AKTUALNIE W GŁOŚNIKACH: SIERPIEŃ 2026

/
0 Comments

AKTUALNIE W GŁOŚNIKACH: SIERPIEŃ 2026



Plan był nieco inny. Najpierw zamierzałem opublikować konkretną recenzję przewspaniałego i zarazem dewastującego emocjonalnie albumu Phoebe Bridgers "Lost Weekend", a potem podzielić się z Wami pozostałymi muzycznymi polecajkami z sierpnia, ale jak zwykle życie zweryfikowało moje pomysły.
 
Recenzja albumu roku 2026 będzie, ale potrzebuję jeszcze chwili czasu – mam nadzieję, że to odpowiednio wynagrodzę! Phoebe rzecz jasna dominuje ostatnio w moich głośnikach, ale mimo wszystko znalazłem czas dla kilku innych perełek. Godne odsłuchu były zwłaszcza dwa kapitalne debiuty zespołów Westside Cowboy i Man/Woman/Chainsaw! A poza tym Antek Szmierek z dojrzałym i błyskotliwym albumem numer dwa, debiut latynoskich klimatów w tym cyklu za sprawą nowego albumu Karol G, Interpol z najlepszym materiałem od dwóch dekad, a także klejnocik w postaci ciepłej EP-ki Tommy'ego WÁ (chyba nikt o nim nie mówi w Polsce, więc tym bardziej zachęcam do odkrycia tego niezwykłego artysty!). Zapraszam do lektury i odsłuchów! 

ALBUMY

 

PHOEBE BRIDGERS – "LOST WEEKEND"




Album roku 2026(*)!
 
(*) Konkretna recenzja wkrótce!  



        ANTONY SZMIEREK – "DECODING BIRDSONG"



        Antony Szmierek na swoim zeszłorocznym debiutanckim albumie "Service Station at the End of the Universe" zachwycił finezyjnie łączoną liryczną wrażliwością i zmysłem społecznego obserwatora z melorecytacyjnym stylem śpiewania na tle hipnotyzujących klubowych tekstur spod znaku nurtu house. Wylewało się z tego dzieła trudne do zdefiniowania wciągające muzyczne flow, które porywało mnie do tanecznych podrygów i nabierało jeszcze większej brawury podczas jego występów na żywo. Na wspomnienie imprez rozkręcanych przez Antka na Open'erze 2025 i w warszawskich Hybrydach w kwietniu tego roku serce promienieje, a nogi same wyrywają się do pląsów. Po tym drugim, legendarnym koncercie (co tam się działy za sceny!) była szansa spotkać się z tym przesympatycznym Brytyjczykiem o polskich korzeniach przy merchu i pamiętam ten jego błysk w oczach, gdy wspominał, że już wkrótce podzieli się z nami większą ilością ekscytujących nowości. A już zagrany wówczas nowy singiel "The Heron" napawał nadzieją na kolejne znakomite wydawnictwo. Szmierek nie udawał: ostatecznie kolekcja trzynastu kawałków na drugim albumie "Decoding Birdsong" przyćmiewa jego debiut! 
         
        Brytyjczyk stosunkowo błyskawicznie powrócił z albumem bardziej dojrzałym, świadomym, a przy tym wciąż niezwykle ludzkim. Szmierek ponownie bierze na warsztat drobne sceny z codzienności, relacje, przypadkowe spotkania i własne potknięcia, ale tym razem przygląda się przede wszystkim naszej obsesyjnej potrzebie kontrolowania tego, czego tak naprawdę kontrolować się nie da. Bo ile w naszym życiu jest świadomych decyzji, a ile zwykłego przypadku? I czy szczęście rzeczywiście możemy sobie sami wypracować?
         
