AKTUALNIE W GŁOŚNIKACH: LIPIEC 2026

/
0 Comments

To lato jest zdecydowanie obfite w wyczekiwane i warte uwagi muzyczne premiery!
 
Jack White znów wykrzesał elektryzujące riffy, szkocka formacja Lucia & The Best Boys porwała brawurowymi alt-indie-rockowymi kompozycjami, Gracie Abrams nieco rozczarowała, ale i tak wywołała delikatne drgania w sercu, Mlecze rozkwitły i czule otoczyły pięknymi indie-popowymi melodiami, Charli xcx frapująco zmieniła narracyjną perspektywę i muzyczny styl, Yard Act rozszerzyli granice swojej wyobraźni, postpunkowej wrażliwości i ciętego liryzmu, Sienna Spiro wystawiła debiutancką wizytówkę swojego podniosłego soulowego wokalu, zaś Mary In The Junkyard na swoim przekonującym debiucie zafascynowali nieprzewidywalną, hipnotyzującą art-folkową aurą. No i jeszcze z EP-kami Saint Clair z ekscytującą dawką alt-rocka oraz Lia Sky z autentycznym pop-rockowym zapisem złamanego młodego serca, próbującego pogodzić się ze stratą i rozczarowaniem. 
 
Taka selekcja z zeszłego miesiąca, a przecież tych albumów pojawiło znacznie więcej!  Są więc dodatkowe wyróżnienia, single oraz playlista miesiąca. Zapraszam do lektury i być może odkrywania nowych dźwięków!     
 
PS Nowy album The Strokes za ten beznadziejny autotune zbanowałem. Podobno ostatecznie nie ma tragedii, ale za każdym razem odrzuca mnie już pierwszy numer... Może kiedyś... 
 
 

ALBUMY

 

JACK WHITE – "FROZEN CHARLOTTE"



Dwa lata temu Jack White na  albumie "No Name" porzucił gitarowe eksperymenty na rzecz powrotu do fundamentów ognistego garażowego rocka z bluesowymi odcieniami i stworzył jedno z najlepszych wydawnictw swojej kariery. Na swoim nowym dziele "Frozen Charlotte" kontynuuje tamten kurs i choć może już nie zaskakuje powrotem do whitestripes'owskiej surowości, to dalej nie traci twórczego impetu i jeszcze bardziej utwierdza swoją pozycję w panteonie najwybitniejszych współczesnych gitarowych twórców.

To płyta, która nie próbuje na siłę wymyślać rocka od nowa. Jack White doskonale wie, że jego największą siłą pozostają rozpalone do czerwoności riffy, garażowa surowość, bluesowy brud i nieokiełznana energia. Trzynaście premierowych kompozycji pulsuje nerwową, wręcz wybuchową intensywnością. Twórczy, niczym nie ostudzony impuls White'a gra tu pierwsze skrzypce, ale swoje dokładają też członkowie jego obecnego koncertowego składu: Dominic Davis na basie, Bobby Emmet na organach Hammonda oraz Patrick Keeler na perkusji. Wspólnie nie idą na żadne rockowe kompromisy. 

Już od otwierającego "G.O.D. And The Broken Ribs" słychać, że nie będzie tu miejsca na zachowawczość. Kolejne utwory bombardują charakterystycznymi dla White'a poszarpanymi riffami, przesterowanymi gitarami, pulsującą sekcją rytmiczną i wokalem balansującym między bluesowym zadziornym śpiewem a niemal punkowym krzykiem. Obok pędzących rockowych petard pokroju "Derecho Demonico", "Dollar Bill", czy mego faworyta "You'll Never Fix Me" pojawiają się również kompozycje pozwalające odetchnąć, lecz nawet wtedy napięcie ani na moment nie znika (choćby fenomenalne finałowe "Neighbors Blues"). Gitary w rękach White'a nie służą jedynie budowaniu melodii – prowadzą dialog, prowokują i atakują z niemal niepohamowaną siłą. Każdy riff, każde gitarowe solo i każdy szorstki wokalny wybuch wydają się całkowicie instynktowne, a jednocześnie perfekcyjnie przemyślane. 

To album brutalny, bezpośredni, momentami ostentacyjnie prosty, ale właśnie w tej prostocie tkwi jego największa siła. White przypomina, że rock nie potrzebuje fajerwerków ani technologicznych sztuczek, by wciąż elektryzować. Wystarczą znakomite kompozycje, bezbłędne wyczucie bluesowego groove'u i 
ta smykałka do wykrzesania z pozornie prostych dźwięków gitary żarliwych i pasjonujących emocji. A te elementy Jack White i jego kompani, czego świadkiem też byłem na ostatnich koncertach w Warszawie i Krakowie, mają opanowane do mistrzowskiego poziomu!

