Podróże Muzyczne relacjonują: OFF Festival 2026!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: OFF Festival 2026!
 

 Podróże Muzyczne relacjonują: OFF Festival 2026! 

  
 
 
Potrwało to trochę dłużej, niż zakładałem, ale wreszcie nadszedł ten moment! Czas na obszerne i mocno subiektywne wrażenia z mojej siódmej podróży na katowicki OFF Festival! Trzy dni spędzone w Dolinie Trzech Stawów przyniosły mi tyle różnorodnych emocji, koncertowych zachwytów, niespodziewanych odkryć, tanecznych szaleństw i spontanicznych festiwalowych historii, iż potrzebowałem chwili, by to wszystko poukładać w głowie.

A było co układać! Bo choć tegoroczny line-up na papierze nie wydawał mi się spektakularny, OFF po raz kolejny udowodnił, że jego największą siłą niekoniecznie są wielkie nazwiska, lecz umiejętność wrzucania człowieka w sam środek kompletnie nieprzewidywalnej muzycznej przygody. Finalnie tegoroczna edycja wylądowała u mnie w ścisłej topce wszystkich mych dotychczasowych wizyt w muzycznej Dolinie Trzech Stawów!

Tym bardziej zachęcam do uważnej lektury! Przyjemności! 
 
 
 

 Piątek, 07.08 

 
Tegoroczna edycja stała pod znakiem drobnych organizacyjnych zmian. Już przy wejściu uwagę zwracali wolontariusze, którzy zarządzali kolejką do opaskowania. Cieszy fakt, że po tworzących się zatorach w zeszłym roku odpowiednio wyciągnięto wnioski. Po przekroczeniu tradycyjnej kontenerowej bramy festiwalowej widoczne były również pierwsze zmiany w festiwalowej przestrzeni. Przede wszystkim uwagę zwracała wzniesiona trybuna pod Mainem przez głównego festiwalowego sponsora – mBank. Sam z niej nie korzystałem, ale wielu offowiczów z pewnością ceniło sobie możliwość oglądania koncertów z takiej wygodnej perspektywy. Czy zostanie ona z nami na dłużej? Czas pokaże. Odwrotu raczej już nie będzie od porcelanowych toalet. Może nie na poziomie WC Tronu, może w niezbyt imponującej ilości, ale w końcu OFF wsłuchał się w głosy i potrzeby odbiorców. Na plusik również skromna strefa z pisuarami. Niemniej wciąż moim zdaniem na terenie jest odpowiednia ilość miejsca, by zorganizować jeszcze jedną strefę z toaletami, która odciążyłaby kluczowe przejście między Sceną Leśną (tak, tak, od tego roku pod patronatem Orlenu, ale pozostanę przy tradycyjnej nazwie) a Główną. Korzystniejszych zmian doczekała się również strefa medialna i nie mam na myśli tu tylko darmowego piwka (tu kontrowersyjnie, gdyż z tej strefy można było wychodzić z alkoholem na teren festiwalu). Strefy partnerskie i gastro? Szczerze kompletnie nie miałem czasu, by się uważniej im przyglądać i oceniać, bo czas mimo wszystko spędzałem na bieganiu między scenami... Zatem przejdźmy już do tych koncertowych wrażeń!    
 
 
A piątkowe przygody rozpocząłem obiecująco, od przywracającego wiarę w ludzkość i pokój na świecie  koncertu Joshuy Idehena na Scenie Eksperymentalnej. Choć słowo "koncert" w tym przypadku to może nieco nadużycie. To był rodzaj muzycznego nabożeństwa, łączącego uduchowioną poezję i słowo mówione z euforycznymi wybuchami muzyki klubowej. Gdyby ten brytyjsko-nigeryjski wokalista nie obrał artystycznej ścieżki, to spokojnie mógłby aspirować do miana pastora. Ten koncert dawał mi trochę vibe występów Antony'ego Szmiereka (swoją drogą, idealny kandydat do obecności na OFFie!), z tą różnicą, że środek ciężkości występu u Idehena jest przerzucony właśnie na coachingowe i społeczno-polityczne przemowy. Momentami zastanawiałem się, czy nie przegada swojego show, ale ostatecznie wybronił się i skutecznie zarażał publiczność pozytywną energią. Może nawet byłem świadkiem tworzenia się sekty wyznawców Idehena? Niewątpliwie było w tym występie coś nieuchwytnie hipnotyzującego... Publiczność bez wahania na polecenia  Joshuy wymieniała się znakiem pokoju, wykonała nigeryjską falę od przodu do tyłu namiotu, śpiewała chóralne refreny i poniosła go majestatycznie podczas crowdsurfingu. Sam byłem gotów pójść z nim w ogień. Dodatkowo zaskarbił moje serce, gdy w finale zasamplował "Once in a Lifetime" Talking Heads! Scena Eksperymentalna stała się na godzinę świątynią wiary w muzyczny talent i duchowość Joshuy Idehena!  
 

Naładowany pozytywną energią ruszyłem dalej w teren festiwalu na poszukiwanie kolejnych takich doznań, ale następne koncerty w środku dnia jednak już nie wzbudziły u mnie takiej ekscytacji. Przez kwadrans wpuszczałem do serducha jazzowe popisy duetu Dana and Alden (ze wsparciem całego zespołu) na głównej scenie. Całkiem przyjemnie i relaksacyjnie zapowiadał się ten koncert w promieniach złociście zachodzącego słońca, ale koneserem tego gatunku nie jestem i ostatecznie ciekawość popchnęła mnie w stronę namiotu Sceny Trójki na występ...
 
 

Céline Dessberg. Zawiodłem się. Co prawda od samego początku nie była moją faworytką tegorocznego programu, ale wiele muzycznych pejów pokładało w niej nadzieję na perspektywiczny występ, więc postanowiłem dać jej szansę. Artystka o francusko-mongolskim pochodzeniu próbowała stworzyć wciągającą dźwiękową bańkę, w której subtelna fuzja indie-popu, folku i jazzu otula i sprawia, że czas płynie wolniej. No nie dałem się w ten intymny świat Dessberg wciągnąć. Nie odmawiam jej sympatycznego uroku ani ciepłego wokalu, ale same melodie kolejnych piosenek nie wnosiły żadnej ekscytacji do mojego serca. