Podróże Muzyczne relacjonują: Itches w Berlinie, Schokoladen, 02.05.2026!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Itches w Berlinie, Schokoladen, 02.05.2026!


Podróże Muzyczne relacjonują: Itches w Berlinie, Schokoladen, 02.05.2026! 



Głównymi celami weekendowej majówki spędzanej z Podróżującym Kubą w Berlinie były koncerty Rosalíi w Uber Arenie oraz Florence Road. Hiszpańska artystka występowała w piątek, zaś irlandzkie dziewczyny w niedzielę. Do zagospodarowania pozostał nam sobotni wieczór... I tu kalendarz berlińskich wydarzeń nieco zawodził. W końcu niezawodny Kuba za sprawą Songkicka wyłapał randomową perełkę – belgijskie garage-punkowe trio Itches w Schokoladen za 15 euro. Z braku innych opcji – zdecydowaliśmy się zaryzykować. Owszem, nie brakowało tego dnia większych gigów – wcześniej na ten dzień ogłoszony był występ elektronicznego tria Rüfüs Du Sol w Velodrome, ale ich show na zeszłorocznym Open'erze nie spełniło moich oczekiwań. Stosunkowo drogie bilety też nie zachęcały. Ale mimo wszystko o poranku drugiego maja padło z moich ust skromne wyzwanie: A gdyby tak na ostatnią chwilę złapać bilety w okazyjnej cenie? Jako że było nam po drodze, to nawet podbiliśmy pod Velodrome, ale tam szczęście nam nie dopisało. Cóż, tak najwyraźniej miało być. Powróciliśmy do planu A i koniec końców dotarliśmy idealnie na czas do niewielkiego klubu Schokoladen. Pachniało tu poprzednim wiekiem. Po przekroczeniu progu z prawej strony znajdowała się niskopodłogowa scena, naprzeciw niej skromniutka, drewniana, trzypoziomowa trybunka z przyległym do niej ciasnym stanowiskiem realizatora dźwięku, a w głębi bar, który był częstym celem zebranej tego wieczoru – stosunkowo licznej jak na te warunki – publiczności. Sporo osób wpadało zresztą chyba ot tak, z ulicy, z czystej ciekawości. Było to dość osobliwe doznanie – być jednego wieczoru na arenowym, pieczołowicie przygotowanym, epickim spektaklu Rosalii, a drugiego znaleźć się w takiej undergroundowej przestrzeni, która surowymi dźwiękami wypełniały niszowe zespoły.

Wieczór otworzyła nam niemiecka hardcore-punkowa formacja Angel CCAA. Nie ma właściwie o czym wiele opowiadać. Grali hałaśliwie i brutalnie. Instrumentalnie bardzo sprawnie, momentami nawet odczuwało się taki turnstile'owy vibe, ale całość pogrążył wokalista. Wydzierał się do mikrofonu zdecydowanie zbyt przesadnie i natarczywie. I ktoś powie, że w tym gatunku to norma, ale w tym przypadku zdecydowanie krzykliwym popisom frontmena brakowało polotu i w mym sercu tworzyły one kolejne warstwy muru bezpieczeństwa, zamiast go rozbijać i torować sobie drogę do głębi mojego serca. No to nie była moja bajka. Do zapomnienia. Na szczęście nie muszę tego ostatniego zdania powtarzać w odniesieniu do występu...

Itches! Pochodzące ze slumsów Los Kempos belgijskie trio przybyło do Berlina promować wydany w listopadzie zeszłego roku swój już trzeci album "House Animal Included". I już pierwszym utworem z tego krążka, "Indians" nadali zabójcze gitarowe tempo swojemu brawurowemu występowi! Panowie dowieźli intensywną dawkę oldschoolowego garage punka! Surowe, garażowe, przesterowane brzmienie rodem z lat 60., szorstki, agresywny wokal, pędzące na złamanie karku gitarowe riffy, dynamiczna sekcja rytmiczna – brzmieli totalnie jak zespół z kultowej garage-rockowej kompilacji "Back from the Grave". Chaotycznie i chwytliwe zarazem! 
 
Uwagę kradł krępy wokalista Philippe Aguilar Peeters – miał w sobie ten pierwiastek magnetycznej, scenicznej charyzmy, z którą po prostu trzeba się urodzić. Śpiewał z pełnym zaangażowaniem i miotał powietrze swą czarną czupryną, gdy zatracał się w posyłaniu w naszą stronę kolejnych nokautujących ciosów. Koledzy z zespołu dotrzymywali mu tempa. Wściekle uderzana perkusja, perfekcyjna linia basowa. Wszystko tu ze sobą się zgadzało. Byli doskonale ze sobą zgrani, w czym utwierdzały zwłaszcza dwa bardziej psych-rockowe momenty, gdy pozwolili sobie na kilkuminutowe jammingi – rewelacyjnie wciągające i eksplodujące falami nieokiełznanej energii! A ta pod sceną... 
 
Co tu się działo! Bliżej sceny publiczność wpadła w hipnotyczny, wręcz spazmatyczny rock'n'rollowy taniec! Ba, w kilku momentach nawet porywało niektórych do zabawy w pogo! Wyjątkowo tym razem byłem ostrożny (pragnąłem jednak w pełnym zdrowiu dożyć wyczekiwanego koncertu Florence Road), ale o obrzeża tego szaleństwa zahaczyłem, by poczuć ten energiczny puls. Wprost nie mogłem oderwać wzroku od ekspresyjnego tańca pewnej pary, która zatraciła się w tej muzie niemal do utraty świadomości. Nie zabrakło również dopingowania zespołu krzykliwymi wiwatami, a jeden osobnik z publiki nieomal w ekstazie porwał się na crowdsurfing. Tu się działy sceny!    

Itches zapewnili nam godzinny konkret garage-rock-psych-punkowego szaleństwa! Okazali się undergroundową perełką z potencjałem, by rozpalać kluby w różnych częściach globu! Takie koncertowe niespodzianki uwielbiam! 
 
PS Po nagrania z koncertu odsyłam na mój profil na Instagramie!  


Fotorelacja




Sylwester Zarębski 
Podróże Muzyczne 
16.05.2026 


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.