Jeżeli "No Name" było triumfalnym powrotem do korzeni, to "Frozen Charlotte" stanowi potwierdzenie, że Jack White ponownie znajduje się w absolutnym twórczym szczycie. To kolejny kapitalny rozdział w jego imponującej dyskografii i jedna z tych płyt, które przypominają, dlaczego gitarowy rock – w odpowiednich rękach – wciąż potrafi brzmieć ekscytująco. 
 

 
 

LUCIA & THE BEST BOYS – "PICKING PETALS"



Debiutancki album "Burning Castles" alt-indie-rockowej szkockiej formacji Lucia & The Best Boys z 2023 roku, mimo przyzwoitych recenzji, nie zyskał powszechnego rozgłosu w eterze. Nie zagościł również w moich głośnikach. Poza mym radarem charyzmatyczna liderka tej formacji Lucia Fairfull konsekwentnie jednak budowała swoją rozpoznawalność (także poza muzyką jako modelka), w 2024 roku zyskała wsparcie od cenionej rodaczki Shirley Manson, która z zespołem Garbage zaprosiła ją na trasę w roli supportu, a ostatnie dwa lata upłynęły jej na komponowaniu drugiego albumu. Uwagę na jej muzyczny projekt zwróciłem dopiero przy opublikowaniu singla "Lonely Girl" z udziałem innej popularnej szkockiej artystki – Lauren Mayberry. Takie wsparcie ze strony wokalistki Chvrches nie mogło być dziełem przypadku. I faktycznie Lauren swoim krystalicznym wokalem świetnie odnajduje się w tej świetlistej i porywającej indie-synth-popowej kompozycji, a przy tym nie przyćmiewa ekspresyjnego, ocierającego się o siłę Kate Bush głosu Lucii. To nie jedyna aprobata z alternatywnej sceny, jaką Fairfull zyskała przy tworzeniu nowego albumu. W kolejnym efektownym singlu "Big Romance" fenomenalnie połączyła swój ogniście szybujący głos z wokalistką The Last Dinner Party, Abigail Morris. Kolejna głośna i wyśmienita kolaboracja, która w momencie wypuszczenia na światło dzienne tylko zaostrzyła mój apetyt na cały album "Picking Petals". 

Ten nie zawiódł moich oczekiwań i nie samymi gościnnymi występami stoi. Ba, wręcz przeciwnie! Już pierwszy hymniczny utwór "Back Inside My Heart" wciąga w dynamiczny wir chwytliwych synth-popowych melodii, uderza gitarową energią, oszałamia wielkimi, emocjonalnymi refrenami oraz urzeka popisami wokalnymi Lucii – jej wysiłki są jednocześnie kruche i potężne, subtelne i pełne ognia. Album jest przesiąknięty szaloną i magnetyczną energią, która nigdy nie traci tempa. Pociągające melodie choćby takich utworów jak pasjonującego "Wolf Cry", narastającego emocjonalnie "Better For The Worse", ozdobionego skrzypcami w stylu country "You Look Like Somebody In Love" (cudowny skrzypce w stylu country), podpartego żarliwą gitarową solówką tytułowego "Picking Petals" eksplodują w słuchawkach koncertową intensywnością. Nie brakuje jednak na tym krążku przestrzeni dla intymnych i delikatnych momentów. Rozczula zwłaszcza pianinowa ballada "Forgot The Arrow", a finałowe "Ephemeral", mimo porażającej intensywności, wywołuje transcendentny zachwyt.    
 
Lucia Fairfull na "Picking Petals" brawurowymi kompozycjami w duchu szkockiego indie oraz swoim władczym wokalem skutecznie oddaje przesłanie kobiecej siły i emancypacji. Do tej płomiennej energii i opowieściach o sile, wolności i odnajdywaniu własnego głosu po prostu chce się raz za razem powracać! Przekonajcie się o tym sami! Warto! 
 
 


        GRACIE ABRAMS – "DAUGHTER FROM HELL"



        Gracie Abrams na swoim trzecim albumie wywołuje delikatne drgania w mym sercu, ale zarazem nie potrafi mnie w pełni zachwycić. 
         
