekonał mnie do swojej twórczości! 

     

    11.  JULIEN BAKER & TORRES – "SEND A PRAYER MY WAY"

     
     
    Swego czasu dzięki Julien Baker poznałem Phoebe Bridgers i Lucy Dacus, a w zeszłym roku ta niezwykle zdolna i wrażliwa artystka odkryła przede mną indie-rockową singer-songwriterkę Mackenzie Ruth Scott, znaną bardziej jako Torres. Obie, od spotkania w 2016 roku, knuły wspólny projekt, w którym pragnęły skręcić nieco bardziej w rejony country. Pomysł ten dojrzewał przez lata, aż w końcu dziewczyny – odnoszące w międzyczasie wiele sukcesów w świecie indie i stające się coraz bardziej rozpoznawalne – znalazły wspólny czas i jakże też doskonały moment na realizację tego projektu, gdyż muzyka country przeżywa swój swoisty renesans. I efektem tej kolaboracji jest świetny album "Send A Prayer My Way"! Redakcja portalu AV Club określiła to dzieło wymownie jako queerowy album country naszych marzeń – i właściwie nic więcej nie trzeba dodawać. Wszystko tu się ze sobą zgadza. Kompozycyjne aranże przenoszą wyobraźnią do westernowskich krajobrazów. Mnóstwo tu żałośnie brzdąkających akustycznych gitar, obowiązkowego banjo, gitary hawajskiej, okazjonalnych smyczków i fortepianowych wstawek – generalnie ciepłych folk-country-rockowych tekstur, które stanowią idealne tło dla empatycznych i znakomicie uzupełniających się wokali obu artystek. Klasyczny klimat ludowego country wylewa się z tego albumu wiadrami, ale dziewczyny potrafią ten gatunek swoją wrażliwością uwspółcześnić. Julien i Torres chwytają za serce brutalną szczerością i ujmują odważną próbą przełamania pewnej hegemonii kulturowej. Na tle politycznej i społecznej presji wobec społeczności LGBTQ+, album nabiera głębszego znaczenia jako wyraz queerowej obecności w konserwatywnym nurcie. Dziewczyny oferują autentyczne i dojrzałe opowieści, podejmujące tematy miłości, uzależnienia, samotności i tożsamości. Szczególnie liryczna opowieść o udaremnionym uczuciu w piosence "Tuesday" potrafi wywołać niemały emocjonalny wstrząs. 
     
    Spotkanie tych dwóch inteligentnych autorek tekstów i muzyki zaowocowało naprawdę wyśmienitym albumem country, który określiłbym chyba nawet mianem mojego ulubionego w tym gatunku. Zapewne przemawia przeze mnie słabość to Julien Baker, ale... Cóż, nie zamierzam z tego powodu się kajać.  


    10. THE FAVORS – "THE DREAM"


    Wkład Finneasa w sukces jego młodszej siostry Billie Eilish jest niezaprzeczalny i w pełni doceniałem jego producencki zmysł, ale już jego solowa twórczość nie potrafiła znaleźć ujścia do mego serca. Zupełnie inaczej jest ze wspólnym projektem The Favors, który stworzył z piosenkarką Ashlyn Rae "Ashe" Willson – ujął mnie on całkowicie już od pierwszego singla "The Little Mess You Made", dziwnie zanurzonego w euforycznej melancholii, a zarazem niezwykle ciepłego. Wokalne harmonie i artystyczna chemia między tą dwójką okazała się oszałamiająca! Z każdym kolejnym singlem doskonale podsycali oczekiwanie na debiutancki album i ten okazał się wyśmienitą podróżą przez rozgrzewające serce brzmienia popu, soft rocka i folku lat 70. w duchu twórczości Fleetwood Mac. To płyta wypełniona bajecznymi harmoniami i dopracowanym, emocjonalnym songwritingiem. Lirycznie balansują między romantyczną lekkością, gorzkim humorem, nostalgią, bólem złamanego serca... No potrafią ścisnąć za serducho swoimi kompozycjami, które emanują balladową pompatycznością, bujnymi fakturami dźwiękowymi, dramaturgicznymi napięciami i marzycielskimi odlotami. Choć ostatnim numerem "Home Sweet Home" udowadniają, że potrafią też rozwinąć skrzydła w stronę bardziej funkowych i tanecznych uniesień. To przepiękne dzieło i chwała losowi, że muzyczne ścieżki tych dwojga artystów się ze sobą splotły.
     

     

    9. ROCKET – "R IS FOR ROCKET" 



    Moich oczekiwań nie zawiódł debiutancki album "R is for Rocket" zespołu Rocket z Los Angeles! Potencjał tej formacji założonej przez czwórkę wieloletnich przyjaciół: Alitheę Tuttle (gitara basowa, frontowy wokal), Desi Scaglione'a (gitara, wokal), Cooper Ladomade'a (perkusja) i Barona Rinzlera (gitara) miałem przyjemność odkryć podczas Way Out West i tak jak na ich porywającym koncercie, tak samo na płycie zaoferowali świetną i kreatywną mieszankę wpływów garażowego alternatywnego rocka z lat 90., grunge'owego brudu i szczypty naleciałości shoegaze'owych. Kolejne kompozycje są napędzane przez żywiołowe gitary, ekspresyjną perkusję i subtelne partie klawiszy, które pozwalają wokalistce Alithei Tuttle snuć swoim czarującym wokalem opowieści, które z łagodną siłą zgłębiają zawiłości relacji, nadając mocnemu brzmieniu zespołu ciepło i wrażliwość. Tak jak pisałem w relacji z Way Out West: ich brzmienie jest przesadnie głośne w swej formie, jak i równie intymne w przekazie. Na uwagę zasługuje szczególnie ponad sześciominutowa finałowa tytułowa kompozycja, przy której Rocket odpinają wrotki gitarowej wyobraźni! Rzekłbym nawet, że to jedna z mocniejszych rockowych i niebanalnych kompozycyjnie rzeźb poprzedniego roku. Ten kawałek, jak i właściwie cały solidny album brzmi niczym obietnica śmiałego wdrapywania się po szczebelkach gitarowej jakości i popularności.  

     

    8. NIGHT TAPES – "PORTALS//POLARITIES"



    Debiutancki album "portals//polarity" tria Night Tapes, tworzonego przez Iiris Vesik z Estonii oraz Maxa Doohana i Sama Richardsa z Londynu, ma wszelkie zadatki do wywoływania zachwytów. Zespół ten za poleceniem nieocenionego w tematach muzycznych odkryć Podróżującego Kuby obserwowałem już od dłuższego czasu i cieszę się, że teraz Night Tapes w pełni rozwijają swoje skrzydła kreacji błogich i sennych muzycznych projekcji. Proponują nam lot po gwieździstym nieboskłonie shoegaze’owych gitar, ambientowych syntezatorów i eterycznego, anielskiego, falsetowego wokalu Vesik. Nie sposób odmówić! Słuchanie tego albumu to niezwykle immersyjne doświadczenie, które pogłębiają jeszcze dodatkowo subtelne nagrania terenowe. Przyznaję się, że przy pierwszym podejściu odpłynąłem na tyle, iż zasnąłem w połowie, ale w tym przypadku to akurat komplement! Kolejne podejścia jednak odsłaniały mi piękne, wielowymiarowe (jest w tym marzycielskim tonie też sporo ciekawych trip-hopowych ucieczek), kosmiczne dźwiękowe przestrzenie i surrealistyczne liryczne obrazy, oscylujące wokół wolności, tożsamości i granicy między światem realnym a wirtualnym. Pojawiają się tu fragmenty, które ściskają za serducho ("swordsman", "storm", "babygirl (like n01 else)", "helix", "love it all behind, Mike"). Bardzo udany debiut, który okazał się portalem do wymiaru czystej przyjemności na granicy jawy
     


    7. SNOCAPS – "SNOCAPS"



    Co za niespodzianka! Bez żadnej zapowiedzi w eterze pojawił się album tajemniczej formacji Snocaps. Szybki wgląd w twórców i oto z jednej strony Katie Crutchfield (Waxahatchee), której twórczość doceniam i podziwiam już od lat, a z drugiej... jej siostra Allison! Przyznam się szczerze, że kompletnie nie byłem świadomy faktu, że Katie posiada równie uzdolnioną muzycznie bliźniaczkę, z którą zresztą notabene ponad dekadę temu tworzyła pop punkowy zespół P.S. Eliot. Muzyczne ścieżki sióstr jednak się rozeszły. Allison stanęła na czele indie-rockowego zespołu Swearin', zaś Katie rozwijała swój songwriterski talent pod pseudonimem Waxahatchee. Wspólne rodzinne spotkanie w studiu nagraniowym po latach zaowocowało zderzeniem się ze sobą melodyjnego indie-rocka Allison z ujmującą wrażliwością i promienistymi brzmieniami folku i country z ostatnich dzieł Katie. W efekcie i przy wsparciu przyjaciół, MJ Lendermana na gitarze i producenta i multiinstrumentalisty Brada Cooka, otrzymujemy kolekcję niezwykle urokliwych piosenek, które charakteryzują się cudownymi wokalnymi harmoniami, wszechogarniającym ciepłem, prostymi, ale angażującymi indie aranżacjami, gitarową bezpretensjonalnością, surowym liryzmem. Ten album nosi wszelkie znamiona indie-herose'owego dzieła, ale opartego na czystym pragnieniu wspólnej, luźnej zabawy, a nie poszukującego tłumnego poklasku. Jako Snocaps siostry Crutchfield planują zagrać pod koniec roku kilka koncertów i zawieść ten projekt. Kto jednak trafi na ten materiał, ten zachwyci się nim, niczym przebłyskiem spadającego meteoru na gwiaździstym niebie. Skromny, kameralny, ale piękny album zrodzony z silnej potrzeby odbudowania muzycznej i rodzinnej więzi. 

     

    6. THE NEW EVES – "THE NEW EVE IS RISING"



    Cztery artystki z Brighton – Violet Farrer, Nina Winder-Lind, Kate Mager i Ella Oona Russell – stworzyły z pewnością jeden z najbardziej frapujących i oryginalnych zeszłorocznych debiutów, wyróżniający się zarówno w warstwie lirycznej, jak i tej muzycznej. Dziewczyny swój feministyczny manifest ulokowały na fundamencie przewrotnej historii pierwszej Ewy – kobiety, która wbrew biblijnemu toposowi nie jest uległa mężczyźnie i nie "chowa się" przed Bogiem, a całkowicie przejmuje kontrolę nad swoim życiem, jest pewna siebie, pełna pożądania (The New Eve fucks if she wants to). Generalnie The New Eves sprawnie przekształcają i umiejscawiają wszelkie toposy, mity i tradycje w nowoczesnych światopoglądach i żeńskiej perspektywie. A przy tym przyciągają uwagę niezwykle surowym, brudnym, pogańskim, średniowiecznym punk-folkiem. W ich brzmieniu kluczową rolę odgrywa tradycyjne instrumentarium (skrzypce, wiolonczela, flet obok partii gitar, basu i perkusji), a do tego zręcznie zaskakują częstymi zmianami tempa i aury (z sielankowości w grozę) oraz zachwycają wokalizami tudzież melorecytacjami. Ten debiutancki album brzmi niczym zagubiony średniowieczny poemat, który dekonstruuje mit rajskiej Ewy – fascynująca lektura!         

     

    5. ADDISON RAE – "ADDISON"

      
     
    Amerykańska influencerka, która zdołała w ostatnich latach podbić TikToka mierzy znacznie szerzej i wyżej, pragnąć zostać nową ikoną muzycznej sceny pop. I o dziwo Addison Rae zaskakuje całkiem udanym mariażem popowych, tanecznych i alternatywnych stylów, które w połączeniu z jej eterycznym wokalem wypadają niezwykle zmysłowo i pociągająco. Słychać tu wpływy trip-hopu, electropopu, klubowych brzmień spod choćby nurtu house, art-popu, dream popu i melancholii rodem z twórczości Lany Del Rey. Ten obfity gatunkowy eklektyzm potrafi chwycić za ucho i pobudzić euforyczne doznania. Niewątpliwie Addison ma wszelkie zadatki do tego, by stać się popową sensacją najbliższych lat, choć odnoszę wrażenie, że jeszcze jej potencjał nie został w pełni uwolniony.

     

    4. JASMINE.4.T – "YOU ARE THE MORNING"



    Już sama historia powstania tego debiutanckiego albumu brytyjskiej, transseksualnej artystki Jasmine.4.T jest niezwykła. Otóż Jasmine Cruickshank w 2018 roku nawiązała przyjaźń z Lucy Dacus, która zwróciła uwagę na jej surowe indie rockowe piosenki i zaprosiła ją do otwierania swoich europejskich koncertów, promujących album "Historian". Sześć lat później z pewną niechęcią, ale, za namową przyjaciela Joe Sherrina z brystolskiego zespołu Mould, odważyła się wysłać Dacus szkice kilku kompozycji, które pisała z myślą o debiutanckim albumie. Lucy te demówki zaprezentowała swojej koleżance Phoebe Bridgers z wszystkim doskonale znanej supergrupy Boygenius. Bridgers została nimi oczarowana i natychmiast postanowiła otoczyć Jasmine opieką własnej wytwórni Saddest Factory Records. Dziewczyny zabrały Brytyjkę do Los Angeles i zafundowały jej sesję nagraniową w słynnym Sound City Studio. Ba, co więcej, realnie zaangażowały się w powstawanie tej płyty, zapraszając dodatkowo do współpracy – a jakżeby inaczej! – Julien Baker. Przy takim wsparciu tria Boygenius poprzeczka oczekiwań przed tym materiałem została postawiona wysoko. I Jasmine.4.T nie zawiodła! Dostarczyła naprawdę poruszający album, który zabiera słuchaczy w wymiar queerowej intymności. To do bólu szczery i osobisty materiał. Podróż przez trudne doświadczenia Jasmine jako osoby trans: od rozpadu małżeństwa po zdobyciu się na coming out, przez odrzucenie rodziny, okres bezdomności, nękania uliczne, mierzenie się z objawami PTSD (halucynacje, urojenia, planowanie prób samobójczych, trwanie w stanie dysocjacji i ciągłego przerażenia)... Ale w jej życiu pojawiły się w końcu światełka nadziei, przebijające się również przez ten album, w postaci wsparcia przyjaciół i odnalezienia nowej rodziny w społeczności osób trans. Tytuł albumu "You Are The Morning" i jego przewodnia duchowość jest właściwie otuchą i zachętą dla osób trans, by nie poddawać się mrokowi nieprzyjaznych dla nich czasów, walczyć o uznanie swojej tożsamości i tym samym zmieniać świat na lepsze. Emocjonalna zawartość tego materiału ulokowana w poetyckich tekstach doprawdy rozdziera serce. Choćby te gęste emocje w piosence "Woman" – pierwszej napisanej po coming oucie – potrafią tak zacisnąć pętlę wokół gardła, a obecne tu proste wyznanie I am in my soul a woman wręcz ogłuszająco uderza swoją wielowymiarowością. Zwrócicie uwagę również na końcówkę  poruszającego "New Shoes" – słyszalny tam płacz Jasmine jest autentycznym nagraniem ze studia. Ten album nie zawodzi również pod względem warstwy muzycznej. Dźwiękowe faktury są tutaj bardzo zmienne. Od czarujących akustycznych aranżacji po smutne smyczkowe pejzaże, gryzące riffy, chrupiące gitary, melancholijny fortepian, art-rockowe eksperymenty. Nie brakuje tu również nawiązań do twórczości mistrzów nastrojowego songwritingu Elliota Smitha i Adrianne Lenker. Bardzo symboliczny jest również udział w ostatnich dwóch piosenkach Trans Chorus of Los Angeles – chóru złożonego wyłącznie z transseksualnych osób. Wkład dziewczyn z Boygenius w tę muzyczną materię również jest słyszalny i to kilkukrotnie dosłownie. W wielu fragmentach subtelnie pojawiają się ich niebiańskie wokale, znacząco wspierając Jasmin, a w całkiem przebojowym, utrzymanym w nieco country brzmieniu "Guy Fawkes Tesco Dissocation" ukryty featuring zalicza Phoebe Bridgers. Z kolei gitarowe porywy na tym krążku są w większości dziełem Julien Baker. Natomiast nie miałem tu żadnego poczucia, że obcuję z Boygenius 2.0. Fundamentalnie to w pełni dzieło Jasmine, w którym szczególnie wyróżnia się jej wokal. Nie każdemu pewnie przypadnie on do gustu, ale oryginalności nie można mu odmówić. Ten album wymaga też kilku podejść, by w pełni docenić jego zawiłe struktury i druzgoczące emocjonalnie historie autorki. Co prawda osobiście to dzieło nie zdołało wywołać u mnie katarktycznego trzęsienia ziemi, ale niewątpliwie to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy, autobiograficzny album 2025 roku.     

     

    3. FOLK BITCH TRIO – "NOW WOULD BE A GOOD TIME"



    Australijskie folkowe trio wpisałem do notesu z odkryciami muzycznymi przed trzema laty. Nie ukrywam, że trzy przyjaciółki ze szkoły – Gracie Sinclair, Jeanie Pilkington i Heide Peverelle zwróciły moją uwagę w pierwszej kolejności swą nieprzyzwoitą nazwą, ale w ślad za nią podążyły również obiecujące single "Analogue" oraz "I Heard", które zachwycały surowością, ironią, emocjonalną głębią i przede wszystkim bajecznymi harmoniami wokalnymi. Potencjał dziewczyn został zauważony przez doskonale znaną fanom takich brzmień wytwórnię Jagjaguwar, pod której szyldem właśnie ukazał się ich debiutancki album "Now Would Be A Good Time". Zwiastujące ten krążek single wybrzmiewały w głośnikach pięknie, ale przyznam się, że nie traciłem dla nich głowy. Dopiero zagłębienie się w cały materiał od pierwszej do ostatniej nuty sprawiło, że absolutnie zakochałem się w brzmieniu i opowieściach Folk Bitch Trio. Ten album zniewala intymnością, minimalizmem oraz analogowym ciepłem opartym na nagrywaniu na taśmę. Ta autentyczność wylewa się z tego krążka pełnymi wiadrami, a trio z Melbourne uwodzi swoją niefiltrowaną szczerością. Choć skupiają się na mglistych opowieściach o wielowymiarowych tragizmach spraw sercowych, nie unikają przy tym wtrącania sporej dawki ostrego absurdu, satyry i humoru. Miłość, strata, żal, niepokój, pożądanie, gniew, radość, śmiech, tęsknota, zauroczenie – te wszystkie i pochodne do nich emocje są podawane w doprawdy zdumiewająco barwny sposób. Można jednak również wyczuć tu pewien czyhający i przenikający przez wszystkie kompozycje chłód i mrok. Osią i największą ozdobą tego albumu są jednak przede wszystkim wokalne harmonie dziewczyn! Wow! Nieustannie swoimi głosami wywołują gęsią skórkę. Oszczędna instrumentacja oparta głównie na akustycznej gitarze, okazjonalnie pojawiającej się subtelnej perkusji i rzadko wyłaniających się smyczkach tworzy dla Gracie, Jeanie i Heide odpowiednią przestrzeń i wzmacnia siłę ich wokali. Perełką zaś jest wykonana a cappella kompozycja "I'll Find A Way" (To Carry It All)" – ciarrry! Niemniej trudno wyróżniać poszczególne kompozycje, gdyż wszystkie są po prostu wspaniałe. Debiutancki album Folk Bitch Trio jest po prostu w swym folkowym minimalizmie monumentalnie przepiękny!          


    2. MARUJA – "PAIN TO POWER"



    Zespół Maruja dostarczył surową, bezkompromisową i poruszającą debiutancką płytę "Pain to Power", która jest nośnikiem buntu, gniewu i apelu o solidarność, empatię wobec kryzysów współczesnego świata i egzystencjalnego niepokoju. Panowie z Manchesteru szarpią za umysł, duszę i serce poprzez zjawiskowe, unikalne i żarliwe łączenie przestrzeni między jazzem, punkiem, post-rockiem, noise rockiem, a nawet psychodelią. Swobodnie balansują między wyciszeniem a gwałtownymi eksplozjami energii: obok długich, hipnotycznych form pojawiają się krótsze, intensywne, wręcz apokaliptyczne uniesienia. Histeryczny, wściekły, zahaczający o hip-hopową sztukę, a czasami romantyczny wokal Harry'ego Wilkinsona jest tu kluczowym stymulatorem emocji, a saksofon Joe Carrolla niczym tornado wpada do umysłu i sieje finezyjny chaos. Aranżacje są tu wprost kapitalne! A warstwa liryczna konsekwentnie splata polityczne i społeczne wezwania do działania z refleksją nad wolnością, oporem i leczeniem ran – zarówno osobistych, jak i zbiorowych.    

    "Pain To Power" to album ambitny, trudny do jednoznacznego sklasyfikowania, emocjonalnie angażujący i niezwykle aktualny. Bez cienia wątpliwości  w końcówce roku (tak, za odsłuch zabrałem się dopiero w grudniu – kajam się!) objawił mi się jako jeden z najbardziej wyrazistych debiutów roku oraz jeden z najpilniejszych komentarzy muzycznych naszych czasów. I niemal wygrał to zestawienie zagranicznych debituów, ale...


    ULUBIONY ZAGRANICZNY DEBIUT 2025

     

    1. DOVE ELLIS – "BLIZZARD"



    Takiego plot twistu w tworzeniu rankingu ulubionych zagranicznych debiutów totalnie się nie spodziewałem. Co prawda to zestawienie przeżywało kilka sejsmicznych wstrząsów, długo poszukiwałem idealnego kandydata na szczyt podium, w końcu objawiło mi się rewelacyjne dzieło "Pain to Power" zespołu Maruja i cztery dni przed zaplanowaną publikacją szlifowałem już gotowy tekst, aż tu nagle puszczone w samowolkę Spotify zaczęło mnie "nękać" piosenkami nieznanego mi artysty Dove Ellisa. Przy trzeciej propozycji "Pale Song" poddałem się – ten chamber, indie, art folk brzmiał zdecydowanie zbyt dobrze, a nieprzewidywalny wokal (à la Cameron Winter, choć to tylko punkt odniesienia) miał w sobie coś magnetycznego. Błyskawiczny reaserch ujawnił, że mam tu do czynienia z młodym chłopakiem z Galeway, który miał już okazję nieprzypadkowo supportować Geese i bez rozgłosu wydał 5 grudnia debiutancki album "Blizzard" wysoko oceniany przez zagranicznych krytyków. No i od razu mój umysł wpadł w alarmowy tryb muzycznego poszukiwacza przygód. Tuż przed pierwszą w nocy założyłem słuchawki, zgasiłem światło i zaprosiłem Ellisa do swojego świata i oniemiałem! Na jednym odsłuchu tego przecudnego 34-minutowego materiału się nie skończyło i od razu poczułem, że odnalazłem ten ostatni poszukiwany muzyczny puzzel 2025 roku! 

    Debiut tego dość tajemnicznego irlandzkiego artysty (zamieszkałego obecnie w Manchesterze) to doprawdy imponująca kolekcja przyciągających uwagę, pewnych siebie, ujmujących i od razu wpadających w ucho utworów z pogranicza chamber folku i indie rocka, napędzanych rozpoznawalnym, elastycznym (te falsety!) i hipnotyzującym wokalem, który nieuchronnie przywołuje skojarzenia z Jeffem Buckleyem, wspomnianym już Cameronem Winterem oraz subtelną nutą Thoma Yorke’a. Drżący śpiew Dove Ellisa spaja cały ten różnorodny album i jest wprost wspaniały! Słychać w jego głosie otwierające się szczeliny emocji, które odsłaniają wrażliwę duszę tego chłopaka. I jakże jego wokal jest doskonale osadzony w przecudownych aranżacjach, które w większości ocierają się o beedroomową, intymną, nostalgiczną, czasami ponurą, czasami pocieszającą, ale zawsze przejmującą atmosferę. Zdarzają się jednak też zaskakujące zwroty akcji. Szczególnie w osłupienie wprawia utwór "Jaundice", który rozświetla ten materiał ludową, jiggową, folk-punkową energią, która przywołuje scenę taneczną z "Titanica" w rytmie "An Irish Party in Third Class". Dove zaskakuje również przewrotną bożonarodzeniową piosenką "It Is a Blizzard", która z kolei – i niejedyna – kieruje w stronę czułej twórczości zespołu Beirut. Słyszalne są również pewne tendencje do eksperymentowania – tu kłania się piosenka "To The Sandals" wypełniona chaotycznymi przeszkadzajkami paradoskalnie totalnie miłymi dla uszu. Ellis ma smykałkę również do uzależniających i podnoszących na duchu refrenów, które porywają w piosenkach "Love Is" oraz "Heaven Has No Wings". Fantastycznie bawi się wokalnymi harmoniami, choćby w otwierającym ten album, marszowym "Little Left Hope". Umiejętnie równiez potrafi podnosić poziom emocjonalnego napięcia i wprowadzać piosenki na czyścowy poziom ("Pale Song", "When You Tie Your Hair Up"). Rozdziera serce dramaturgicznymi, surowymi, akustycznymi balladami na czele z finałową kompozycją "Away You Stride". Po prostu maluje na tym krążku niesamowicie ujmujące, surowe i tętniące nostalgicznymi emocjami obrazy paletą bardzo zróżnicowanych folk-rockowych barwników, a jego pędzlem jest ten niepowtarzalny, magnetyczny wokal! Wow! Co za talent! Co za debiut!  
     
    Dove Ellis pojawił się niespostrzeżenie znikąd z debiutanckim albumem zapierającym dech w piersiach i stanowiącym obietnicę wielkiej kariery! Będzie wkrótce o nim głośno!   
      

    Dodatkowe wyróżnienia (kolejność alfabetyczna)

    • DIE SPITZ – "SOMETHING TO CONSUME"
    • GIGI PEREZ – "AT THE BEACH, IN EVERY LIFE" 
    • MATILDA MANN – "ROXWELL" 
    • OKLOU – "CHOKE ENOUGH" 
    • SOMBR – "I BARELY KNOW HER"
    • SWIM SCHOOL – "SWIM SCHOOL" 
    • TOM SMITH – "THERE IS NOTHING IN THE DARK THAT ISN’T THERE IN THE LIGHT"
    ➖➖➖

    Zagraniczne Albumy 2025

     

    30. CELESTE – "WOMAN OF FACES"



    Celeste koncertem podczas świętej pamięci festiwalu On Air w 2022 roku wprawiła mnie w osłupienie. W relacji pisałem, iż laureatka prestiżowej nagrody BBC Sound Of 2020 powaliła nas wszystkich swoim potężnym wokalem, wspaniałą charyzmą i taka bezczelną samoświadomością swojego nieprzeciętnego talentu. Porwała nas do tańca w rytmie ognistego soulu i r'n'b z elementami jazzu, ale nie zabrakło też bardziej refleksyjnych, balladowych momentów, podczas których jej niesamowity głos wprost olśniewał. Wieszczyłem jej gotowość do podbijania największych sceny, ale niestety jej kariera i prywatne życie wpadło w pewne turbulencje i w ostatnich latach słuch niemal o niej zaginął. A przecież powinna być dziś wymieniana jednym tchem obok Raye i Olivii Dean. Czy ten powrót z albumem "Woman of Faces" sprawi, że Celeste potocznie "wróci do gry"? Chciałbym wierzyć, że tak, ale ten materiał z pewnością nie jest przeznaczony dla mas, a i Celeste ma pecha, że ta premiera zbiegła się ze snopem światła zachwytów skierowanych w stronę "Lux" Rosalíi. Niemniej warto zmierzyć się z tym drugim albumem Celeste, który jest boleśnie intymny i śledzi drogę utraty miłości, tożsamości i kontroli oraz moment odnalezienia w sobie ponownie formy życiowej siły. Opowieści brytyjskiej piosenkarki są poruszające i dźgają w serce oraz zostały opakowane w bardzo filmowe aranżacje. Jej fenomenalny wokal zderza się z rozległymi pejzażami kreślonymi przez orkiestralne instrumentarium. Niektóre kompozycje ocierają się o bondowski potencjał. Nie są jednak w założeniu tak mainstreamowe i bangerowe, jak choćby "Stop This Flame" z debiutanckiego "Not Your Muse". Artystka zdecydowanie kieruje się w stronę artyzmu, ciszy, surowości, autentyzmu. Piosenki zrodzone z popiołów trudnego związku poruszają się po zakamarkach mroku i zwątpienia, ale przez te cienie wyłaniają się też przebłyski światła ("Time Will Tell", "This Is Who I Am"), czy też oczyszczającego uwolnienia, w którym gniew i bunt łączą się z energią soulu i rocka (rodzynkowe "Could Be Machine"). Ta wyrafinowana płyta zrodziła się przede wszystkim z potrzeby ujścia wstrząsających przeżyć samej Celeste, by na nowo rozpalić cichy płomień powrotu do artystycznej egzystencji, ale uważny słuchacz również zanurzy się tu w oceanie niezwykłych, wielowymiarowych emocji. Polecam to uczynić! 



    29. SIGRID – "THERE'S ALWAYS MORE THAT I COULD SAY"


     
    Single zapowiadające trzeci album przesympatycznej Norweżki Sigrid nie napawały mnie zbytnim optymizmem. Wydawały się nieco schematyczne i niezbyt progresywne wobec jej wcześniejszych dokonań. Niemniej już osadzone w przestrzeni całego krążka "There's Always More That I Could Say", nabrały odpowiednich rumieńców, a co więcej Sigrid  ukryła przed premierą na tym niewiele ponad półgodzinnym materiale kolejne popowe bangery, które wręcz domagają się singlowych statusów i przede wszystkim skutecznie porywają. Od otwierającego, zadziornego "I'll Always Be Your Girl" wpadamy w wir zarażających pozytywną energią, ujmujących liryczną słodko-gorzką szczerością oraz emanujących pewnością samej wokalistki i jej doniosłym wokalem popowych kompozycji, które może i nie mają rewolucyjnych ambicji, ale nie można im odmówić tanecznego, poptymistycznego i finezyjnego flow. Kolejne aranżacje Norweżka urozmaica szczyptą rockowych przypraw (świetne "Kiss The Sky"), electropopu z lat 90. ("Hush Baby, Hurry Slowly"), fortepianowej balladowej czułości (kłania się tu tytułowa piosenka), uwodzicielskimi syntezatorami z lat 80. ("Have You Heard This Song Before"), folkowym indie-popem ("Jellyfish), pulsującymi klubowymi beatami ("Fort Knox"), tęsknym emocjonalnym tonem ("Eternal Sunshine"), popową słodkością ("Two Years"), czy też czystym popowym blaskiem ("Do It Again"). Świetny, subtelnie zróżnicowany album z potężnymi, pociągającymi za uszy popowymi refrenami! Szczególnie dotychczasowi fani będę w siódmym niebie, ale trochę tu jednak ostatecznie brakuje nonszalancji, która pomogłaby Sigrid wskoczyć na wyższy level popowej kariery.    