        Te pytania znów dostają oprawę, przy której trudno usiedzieć w miejscu. Spoken word Szmierka płynie tu na tle house’u, breakbeatu, techno i garage’u, a eksplozywne i transowe taneczne rytmy spotykają się z tekstami o miłości, rozstaniach, samotności, emocjonalnym utknięciu czy nocnych rozkminach. "Godzilla Hotel" wciąga historią przypadkowego końca związku w Japonii, "The Heron" przypomina, że ryzyko wpisane w miłość może być warte podjęcia, "Seminal" pogrąża się w izolacji i emocjonalnym paraliżu, w "The First Five Minutes of Mangolia" (kapitalne zderzenie house'u z grungy gitarami) wykorzystuje z kolei film Paula Thomasa Andersona do rozważań o przypadku i dziwnych splotach wydarzeń, we "Flight Simulator" przemienia niepokój w euforię, w "You're Not Supposed To Do This Forever" uświadamia sobie, że sukces nie musi być trwale utrzymany, a "Aussie Gold Hunters" zostawia nas z tym specyficznym uczuciem, kiedy późną nocą zaczynamy analizować całe swoje życie z nadzieją na lepsze jutro. 

        Warto przy tym jeszcze pochwalić współpracującego ze Szmierkiem Maxa Radforda za dopracowaną i ciągle poszukującą oryginalności produkcję, a także docenić wkład wokalistek Ellur i Pretty Girl oraz producenta 1-800 GIRLS w rozszerzenie i tak już bogatej palety dźwiękowej tego albumu, która mimo wszystko nie odwraca uwagi od tej najważniejszej, lirycznej emocjonalności. 
         
        Bo w słowach tkwi ta największa siła Szmiereka. Przedstawiony proces, od potrzeby rozszyfrowania świata, odnalezienia reguł rządzących przypadkiem i odzyskania nad nim kontroli do ostatecznego zrozumienia zupełnie przeciwnego wniosku, skłania do refleksji. Nie wszystko musi mieć ukryte znaczenie, nie każdy zbieg okoliczności jest znakiem, a nie każdą chwilę trzeba zamieniać w opowieść. Czasem, zamiast próbować rozszyfrować śpiew ptaków, wystarczy po prostu się zatrzymać i go posłuchać. I w tym tkwi największa mądrość "Decoding Birdsong". Słuchajcie nie tylko śpiewu ptaków, ale też Antka Szmiereka! Chłopak na to zasługuje! 
         




        KAROL G – "NO ME ARREPIENTO DE SENTIR TANTO" 

         
         
        W momencie gdy Coachella na tegoroczną edycję ogłaszała Karol G pierwszą latynoską headlinerką w swojej historii, kompletnie nie miałem pojęcia kto to jest. Niemniej z ciekawości obejrzałem jej występ na streamingu i... Wow! Rozmach tego barwnego show kolumbijskiej piosenkarki zrobił na mnie ogromne wrażenie. A i sama artystka tryskała zaraźliwą pozytywną energią, zachwycała wokalnymi popisami i jakoś tak jej latynoskie melodie zaczęły krążyć w moich żyłach. Gdyby ktoś mi powiedział rok temu, że nastąpi u mnie taki zwrot w te muzyczne rejony? Ok, lata temu na szkolnych dyskotekach tańczyło się do Shakiry, później jako wodzirej imprez też nie stroniłem od zapuszczania latynoskich klimatów, a w ostatnim czasie zmierzyłem się z wychwalanym przez wszystkich ostatnim albumem Bad Bunny'ego (kontekst liryczny doceniłem, ale nie zaiskrzyło między nami), ale to były powiedzmy incydenty. Karol G na tym tle wyjątkowo zawładnęła moją wyobraźnią, do tego stopnia, iż natychmiast zakupiłem bilet na jej przyszłoroczny koncert na Stadionie Narodowym w ramach światowej trasy (ok, może budżetowo na tylny fragment płyty, ale jednak) i zacząłem doceniać karnawałowy blask jej zeszłorocznego albumu "Tropicoqueta". No i jakby tych emocji mało, to jeszcze dość chyba nieoczekiwanie podzieliła się ze światem kolejnym dziełem "No Me Arrepiento de Sentir Tanto". 
         