        Z jednej strony niezaprzeczalnie rozwija swój charakterystycznie intymny i melancholijny songwriting, a kontynuowana współpraca z Aarondem Dessnerem owocuje w bardzo dopracowane i subtelnie wielowarstwowe aranżacje, które nie przynoszą ujmy sławie Lony Pong Studio, ale z drugiej strony amerykańska piosenkarka nie potrafi zaryzykować i wyjść ze swojej strefy komfortu. Zatem otrzymujemy tu zbiór szesnastu piosenek o miłości, stracie, niepewności i dorastaniu, w których subtelny indie pop, folk i dream pop spotykają się z emocjonalną szczerością Gracie. No i to brzmienie ze znaczną przewagą melodramatycznych ballad i powracających lirycznych motywów sprawia nieco jednowymiarowe wrażenie. Niemniej nie brakuje tu perełek, na czele z choćby "chusteczkową" tytułową kompozycją, która wyróżnia się przestrzenną grą surowej gitary, świetnie wypada subtelne wsparcie Marcusa Mumforda w "What If It's Right?", w rozczulającym "Humming" wyłania się Justin Vernon (obecny nie tylko w tym kawałku), popową energię wprowadzają singlowe "Look at My Life" i zadziorny "Minibar" (od razu słychać tu wpływ Audrey Hobert – chciałoby się jej więcej), a emocjonalny ton doskonale nadają na samym początku przekonujące kompozycje "Hit The Wall", "Death Wish" i "The Knife". Bardzo spodobała mi się wokalna ekspresja Abrams w swiftowskim "Good Reason" – jej dojrzewający głos, bardziej plastyczny i różnorodny niż kiedykolwiek wcześniej, jest zresztą największym atutem tej płyty. Płyty, która mimo tej wspomnianej zachowawczości stanowi najbardziej dopracowany album w dorobku Gracie. Najmocniej trafi oczywiście do osób, szukających refleksyjnych emocji w muzyce.

        Mimo umiarkowanego entuzjazmu dalej wyczekuję przyszłorocznego koncertu w Berlinie... 
         



        MLECZE – "ALBUM NIEBIESKI"

         
         
        Przy zeszłorocznym debiutanckim albumie "Maruda" pisałem, że Mlecze stali się dla mnie jednym z największych objawień polskiej sceny – zespołem, którego shoegaze'owy, bedroomowy indie-pop błogo rozmywał się w sercu, a jednocześnie zaskakiwał pomysłowością aranżacji, niezwykłą wrażliwością i ujmującą naturalnością. Kilka miesięcy później tylko utwierdziłem się w tym przekonaniu podczas ich koncertu na Great September. Z szerokim uśmiechem obserwowałem sceniczny entuzjazm warszawskiej formacji, magnetyczną obecność wokalistki Karoliny Prasał i publiczność, która śpiewała z zespołem tak, jakby uczestniczyła w narodzinach nowego fenomenu rodzimego indie. Uwierzyłem, że Mlecze nie będą jednorazowym przebłyskiem, a zespołem, którego ogromny potencjał będzie tylko pęczniał i nabierał wyrazistego języka muzycznego. Nie spodziewałem się tylko, że ten krok naprzód nastąpi tak błyskawicznie!

        Mlecze na "Niebieskim Albumie" zdumiewająco dojrzewają, rozwijają indie-magiczny świat swojego debiutu, brzmią bardziej spójnie, imponują wysoką jakością produkcji, ale nie tracą przy tym bezpretensjonalnej szczerości, czułości i melancholijnego uroku. Niemal idealnie balansują między rozmarzonym dream-popem, przyjemnym indie rockiem i popową chwytliwością. Kolejnymi ciepłymi melodiami otulają i krzepiąco głaszczą serce, zaskakują gitarowymi porywami, ujmują aranżacjami wzbogaconymi o smyczki (choćby to improwizowane outro w "Mrużę oczy"!) i inne subtelne smaczki, ale ich największym skarbem pozostaje Karolina Prasał. Jej kojący wokal prowadzi przez opowieści o bliskości, miłości, tęsknocie i akceptowaniu własnych emocji z taką delikatnością, że trudno nie dać się im porwać. Okej, może lirycznie nie dorównuje jeszcze poziomowi Phoebe Bridgers, ale z drugiej strony te prostolinijne teksty swoją autentycznością i młodzieńczą szczerością trafiają prosto w serce i skłaniają do refleksji nad wielowymiarowością relacji z innymi i samym sobą.

        Otrzymaliśmy jedną z najbardziej czarujących i po prostu pięknych polskich płyt tego roku, do której czułej atmosfery chce się nieustannie wracać.   
         