     

    28. PULP – "MORE" 



    Ikoniczny zespół brytyjskiej sceny powrócił po 24 (!) latach z albumem, który brzmi tak, jakbyśmy chyba wszyscy sobie życzyli, by brzmiało Pulp w 2025 roku. Formacja dowodzona przez Jarvisa Cockera dowiozła kolekcję jedenastu kompozycji, które są naznaczone dojrzałością i ładunkiem chwytającej za serce dramaturgii oraz olśniewają szlachetnym britpopowym brzmieniem, bujnym instrumentarium, pulsującymi nieśmiało wibracjami disco oraz dynamiczną teatralnością. No i przede wszystkim nie są pozbawione tego kluczowego, jarvisowego humoru, melodramatyzmu oraz inteligencji. Pulp w całej swej okazałości! Wspaniały album, który swą muzyczną witalnością zapiera dech w piersiach.  

     

    27. THE SWELL SEASON – "FORWARD"



    Markéta Irglová i Glen Hansard stworzyli przed laty niezwykły duet muzyczny, zrodzony z pozornie przypadkowego spotkania, wspólnej pasji i autentycznej chemii, która przekształciła się również w krótkotrwały romans. Ostatecznie ich relacja zastygła w przyjaźni, ale pozostawiali po sobie niezwykły romantyczny film "Once" (z magiczną ścieżką dźwiękową i oscarowym "Falling Slowly"), w którym zagrali główne role oraz dwa piękne albumy jako duet pod nazwą The Swell Season. Następnie podążyli swoimi solowymi ścieżkami, ale utrzymywali kontakt i okazjonalnie ich losy się zbiegały ze sobą. Dość nieoczekiwanie po 16 latach postanowili znów napisać wspólny album. "Forward" to zbiór piosenek, które mogłyby stanowić soundtrack pod sequel, reebot, czy też zupełnie nową historię filmową utrzymaną w duchu "Once". Otrzymujemy dojrzałe dzieło, w którym Glen i Markéta snują refleksje nad walką o przyjaźń i relacyjną wytrwałością, która stanowi motyw przewodni ośmiu piosenek. Poruszająca liryka zostaje podana w obstawie pasjonujących, rozbudowanych instrumentalnie folk-rockowych hymnów, ale nie brakuje tu też szczypty bardziej poruszających i refleksyjnych momentów, z których wyróżnia się rozczulająca ballada Irglovej "I Leave Everything To You". Zresztą każda kolejna kompozycja emocjonalnie porusza, rozdziera serce i otacza empatycznym ciepłem. Muzyczna chemia między tą dwójką wciąż po latach nie straciła emocjonalnego napięcia i wigoru.  

     

    26. SUNFLOWER BEAN – "MORTAL PRIMETIME"



    Nowojorskie trio Sunflower Bean z okresami mniejszej lub większej uwagi obserwują od roku 2016 i ich występu na Soundrive Festival. Wówczas Julia Cumming (wokal, bas), Nick Kivlen (wokal, gitara) i Olive Faber (perkusja) zachwycili mnie indie-rockowym stylem zahaczający o elementy psychodelii. Duże wrażenie wywarły na mnie wokalne możliwości i charyzma Julii oraz gitarowe popisy Nicka. Tlił się w tym projekcie potencjał na przyszłość. I konsekwentnie Sunflower Bean przez kolejne lata rozwijali swój styl, obierając kierunek bardziej alt-rockowy i szlifując swoje popowe umiejętności. Single promujące ich najnowszy album "Mortal Prime" od pierwszych odsłuchań przykuły moją uwagę, a po doskonałym występie przed Cage The Elephant w Berlinie tenże krążek znalazł się w czołówce wyczekiwanych premier. I generalnie nie zawiodłem się, choć od razu muszę przyznać, że cały materiał nie trzyma tak wysokoenergetycznego poziomu, jak promujące go single. Utwory "Champagne Taste" i "Nothing Romance", które otwierają to czwarte dzieło Sunflower Bean, wybrzmiewają iście bombastyczną rockową energią, ale w dalszej części Julia, Nick i Olive popadają w bardziej nastrojowe, melancholijne klimaty, które właściwie odpowiednio korelują z lirycznymi zagłębieniami się w złożoność złamanego serca – ten temat dominuje za sprawą osobistych przeżyć Julii. Słodkie melodie i intymne opowieści takich piosenek jak choćby "Look What You've Done To Me", "I Knew Love", "There's A Part I Can't Get Back", czy też zaskakującej na tle całości, oszczędnej, harmonijnej kompozycji "Please Rewind" demonstrują rozwijającą się i dojrzewającą paletę emocjonalną u członków zespołu. Dopiero finałowy utwór "Sunshine" to powrót do muskularnego gitarowego grania, choć w bardziej w takim marzycielskim, shoegaze'owym klimacie. Na uwagę koniec końców zasługują wokalne popisy Julii, które zarazem głaszczą serce i elektryzują – wspaniale się rozwija ta artystka! 
     
    Nawet jeśli Sunflower Bean balansowali w ostatnim czasie na krawędzi egzystencjalnej krawędzi, to albumem "Mortal Primetime" powrócili na własnych warunkach, z nową energią, twórczą świeżością, emocjonalną dojrzałością i większą pewnością siebie. Zasługują na większy rozgłos niż ten dotychczasowy

     
     

    25. BLONDSHELL – "IF YOU ASKED FOR A PICTURE"



    Debiutancki album Sabriny Teitelbaum a ka Blondshell sprzed trzech lat fascynował bezpośrednio uderzającym grunge'owym i alt-rockowym brzmieniem rodem z lat 90. oraz zadawał emocjonalne ciosy za sprawą autoterapeutycznej liryki. Na drugim albumie Sabrina dokonuje pewnej ewolucji swojego stylu, ale wciąż jej brzmienie pozostaje dla mnie ekscytujące. Lirycznie znów mamy do czynienia z głęboką i pełną niuansów introspekcją. Tematy krążą wokół motywów dorastania, relacji z rodziną, pierwszych miłosnych związków i refleksji nad okresem mijającej młodości. To spojrzenie (fundamentalnie gorzkie) w przeszłość ma też odzwierciedlenie w warstwie gitarowego brzmienia. Dalej Blodnshell zachwyca różnorodną paletą rocka z ostatniej dekady ubiegłego wieku, wciąż niektóre numery napędzają mroczne i brudne gitary, ale niektóre kompozycje tętnią bardziej melodyjnymi, romantycznymi, melancholijnymi teksturami dźwiękowymi. Ba, nawet pojawia się tu miejsce dla przepięknej akustycznej ballady "Two Times". Ten materiał jest po prostu bardziej przestrzenny od jej pierwszej płyty i ma liczne momenty ("T&A", "23's A Baby"!), które sprawiają, że za każdym kolejnym odsłuchem moje serce z zachwytu podskakuje , a dusza wpada w rockową euforię. Sabrina Teitelbaum w dzieleniu się swoimi emocjami jest niebywale przekonująca i dalej zasługuje na określenie obiecującej rockowej heroski. A może właściwie już się nią stała? 

     

    24. MUMFORD & SONS – "RUSHMERE"



    Moje relacje z brytyjską formacją Mumford And Sons bywały skomplikowane. Ich pierwsze albumy "Sigh No More" oraz "Babel" były jednymi z tych, które otwierały moje serce na muzykę folkową i do dziś darzę je głębokim uczuciem. Niestety późniejszy zwrot w stronę elektronicznego brzmienia i stadionowej nośności na "Wilder Mind" z 2015 roku totalnie mną nie porwał, a dodatkowo pierwsze w tym samym roku koncertowe spotkanie z Mumfordami na Open'erze również nie zaliczam do najlepszych wspomnień. Kolejny longplay "Delta" z 2018 też nie pobudził we mnie ekscytacji swoim bardziej wypolerowanym, nowoczesnym brzmieniem, choć w międzyczasie doceniłem ich inspirację afrykańskim folklorem na minialbumie "Johannesburg". W kolejnych latach panowie okazjonalnie koncertowali, ich skład pomniejszył się do tria po odejściu Winstona Marshalla, Marcus Mumford wydał solowy album, aż teraz w końcu po siedmiu latach powrócili z nowym dziełem "Rushmere". Już pierwszy tytułowy singiel zapowiadający ten materiał wywołał u mnie pozytywną reakcję: wróciło banjo, wróciła magia z pierwszych płyt! I na szczęście cały ten album został utrzymany w tym spójnym tonie folkowych, kojących i podnoszących na duchu piosenek, nawet jeśli gdzieś tam w liryce czyhają mroczne emocje, wątpliwości, lęki itp. Zresztą sam tytuł jest kluczowy, gdyż odnosi się on do londyńskiego stawu, przy którym przed laty członkowie zespołu wspólnie spędzali czas, snując marzenia o wspólnym zespole. Mamy więc to do czynienia z wielowymiarowym powrotem do korzeni. I ja na ten nostalgiczny haczyk absolutnie się złapałem. Przy tej kolekcji dziesięciu kompozycji traktujących dojrzale tematy miłości, straty, żałoby, nadziei i odkupienia win w końcu czuję to coś, czuję pasję w zespole, wreszcie rezonują we mnie emocje, przywołujące czas spędzany na odsłuchach ich pierwszych albumów. Narastający emocjonalnie wokal Marcusa wybrzmiewa przekonująco, energicznie pędzące banjo przywołuje uśmiech na twarzy, instrumentalne harmonie oraz melodyjne linie gitary i pianina unoszą duszę, nóżka momentami ochoczo przytupuje, a część refrenów po prostu porywa jak dawniej. Ozdobą tego albumu jest też gościnny wokal Madison Cunningham w złożonej lirycznie piosence "Blood on the Page". Na taki właśnie dojrzały i zanurzony w folk-rockowej nostalgii album od Mumfordów czekałem! 

     

    23. MOMMA – "WELCOME TO MY BLUE SKY"



    Ujawniona swego czasu rozpiska zeszłorocznej Primavery przyprawiła mnie o delikatny zawrót głowy i bolesne decyzje (clashu LCD Soundsystem i Confidence Man organizatorom długo nie wybaczę), ale przy analizie programu pojawiły się też pewne przebłyski muzycznych odkryć. I taką perełką okazał się dla mnie kwartet Momma z Nowego Jorku. Zespół założony przez licealne przyjaciółki Ettę Friedman i Allegrę Weingarten dostarcza w swojej twórczości doprawdy ekscytujące kompozycje o grunge-popowym posmaku. Potwierdzeniem tego stanu jest ich czwarty, zdaje się, że przełomowy album "Welcome to My Blue Sky", który naprawdę dostarcza solidną alt-rockową sztukę. Od ocierających się o słoneczną przebojowość kompozycji (kapitalne "I Want You (Fever)") po nawet żałobny shoegaze ("Last Kiss"). Generalnie marzycielskie i zarazem przybrudzone gitarowe przestrzenie, szybujące refreny oraz diarystyczna liryka o perturbacjach przyjacielskiej relacji współliderek – emocjonalnie rozbrajają. Znakomity album!
     
    Jeśli jesteście sympatykami  gitarowej alternatywy to zdecydowanie powinni zwrócić na ten zespół uwagę – ja absolutnie nie żałuję, że poświęciłem dla nich koncert Idles na Primaverze. 
     

     

    22.  TAMINO – "EVERY DAWN'S A MOUNTAIN" 



     
    Książę smutku i melancholii powrócił z nowym dziełem! Belgijsko-egipski piosenkarz już na zawsze w pierwszej kolejności będzie mi się kojarzył z dewastującym emocjonalnie koncertem podczas OFF-a w 2023 roku. Przypomnę tylko, że tuż przed występem w Katowicach zmarł jego bliski przyjaciel i mimo powątpiewania w sens wyjścia na scenę w tych okolicznościach, Tamino zagrał tak przejmująco i kunsztownie, że płakała z nim cała Dolina Trzech Stawów. Albumem "Every Dawns' A Mountain" Tamino może nie zabrał mnie w aż tak poruszającą emocjonalnie podróż, jak wówczas podczas OFFa, ale mimo wszystko od pierwszych subtelnych skubnięć w akustyczną gitarę i za sprawą jego charakterystycznego barytonowego wokalnego tonu wyciągnął do mnie dłoń i zabrał na krawędź osobistych przeżyć i emocji eksplorujących tematy straty, zmiany i odnowy. Jego trzeci album ujmuje minimalizmem, stylistyczną spójnością, wszechobecną subtelnością, intymnością i sugestywnością. Songwriterskie kompozycje Tamino wyróżniają się przede wszystkim orientalną, bliskowschodnią esencją, a sam artysta oszałamia swoimi falsetowymi popisami. Ta kolekcja piosenek rezonuje autentycznością i duchowością. Ozdobą tego materiału jest wspaniały duet z Mitski w centralnie umieszczonej piosence "Sanctuary". Tamino stworzył znakomite indie chamber folkowe dzieło przyprawiające o dreszcze i ciarki oraz pochłaniające nastrojową i mistyczną atmosferą. Tego oczekiwałem!
            


    21.  TURNSTILE – "NEVER ENOUGH"



    Poprzedni album Turnstile "Glow On" okazał się u mnie jednym z największych zaskoczeń 2021 roku i rzutem na taśmę wbił się w zestaw najlepszych płyt tamtego roku. Zespół z Baltimore porwał mnie wówczas swoim hardcore'owym stylem o sile rażenia godnej Rage Against the Machine i otwartością na eksperymentalne formy dźwiękowe. Turnstile wkroczyli tamtym krążkiem do świadomości zdecydowanie szerszego grona odbiorców, a ich koncerty w kolejnych latach przechodziły do legend. I zespół idzie teraz za ciosem, dokładając drugi sierpowy, choć ich nowy krążek "Never Enough" nie jest rewolucją. Po prostu to kolejny krok w próbie przesuwania gatunkowych granic. Hardcore-punkowe kompozycje, które nawołują same przez siebie do pogowania, mieszają się tu z kolejnymi aranżacyjnymi eksperymentami, momentami wyciszenia, elektronicznymi motywami oraz melodyjnymi formami śpiewu. Jest czas na gniew i ból, jest czas na złagodnienie i złapanie oddechu. Ostre gitarowe riffy potrafią przywalić solidnie w czaszkę i wywołać zawrót głowy, a hardcore'oowy groove zmusić ciało do tańca, ale zarazem w nieoczekiwanej chwili Turnstile potrafią zaskoczyć marzycielskim tonem, chwilą absolutnej refleksji i melancholii, a potem znów bez trudu w jednej sekundzie wskrzesić atomową energię! Ta przeplatanka nastrojów i gitarowej dynamiki sprawdza się dla mnie idealnie i działa na mnie wręcz hipnotyzująco. 