        Ten materiał jest przeciwieństwem poprzedniej płyty i przedstawia Karol G z bardziej intymnej i emocjonalnej perspektywy. Nie trzeba być znawcą języka hiszpańskiego, by zrozumieć, że spotykamy się z artystką, która szczerze opowiada o swoim złamanym sercu. W kolejnych utworach przechodzi przez wszystkie etapy miłosnego rozczarowania: wściekłość, tęsknotę, zazdrość, samotność, próby zapomnienia i wreszcie powolne godzenie się ze stratą bliskiej relacji. Muzycznie również pozwala sobie na znacznie więcej – reggaeton spotyka tu alt-pop, R&B, indie rock, eksperymentalną elektronikę i delikatne ballady. Poza nielicznymi momentami tanecznej intensywności (szczery uśmiech wywołała u mnie kompozycja "Alguien que te amaba", którą propagowałbym na polskich weselach) dominuje tu zwolnione tempo i nostalgiczna atmosfera. Obecny status Karol G pozwolił jej na zaproszenie wyjątkowych gości. Rapową nawijką latynoskim stylu w "Ahí" popisuje się Drake, w jedynym anglojęzycznym numerze "Still" pojawia się Bruno Mars, który idealnie się wkomponowuje w tę słodko-gorzką romantyczną balladę żywcem wyjętą z lat 80. Charakterystyczna linia gitarowa Grega Gonzaleza z Cigarette After Sex zaś idealnie podkreśla finałową, poruszającą kołysankę "Después de ti". Prawdziwą perełką okazał się jednak bardziej oryginalny i kapitalny numer "BbY WOW" wspierany przez obiecujących hiszpańskich artystów: nieprzewidywalnego rusowsky'ego oraz obdarzoną eterycznym wokalem Judeline. Nie dziwię się, że ten numer podbija niektóre listy przebojów. 
         
        Mam w sobie poczucie, że w odpowiednim momencie wchodzę w świat Karol G. Z jednej strony zdołała już mi się ukazać jako gwiazda, która potrafi zawładnąć największymi scenami, a z drugiej właśnie odkryła przede mną i światem bardziej ludzkie, kruche, zagubione, boleśnie szczere oblicze swojej osobowości. Ten płomień sympatii do tej artystki został podsycony i jestem ciekaw, czy podczas koncertu w Warszawie wybuchnie on miłosnym uwielbieniem.     



         

        INTERPOL – "THE MIRROR WEIGHS A TON"



        Interpol wpisali się na początku XXI wieku do gitarowego kanonu przede wszystkim pierwszymi już kultowymi albumami "Turn on the Bright Lights" oraz "Antics". Kolejne ich dzieła już nie wzbudzały tak powszechnych zachwytów, grupa bardziej poszukiwała iskier z początku kariery, niż autentycznie je z siebie wykrzesywała. Choć oczywiście momentów nie brakowało, a chłodny, niepokojący, rozedrgany atmosferycznie gitarowy styl niezmiennie charakteryzował kolejne mniej lub bardziej udane płyty. Studyjnie osobiście nigdy nie straciłem dla nich głowy, cztery koncertowe spotkania też budziły różne emocje (występy w Stodole z 2023 roku i pod open'erowym Tentem w 2019 wspominam najcieplej), ale do ich obecności w mym muzycznym świecie zawsze podchodziłem z szacunkiem. Niemniej najnowszy album "The Mirror Weighs A Ton" nie był na liście tych oczekiwanych w tym roku, tym bardziej pozbawiony oczekiwań pozytywnie zaskoczył swoją spójną formą. 
         
        Przychylam się zatem do opinii, że to zdecydowanie najlepszy album zespołu od niemal dwóch dekad i zarazem niespodziewany powrót do tej gęstej nowojorskiej ulicznej aury, za którą kiedyś tak mocno świat pokochał tę formację. Z jedną kluczową różnicą: na tym materiale nie znajdziecie przebojowych piosenek i singli, które jakoś szczególnie będą euforycznie przyjmowane na koncertach. I paradoksalnie może właśnie dlatego ten album działa tak dobrze. Interpol nie próbuje na siłę odtwarzać największych przebojów, nie ściga się z własną legendą, nie poluje na stadionowy refren, który ponownie wyniesie ich na szczyt. Zamiast tego cierpliwie budują świat na własnych zasadach – nastrojowy, mroczny, gęsty i momentami hipnotyczny. Powracają charakterystyczne dla zespołu wielowarstwowe chłodne gitary, mocniej wyeksponowany bas (za który odpowiadał w studiu oficjalnie wcielony do zespołu Brad Truax), nerwowa perkusja, subtelne klawisze, niepowtarzalny baryton Paula Banksa, ale nie brakuje też niuansów: choćby wyłaniających się w tle smyczków, czy też pojawiającego się eterycznego wokalu Juliet Seger-Banks. No i chyba najistotniejsze: pod każdą kompozycją czyhają tajemnice, które trzymają w napięciu przez cały odsłuch, począwszy od tytułowej kompozycji, która aspiruje do jednej z najbardziej wyróżniających się i piękniejszych pieśni tej formacji. To właśnie doskonale skonstruowana wszechogarniająca niepokojąca i tęskna atmosfera stanowi fundament sukcesu tego albumu. 
         