        CHARLI XCX – "MUSIC, FASHION, FILM"


         
        Genialnie pełzający między euforią wieczornego klubowego parkietu a niepokojem dnia następnego, między hedonizmem a melancholią, między undergroundem a mainstreamem szósty album Charli xcx "Brat" okrył się błyskawicznie kultem i rozgościł się wygodnie w gronie najbardziej wyrazistych popkulturowych zjawiskach ostatnich lat. A samą artystkę wyniósł na mainstreamowy poziom popularności. Z zapartym tchem czekaliśmy na jej kolejny krok. I jeśli ktoś liczył na kontynuację jaskrawozielonej ekstazy, to może czuć lekki zawód. Z drugiej jednak strony Charli xcx od lat udowadniała, że kroczy własną krętą ścieżką i uwielbia się przepoczwarzać. Potwierdził to wydany na początku tego roku art-popowy, sugestywny, mroczny, gęsty, nastrojowy soundtrack do najnowszej wersji filmowej "Wichrowych Wzgórz". Na "Music, Fashion, Film" kreatywna Brytyjka znów zaskakuje. 

        Zamiast kontynuować rave-popową estetykę poprzedniczki, artystka kieruje się subtelnie w stronę chłodniejszych, bardziej surowych i gitarowych przestrzeni, odsłaniając bardziej intymną stronę swojej osobowości. Koncentruje się na doświadczeniach związanych z nagłym wzrostem popularności, relacjach z bliskimi, małżeństwie oraz presji wynikającej z życia w świetle reflektorów. Niemal dosłownie zabiera nas  za kulisy sławy i w swoim stylu, nie unikając ironii, pod warstwą krótkich, poszarpanych, glitch-pop-rockowych kompozycji buduje atmosferę napięcia, emocjonalnego dystansu i lekkiego dyskomfortu. Można oczywiście żałować, że nie poszła o krok dalej i ta rockowa estetyka tylko pudruje popowe melodie, ale zarazem na swój sposób, przynajmniej w moim odbiorze, kolejne aranżacje wybrzmiewają magnetycznie i tli się w nich koncertowy potencjał. To album, który nie zawsze daje natychmiastową satysfakcję, ale z każdym kolejnym odsłuchem odsłania swoje kolejne fascynujące warstwy.

        Kontrolowany chaos i drażniący gitarowy manifest odcięcia się od "Brat" w nadającym ton albumowi "Rock Music", ujmujące subtelnym gitarowym popem, wylewające kubeł zimnej wody na portret sławy "SS26", industrialno-glitchowe "Card Declined" z ironicznym spojrzeniem na konsumpcyjny eskapizm, hipnotyczna "Camera" o lęku przed nieustanną obserwacją, nostalgicznie popowe "2007", intymne, stopniowo budujące napięcie "I'm Afraid" i w kontrze surowa, gitarowa eksplozja katartycznych emocji w "Yeah". Dalej ironiczne, delikatnie hyperpopowe, melodyjne "Wink Wink", manifestacyjny rock w "Persona", list miłosny do przyjaźni skryty ciepłych, indietronicznych fakturach "Magic Metal Montana" i wreszcie najbardziej filmowe, enigmatyczne, o egzystencjalnym ciężarze "No One Lasts Forever", które kończy się zapętloną wypowiedzią Davida Cronenberga They’re dead, they’re gone, no one lasts forever, kierując uwagę ku przemijaniu, ulotności sławy i świadomości, że nawet największe kulturowe momenty kiedyś gasną. To przewrotne zakończenie płyty, która zamiast celebrować sukces ery "Brat", przygląda się cenie, jaką trzeba zapłacić za znalezienie się w centrum uwagi. I z tej perspektywy "Music, Fashion, Film" traktuję nawet jako przejmujący wyraz artystycznej odwagi i siły Charli xcx. Czy jednak muzycznie ekscytujący? Niekoniecznie, ale potrafi mnie ten materiał zahipnotyzować.  


         

        YARD ACT – "YOU'RE GONNA NEED A LITTLE MUSIC"


         
        Po dwóch znakomicie przyjętych albumach zespół Yard Act na "You're Gonna Need A Little Music" odważnie dalej rozszerza własny muzyczny język, udowadniając, że postpunk od zawsze był dla nich jedynie punktem wyjścia, a nie artystycznym ograniczeniem.

        Trzeci album Brytyjczyków jest zarazem ich najbardziej bezkompromisowym i najbardziej różnorodnym wydawnictwem. Nagrany niemal w całości na żywo w studiu materiał pulsuje zespołową energią, a obok charakterystycznej dla Jamesa Smitha ciętej, melodeklamacyjnej narracji pojawiają się hipnotyzujące partie fortepianu, dęciaki, syntezatory, taneczna rytmika, funkowe groove'y, a nawet echa drum'n'bassu czy space disco. Ta stylistyczna swoboda ani przez moment nie prowadzi jednak do chaosu – Yard Act z imponującą pewnością siebie łączą teatralny art rock, postpunkową zadziorność i chwytliwe melodie w jedną, niezwykle spójną całość.