     

    20. SPRINTS – "ALL THAT IS OVER"


     
    Debiutancki album "Letter to Self" irlandzkiego zespołu Sprints dosłownie eksplodował mi w słuchawkach na początku zeszłego roku. Intensywna mieszanka postpunka, garażowego rocka i grunge’u, pełna gniewu, traum i brutalności połączona z wokalną furią Karli Chubb i jej szczerymi, przeszywającymi na wskroś tekstami zatopionymi w kontekstach współczesnych społecznych problemów zdemolowała mnie emocjonalnie. Doświadczyłem przy tym krążku tak silnego katharsis, że bez wahania okrzyknąłem go debiutem roku. W podjęciu tej decyzji utwierdził mnie dodatkowo ich brawurowy koncert podczas Inside Seaside. Sprints mimo intensywnych tras i dokonanej w międzyczasie roszady w składzie (gitarzysta-założyciel Colm O'Relly został zastąpiony przez Zaca Stephensona) pozostali na rozpędzonym kursie i postanowili na fali sukcesu zadać błyskawiczny drugi cios. Mimo tym razem postawionej przeze mnie przed odsłuchem gardy – znów nokautujący. Oczywiście ta siła rażenia już nie była tak zaskakująca i piorunująca, bo chwyty przeciwnika już nieco znane, ale koniec końców i tak trzeba było już po pierwszej rundzie odsłuchu rzucić na ring biały ręcznik. Sprints na "All That Is Over" ponownie łączą gniew, osobiste doświadczenia, toksyczność współczesnych realiów i refleksję nad tożsamością z dynamicznym, różnorodnym brzmieniem – od hałaśliwego postpunka po cienie shoegaze’owej subtelności i psych-rocka. Tak, irlandzka grupa nieco zniuansowała swoje brzmienie i momentami wsadza swoją niekiełznaną agresję w kaganiec, sprawiając, że ten krążek potrafi zaskoczyć pozorną delikatnością, której nie doświadczaliśmy na debiucie. Weźmy na przykład narastające napięcie i emocje w otwierających ten album utworach "Abandon" (z mocnym wersem: Abandon all hope / Hang the rope) i "To The Bone". A zarazem Sprints w dalszej części w kilku momentach zrywają wściekle smycz i atakują z większą napastliwością i siłą niż poprzednio. Choćby takie comba piosenek "Descarters" i "Need" oraz "Something's Gonna Happen" i "Pieces" wzniecają piekielne płomienie gitarowego, obłąkanego szaleństwa. Gniew w tym materiale kipi, jest namacalny i zarazem oczyszczający. Ten uderzający katartyczny moment wybucha w kulminacyjnej, spinającej wszystkie wcześniej wznoszone emocje, ponad sześciominutowej kompozycji "Desire", gdy Karla z narastającą wściekłością w finale wykrzykuje kilkukrotnie znamienny wers Oh, it's the good, the bad, the best you ever had. Furia Sprints wybrzmiewa na "All That Is Over" niczym remedium na świat pogrążony w apokaliptycznym szaleństwie. Irlandzka grupa wciąż zmierza sprintem w stronę gitarowej ligi mistrzów. 
     

     

    19. NEWDAD – "ALTAR"



    Po przeprowadzce do Londynu drugi album irlandzkiego tria NewDad jest pogrążony w tęsknocie za rodzinnym domem w Galway podkreślonej obolałym, żałobnym wokalem Julie Dawson, z mglistymi pejzażami, które zalewane są przez instrumentalne powodzie agresji, złości, frustracji. Shoegaze'owa subtelność i melancholia zderza się tu z lawiną przesterowanych alt-rockowych inspiracji z lat 80. i 90., trzymając nas przez ten cały zacny materiał w napięciu. Warto choćby wyróżnić utwory "Roobosh" i "Misery" – gwałtownie oddychające płuca tego albumu. Nie jest to jednak całkowicie album zatopiony w rozpaczy i melancholii – przebijają się tu przebłyski nadziei, poszukiwania pewnej równowagi w poświęceniu się dla kariery, a w finale nieśmiało wybrzmiewa pogodzenie się z aktualną sytuacją.    
     
    NewDad w zaledwie niecały rok po premierze swojego debiutu "Madra" wskakują na wyższy level rzeźbienia gitarowej ekscytacji. Dojrzalsze teksty, odważniejsze kompozycje i szersze spektrum emocji. Pozostaje tylko jeszcze z większą uwagą śledzić dalsze ich poczynania, gdyż wyrastają na jeden z najciekawszych irlandzkich zespołów młodego pokolenia. 

     

    18. LITTLE SIMZ – "LOTUS"



    Little Simz w ciągu kilku ostatnich lat stała się moją ulubioną współczesną raperką. A przebić się z tego gatunku do grona artystów, których szczerze doceniam to nie lada sztuka. No ale Simz uprawia tę szlachetną odmianę rapu: jazzującą, wypełnioną żywym instrumentarium, inteligentnymi tekstami, perfekcyjną nawijką. I to się nie zmienia na jej kolejnym albumie "Lotus". Ba, wręcz moja sympatia do niej po tym dziele wzrasta, gdyż w ten materiał wkradło się jeszcze więcej dynamiki, ciepłego brzmienia i takiego magnetycznego raperskiego flow. I do tego plejada fenomenalnych gości, m.in.: Michael Kiwanuka, Obongjayar, Sampha, Moonchilld Sanelly, Moses Sumney, którzy dodają sporo wartościowego, soulowego, R'n'B kolorytu. To album napędzany szczerą i olśniewającą pasją, nadzieją i wiarą we własne umiejętności. Zresztą w finalnej kompozycji "Blue" Simbi znamiennie śpiewa God said I’m the best for the job, I agree. Zgadzam się również ja.   


     

    17. BENJAMIN BOOKER – "LOWER" 



    Benjamin Booker po wydaniu dwóch świetnie przyjętych albumów, imiennego debiutu z ładunkiem surowego garażowego rocka (2014) oraz wypełnionego zmysłowym blues-rockiem "Witness" (2017) – ten drugi swoją drogą promował na Open'erze świetnym koncertem, ciepło wspominanym przeze mnie do dziś – zniknął nam z muzycznego eteru na aż siedem lat. Artysta z Nowego Orleanu długo poszukiwał pomysłu na odświeżenie brzmienia, aż w końcu połączył siły z Kennym Segalem – muzycznym producentem i docenianym twórcą undergroundowego hip-hopu. Ta współpraca zaowocowała doskonałym albumem "LOWER! Kolekcja jedenastu kompozycji absolutnie zachwyca i wciąga niezwykle oniryczną instrumentacją z echami garażowego rocka, subtelnej elektroniki, dream-popowych ballad, lo-fi hip-hopu, trip-hopu. Nieszablonowo! Podążając zaś za charakterystycznym, chrapliwym i emocjonalnym wokalem Benjamina eksplorujemy życiowe doświadczenia artysty i pochylamy się nad społecznymi tematami filtrowanymi przez biel, czerń i odcienie szarości. Ta narkotyczna esencja tego albumu totalnie pochłania niczym grząskie bagno. Kolejne nieprzewidywalne struktury, gęste zniekształcenia, trzaskające gitary, niepokojące sample nawiedzają podczas odsłuchu niczym koszmarne klisze podczas błogiej sennej projekcji i tworzą hipnotyczną, mroczną atmosferę. Dopiero ostatni balladowy utwór "Hope For The Night Time" przynosi pełne ukojenie i jest cudownym odpływem w krainę przyjemnych snów. Po wybrzmieniu ostatniej nuty czułem głęboką satysfakcję z obcowania z tym mistrzowsko dopracowanym i przemyślanym dziełem.  


     

    16. BON IVER – "SABLE, FABLE"  



    Bon Iver postanowił do zeszłorocznej skromnej EP-ki "SABLE" dopisać dłuższe post scriptum, które emanuje zdecydowanie bardziej pozytywnymi emocjami oraz promienistymi dźwiękami i połączyć to w longplay. Rozpływałem się nad "SABLE" i ponownie wycofanym w surowość i mrok Justinem w zeszłym roku. Boleśnie obnażył on przed nami swoją duszę, poprowadził w mroczne zakamarki serca, gdzie był więziony przez ciężar poczucia własnych win, ale koniec końców zdawał się godzić z błędami z przeszłości i inicjował proces gojenia się życiowych ran. I te echa odzyskania wiary w życie i codziennej radości słychać w tej drugiej części płyty – "fABLE". I to dobitnie, bo tak piosenkowego i skłonnego do prezentowania popowej wrażliwości Bon Ivera jeszcze nie słyszeliśmy. Oczywiście wciąż sporo tu aranżacyjnego kombinatorstwa, wtrącania indie-folku i wpływów R&B oraz neo-soulu, subtelnych elektronicznych przeszkadzajek, emocjonalnej liryki, ale całość wybrzmiewa niezwykle harmonijnie, lekko, łagodząco – podnosi na duchu. Justin Vernon wchodzi pewnym krokiem w krąg światła i – choć bardziej zniewala mnie jego smutniejsze, zranione i pełne żalu oblicze – nie sposób mu w tym transcendentnym procesie nie kibicować. Tym bardziej że te wielowarstwowe pejzaże dźwiękowe, malowane przy wsparciu  koproducenta Jima E-Stacka i z gościnnymi udziałami Dijon i  Flock of Dimes w euforycznym "Day One" oraz Danielle Haim w kapitalnym "If Only I Could Wait", są po prostu niezwykle atrakcyjne, miodne, popowo niebanalne i otulają kominkowym ciepełkiem. Wyróżniają się zwłaszcza singlowe kompozycje "Everything Is A Paceful Love" oraz "There's A Rhythmn". Zwłaszcza ta ostatnia jest perełką – uosobieniem mięciutkiej poduszki, skłaniającej umysł do rozmarzonego snu. Bon Iver tym emocjonalnie dwoistym albumem udowadnia, że wciąż jest jednym z najlepszych współczesnych tekściarzy, producenckim wizjonerem i stymulatorem tych najpiękniejszych duchowych przeżyć!

      

    15. OLIVIA DEAN – "THE ART OF LOVING" 


    Kariera Olivii Dean w ostatnich miesiącach nabrała niebywałego rozpędu. Już trzy lata temu zwracałem uwagę na jej czarujący debiutancki album "Messy" i bardzo cieszę się, że od tamtego czasu blask jej twórczego talentu wreszcie należycie rozbłysnął na muzycznym gwiazdozbiorze. Ten moment swojego największego artystycznego rozkwitu pieczętuje zjawiskowym drugim albumem "The Art of Loving". Olivia Dean z emocjonalną pasją, unikając banału, za pomocą czułych, soul-popowych, lo-fi, jazzowych dźwięków oraz otulającego wokalu maluje obrazy różnorodnych odcieni miłości: od nadziei, przez euforię zauroczenia, romantyczne spełnienie, po melancholię codziennego związku i gorzkie lekcje rozstań. Błyskotliwie, autentycznie, wrażliwie i bardzo intymnie. Olivia Dean niewątpliwie dojrzała artystycznie, a ciepłe pejzaże jej kolejnych kompozycji sprawiają, że za każdym razem czuję się przez ten album dosłownie przytulony!       


    14. OF MONSTERS AND MEN – "ALL IS LOVE AND PAIN IN THE MOUSE PARADE"



    W 2021 roku bliska memu sercu islandzka indie-folkowa Of Monsters And Men miała w planach świętowanie dziesięciolecia ich błyskotliwego i baśniowego debiutu "My Head Is An Animal" za sprawą rejestrowanej trasy koncertowej przez kanadyjskiego reżysera Dean DeBlois (znany z choćby uchwycenia innych Islandczyków ze Sigur Rós w filme "Heima"). Plany (w tym nieodżałowany koncert w warszawskiej Stodole) pokrzyżowała pandemia. Niemniej członkowie zespołu tak łatwo się nie poddali i ruszyli w osobistą wyprawę po Islandii do korzeni i miejsc, które budziły nostalgiczne wspomnienia i ukształtowały ich brzmienie, prezentując przy tym nieopublikowane utwory. Efektem był kameralny i uroczy krótkometrażowy film "Tíu", który można odnaleźć na YouTube. W międzyczasie zachodziły różne zmiany w życiu członków zespołu, niektórzy zaangażowali się w życie rodzinne, a jeszcze inni postanowili poszukiwać solowych artystycznych wyzwań. Sama wokalistka i autorka tekstów, Nanna Bryndís Hilmarsdóttir, zdecydowała się pielęgnować swój głos i wrażliwość za sprawą wydanego w 2023 roku bardzo pięknego solowego albumu "How to Start a Garden". Wkrótce potem zespół postanowił rozwiązać umowę z dotychczasową wytwórnią i bez żadnej presji po dłuższej przerwie spotkał się w domowym studiu Skarkali. Właściwie nie tyle co wrócili do komponowania, a wręcz poszukiwali odpowiedzi, czy w ogóle chcą kontynuować historię Of Monsters And Men. Na szczęście spokojne tempo pracy i miła atmosfera w studiu sprzyjała odrodzeniu ich wspólnej chemii i odnalezieniu odpowiedniego brzmienia. Poświęcam dużo uwagi tej historii, ale ona niewątpliwie jest kluczowa dla procesu powstawania i przede wszystkim ostatecznego wydźwięku albumu "All Is Love & Pain in the Mouse Parade". A ten doprawdy wybrzmiewa niezwykle ujmująco! To dla mnie bez wątpienia ich najlepsze dzieło od czasu debiutu! Nie tak bajeczne, ale najważniejsze, że czuć tu przenikające przez wszystkie kompozycje szczere emocje i wspólnotowe, organiczne brzmienie. Nie uciekają od swoich charakterystycznych cech: marszowa perkusja, subtelne syntezatory, fortepian, smyczki, dęciaki, akustyczne instrumentarium i te przenikające się błogie wokale Nanny i Ragnara Porhallssona. Folkowe korzenie przeplatają się tu z elementami indie-popu i delikatną elektroniką, a refreny i harmonie ocierają się o rozmach, ale zarazem atmosfera całego materiału jest na tyle stonowana, by dać przestrzeń introspektywnym i czułym opowieściom, które skłaniają się ku przyjętej koncepcji, że nie da się oddzielić miłości i bólu. Ten krążek emanuje dojrzałymi, poruszającymi i spójnymi emocjami. Jest niebywale ludzki oraz intymny. Za każdym razem w kilku momentach otula i ściska mnie za serducho, ale przede wszystkim muszę wyróżnić ponad ośmiominutową kompozycję "Fruit Bat"! Ileż w niej tej islandzkiej muzycznej magii rodem z twórczości Sigur Rós. Druga połowa tej piosenki utrzymuje się w niezwykłym, pełnym napięcia instrumentalnym crescendo. No cudo! Jedna z najpiękniejszych kompozycji tego roku!

    Zespół Of Monsters and Men nie stara się już podążać za kimś czy czymś zewnętrznym – zdają się tworzyć "paradą" refleksyjnych, szczerych, magicznych muzycznych emocji ku własnej, odnalezionej na nowo satysfakcji i radości ze wspólnego bycia ze sobą. A to wystarczyło, by powrócił u mnie ten sam zachwyt, którym obdarzyłem ich przy debiutanckim albumie. Na własnych warunkach otworzyli piękny nowy rozdział swojej kariery.
     