        Sukces "The Mirror Weighs A Ton" miarkuję również tym, iż szczerze zapragnąłem do niej powrócić. Może nawet nie raz i nie dwa. Interpol udowodnił, że nie zatracił jeszcze całkowicie umiejętności wykrzesywania iskier gitarowej satysfakcji.  
         


        ➖ 
         

        DEBIUTY


        WESTSIDE COWBOY – "IT GOES ON"



        Poczynania obiecującego zespołu Westside Cowboy obserwowałem uważnie już od dłuższego czasu, a przed premierą debiutanckiego albumu "It Goes On" miałem okazję dwukrotnie oceniać ich potencjał sceniczny. W lipcu zacnie otworzyli wieczór w londyńskim Alexandra Palace przed White Lies i The Maccabees, a w sierpniu w klubowej przestrzeni rozpalili mnie i pozostałych festiwalowiczów Way Out West niezwykle intensywnym występem! Świetne oba koncerty utwierdziły mnie w przekonaniu, że ten młody, czteroosobowy zespół z Manchesteru tryska niesamowitą, niepohamowaną gitarową energią i oryginalną kreatywnością! Wystarczyło tylko przełożyć tę sceniczną naturalność, pasję i brawurę na język studyjny. I ta sztuka udała im się doskonale! 
         
        Kolekcja jedenastu piosenek na "It Goes On" porywa przełożoną na własną mowę mieszanką amerykańskiego alt-country i brytyjskiego indie-rocka z podszytą uniwersalną, nostalgiczną, folkową wrażliwością. Zespół nawet odważnie (a może i żartobliwie) określa swój styl jako "Britainicana". Większość utworów charakteryzuje również nieprawdopodobny, odurzający pęd. Już rewelacyjny otwierający ten materiał numer "Kick Stones (The Boys)" rozpędza się, jak pociąg TGV, którego nikt nie zdoła zatrzymać. Westside Cowboy uwielbiają właśnie zaczynać swoje kompozycje od pozornie subtelnego motywu, a następnie podkręcać intensywność, aż utwór eksploduje w wielkim, wspólnie wyśpiewywanym crescendo. No właśnie – kolejne utwory cechują również świetne harmonie wokalne. Głosy Jimmy'ego Bradbury'ego, Reubena Haycocksa, Aoife Anson O’Connell i Paddy'ego Murphy'ego nieustannie przeplatają się ze sobą, nadając piosenkom poczucie kolektywnej energii i przyjaźni. 
         
        Wyróżniające się kompozycje "Pin Up Boys", "Coyote", "Paperchains", czy też "Dobro" również pokazują zamiłowanie Westside Cowoby do nieprzewidywalnego, wysokoenergetycznego gitarowego natężenia, a "Worried Age" trafia w samo centrum współczesnych lęków, zamieniając pokoleniowy niepokój w jeden z najbardziej nośnych momentów albumu. Pojawią się też chwile nieco spokojniejsze, bardziej kruche i wyciszone – "Big Wheels", "Patchwork" czy "Take My Leaving As I Love You" – dzięki którym ten nieustanny pęd zyskuje potrzebny kontrast. Niemniej przede wszystkim dominuje tu zaraźliwa atmosfera gorączkowej młodości i wiary w podbój całego świata. 