        Równie fascynująca pozostaje warstwa tekstowa. Smith nie rezygnuje z błyskotliwych społecznych obserwacji i charakterystycznego poczucia ironii, ale tym razem kieruje wzrok również na własne doświadczenia. Jednym z głównych motywów albumu staje się sukces – jego cena, syndrom oszusta, presja kolejnych oczekiwań i pytanie o to, czy wraz z awansem nie traci się czegoś po drodze. Wszystko to wpisane zostaje w szerszą refleksję nad współczesnym światem, w którym indywidualizm coraz częściej wypiera wspólne rozumienie rzeczywistości.

        Choć "You're Gonna Need A Little Music" bywa najgłośniejszym, najbardziej konfrontacyjnym i emocjonalnie rozedrganym albumem Yard Act, nie jest pozbawiony światła. Obok punkowej furii i kąśliwych komentarzy pojawiają się momenty zadumy, a finał płyty pozostawia słuchacza z ostrożnym przekonaniem, że nawet w świecie pełnym frustracji i podziałów wciąż istnieje szansa na przełamanie impasu. To właśnie ten kontrast – między gniewem a nadzieją – sprawia, że trzeci album Brytyjczyków jest ich najbardziej dojrzałym i kompletnym dziełem.


        ➖ 
         

        DEBIUTY


        SIENNA SPIRO – "THE VISITOR"



        Ta historia ma swój początek nieco wcześniej, ale w mojej ocenie punktem przełomowym w karierze młodej Sienny Spiro był występ u Jimmy'ego Fallona na początku stycznia z kompozycją "Die On This Hill". Po obejrzeniu tego wykonania dosłownie wstałem z krzesła i biłem brawo na stojąco. Owszem, struktura tej przesadnie dramatycznej soulowej ballady jest prosta jak cep i obficie posypana patosem, ale jednocześnie sprawia wrażenie utworu napisanego wręcz po to, by dwudziestoletnia Brytyjka mogła w pełni rozwinąć wokalne skrzydła. A głos ma niezaprzeczalnie potężny – elektryzujący i przeszywający na wskroś. W połączeniu z kreacją utrzymaną w estetyce vintage porównania do Amy Winehouse same cisnęły się na usta. Odnosiłem wręcz wrażenie, że po tym telewizyjnym występie ktoś w wytwórni doznał olśnienia i uruchomiono wszystkie trybiki machiny muzycznego przemysłu, by nakręcić wokół tej dziewczyny odpowiedni hype. Widoczne było to również w naszym kraju. Kulisów oczywiście nie znam i jedynie spekuluję, ale wydaje mi się, że decyzja o wydaniu jeszcze w tym roku debiutanckiego albumu na fali sukcesu "Die On This Hill" była nieco zbyt pospieszna, mimo że kolejne single również święciły triumfy na listach przebojów.

        W efekcie otrzymaliśmy efektowny produkt, doskonale wysmakowany i idealnie trafiający w gusta niepoprawnych romantyków oraz miłośników ballad, ale zarazem pozbawiony chyba tego, co najważniejsze – duszy. Nie wyczuwam tu tego nieuchwytnego pierwiastka, który potrafiłby wynieść ten, bądź co bądź, dopracowany album na ponadczasowy poziom. Niemniej Sienna Spiro wystawia nim bardzo solidną wizytówkę swoich wokalnych możliwości, ogromnego talentu i ujmującej wrażliwości. Poszczególne kompozycje, choć nie docierają do najgłębszych pokładów serca, mają swój urok. "This Is My House" pociąga czarującym połączeniem soulu i R&B, "We're Not In Love" ściska za serce minimalistyczną aranżacją opartą na fortepianie, przestrzennych smyczkach i żałobnym wokalu Sienny, singlowe "Great Expectation" ukazuje zdolność artystki do tworzenia utworów o pop-soulowym rozmachu, "He's Not My Baby, I'm His" wybrzmiewa aksamitnym, a zarazem nieco bardziej energicznym retro soulem, balladowe "Pure", oparte na akustycznej gitarze i smyczkach, zanurza się w intymności, tytułowe "The Visitor" rozwija się niczym dobry, przejmujący melodramat, z kolei "Time, You & Me" niesie w sobie wyraźny bondowski klimat. "You Stole The Show" ponownie przykuwa uwagę subtelną oprawą utrzymaną w estetyce vintage i kolejnymi popisami wokalnymi Sienny, a "Mono No Aware" w finale zabiera nas do nastrojowego wnętrza przydymionego jazzowego klubu. No i oczywiście pomiędzy nimi swoim monumentalnym, balladowym ciężarem przygniata wspominane już "Die On This Hill". Szkoda, że brawurowe "Material Lover", napisane na ścieżkę dźwiękową filmu Diabeł ubiera się u Prady 2, trafiło jedynie do edycji deluxe (obok dwóch premierowych ballad: "MAYBE." i "Autumn Leaves"), ponieważ w podstawowej wersji albumu mogłoby wprowadzić nieco potrzebnego urozmaicenia.