     

    13. SAMIA – "BLOODLESS"



    Samia Finnerty na przestrzeni ostatnich lat i za sprawą dwóch ciepło przyjętych (również przeze mnie) albumów "The Baby" i "Honey" urosła do rangi jednej z najzdolniejszych i najbardziej wyrazistych artystek z szeroko pojętego nurtu konfesyjnego sad girl popu. Wciąż jednak jeszcze jej kariera nie zdołała przebić się do szerszego nurtu i nie jestem pewny, czy jej trzeci krążek "Bloodless" zmieni ten stan rzeczy (choć paradoskalnie w ostatnich miesiącach viralem stało sie jej wykonanie piosenki "Pool" w ramach Tiny Desk z listopada 2023 roku, więc jest nadzieja, że jej kariera poszybuje), ale nie mam wątpliwości, że to kolejny pewnie i celnie postawiony krok w dążeniu do osiągnięcia tego celu oraz jej najlepsze dzieło w dorobku. Dlaczego właściwie Samia jeszcze nie osiągnęła należnego jej rozgłosu? Być może dlatego, że jej twórczość wymaga pewnego głębszego i wymagającego wgryzienia się w jej teksty i emocje. A nawet jeśli ktoś zdecyduje się na ten wysiłek, to i tak ta amerykańska artystka nieustannie pozostawia ze sporą dawką metafor, otwartych pytań i niedopowiedzeń. Wyróżnijmy choćby świetny singiel "Bovine Excinsion", który odnosi się, jak tłumaczy sama artystka, "do fenomenu bezkrwawego okaleczania bydła jako metafory samoekstrakcji". Motyw krwi zresztą przewija się przez ten krążek – choćby już w samym tytule. Generalnie jednak cały materiał to opowieść o dojrzewaniu, konfrontowaniu się samej ze sobą, o poszukiwaniu własnej tożsamości, dążeniu do odnalezienia stref komfortu, bólu bycia postrzeganą i lęku przed niezrozumieniem. Z pozoru panuje tu czysty chaos i to także pod względem brzmienia, ale mimo wszystko Samii udaje się te wszystkie abstrakcyjne opowieści oraz bogate tekstury dźwiękowe, łączące nietuzinkowo elementy popu, indie i folku (od minimalizmu po nieco bardziej rockowe zapędy), podać w sposób nadzwyczaj spójny, harmonijny i przyciągający uwagę.  No i przy tym wszystkim jej wokalizy są wprost oszałamiające i podbijają emocjonalną warstwę tego dzieła. Nie sposób przejść obojętnie obok "Bloodless" – ta płyta wciąga wielowarstwowym instrumentarium i nie podsuwa łatwych odpowiedzi – konfrontuje słuchacza z bałaganem emocji i ludzką kruchością. Samia wznosi swój poziom niebanalnej lirycznej i muzycznej diarystyki na kolejny poziom zachwycającej jakości
     

      

    12. FLORENCE AND THE MACHINE – "EVERYBODY SCREAM"



    By w pełni docenić (za)wartość szóstego albumu Florence and the Machine trzeba cofnąć się do połowy sierpnia 2023 roku, gdy Florence Welch zagrała porywający koncert podczas festiwalu Boardmasters w anturażu wichury i burzy oraz walcząc ze swoim złym samopoczuciem, bólem i obfitym krwawieniem. Na szczęście nie zbagatelizowała sprawy, uległa namowom lekarza, a badania wykazały poronienie i zagrażającą życiu ciążę pozamaciczną. Potrzebna była nagła operacja. Mimo tej dramaturgicznej sytuacji pod koniec sierpnia Flo wróciła na trasę, radując nieświadomą publiczność na festiwalach MEO Kalorama i Cala Mijas i wieńcząc trasę promującą album "Dance Fever". Czytając kulisy tej historii w głośnym wywiadzie Rebeki Nicholson w The Guardian i znamienne padające tam stwierdzenie Flo: najbliżej stworzenia życia byłam wtedy, gdy byłam najbliżej śmierci – mroziło krew w żyłach. Takie doświadczenia pozostawiają trwały ślad w człowieku i te echa wydarzeń oraz procesy przetrawiania straty, bycia na granicy śmieci i życia, traumy, duchowego odrodzenia wpłynęły i ukształtowały koncept znakomitego albumu "Everybody Scream". Nad twórczością Florence zawsze unosiła się mgiełka mistycyzmu i magii, ale tym razem brytyjska artystka w poszukiwaniu wyjścia z życiowego mroku zanurzyła się całą sobą w mitologii czarów, guseł, pradawnych rytuałów, baśni ludowych, świecie wiedźm i ożywionej natury. Otrzymujemy w zamian oparte na transcendentalnych poszukiwaniach i uniesieniach, poruszające opowieści ubrane w niezwykle teatralne, art-popowe aranżacje, w które swój nieoceniony wkład mieli m.in.: Aaron Dessner, Mitski, Mark Bowen z Idles i Danny L Harle. Przy takim zacnym wsparciu ten album Florence urasta do rozmiarów epickości, która to czasami przybiera dosłowną formę (przepełniony szaleństwem i furią tytułowy singiel, burzliwie narastający "Kraken", niepokojący i powalający crescendem "You Can Have It All"), czasami jest skryta w subtelnościach ("Perfume and Milk", "Buckle", "And Love"), a czasami zawoalowana czystą magią i czarostwem ("Sympathy Magic", "The Old Religion", "Witch Dance"). Wielowarstwowe, bogate fale dźwięków są od początku do końca trzymają w dramatycznym napięciu, a wyostrzone poetyckie metafory wyśpiewywane przez oszałamiający, niemal operowy wokal Florence wdzierają się do wnętrza i zostawiają rany na sercu. Welch nie zagłębia się jednak tylko w intymne przeżycia i w refleksję nad śmiertelnością, ale też żarliwie opowiada o aspektach kobiecości, zjadliwie potępia seksizm w branży muzycznej (wspaniałe "One of the Greatest", gdzie w chórkach udziela się też Ethel Cain!) i pochyla się nad komplikacjami i toksycznością miłosnych relacji ("Music by Men"). Pod względem warstwy lirycznej to zdecydowanie najbardziej przejmujący album w dorobku Florence and the Machine. Generalnie "Everybody Scream" jest kolejnym przykładem, że cierpienie, ból, traumę i złość można przekuć w triumfalne, katartyczne, inspirujące emocje skąpane w czystej muzycznej magii.


     

    11. THE WOMBATS – "OH! THE OCEAN"


    Twórczość brytyjskiego indie-rockowego zespołu The Wombats darzyłem przez lata sympatią, ale za sprawą singli zapowiadających ich szósty album "Oh! The Ocean" to uczucie przerodziło się w intensywniejszą relację (zaiskrzyło na tyle, iż w wybrałem się w podróż do Pragi na ich nomen omen rewelacyjnym koncert). No i trio z Liverpoolu dowiozło materiał wypełniony indie-rockowymi blaskami pośród złożonej, słodko-gorzkiej liryki. Odejście od syntetycznych tekstur obecnych na ich poprzednim krążku "Fix Yourself, Not the World" na rzecz powrotu do bardziej organicznego gitarowego grania wypada na zdecydowaną korzyść. Szczególnie kapitalny "Blood On The Hospital Floor" przywołuje złotą dekadę indie. Pod wpływem hymnicznego refrenu, żywej energii, galopującego riffu można wręcz oszaleć na punkcie tego kawałka. Szkoda właściwie, że nie ma tu więcej podobnych kompozycji emanujących aż taką bezpośrednią przebojowością (wyróżnia się jeszcze zaraźliwy refren "Gut-Punch" i figlarna melodia humorystycznego "Can't Say No"), ale z drugiej strony doceniam pozostałe indie zakamarki, które panowie eksplorują. Bo i nie brakuje tu choćby zadziwiająco skutecznego nieśmiałego filtru transowej elektroniki z przebijającymi się akordami pianina w "Kate Moss", pobrzmiewających ech disco funku w "I Love America And She Hates Me" (ironiczny refren jest lirycznym majstersztykiem), cięższego riffu w "The World's Not Out To Get Me, Am I", czy też kapki mrocznej i złowieszczej atmosfery panującej w "Swerve (101)" (napięcie jest tu doskonale budowane do wybuchu kulminacyjnego wzniesienia w refrenie). Uwagę zwraca również refleksyjny charakter singla "My Head Is Not My Friend", w którym wrażliwie podjęty jest temat depresji, lęku, zdrowia psychicznego oraz pragnienia odnalezienia wewnętrznego spokoju. I generalnie właśnie wokół tych emocji łączonych ze społecznymi obserwacjami obraca się warstwa liryczna tego albumu, ale za sprawą grooviastej sekcji rytmicznej Torda Overlanda-Knudsena i Dana Haggisa, przyjemnych linii wokalnych Matthew Murphy'ego (ten ujmujący falset w "Sorry I'm Late, I Didn't Want To Come"!) i jego gitarowych popisów oraz dzięki ich wspólnej smykałki do tworzenia chwytliwych indie melodii album "Oh! The Ocean" niesie dawkę pozytywnych emocji, a nawet może działać terapeutycznie. W ostatnim utworze "Lobster" zresztą pada znamienny wers I think I'm feeling better now, a sama w sobie metafora tytułowego homara zmierzającego w stronę plaży niesie przesłanie, że wytrwałość w przezwyciężaniu bolesnych doświadczeń zawsze wynagradzana jest ponownym nadejściem uśmiechu i odczuwania radości. The Wombats udowadniają tym bardzo solidnym albumem, że nadal są jednym z czołowych brytyjskich indie rockowych zespołów. 

     

    10. WET LEG – "MOISTURIZER"


     
    Indie rockowy zespół Wet Leg z drugim albumem "moisturizer" przejął moje głośniki z nie mniejszym impetem niż to miało w miejsce przy ich sensacyjnym debiutanckim imiennym albumie. Tym longplayem brytyjska formacja udowadnia, że nie była przelotną indie gitarową sensacją, a wręcz przeciwnie! Cztery lata temu liderujący tej formacji duet przyjaciółek Rhiany Teasdale i Hester Chamber zawrócił w mej głowie dawką bezczelnie przebojowych kompozycji połączonych ze szczyptą kobiecego uroku, kokieteryjnego wokalu, dobrego humoru i pasjonującej energii na pograniczu indie rocka, indie disco i postpunka. Formacja obecnie wyewoluowała w oficjalny pięcioosobowy zespół, w którym na pozycję liderki wysunęła się Rhiana, a nieco w cień przesunęła się Hester, ale fundamenty ich stylu nie zostały naruszone, a wręcz rozbudowane. Nowy krążek nosi wszystkie znamiona nadzwyczajnie udanej kontynuacji: instrumentalna natarczywość została odpowiednio podkręcona, dostarczany jest bogatszy ładunek charakterystycznej ironii i kąśliwego humoru, ekscentryczne indie-pop-rockowe melodie wpadają w ucho, a zaraźliwa energia przejmuje władzę nad ciałem. Niemniej jest tu kilka fragmentów (szczególnie końcówka albumu) zaskakujących dojrzałym przesunięciem się w stronę romantyzmu i łagodniejszych kompozycji. Prawda – mniej chwytliwych, ale wnoszących do ich twórczości dawkę odświeżającej przestrzeni i doskonale korelujących z lirycznymi zagłębianiami się w tematy seksualności i szeroko pojętej miłości. Wciąż jednak szala przechyla się w stronę brawurowych kompozycji, które ciągną ostro za uszy. Rewelacyjny album!  

     

    9. WEDNESDAY – "BLEEDS"



    Amerykańska formacja Wednesday trzy lata temu bardzo miło zaskoczyła świetnym albumem "Rat Saw God". Jazgotliwą, brudną, alt-blues-indie-rockową dawką pęczniejącej kumulacji gitarowej energii zderzonej z posmakiem amerykańskiego country i shoegaze'owych uniesień, znajdującej swoje ujścia w wokalnych cierpieniach charyzmatycznej liderki Karly Hartzman zachwycili krytyków i przebili się do szerszej świadomości sympatyków alternatywnego rocka. Co prawda ich koncert w 2024 roku na Way Out West nieco nie sprostał mym oczekiwaniom, ale nie skreśliłem tej formacji ze swojego radaru. Ba, grający w tym bandzie gitarzysta i wokalista MJ Lenderman zachwycił mnie kilka miesięcy później swoim piątym solowym dziełem "Manning Fireworks" i ciepło wspominam jego występ na OFFie. Ze względu na rozwój kariery solowej zrezygnował ze wspieranie Wednesday podczas tras koncertowych, ale wciąż pozostaje czynnym członkiem i miał oczywisty wkład w ich najnowszy album "Bleeds", który to znów pod względem studyjnej jakości zdołał mnie powalić na kolana. Amerykanie ponownie wciągają w swój charakterystyczny wir niekontrolowanego gitarowego chaosu, brutalności, drapieżności i surowych, przesiąkniętych mrokiem lirycznych refleksji. Przy tym wznoszą artystyczną finezję na wyższy poziom jakości i poszerzają paletę gitarowych barw. Kolekcja dwunastu kompozycji to mozaika wpływów brzmień spod znaku alt-country, shoegaze'u, grunge'u, indie rocka, indie folku, kwaśnej psychodelii, a nawet hałaśliwego punku (demolujący kawałek "Wasp"!). Wednesday błyszczą zarówno w nieco spokojniejszych, subtelniejszych, nasączonych melancholią fragmentach, jak i w kreowaniu chrupiących gitarowych przesterów i przydymionych riffów. Dramaturgiczne tempo tego materiału trzyma na emocjonalnej krawędzi, a Karla znów ujawniła swój talent do opowiadania sugestywnych historii z domieszką czarnego humoru. "Bleeds" to monumentalny w swej formie triumf muzycznego stylu Wednesday.

     

    8. LUCY DACUS – "FOREVER IS A FEELING"



    Sporo się zmieniło w życiu Lucy Dacus od czasu premiery jej ostatniej solowej płyty "Home Video" w 2021 roku. Mam na myśli oczywiście przede wszystkim triumfalny powrót projektu Boygenius z debiutanckim albumem "The Record" sprzed trzech lat, który wyniósł członkinie tego składu na nowy poziom rozpoznawalności i popularności. Supergrupa współtworzona przez Lucy Dacus, Phoebe Bridgers i Julien Baker nie tylko odniosła niemalże komercyjny sukces, ale pozostawiła w eterze także przecudowne kompozycje, które stały się ponadczasową odą do szczerej, nieskazitelnej, wiecznej przyjaźni. Niespodziewanie to uczucie między Lucy a Julien przerodziło się w silniejsze emocje. Kilka dni przed premierą nowego solowego albumu Dacus przyznała otwarcie w wywiadzie, że obecnie jest w romantycznym związku z Baker! Co za piękna historia! I tym samym zbiór dwunastu kompozycji (plus orkiestrowe preludium) na "Forever Is A Feeling" nabrał zupełnie nowego kontekstu i właściwie nie sposób przekazywanych emocji przez Dacus nie odczytywać jako listów miłosnych wysyłanych w stronę swej ukochanej. Oczywiście 29-latka z Wirginii zagłębia się w różnorodne stany miłości: od jej banalności, gorączkowego zauroczenia, przygnębiającego zwątpienia, przez nachodzące kryzysy, po powagę wizji wspólnej przyszłości, sprawiając, że zręczna liryka ma wymiar bardzo uniwersalny. Uczciwie trzeba przyznać, że Lucy nie wznosi się tu na szczyt swoich narracyjnych umiejętności, ale zarazem te piosenki napędzane i zanurzone w głębokim uczuciu miłości są po prostu koniecznym i bardzo bezpośrednim wpisem do jej życiowego pamiętnika. Liryka liryką, ale ten album najzwyczajniej też wypełnia zmysł słuchu błogą i wysublimowaną przyjemnością! Podstawą brzmienia Lucy pozostaje szeroko pojęty alt-folk i Americana, ale to muzyczne płótno wypełnione jest niezwykle barwnymi szczegółami. Kompozycje są przeważająco utrzymane w powolnym, rozmarzonym, chamber-popowym tempie ("Big Deal" świeci tu przykładem), często wyłaniają się tu piękne partie smyczków ("Ankles", "Modigliani"), wyróżnia się utrzymane w jazzowym i teatralnym klawiszowym stylu "Limerence", nie brakuje subtelnej akustycznej ballady (rozczulające "For Keeps"), milutko kołysze harfa w "Come Out", popowym sznytem za uszy pociąga "Best Guess", pojawiają się powściągliwe zakusy rockowego wzburzenia (chrupiące tekstury gitar w "Talk", wirujące country w "Most Wanted Man", miażdżące gitarowo-perkusyjne crescendo w finale "Lost Time"), przecudownie wybrzmiewa duet Dacus z Hozierem w "Bullseye", a i czujne ucho wychwyci rozproszone wokale Phoebe Bridgers i Julien Baker. Tekstury muzyczne na tym albumie nie są może porywające, ale po prostu mile łechtają serduszko. Lucy Dacus w introspektywnych opowieściach ulokowanych na tle eleganckich aranżacji uchwyciła obraz stanu rozkwitającej miłości i poczęła po prostu pięknej urody album!