        Ostatecznie "It Goes On" to jeden z najbardziej ekscytujących i emanujących ogromną wiarą w siłę wspólnego grania gitarowych debiutów tego roku, a nawet ostatnich lat. Nie mam cienia wątpliwości, że Westside Cowboy już za moment staną się powszechnie uwielbianą indie formacją przez wszystkich miłośników alternatywnej muzy.



        MAN/WOMAN/CHAINSAW – "CANNONBALL"



        Londyńska sześcioosobowa formacja Man/Woman/Chainsaw zahipnotyzowała mnie w okolicach maja fenomenalnym singlem "Nosedive", który ktoś słusznie na YouTube opisał, że brzmi tak, jakby Arcade Fire skomponowali "All My Friends" LCD Soundsystem. Natychmiastowo zaznaczyłem w kalendarzu premierę ich debiutanckiego albumu "Cannonball" i ten materiał namiętnie odsłuchiwałem w trakcie podróży pociągiem na i z OFF Festivalu, manifestując w myślach rychłą wizytę tego zespołu w Dolinie Trzech Stawów, bo jestem przekonany, że ich koncert byłby wydarzeniem. Póki co jednak pozostaje nam delektować się ich niezwykle dojrzałym, pomysłowym i wyrafinowanym dziełem, które plasuje się w czołówce najlepszych tegorocznych debiutów. 
         
        "Cannonball" to prawdziwy kalejdoskop inspiracji i emocji – raz choćby porywa rozbuchanym art rockiem, za chwilę skręca w bardziej subtelne rejony chamber popu, by po chwili ponownie eksplodować awangardowymi crescendami. Smyczki, skoczne klawisze, złowieszcze gitary i zmieniające się trzy główne męsko-damskie wokale tworzą tutaj niezwykle barwny, teatralny świat, w którym naprawdę sporo się dzieje. Ale zamiast stylistycznego bałaganu dostajemy zaskakująco spójny twór. Zespół płynnie potrafi w jednej chwili przeprowadzić nas od delikatnego szeptu do ściany dźwięku. To właśnie zabawa dynamiką i budowanie wielowymiarowego napięcia są największymi atutami "Cannonball". 
         
        "Only Girl" otwiera album z hukiem, "Goddamn, Lizard Man!" pokazuje jego bardziej mroczne oblicze, "The Thing" dorzuca postpunkowego pazura, "Get Up and Dance" i "Canyons" uderzają burzliwą formą, "Still Angry" wybrzmiewa oczyszczająco, a wspomniane już "Nosedive" łączy filmowe napięcie, taneczny puls i wielki refren, żeby stworzyć festiwalowy hymn. "Snakebite", czy też finałowe "Something Else To Give" udowadniają natomiast, że Man/Woman/Chainsaw potrafią również pięknie i rozczulająco wyhamować.
         
        "Cannonball" to śmiały i spektakularny album z ukształtowaną wizją. Emanujący nieskazitelną wyobraźnią i kunsztem muzycznym. Aż trudno momentami uwierzyć, że to dopiero debiut tej młodej londyńskiej formacji.  

         
         
         
        ➖ 

        EP-KI / MINIALBUMY

         

        TOMMY WÁ – "HOPE OUR PATHS CROSS"



        Urodzony w Nigerii, a pochodzący z Ghany Tommy WÁ stał się dla mnie jednym z objawień ostatnich tygodni. Na swojej trzeciej EP-ce "Hope Our Paths Cross" ten uzdolniony singer-songwriter łączy afrykańskie muzyczne korzenie, indie folk, soul i delikatną alternatywę, tworząc piosenki niezwykle organiczne, kojące i pełne słonecznej przestrzeni. A przy tym stawia mądre, refleksyjne pytania o przemijaniu, rozstaniach, trwałości bliskich relacji w momencie przejścia w dorosłość i podążania własną ścieżką życiową. Nad tym wszystkim unosi się jego fenomenalny, ekspresyjny wokal, który nadaje tym prostodusznym melodiom odpowiedni emocjonalny ciężar. Mimo wielu wątpliwości i unikania prostych odpowiedzi ta pięcioutworowa EP-ka pozostawia z przekonaniem, iż pomimo nieuniknionego rozchodzenia się dróg życiowych, warto trzymać się nadziei i wiary to, iż pewne relacje, w tym miłosne uczucia (cudowne "Will You Wait?") przetrwają wszelkie zmiany. A jeśli nawet nie, to świat się na tym nie kończy... Piękne, ciepłe, bardzo ludzkie, pouczające dzieło. Perełka! 