        Sienna Spiro zadebiutowała przyzwoicie, choć poniżej oczekiwań, które narodziły się we mnie po jej zjawiskowym telewizyjnym wykonaniu "Die On This Hill". Cała kariera wciąż jest jednak przed nią. Wierzę, że będzie jeszcze wielokrotnie pozytywnie zaskakiwać i mimo wszystko z ogromną niecierpliwością czekam na jej przyszłoroczny koncert w Berlinie.
           

         
         

        MARY IN THE JUNKYARD – "ROLE MODEL HERMIT"



        Debiutancki album Mary In The Junkyard "Role Model Hermit" zakradł się do moich głośników niespodziewanie, ale nie mogłem przejść obojętnie wobec licznych zachwytów nad tym dziełem. I faktycznie wykreowany przez londyńskie trio muzyczny świat urzeka. Tworzą oni dość oryginalną (choć pewne porównania do Big Thief mają rację bytu) mieszankę indie rocka, art-folkowej wrażliwości i eksperymentalnego zacięcia, budując muzykę opartą na ciągłych kontrastach – między kruchością a intensywnością, ciszą a hałasem, błogością a niepokojem. To album jednocześnie surowy i misternie skonstruowany, w którym każdy detal – od poszarpanych gitar po hipnotyzujące partie smyczków – ma swoje znaczenie.

        Sercem tej opowieści jest niezwykły wokal Clari Freeman-Taylor, balansujący między eteryczną delikatnością a teatralną ekspresją. Jej przejmujące interpretacje prowadzą słuchacza przez świat pełen wspomnień, rozpadających się relacji, utraconych kontaktów i prób odnalezienia siebie w zmieniającej się rzeczywistości. Poetycki liryzm spotyka się z bogatymi aranżacjami, tworząc wielowarstwową, hipnotyzującą opowieść. "Mantra III", "Crash Landing" czy "Candelabra" pokazują, jak wiele emocji Mary In The Junkyard potrafią zawrzeć w minimalistycznych formach, podczas gdy "Blood", "New Muscles" czy "Thou Shalt Sprout" odsłaniają ich bardziej ekspansywne, nieprzewidywalne oblicze. 
          
        "Role Model Hermit" to album rozpalający wyobraźnię. Zaskakujący, mroczny, ulotny, senny, ale zarazem podszyty ciepłą ludzką wrażliwością, pięknem i nadzieją. Kruchy i potężny zarazem. Mary In The Junkyard zabrali mnie w fascynującą, odważną, wielowymiarową muzyczną podróż. Takich debiutów nam potrzeba!
         
        ➖ 

        EP-KI / MINIALBUMY

         

        SAINT CLAIR – "SOMETHING TO BE SAID"



        Londyński kwartet Saint Clair na debiutanckiej EP-ce "Something To Be Said" nie próbuje na siłę wymyślać alternatywnego rocka od nowa, lecz z ogromnym wyczuciem splata shoegaze'owe przestrzenie, grunge'ową szorstkość i gitarową melancholię rodem z lat 90. w coś, co wybrzmiewa zaskakująco świeżo i autentycznie.

        To zaledwie cztery utwory, ale każdy z nich odsłania inny fragment emocjonalnego pejzażu dorastania. Saint Clair piszą o relacjach wystawianych na próbę, odpowiedzialności, rodzinnych więziach i momencie, w którym młodzieńcze marzenia zderzają się z codziennością. Ich największą siłą okazuje się jednak umiejętność budowania napięcia – zamiast nieustannie atakować ścianą gitar, pozwalają piosenkom oddychać.

        Rozpędzone "Too Young To Notice" wnosi do EP-ki młodzieńczą energię i fuzzową zadziorność, przejmujące "Gretchen" zachwyca kruchością i intymnością, tytułowe "Something To Be Said" hipnotyzuje powolnie narastającym napięciem, a zamykające całość "Warm" udowadnia, że w prostocie aranżacji często kryje się największa siła.