     

    7. THE LAST DINNER PARTY – "FROM THE PYRE"


    Dziewczyny z The Last Dinner Party zgotowały nam przepyszną ucztę na swoim debiutanckim albumie "Prelude to Ecstasy". Tenże wyczekiwany materiał okazał się olśniewającym zestawem melodyjnych piosenek o barokowym rozmachu – pełen teatralnej ekspresji, bogatej orkiestracji, błyskotliwych gitarowych solówek i emocjonalnego wokalu Abigail Morris, w którym zderzały się wpływy indie, pop-rocka, klasycznego popu, glam-rocka, tworząc spójną, porywającą całość o tematyce miłości, seksualności i tożsamości. Ekscytujący krążek okazał się dowodem niezwykłego potencjału młodej żeńskiej formacji. Abigail Morris (wokal), Aurora Nishevci (klawisze), Emily Roberts (gitara prowadząca, flet), Georgia Davies (bas) i Lizzie Mayland (gitara) promowały ten materiał podczas bardzo intensywnej trasy, ale – prócz odwołania kilku koncertów pod koniec roku – nie zamierzały się zatrzymywać i właściwie z rozpędu wpadły do studia, gdzie euforię związaną ze sukcesem debiutu oraz z entuzjastycznie odbieranymi koncertami (kto był bliżej sceny na Inside Seaside, ten wie) przekuły na album numer dwa! No i to wręcz niesamowite, jak w tak krótkim czasie zdołały dziewczyny muzycznie dojrzeć! To materiał zdecydowanie bardziej skąpany w mroku (klimat rodem z arthouse'owych horrorów) od swojego poprzednika, ale zarazem do przesytu przepełniony niesamowicie zgrabną nonszalancją, intensywnością, ekstrawagancją, absurdem, wybuchowym koncertowym potencjałem i dźwiękowym przepychem! Szczególnie pierwsza tego albumu wręcz w pozytywnym sensie przytłacza chwytliwością. Począwszy od ponad pięciominutowego, ekscentrycznie melodramatycznego "Agnus Dei" (Oh here comes the apocalypse / And I can’t get enough of it) o queenowskiej pompatyczności (te zharmonizowane wokale, orkiestrowe riffy gitarowe, iskrząca się solówka Roberts i zdynamizowana do szaleństwa końcówka) przez mięsisty riff pobrzmiewający echem twórczości Arctic Monkeys w dramaturgicznym (ten kulminacyjne wzniesiony wokal Abigail!) "Count The Ways", ból zdrady i "bycia na drugim planie" przetransformowany w rockowy huragan w "Second Best", westernowsko galopujące i porywające taneczną energią "This is the Killer Speaking" aż po narastające katartyczne napięcie, zręcznie wpleciony francuskojęzyczny liryczny wypad i gwożdżący do ziemi potężny riff gitarowy w "Riffle". Druga część tej płyty może uderza mniej bezpośrednio, ale również jest utkana z piosenkowych klejnotów. Wzniosłe, niepokojące harmonie wokalne dziewczyn w midsommarowym "Woman is a Tree" przyprawiają o gęsią skórkę. Stonowane i głęboko emocjonalne "I Hold You Anger" śpiewane przez Aurorę przynosi chwilę melancholijnej refleksji i stanowi moment wytchnienia od spektakularnych i teatralnych aranżacji. Fortepianowa ballada "Sail Away" z niebiańskim wokalem Abigail kontynuuje ten bardziej wyważony ton i wiedzie do kolejnego wzniosłego harmonicznego popisu dziewcząt. Elegijnie nastrojowe "The Scythe" porusza lirycznymi rozważaniami o żałobie, śmiertelności (Please let me die on the street where you live), czym wpisuje się w mitologiczną narrację wokół tytułowego stosu pogrzebowego, jako miejsca zniszczenia i odrodzenia. Zaś w finałowym art-rockowym "Inferno" otaczają z każdej strony płomienie metafor i alegorii o nieustannym cyklu wzlotów i upadków. 
     
    The Last Dinner Party na albumie "From The Pyre" znów wyprawiły ucztę pełną zawrotnych uniesień. Zespół potwierdził swoje ambicje i dostarczył dojrzalszy krążek bogaty w niebanalne pomysły, instrumentalną kreatywność, literackie popisy, chwytliwe melodie, melodramatyczne emocje i niesamowite wokalne szarże (szczególnie olśniewa oczywiście Abigail). Dziewczyny zdają się być przepełnione bujną wyobraźnią i wiarą w siebie i jestem gotów w przyszłości ślepo podążać za nimi, nawet jeśli ma mnie to zaprowadzić na piekielny stos.
     

     

    6. SAM FENDER – "PEOPLE WATCHING"


     
    W 2019 roku Sam Fender bardzo nośnym debiutanckim albumem "Hypersonic Missiles", na którym w bardzo dobrym stylu łączył gitarową melodyjność (jeszcze o posmaku brytyjskiego indie, ale już zdradzającym szersze wpływy inspiracyjne) z bezkompromisowym komentowaniem rzeczywistości i problemów klasy robotniczej (z której to sam się wywodził), przebojem wdarł się do ligi najbardziej obiecujących rockowych artystów. Swoje ambicje i potencjał Brytyjczyk potwierdził na drugim równie udanym krążku "Seventeen Going Under", który wyniósł już go do gitarowej ekstraklasy, a coraz częstsze porównania do Bruce'a Springsteena nie wydawały się wcale stawiane na wyrost. Albumem "People Watching" Sam Fender gruntuje swoją pozycję i jeśli jeszcze ktoś do tej pory nie był przekonany, czy ten gość będzie przez kolejne lata zapełniał stadiony i headlinerem największych festiwali, to teraz z pewnością zmieni swoje zdanie. O ile na poprzednich dziełach sprawiał wrażenie jeszcze artysty poszukującego i sprawdzającego nieśmiało różne gitarowe uliczki, tak teraz jego pewność siebie w konstruowaniu piosenek o ponadczasowej jakości bije blaskiem i wypełnia uszy muzycznym miodem. Spora w tym zasługa Adama Granduciela, który jako koproducent podzielił się z młodszym kolegą przepisami na bajeczne gitarowe brzmienie znane ze swojego macierzystego zespołu The War On Drugs. No i nie sposób uciec tu od wrażenia, że Sam dosłownie popłynął na tej samej fali, łączącej indie rock, heartland rock i psychodeliczne brzmienia. Kompletnie mi to nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie! Tak samo jak uwielbiam zatracać się w kompozycjach Adama i jego kompanów, tak samo z przejęciem i przyjemnością chłonę rozległe pejzaże jedenastu piosenek z "People Watching". Drugi współproducent Markus Dravs (Coldplay, Arcade Fire, Mumford and Sons) zadbał zaś o to, by twórczość Sama zachował w sobie stadionowy potencjał. I już od pierwszego tytułowego utworu 30-letni artysta porywa rockową wzniosłością, energetyzującymi gitarami, dynamicznym rytmem i swoim charyzmatycznym wokalem. A przy tym porusza opowieścią o kulisach odwiedzin domu opieki społecznej, w którym odwiedzał w ostatnich dniach przyjaciółkę Annie Orwin, traktowaną przez niego jak matkę zastępczą. I ten dualizm emocjonalny w warstwach instrumentalnych i lirycznych jest na tym albumie wszechobecny. Z jednej strony dominują piosenki ("Nostalgia's Lie", "Chin Up", "Arm's Length", "Little Bit Closer", "Something Heavy"), które swoimi aranżacjami wzbogacanymi przez chórki, wyłaniające się smyczki, saksofon, harmonijkę, finezyjne gitarowe solówki, pulsujący bas, najtinsowe echa wprost urzekają i unoszą duchową emocjonalność w stronę błogiej stratosfery, a z drugiej zawsze kłania się bolesne dno liryczne. Wrodzona przenikliwość Sama wciąż jest jego największym atutem. Opowieści o konieczności ucieczek z rodzinnych miejscowości, obrazy upadających dzielnic przemysłu i osób próbujących przetrwać w stanie ubóstwa, refleksje nad wypływem mediów na społeczeństwo, podkreślanie społecznych nierówności, uważne obserwacje lokalnych rzeczywistości, szczypta komentarzy politycznych itp. ukazują songwriterski talent tego chłopaka i definiują go jako głos pokolenia. Na przestrzeni albumu pojawią się też fragmenty, w których poruszająca liryka łączy się z bardziej melancholijnym i stonowanym brzmieniem. Wymieńmy choćby utrzymywane w średnim tempie "Wild Long Lie", "Crumbling Empire", "Rein Me In", czy też mroczne "TV Dinner". Dramaturgiczny szczyt Sam osiąga w finale tego albumu, prezentując rozdzierającą serce, orkiestrową, monumentalną balladę "Remember My Name", w której składa hołd swoim nieżyjącym dziadkom. Historia o jego dziadku, który opowieściami starał się podtrzymywać pamięć cierpiącej na demencję babci, jest druzgocząca. Z drugiej strony samo podkreślenie znaczenia nieustannego opowiadania historii jest bardzo symboliczne w kontekście muzycznej kariery Sama. Songwritera, który jeszcze kilka lat temu śpiewał w lokalnym pubie, a dziś jest na ustach wszystkich fanów gitarowego grania.
     
    Fenderowi udało się stworzyć wyjątkowy album natchniony uniwersalną rockową przebojowością i emocjonalnością. W swojej formie również szkatułkowy, gdyż kolejne warstwy prowadzą do przeróżnych gitarowych uniwersum. I nie widzę w tym nic złego, bo Sam jest przede wszystkim w tym autentyczny. Oczywiście znów na usta przede wszystkim cisną się porównania do Bossa, ale z własnego doświadczenia mogę też śmiało stwierdzić, że nie trzeba być znawcą Springsteena, by doceniać muzyczny kunszt i wrażliwość Sama Fendera. Ten chłopak pisze swoją własną historię i jestem przekonany, że będzie miał jeszcze sporo do zaoferowania w przyszłości.        

     

    5. ETHEL CAIN – "WILLOUGHBY TUCKER, I'LL ALWAYS LOVE YOU" 



    W 2022 roku Hayden Anhedönia zaprosiła słuchaczy do świata swojej alter ego, czy Ethel Cain. Jej debiutancki album "Preacher's Daughter" okazał się epickim, oszałamiającym dziełem. Mieszanka eterycznego dream-popu, dewastującego slowcore, alt-rocka, folku, country podana w mrocznym, gotycko-amerykańskim klimacie stanowiła fundament pod wciągające liryczne opowieści o próbie odnalezienia się w amerykańskim śnie, mierzeniu się z traumami, zmaganiach z toksycznością brutalnego związku miłosnego oraz z głębokim poczuciem winy religijnej związanej z poszukiwaniem intymnych uniesień. Wobec historii Ethel Cain stworzył się niemalże fanowski kult, a sama amerykańska artystka objawiła się nam jako jedna z najbardziej obiecujących i intrygujących twórczyń współczesnego alternatywnego popu, której kompozytorski talent stawiałem obok Florence Welch (która zresztą też nie kryła zachwytu nad tym albumem) i Lany Del Rey. Na początku zeszłego roku Hayden powróciła z nowym, zaskakującym materiałem, bowiem mowa (o wspominanej już w tym podsumowaniu) 89-minutowej... EP-ce! To monumentalne dzieło ponadto dalekie było do stylu z debiutu, gdyż zabierało nas w podróż z Ethel Cain po zimnym, bezdusznym, skąpanym w mroku piekle za sprawą wszechobecnego ambientu, szepczącego minimalizmu, gotyckiej aury, atonalnych pejzaży dźwiękowych, rozwlekłych kompozycji w stylu drone i slowcore. Propozycja z gatunku: odrzucisz, znienawidzisz albo zostaniesz opętany. Zdołałem przebrnąć przez te pozbawione nadziei kompozycje tylko raz, niemniej było to bardzo fascynujące doświadczenie. Na oficjalny i bardziej przystępny drugi album artystki nie przyszło nam na szczęście długo czekać, bo kilka miesięcy później dane nam było zagłębiać się w "Willoughby Tucker, I'll Always Love You"! I zdecydowanie warto poświęcić tej, znów o rozmiarach epopei, lekturze swój czas. To kolejny fabularny majstersztyk Hayden Anhedönii – swoisty romantyczny prequel dramaturgicznej historii Ethel Cain z debiutu. Cofamy się o pięć lat, spoglądamy na świat z perspektywy nastolatki, przeżywamy jej zawiłą relację z tytułowym Willoughbym Tuckerem, która kończy się rozdzierającym serce rozstaniem, tęsknimy za życiem poza domem pełnym problemów, mierzymy się z zazdrością... Doświadczamy po prostu ekstremalnej karuzeli emocji przepełnionych miłosnym żalem. Zaś pod względem warstwy muzycznej Amerykanka zręcznie splata tu ze sobą swój wyjątkowy songwriting, niebiański wokal i smykałkę do urzekającego i poruszającego awangardowego alt-dark-popu znanego z "Preacher's Daughter" oraz swoje zapędy do statycznych, przyszpilających gęstym mrokiem i przeszywających chłodem dronowych i slowecore'owych struktur z "Perverts". Te ostatnie reprezentują szczególnie dwa instrumentalne, kinematograficzne, wciągające przerywniki. Dominują jednak kilkuminutowe, balladowe kompozycje, które rozdzierają serce, a w wokalnych popisach Hayden wprost jest wyryty ból. Nie brakuje charakterystycznej dla niej nonszalancji i częstuje nas w finale epickimi utworami "Tempest" i "Waco, Texas" o katastroficznym miłosnym posmaku, ale znalazło się też miejsce dla "przebojowej" popowej perełki w postaci fantastycznej piosenki "Fuck My Eyes", choć jej liryczna podstawa też jest przesiąknięta ponurą historią o zazdrości. Perełek na tym albumie jest jednak znacznie więcej, ale dobrych lektur nie powinno się spoilerować, więc tylko sugeruję, by zanurzyć się w tym dziele w całości i bez zbędnego pośpiechu.    

    "Willoughby Tucker, I'll Always Love You" to triumf songwriterskiego talentu i wrażliwości Hayden Anhedönii oraz godne pożegnanie się (zgodnie z deklaracjami w wywiadach) z poruszającą i dojmująco smutną historią jej alter ego Ethel Cain.