         
         

          ➖ 

        DODATKOWE WYRÓŻNIENIA


        Pozostałe interesujące wydawnictwa w telegraficznym skrócie: 
         
        Dla pragnących promieniście plumkającego soulowego, funkowego, house'owego tanecznego tła: JUNGLE – "SUNSHINE".

        Dla żądnych szalonej jazdy po bezdrożach post-punku, disco, art-rocka i power-popu z ukrytym drugim dnem: GETDOWN SERVICES – "MASSIVE CHAMPION".  
         
        Dla poszukujących wdzięcznego country: BRANDON FLOWERS – "THRASHER".  
         
        Dla stęsknionych kojącego, marzycielskiego soulu i potężnego głosu Brittany Howard: ALABAMA SHAKES – "I MUST BE DREAMING".
         
        Dla fanów zabawnych, uroczych, chwytliwych popowych melodii: FLOWEROVLOVE – "MINI SKIRT WARRIOR".
         
        Dla łaknących charakternego, jangle'owego indie-rocka: KIWI JR. – "BLOWIN' UP".


          ➖ ➖ ➖ 

        SINGLE

         

        FONTAINES D.C. – "MARIANNE"

        Masywny krok w mrok i zapowiedź piątego albumu "Dopamine Chamber", którego premiera 16 października!
         
         

        FLORENCE ROAD – "7653"

        Miałem okazję już dwukrotnie przekonać się o koncertowej sile tej kompozycji i z zadowoleniem stwierdzam, że dziewczyny z Flo Ro wybornie przeniosły tę energię na studyjny grunt! 
         
         

        EWA KOC – "NIEBEZPIECZNIE BLISKO"

        Debiut płytowy tego super zespołu będzie wydarzeniem przez duże "W"! 
         
         


        ROYAL BLOOD – "TEN OVER TEN"

        Royal Blood wracają ze soczystym singlem! To pierwszy przedsmak albumu "Dead Company", którego premiera nastąpi 13 listopada! 




        NOTHING BUT THIEVES – "BABY KOOL (EVELYN)"

        Cool!



        THE BIG MOON – "FUN"

        Tytuł odpowiada zawartości!



        GURRIERS  – "NOTHING HAPPENS TWICE"

        Cios w skroń! 
         



        WIKTOR WALIGÓRA, LOR – "TERAPIA DLA PAR"

        A tu cios w serducho! Piękna kolaboracja! 




        TOMMY LEFROY – "THIEF"

        Piękny zwiastun debiutanckiego albumu "The Precariat", który ukaże się 23 października! 




        NATALIA MARCZUK – "NADWODNE MIASTO" 

        Wspaniała, gęsta od emocji kompozycja. 




        QUEENS OF THE STONE AGE – "INSIGNIFICANT OTHER"

        Drugi świeży singiel od QOTSA, znów dość stonowany, bluesowy i zarazem stanowiący zapowiedź albumu "Perfecth", którego premiera 30 października! 




        RADIO FREE ALICE – "CRYING WITH YOU"  

        Ten australijski zespół okazał się jednym z objawień mych muzycznych poszukiwań na Way Out West i z ekscytacją wyczekuję ich debiutanckiego albumu "What's In Between" (30.10)! 
         



        BLOSSOMS – "ADDITIONAL DRIVER" (FEAT. DECLAN MCKENNA)

        Lata temu Blossoms zabrali w trasę Declana jako support, a teraz zaprosili na pokład nowego singla "Additional Driver"! Ich szósty album "Songs from the Wedding Cake" ukaże się 2 października.
         



        REMI WOLF – "BOTTLE"

        Trzeci album "Mud" Remi Wolf ukaże się 9 października! Poprzedni przypadł mi do gustu i pierwsze zapowiedzi nowego materiału bardzo obiecujące!