        Największe wrażenie robi jednak fakt, że Saint Clair od samego początku stawiają piosenkę ponad instrumentalny popis. Powściągliwość ponad przesadną ekspresją. Każdy dźwięk wydaje się mieć swoje miejsce, a każda emocja wybrzmiewa naturalnie, bez zbędnego patosu. Dzięki temu "Something To Be Said" nie sprawia wrażenia zbioru garażowych prób, lecz świadomego artystycznego manifestu zespołu, który doskonale rozumie własną tożsamość i jakie emocje pragnie wyzwolić w odbiorcy.

        Jeśli szukacie gitarowej muzyki balansującej pomiędzy subtelnością a hałasem, melancholią a katharsis, to debiutancka EP-ka Saint Clair może okazać się jednym z najciekawszych odkryć tego roku. Wszystko wskazuje na to, że londyński kwartet ma jeszcze naprawdę wiele do powiedzenia.
         
         


        LIA SKY – "IT ISN'T REAL" 


         
        Na drugiej EP-ce "it isn't real" Lia Sky rozwija swoje pop-rockowe uniwersum, które zarazem staje się dla niej katalizatorem burzliwych uczuć związanych z miłosnym rozczarowaniem. Na przestrzeni pięciu utworów tworzy kronikę niezwykle intensywnych emocji, które odzwierciedla napiętymi, dynamicznymi gitarowymi teksturami, płomiennym wokalem oraz szczerymi do bólu tekstami. Ukazuje nie tyle sam moment zakończenia relacji, co skomplikowany słodko-gorzki proces, w którym ulga, złość, pewność siebie i wciąż obecne wątpliwości mieszają się ze sobą. Po warstwą nośnych, pop-rockowych refrenów, ostrych gitarowych solówek i szczypty kruchych refleksji wokal Sky kryje nieustannie toczącą się wewnętrzną walkę i cień niepewności. 
         
        Każdy, kto choć raz w młodości przeżył miłosny zawód, odnajdzie się w tej wrażliwości młodej artystki. Lia Sky nie próbuje przyspieszać procesu uzdrawiania. Pozwala swoim piosenkom pulsować wszystkimi sprzecznościami towarzyszącymi rozstaniu – od pierwszego poczucia wolności i odzyskiwania własnego głosu, przez chwile gniewu, aż po momenty, w których przeszłość wciąż potrafi niespodziewanie powrócić. 
         
        "It isn’t real" przekonuje właśnie tymi emocjonalnymi niedopowiedzeniami. To EP-ka, na której euforyczne refreny spotykają się z bardziej intymnymi fragmentami, a deklarowana siła często skrywa jeszcze świeże rany. W rezultacie otrzymujemy niezwykle autentyczny muzyczny zapis młodego serca próbującego pogodzić się z końcem pewnej miłosnej historii.
         
         

          ➖ 

        DODATKOWE WYRÓŻNIENIA


        Pozostałe interesujące wydawnictwa w telegraficznym skrócie: 
         
        Dla pragnących stylowego alternatywnego popu: SUKI WATERHOUSE – "LOVELAND".
         
        Dla poszukujących całkiem efektownych pop-rockowych melodii: BABY QUEEN – "I HOPE YOU DON'T REMEMBER ME".  
         
        Dla fanów stylu Błażeja Króla i wyczekujących corocznych piosenek, które podejmują emocje związane z Powstaniem Warszawskim: BŁAŻEJ KRÓL – "ŁĄCZY NAS...".
         
        Dla łaknących rozmarzonego, żeńskiego, harmonijnego folku: DOLDER – "THIS IS HOW YOU SEE ME NOW". 

          ➖ ➖ ➖ 

        SINGLE

         

        NOTHING BUT THIEVES – "STRAY DOG"

        Wreszcie ostrzejszy singiel od chłopaków! 
         
         


        NIEVE ELLA – "STANDING ON A PANE OF GLASS"

        Emocjonalna i drapieżna Nieve Ella w singlu "Standing On A Pane Of Glass", który zarazem stanowi zapowiedź jej debiutanckiego albumu "How Long Will It Take?"! Premiera 16 października! 




        QUEENS OF THE STONE AGE – "EASY STREET"

        Panowie chyba jeszcze nie opuścili paryskich katakumb ;)
         
         


        MATT BERNINGER – "MARTINI ME FATSO"

        Najbardziej przebojowy solowy kawałek Matta! 




        CHLOE QISHA – "BABY GIRL"

        Chloe zapowiedziała debiutancki mixtape "Fantasize", który ukaże się 30 października! 
         