     

    4. WOLF ALICE – "THE CLEARING"



    Pięć lat temu Wolf Alice swoim trzecim albumem "Blue Weekend" wyważyli z impetem drzwi do rockowej ekstraklasy. Już po pierwszym odsłuchu to dzieło zostało moim kandydatem to ówczesnego albumu roku i tak już pozostało do samego końca! Totalnie zatraciłem się w ich urzekających intensywną emocjonalnością i oszałamiająco różnorodnymi (z mistrzowskim natchnieniem prześlizgiwali się między folkiem, garażowym rockiem, punkiem i shoegaze'em) kompozycjami. Brytyjski zespół znakomicie uchwycił na tym krążku wciąż burzliwe hormony, nastroje i niepewności pokolenia wchodzącego w drugą połowę swej młodości. Wyczekiwany czwarty album "The Clearing" jest przypieczętowaniem zupełnie nowego etapu. Laureaci prestiżowej nagrody Mercury Prize dostarczyli nam świadectwo swojej muzycznej i życiowej dojrzałości, w ślad za nabieraniem której podąża też pewność siebie. Ona biła już z pierwszego, fantastycznego singla "Bloom Baby Bloom", a także uwidoczniła się na ich koncertach, które widziałem na Primaverze i Open'erze. Szczególnie Ellie Rowsell rozkwitła w prawdziwą rockstar. Na albumie ta pewność siebie objawia się zmyślną koncepcją zderzenia soft-rockowych brzmień i melodii lat 70., garściami czerpiących z dokonań Fleetwood Mac ze współczesną esencją brytyjskiej sceny. Efekt? Kolekcja niezwykle uroczych, przyjemnych i błogich piosenek ocierających się o dream-pop (ta druga połowa "Leaning Against The Wall"), filmowy rozmach (smyczki i wyróżniające się melodie na pianinie) i folkową czułość (gitary elektryczne nieco ustąpiły akustycznym). A przy tym tak skomponowane kompozycje pozbawione tej przebijającej się we wcześniejszej twórczości Wolf Alice agresywności okazały się znakomitą przestrzenią dla najlepszych popisów wokalnych Ellie w jej karierze! Choć warto tu jeszcze dodać, że swoje wokalne pięć minut na tym albumie ma perkusista Joel Amey w najbardziej zapalczywej kompozycji "White Horses". Przyklasnąłem tej koncepcji flirtu Wolf Alice z rockiem lat 70., ale trochę początkowo brakowało mi charakterystycznej dla tego bandu aranżacyjnej nonszalancji. Z biegiem czasu jednak czerpałem coraz większą przyjemność z tego materiału, a przy takich bajecznych kompozycjach jak choćby "Thorns", "Just Two Girls", "Passenger Seat", "Bread Butter Tea Sugar" (tu ciekawy glamowy vibe), czy singlowej cudownej balladzie "The Sofa" jestem obecnie niezmiennie wprot w pełni urzeczony. Płomień miłości do Wolf Alice, który zapłonął przy ich poprzednim dziele, wciąż nie gaśnie i dalej rozgrzewa me serce!

     

    3. PANCHIKO – "GINGKO"



    To najlepszy album Radiohead, którego nie nagrało Radiohead. Zespół Panchiko – niemal dosłownie pięć lat temu wygrzebany ze śmietnika historii muzyki* – absolutnie oczarował i wysłał mnie w niebiosa swoim nowym dziełem zatytułowanym "Ginkgo"! No podczas odsłuchu tego materiału samoczynnie nasuwały mi się te porównania z radiogłowymi, ale mimo wszystko nie ma mowy tu o ślepym kopiowaniu. Po prostu Panchiko serwują niezwykle kunsztowne, beztrosko szybujące, indie-shoegaze'owe z nutką awangardy i estetyki lo-fi kompozycje, nad którymi unosi się mgiełka nieuchwytnej magii! Nie sposób nie ulec kolejnym rozczulającym refrenom, wyważonej produkcji i słodko kojącemu wokalu Owaina Daviesa (momentami faktycznie blisko mu wokalizom Thoma Yorke'a). Posłuchajcie choćby centralnego comba wspaniałych piosenek "Lifestyle Trainers" i "Chapel of Salt" – jestem przekonany, że złapiecie przynętę. Panchiko potykają się tylko raz. Choć ciekawy i nietypowy, to jednak efekt glitchu na wokalu w utworze "Formula" bardziej przeszkadza, niż podnosi jakość całego materiału, ale nie jest to głęboka rysa na tym albumie. Właściwie po kilkukrotnym przesłuchaniu staje się to zjadliwe. Ale jeśli już, to zdecydowanie bardziej podszedł mi do gustu strołksowy przester na wokalu Daviesa w świetnej kompozycji "Vinegar". Zaskakują na tle całości też odważnie wplątane rapowane wersy Billy'ego Woodsa w szybującej kompozycji "Shandy in the Graveyad" – pasują jednak imo idealnie! Mimo tych pewnych pokus do eksperymentowania, pozostała część materiału jest generalnie bardzo spójna, pełna szczerej pasji oraz idealnie wyważona brzmieniowo i emocjonalnie pod kątem zapewnienia czarującego melancholijnego i marzycielskiego nastroju w indie rock popowym stylu z domieszką trip hopu, wpływów Radiohead i neo-psychodelii, który wypełnia moją duszę głęboką satysfakcją. Niby nic rewolucyjnego, ale panowie w moim przypadku trafili z tymi kunsztownie wyrzeźbionymi dźwiękami na bardzo podatny grunt serca. Absolutnie rozkoszuję się tym albumem! Szkoda tylko, że koncert Panchiko na OFFie nie sprostał mym oczekiwaniom...


    * Ta historia jest wprost niebywała. Pod koniec lat 90. grupa nastolatków z Nottingham założyła zespół, który swoim brzmieniem łączącym elementy shoegaze’u, trip-hopu, indie rocka i glitch-popu wyprzedzał czasy, ale wydany w roku 2000 własnym sumptem, na kilkudziesięciu wypalonych płytach CD debiutanki materiał zatytułowany "D>E>A>T>H>M>E>T>A>L" nie zyskał rozgłosu. Skład się rozwiązał i przepadł w zapomnieniu. Aż do czasu. W 2016 roku jedna z tych wspomnianych płyt trafiła przypadkowo w ręce anonimowego osobnika o ksywie 4chan, który zaintrygowany jej brzmieniem, wrzucił ją do sieci i wokół tego materiału narodził się undergroundowy fenomen. Internauci wszczęli gorączkowe śledztwo, które doprowadziło ich do odkrycia zespołu Panchiko, odnalezienia jego członków i reaktywowania projektu. W 2020 roku ukazała się zremasterowana wersja debiutanckiego albumu, a zespół wyruszył w trasę koncertową po Wyspach i Stanach, która spotkała się z entuzjazmem. W 2023 wydali zupełnie nowy album "Failed at Math(s)", rozwijając swoje brzmienie i umacniając pozycję kultowego muzycznego zmartwychwstania w cyfrowej erze.

     

    2. GEESE – "GETTING KILLED"



    Znajomość i słuchanie zespołu Geese stało się nagłą powszechną modą wśród fanów alternatywnych brzmień i absolutnie ta nowojorska formacja na to zasługuje. Nie będę zaklinał rzeczywistości – sam o ich istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia. Przy ich odkryciu nastąpił splot przypadków: od intuicyjnego zainteresowania się tą nazwą na plakacie Primavery, imo idealnie w momencie premiery ich trzeciego albumu "Getting Killed", aż po nagłą falę tsunami zachwytów muzycznych krytyków nad tym krążkiem. No i nagle, gdzie się nie obejrzałem – Geese. Niczym objawiony mesjanistyczny muzyczny byt. No i nawet coś w tym jest, bo tak kreatywnego materiału o potencjale wywoływania przyjemnego bałaganu w umyśle dawno nie słyszałem. Tutaj indie rock spotyka się z artyzmem na jakimś kosmicznym poziomie, przy którym powraca wiara, że jeszcze nie wszystko w gitarowej muzyce zostało powiedziane. Otrzymaliśmy od tego niezwykle zgranego i obdarzonego bujną wyobraźnią zespołu absolutnie odświeżający kolaż instrumentalnego i kompozycyjnego chaosu połączony ze strumieniem lirycznego surrealizmu oraz kluczową rolą ekspresyjnego, nieprzewidywalnego, pociągającego głosu charyzmatycznego lidera Camerona Wintera.

    "Getting Killed" to zaskakujący każdą kolejną nutą, eksperymentalnie wielowarstwowy, nonszalancki, wręcz szalony, ale zarazem zadziwiająco spójny wyraz czystej art-rockowej maestrii.
            


    ULUBIONY ZAGRANICZNY ALBUM 2025


    1. ROSALÍA  – "LUX"



    Rosalía oczarowała mnie w 2019 roku festiwalowymi występami na Open'erze i Colours of Ostrava, promującymi fenomenalny i przełomowy dla niej krążek "El Mal Querer", a jej kolejny album "Motomami", choć nie był propozycją ze stricte mojego muzycznego świata, doceniałem za dbałość o szczegóły, spójną koncepcję, niesamowity wokal, kreatywność i innowacyjność w zderzaniu popowego futuryzmu, reggaetonu z wpływami zmysłowego flamenco. Z niecierpliwością wyczekiwałem jej kolejnego muzycznego kroku. I gdy w eterze wylądował pierwszy singiel "Berghain" z klipem kręconym w Polsce wprost oniemiałem! Dramaturgiczna orkiestra, klubowa intensywność, nieziemski operowy wokal, wykorzystanie niemieckiego języka, gościnne wokale Björk i Yves Tumora – rozmach tego kawałka sprawił, że przez długi czas zbierałem szczękę z podłogi. Miałem jednak pewne obawy, czy zapowiedziany album "Lux" nie okaże się przerostem formy nad treścią. Ujawniane w wywiadach informacje przez Rosalíę, że będzie śpiewać w aż trzynastu językach, tylko je pogłębiały. Na szczęście ta wizjonerka popu nie zawiodła, a wręcz przerosła moje wszelkie oczekiwania!

    Doprawdy żałowałem, że nie nagrywałem swoich reakcji podczas pierwszego odsłuchu tego – w moim odczuciu – arcydzieła! Przy wokalnych popisach sopranu hiszpańskiej artystki, począwszy od pierwszej kompozycji "Sexo, Violencia y Llantas", fale zdumienia nieustannie przepływały przez całą moją twarz! Jej anielski i natchniony głos finezyjnie łączy się z oratoryjnym, epickim brzmieniem, które wciska w fotel i powala na kolana! Kolejne kompozycje to przejawy ambitnego i zarazem melodyjnego art-popu genialnie i poetycko zderzonego z muzyką klasyczną. Bogactwo i monumentalizm warstwy dźwiękowej (obok popu i klasycyzmu słychać tu jeszcze echa flamenco, muzyki sakralnej, hip-hopu, eksperymentalnej elektroniki itd.) oszałamia, ale nie przytłacza. Ileż tu detali i subtelności, które zostały sklejone ze sobą z niezwykłą precyzją! I to mimo angażu wielu podmiotów. Za orkiestralne tło odpowiedzialna jest Londyńska Orkiestra Symfoniczna, Rosalíę wspierają chóry Escolania de Montserrat i Orfeó Català oraz gościnne wybitne wokale, głównie damskie w wykonaniu wspomnianej już ikonicznej Björk (do której to awangardowej twórczości "Lux" zdecydowanie kieruje), portugalskiej mistrzyni fado Carminho, hiszpańskiej śpiewaczki flamenco Estrelli Morente oraz katalońskiej wokalistki jazzowej Sílvi Pérez Cruz, która swoją drogą towarzyszyła Damienowi Rice'owi podczas jego ostatniej europejskiej trasy. Całość, zmyślnie podzielona na cztery akty (wydanie fizyczne zawiera jeszcze dodatkowe trzy równie jakościowe kompozycje, które stanowią idealne dopełnienie podstawowej zawartości), uderza duchowością, która objawia się też w liryce, która eksploruje motywy kobiecego mistycyzmu, istotę świętości bóstw oraz hagiografie świętych z różnych religii, kultur, zakątków świata, by opowiedzieć o własnej drodze kobiety targanej sprzecznymi energiami: tym, co święte i tym, co świeckie, pragnieniem miłości i doświadczeniem samotności, przywiązaniem do tradycji oraz dążeniem do nowoczesności. Poszukiwanie i odkrywanie kolejnych uniwersalnych symboli, odniesień, interpretowanie ich według własnego klucza to zadanie o tyleż fascynujące, co również wymagające. Niemniej już sam ciarkogenny wokal Rosalíi, wspinający się na deski operowych scen, staje się wystarczalnym nośnikiem tych sakralnych i przyziemnych emocji o poszukiwaniu i próbie zrozumienia kobiecej świętości i różnych obliczy miłości – ten metatekstowy wymiar dźwięku po prostu się czuje bez konieczności zagłębiania się w wielojęzykową lirykę, co już samo w sobie jest godnym uznania wyczynem. Mógłbym oczywiście dalej podjąć próbę analizy i rozpływać się nad każdą kolejną wysmakowaną kompozycją, ale wobec tego maksymalizmu emocji i twórczego wirtuozostwa czuję się postacią grzesznie skromną i niekompetentną. Wybacz mi święta Rosalío, ale przyjmij w zamian ślub mej wierności i przysięgę wieczystej adoracji tego epickiego i boskiego dzieła!

    "Lux" to doprawdy szczerze jedyny taki album w tym roku, który tak mnie odurzył i który to zacząłem ostentacyjnie katować! Nie, żebym narzekał na brak wspaniałych tegorocznych dzieł, ale Rosalía dotarła do takich miejsc w mym sercu i duszy, gdzie inni artyści jednak nie zdołali. Tym dziełem hiszpańska artystka wryła się bezpowrotnie w obelisk mych życiowych doświadczeń i oświetliła najciemniejsze zakamarki duszy.



    Dodatkowe wyróżnienia (kolejność alfabetyczna): 

      • ALEXANDRA SAVIOR – "BENEATH THE LILYPAD"
      • ANNA VON HAUSSWOLFF – "ICONOCLASTS"
      • BARTEES STRANGE – "HORROR"
      • BAXTER DURY – "ALLBARONE" 
      • BIFFY CLYRO – "FUTIQUE" 
      • BIG THIEF – "DOUBLE INFINITY" 
      • BLACK HONEY – "SOAK"
      • BLOOD ORANGE – "ESSEX HONEY"
      • DAVID BYRNE – "WHO IS THE SKY?" 
      • DURAND JONES & THE INDICATIONS – "FLOWERS"
      • FKA TWIGS – "EUSEXUA"
      • FRANZ FERDINAND – "THE HUMAN FEAR"
      • HAIM – "I QUIT"
      • HANNAH JADAGU – "DESCRIBE"
      • HAYLEY WILLIAMS – "EGO DEATH AT A BACHELORETTE PARTY"
      • JADE BIRD – "WHO WANTS TO TALK ABOUT LOVE?"
      • JAPANESE BREAKFAST – "FOR MELANCHOLY BRUNETTES (AND SAD WOMEN)"
      • JUST MUSTRAD – "WE WERE JUST HERE"
      • KALEO – "MIXED EMOTIONS"
      • LORD HURON – "THE COSMIC SELECTOR VOL. 1"
      • LORDE – "VIRGIN"
      • LOW ISLAND – "BIRD"
      • MARIBOU STATE – "HALLUCINATING LOVE"
      • MATT BERNINGER – "GET SUNK"
      • MEN I TRUST – "EQUUS CABALLUS"
      • MILES KANE – "SUNLIGHT IN THE SHADOWS"
      • NATALIE BERGMAN – "MY HOME IS NOT IN THIS WORLD"
      • NATION OF LANGUAGE – "DANCE CALLED MEMORY" 
      • PARCELS – "LOVED" 
      • PREWN – "SYSTEM"
      • ROYEL OTIS – "HICKEY"
      • SIGRID – "THERE'S ALWAYS MORE THAT I COULD SAY"
      • SKULLCRUSHER – "AND YOUR SONG IS LIKE A CIRCLE"
      • SKUNK ANANSIE – "THE PAINFUL TRUTH"
      • SONGHOY BLUES – "HÉRITAGE"
      • SORRY – "COSPLAY"
      • SUEDE – "ANTIDEPRESSANTS"
      • TARA NOME DOYLE – "EKKO"
      • THE BELAIR LIP BOMBS – "AGAIN"
      • THE BLACK KEYS – "NO RAIN, NO FLOWERS"
      • THE HIVES – "THE HIVES FOREVER FOREVER THE HIVES"
      • THE LUMINEERS – "AUTOMATIC"
      • THE SHERLOCKS – "EVERYTHING MUST MAKE SENS!"
      • TOM ODELL – "A WONDERFUL LIFE"
      • VALERIA STOICA – "GO OUTSIDE AND HUG A TREE"
      • VALERIE JUNE – "OWLS, OMENS, AND ORACLES"
      • WARDRUNA – "BIRNA"
      • ZIMMER 90 – "INTERIOR" 
      ➖➖➖

      PODSUMOWANIE














      ➖➖➖

      TOP 5 SINGLE 2025!