        THE NORTH – "WALLOW"

        W maju polecałem ich EP-kę "Coming of Age", a teraz chłopaki częstują nas kolejnym świetnym singlem! Dla fanów wyspiarskiego rocka! 




        OLY. – "AMAZING WORLD"

        Brakuje takiego autentycznego, skromnego, subtelnego songwritingu na naszym podwórku.
         



        EZRA COLLECTIVE – "JUBILEE FEELING"

        Przy tym singlu powracają wspomnienia z bezpretensjonalnie radosnego koncertu na Way Out West! To ostatnia zapowiedź albumu "Here Because of Hope", który pojawi się już 11 września.  




        HEIMA – "SKAZA" 

        Heima wkracza w mroczne rejony i odważną lirykę, by odpowiednio zilustrować soundtrack do wyczekiwanej gry wideo Holstin z gatunku survival horroru. Efekt w pierwszym singlu intrygujący. 




        GANG OF YOUTHS – "THINGS TAKE TIME"

        Trochę o tym australijskim zespole zapomniałem, a kiedyś nawet śmiałem mówić, że mają potencjał na największe sceny festiwalowe. Póki co wracają z bardzo ładnym, emocjonalnym singlem. 




        JAMIE T – "3310"

        Jamie T powraca z nowym albumem "Ghosts (100 Days of Morning)"! Premiera 9 października!



        FREAK SLUG – "IF I COULD"

        Niezły koncert Freak Slug na Way Out West oraz ten singiel zwiększyły moje zainteresowanie jej nadchodzącym albumem "Amulet".


         
         

        NIEVE ELLA – "ROMANCE IS A DESERT"

        W kontraście do poprzednich singli, tym razem lżejsza, przewiewna, kołysząca indie zapowiedź debiutanckiego albumu "How Long Will It Take?". 



         

        CHLOE SLATER – "I'VE NEVER FELT SO HATED"

        Chloe Slater z pewnością imponuje podejmowanie trudnych tematów w swoich piosenkach. Tym razem rozprawia się z toksycznością środowiska online. Zarazem to kolejna zapowiedź debiutanckiego albumu "Riot Youth", którego premiera 9 października. 



         

        ARTUR ROJEK – "MIRAFIORI"

        Najlepsza i najbardziej rozczulająca z dotychczasowych zapowiedzi nowej płyty "Chciałbym urodzić się żeby latałem", która ujrzy światło dzienne już 18 września. 




        OLIVIA RODRIGO – "SERENA JOY"

        Olivia zaskoczyła tym bardzo zaangażowanym w przekazie i duchowo punkowym singlem! Rewelacja! 



        WYDARZENIA MIESIĄCA



        RELACJE KONCERTOWE


        Na blogu pojawiła się relacja z:
         
           
          OGŁOSZENIA KONCERTOWE
           
          Wybrane festiwalowe newsy:
           
          Open'er Festival: Tame Impala pierwszym headlinerem!
             


          Wybrane pozostałe ogłoszenia:

          Fontaines D.C., Atlas Arena, Łódź, 29.10.2026
           
          Cage the Elephant, Klub Studio, Kraków, 09.02.2027
            
          Getdown Services, Niebo, Warszawa, 15.03.2027 / Hype Park, Kraków, 16.03.2027
            

           
           
          ➖ 

          PLAYLISTA MIESIĄCA

           
           
          I oczywiście na koniec zapraszam Was do przejrzenia i przesłuchania mojej tradycyjnej playlisty, którą na bieżąco uzupełniałem przez cały miesiąc! Przypominam, że w pierwszej kolejności wyszczególniam albumy i EP-ki (maksymalnie 5 utworów z poszczególnych pozycji), a w dalszej kolejności prezentuję single, w tym te, które nie załapały się w moich powyższych wyróżnieniach, a które również są warte sprawdzenia! Wybory oczywiście skrajnie subiektywne!
           
           
           

          Sylwester Zarębski
          Podróże Muzyczne
          08.09.2026


          Polecane

          Brak komentarzy:

          Obsługiwane przez usługę Blogger.