        CINNAMON GUM – "MARY LIZ"

        Pięknie nam się rozwija projekt Macieja Milewskiego! Za nim supportowanie Thee Sacred Soul w UK, a na horyzoncie nowy album! 




        LIZZY MCALPINE – "THE LIGHT IN THE PAINTING"

        Malowniczy singiel, który stanowi zapowiedź nowego albumu "Angel" (18.10). 




        JAIN – "KILL IT WITH THE BEAT"

        Banger! 




        TOMMY WÁ – "WILL YOU WAIT?"

        Tym singlem Tommy niebywale mnie zaintrygował swoją twórczością. 




        ORVILLE PECK – "TOO LITTLE, TO LATE"

        Tajemniczy muzyczny kowboj powraca! Album "Mule" ukaże się 18 września!
         



        KAROL G – "MATADORA"

        Zajawka na twórczość Karol G u mnie trwa, a nowy album "No Me Arrepiento de Sentir Tanto" już 7 sierpnia!  




        SLAYYYTER  – "BRAND NEW CHANEL$"

        Slayyyter coraz śmielej wbija się w moją muzyczną planetę, a nowym singlem wręcz ją rozpala. 




        WOLF ALICE – "HAMMOND SONG"

        B-side'owy cover, ale jakże cudnie zinterpretowany i zachwycający wokalnymi harmoniami Ellie Roswell wspieranej przez Julię Cumming i Brię Salamenę. 




        REMI WOLF – "TWIGGY"

        Remi Wolf przekonująco otwiera nowy rozdział w swojej karierze.
         



        MORMOR – "DON'T NEED IT"

        No zasługuje chłopak na większy rozgłos!




        ROSE GRAY – "JUST BE BODIES" 

        Zmysłowy banger!




        CHLOE SLATER  – "MOTHER NATURE'S KILLING SPREE"

        Świetny singiel inspirowany dystopijnymi emocjami. 




        ALABAMA SHAKES – "I FEEL HOPE COMING"

        RPrzy okazji tego zacnego singla wreszcie doczekaliśmy się zapowiedzi nowej płyty "I Must Be Dreaming", której premiera już 28 sierpnia.  




        BECK – "IN THE NIGHT"

        Beck chyba zamierza dowieźć nam soundtrack tegorocznej jesieni. Nowy album "Ride Lonesome" ukaże się 18 września.




        NELL MESCAL – "SETTLES"

        Twórczość Nell już od jakiegoś czasu obserwowałem, ale dopiero ten singiel w pełni mnie ujął.  



        OLY. – "RED DINOSAUR"

        Folkowa propozycja ujmująca swoim minimalizmem i songwriterską wrażliwością autorki. Bardzo mnie cieszy ten muzyczny powrót OLY. 



        FLOWEROVLOVE – "KISS KISS KISS"

        Debiutancki album "MINI SKIRT WARRIOR" pojawi się już 28 sierpnia! 



        ELLE COVES – "RUMOURS"

        Ta dziewczyna ma w sobie coś pociągającego i emanuje przekonującą pewnością siebie.



        GURRIERS – "PARTY LINES"

        Postpunkowy gniew bez zahamowań!




        54 ULTRA – "TELL ME"

        Poproszę tego gościa w naszym kraju w przyszłym sezonie festiwalowym! 



        WYDARZENIA MIESIĄCA



        RELACJE KONCERTOWE


        Na blogu pojawiły się relacje z koncertów:
         Kolejne w drodze! A mam jeszcze sporo do nadrobienia...
           
          OGŁOSZENIA KONCERTOWE
           
          Wybrane festiwalowe newsy:
            
           
          Orange Warsaw Festival z zaskakującą zmianą terminu! W przyszłym roku impreza odbędzie się w połowie sierpnia (13-14.08)! 
           
          Great September:
            

           

          Wybrane pozostałe ogłoszenia:

          Nieve Ella, Oczki, Warszawa, 27.11.2026        
           
          ➖ 

          PLAYLISTA MIESIĄCA

           
          I oczywiście na koniec zapraszam Was do przejrzenia i przesłuchania mojej tradycyjnej playlisty, którą na bieżąco uzupełniałem przez cały miesiąc! Przypominam, że w pierwszej kolejności wyszczególniam albumy i EP-ki (maksymalnie 5 utworów z poszczególnych pozycji), a w dalszej kolejności prezentuję single, w tym te, które nie załapały się w moich powyższych wyróżnieniach, a które również są warte sprawdzenia! Wybory oczywiście skrajnie subiektywne!
           
           
           

          Sylwester Zarębski
          Podróże Muzyczne
          06.08.2026


          Polecane

          Brak komentarzy:

          Obsługiwane przez usługę Blogger.