      Dawno tego nie czyniłem w rocznych podsumowaniach, ale pragnę jeszcze wyróżnić pięć, póki co stand alone, singli z tego roku, które dopełniają mój obraz minionych dwunastu miesięcy (więcej najciekawszych  ubiegłorocznych kompozycji znajdziecie w moich luźnych playlistach w dalszej części tekstu). 
       

      1. LOR – "MARIO" 

      Z trzech tegorocznych singli kochanego zespołu Lor najbardziej emocjonalnie uderzyła mnie czuła ballada "Płuca", ale niewątpliwie to przebojowa kompozycja "Mario" okazała się najbardziej przełomową dla kariery dziewczyn! Wreszcie udało się im skutecznie podbić mainstreamowe radia, o czym marzyły od dłuższego czasu! I nie tracą przy tym nic ze swej jakości: w popowym aranżu przemycają bardzo niebanalną i emocjonalną warstwę liryczną! Po dekadzie nieustannego wsparcia usłyszeć swój ulubiony polski zespół podczas pracy z odbiornika radiowego? Nie da się tego opisać!  
       
       

      2. RAYE – "WHERE IS MY HUSBAND!"

      Ależ tym singlem Raye imponująco otworzyła swój występ na Open'erze! Długo czekaliśmy na wersję studyjną tej kompozycji, ale gdy się ukazała to z marszu podbiła serce!  
       
       
       

      3. FLORENCE ROAD – "MISS"

      Jak już wcześniej wspominałem – gamechanger'owy singiel w mych relacjach z Florence Road! Ta wokalna szarża Lily! Wow!  
       
       

       

      4. MAGDALENA BAY – "SECOND SLEEP"

      Tu właściwie na uwagę zasługuje cały cykl podwójnych singli wydawanych przez zespół Magdalena Bay na przestrzeni kilku tygodni, ale moje serce zostało podbite szczególnie przez kreatywną i rozpływającą się w uszach kompozycję "Second Sleep"! 
       
       

      5. FONTAINES D.C. – "IT'S AMAZING TO BE YOUNG"

      Po prostu AMAZING! Genialne post scriptum do zeszłorocznego albumu "Romance", który zresztą triumfował w poprzednim muzycznym podsumowaniu!  
       
       
      ➖➖➖
       

      SPOTIFY + LAST.FM


      Przedstawiam Wam jeszcze główną planszę z podsumowania od Spotify Wrapped (warto pamiętać, że ich statystyki są liczone od stycznia do końca października):



       
      A dla uzupełnienia pełniejszy obraz dwunastu miesięcy w postaci garści statystyk i kolażu najczęściej odsłuchiwanych przeze mnie albumów według last.fm:

        

       
      ➖➖➖

      Playlisty 2025



      Przygotowałem dla Was jeszcze tradycyjnie trzy playlisty! 
       
      TOP 2025 by Podróże Muzyczne, czyli plejka ściśle nawiązująca do wyróżnionych wydawnictw w niniejszym Muzycznym Podsumowaniu Roku 2025.
       
       
       

      Top Single 2025 by Podróże Muzyczne, czyli luźno rozszerzony zestaw zeszłorocznych kompozycji – ulubionych, najciekawszych, pochodzących także z dodatkowo wyróżnianych albumów z pominięciem już wyborów dokonanych na poprzedniej playliście. 




      Odkrycia Muzyczne 2025! Starałem się na tę playlistę regularnie dodawać odkrytych artystów, którzy albo właśnie wydali debiutanckie krążki, albo którzy to zadanie mają jeszcze przed sobą, a także nieznane mi wcześniej muzyczne postacie z większym dorobkiem dyskograficznym.


      ➖➖➖:
       

       BONUS: 10-LECIE MUZYCZNYCH PODSUMOWAŃ ROKU BY PODRÓŻE MUZYCZNE! 



      Trochę to właściwie zdumiewające i przerażające, ale tak, dekadę temu na blogu pojawiło się pierwsze Muzyczne Podsumowanie Roku (choć historia bloga sięga jeszcze dalej)! Bardzo nieporadne w swojej formie, ale z roku na rok te podsumowania ewoluowały wraz z progresem mojego blogerskiego warsztatu i nabierały coraz większego rozmachu! Dziś właściwie z dumą mogę stwierdzić, że rozmiarem i obfitością nie ustępują efektom typowym dla dużych portali muzycznych. Niemniej przy tej rocznicowej okazji warto spojrzeć w przeszłość! Zatem zapraszam Was w nostalgiczną podróż po mojej muzycznej przestrzeni ostatnich dziesięciu lat! Oczywiście odpowiednio skompresowaną, ale polecam zajrzeć do poszczególnych podsumowań, by samemu się przekonać, jak zmieniał się muzyczny świat i sama  forma tych tekstów!  

      2015


      Specyficzne podsumowanie, w którym nie stworzyłem rankingów płyt. Z zagranicznych pozycji wyróżniałem ówczesne dzieła: Coldplay – "A Head Full of Dreams", Muse – "Drones", Florence and the Machine – "How Big, How Blue, How Beautiful", Foals – "What Went Down", Kendricka Lamara – "To Pimp a Butterfly", The Libertines – "Anthems for Doomed Youth", Of Monsters and Men – "Beneath the Skin", Alabama Shakes – "Sound & Color", The Dead Weather – "Dodge and Burn"

      Z polskich albumów: Dawid Podsiadło – "Annoyance and Disappointment", Kortez – "Bumerang", Lao Che – "Dzieciom", Lily Hates Roses – "Mokotów"   

      Ale moją osobistą płytą roku została… "Miłość w czasach popkultury" Myslovitz! Tak, to był trudny i dziwny rok. 



      2016

      Zagraniczne Debiuty:

      1. Whitney – "Light Upon The Lake"

      2. Blossoms – "Blossoms"

      3. Public Access TV – "Never Enough"

      Polskie Albumy:

      1. Organek – "Czarna Madonna"

      2. Henry David's Gun – "Over the Fence... And For Away"

      3. Brodka – "Clashes"

      Zagraniczne Albumy:

      1. Nick Cave – "Skeleton Tree"

      2. Michael Kiwanuka – "Love & Hate"

      3. Iggy Pop – "Post Pop Depression"


      2017

      Zagraniczne Debiuty:

      1. Inheaven – "Inheaven"

      2. Rat Boy – "SCUM"

      3. Declan McKenna – "What Do You Think About Car?"

      Polskie Albumy:

      1. Ralph Kaminski – "Morze"

      2. Daria Zawiałow – "A Kysz!"

      3. Kortez – "Mój Dom"

      Zagraniczne Albumy:

      1. Nothing But Thieves – "Broken Machine" (ex aequo)

      2. London Grammar – "Truth Is A Beautiful Thing" (ex aequo)

      3. Julien Baker – "Turn Out The Lights"

      4. Queens Of The Stone Age – "Villains"


      2018

      Zagraniczne Debiuty:

      1. Tash Sultana – "Flow State"

      2. The Magic Gang – "The Magic Gang"

      3. Isaac Gracie – "isaac gracie"

      Polskie Albumy:

      1. tęskno – "mi"

      2. Patrick The Pan – "trzy.zero"

      3. Dawid Podsiadło – "Małomiasteczkowy"

      Zagraniczne Albumy:

      1. Jack White – "Boarding House Reach"

      2. Ben Howard – "Noonday Dream"

      3. Muse – "Simulation Theory"

      EP-ki:

      1. boygenius – "boygenius"

      2. Sigrid – "Raw"

      3. Nothing But Thieves – "What Did You Think When You Made Me This Way"


      2019

      EP-ki:

      1. Girl In Red – "Chapter 2"

      2. Kaśka Sochacka – "Wiśnia EP"

      3. Runforrest – "Romance"

      Zagraniczne Debiuty:

      1. Fontaines D.C. – "Dogrel"

      2. Sam Fender – "Hypersonic Missiles"

      3. Nilüfer Yanya – "Miss Universe"

      Polskie Debiuty:

      1. Hania Rani – "Esja"

      2. Sonbird – "Głodny"

      3. Kwiat Jabłoni – "Niemożliwe"

      Polskie Albumy:

      1. Ralph Kaminski – "Młodość"

      2. Król – "Nieumiarkowania"

      3. Daria Zawiałow – "Helsinki"

      Zagraniczne Albumy:

      1. Nick Cave & The Bad Seeds – "Ghosteen"

      2. Foals – "Everything Not Saved Will Be Lost" (Part 1 & Part 2)

      3. James Blake – "Assume Form"

      Album Roku 2019:

       Lor – "Lowlight"


      2020

      EP-ki:

      1. Lor – "Sunlight"

      2. Birdy – "Piano Sketches"

      3. Angie McMahon – "Piano Salt EP"

      Wyróżnienie specjalne:

       Fenn & Bess Rosenthal – "They're Awake!"

       

      Zagraniczne Debiuty:

      1. Muzz – "Muzz"

      2. Beabadoobee – "Fake It Flowers"

      3. Kiwi Jr. – "Football Money"

      Polskie Debiuty:

      1. The Bullseyes – "The Best Of The Bullseyes"

      2. Stach Bukowski – "Czerwony SUV"

      3. Karaś/Rogucki – "Ostatni Bastion Romantyzmu"

      Polskie Albumy:

      1. Kasia Lins – "Moja Wina" (ex aequo)

      2. Hania Rani – "Home" (ex aequo)

      3. Bluszcz – "Kresz"

      4. Artur Rojek – "Kundel"

      Zagraniczne Albumy:

      1. Phoebe Bridgers – "Punisher"

      2. Dua Lipa – "Future Nostalgia"

      3. Nothing But Thieves – "Moral Panic"


      2021

      EP-ki / Minialbumy:

      1. Alfie Templeman – "Forever Isn't Long Enough"

      2. Nothing But Thieves – "Moral Panic II"

      3. Holly Humberstone – "The Walls Are Way Too Thin"

      Zagraniczne Debiuty:

      1. Arlo Parks – "Collapsed In Sunbeams"

      2. Natalie Bergman – "Mercy"

      3. Olivia Rodrigo – "Sour"

      Polskie Debiuty:

      1. Kaśka Sochacka – "Ciche Dni" (ex aequo)

      2. WaluśKraksaKryzys – "Atak" (ex aequo)

      3. Atlvnta – "Atlvnta"

      4. Rozen – "Rozen"

      Polskie Albumy:

      1. Patrick The Pan – "Miło Wszystko"

      2. Kwiat Jabłoni – "Mogło Być Nic"

      3. Król – "Dziękuję"

      Zagraniczne Albumy:

      1. Wolf Alice – "Blue Weekend"

      2. London Grammar – "Californian Soil"

      3. Snail Mail – "Valentine"


      2022

      EP-ki / Minialbumy:

      1. Brodka – "Sadza"

      2. Gretel Hänlyn – "Slugeye"

      3. Alix Page – "Old News"

      Zagraniczne Debiuty:

      1. Ethel Cain – "Preacher's Daughter"

      2. The Smile – "A Light For Attracting Attention"

      3. Wet Leg – "Wet Leg"

      Polskie Debiuty:

      1. Jakub Skorupa – "Zeszyt Pierwszy"

      2. Heima – "W Domu"

      3. Luna – "Nocne Zmory"

      Polskie Albumy:

      1. Izzy And The Black Trees – "Revolution Comes In Waves"

      2. Piotr Zioła – "Wariat"

      3. Cheap Tobacco – "Zobaczymy Siebie"

      Zagraniczne Albumy:

      1. Pillow Queens – "Leave The Light On"

      2. Fontaines D.C. – "Skinty Fia"

      3. Porridge Radio – "Waterslide, Diving Board, Ladder To The Sky"


      2023

      EP-ki / Minialbumy:

      1. Boygenius – "The Rest"

      2. Kuba Dąbrowski – "Na Razie Muszę Odpocząć"

      3. Eden Rain – "Gutter Vision" & "But I'm Alright Now"

      Polskie Debiuty:

      1. Daria Ze Śląska – "Tu Była"

      2. Oysterboy – "Ody Do Letnich Dni"

      3. Kathia – "Przestrzeń"

      Polskie Albumy:

      1. Lor – "Panny Młode"

      2. Kasia Lins – "Omen"

      3. Hania Rani – "Ghosts"

      Zagraniczne Albumy:

      1. Olivia Rodrigo – "Guts"

      2. Sufjan Stevens – "Javelin"

      3. The National – "First Two Pages Of Frankenstein" & "Laugh Track"

      Zagraniczne Debiuty:

      1. Boygenius – "The Record" (Album Roku 2023)

      2. Romy – "Mid Air"

      3. Daisy Jones & The Six – "Aurora"


      2024

      EP-ki / Minialbumy:

      1. Bon Iver – "Sable"

      2. Nieve Ella – "Watch It Ache And Bleed"

      3. Sarah Julia – "How Do We Go Back To Being Normal?"

      Polskie Debiuty:

      1. Cinnamon Gum – "The Cinnamon Show"

      2. Runforrest – "Rytuał"

      3. Wiktor Waligóra – "Czekam Na Świt"

      Polskie Albumy:

      1. Lor – "Żony Hollywood"

      2. Kaśka Sochacka – "Ta Druga"

      3. Krzysztof Zalewski – "Zgłowy"

      Zagraniczne Debiuty:

      1. Sprints – "Letter To Self"

      2. The Last Dinner Party – "Prelude To Ecstasy"

      3. English Teacher – "This Could Be Texas"

      Zagraniczne Albumy:

      1. Fontaines D.C. – "Romance"

      2. The Cure – "Songs Of A Lost World"

      3. Jack White – "No Name" 

         

       
       
      Zaprzyjaźnieni panowie z Koncerty w Polsce (pozdrawiam!) rzucili mi przy tym wyzwanie, by na podstawie tych wyborów stworzyć top z topów! Podjąłem je z drobnym oszustwem i celowym pominięciem jednego zespołu...
       
       
      TOP 10-LECIA MUZYCZNYCH PODSUMOWAŃ ROKU BY PODRÓŻE MUZYCZNE!
       

      TOP EP-ka/Minialbum:

      1. Boygenius - "Boygenius"

      Polskie Debiuty:

      1. Hania Rani – "Esja"

      2. Kaśka Sochacka – "Ciche Dni"

      3. Ralph Kaminski - "Morze" 

      Polskie Albumy:

      1. Kasia Lins – "Moja Wina" 
      2. Hania Rani – "Home"

      3. Organek - "Czarna Madonna"

      Zagraniczne Debiuty:

      1. Boygenius – "The Record"

      2. Fontaines D.C. - "Dogrel" 

      3. Ethel Cain – "Preacher's Daughter" 

      Zagraniczne Albumy:

      1. Phoebe Bridgers – "Punisher"

      2. London Grammar - "Truth Is A Beautiful Thing"

      3. Wolf Alice – "Blue Weekend" & Nothing But Thieves - "Broken Machine" (ex aequo)

       
      Oczywiście poza wszelkimi kategoriami stawiam wszystkie dotychczasowe dzieła zespołu LOR – to dziewczyny są rekordzistkami w przyznawaniu wyróżnień i właściwie triumfatorkami tego dziesięciolecia! 
       
      Ta sytuacja pewnie nikogo, kto mnie od lat obserwuje, nie dziwi. I w 2026 roku zapewne Lor znowu podbije me serce kolejnym albumem!  
       
      Życzę zatem Sobie i Wam takich właśnie wymarzonych albumów w nadchodzących miesiącach! 
       
      Podróżujmy Muzycznie Razem! 
       
      Do usłyszenia!  


      Sylwester Zarębski
      06.01.2026
      Podróże Muzyczne 



      Polecane

      Brak komentarzy:

      Obsługiwane przez usługę Blogger.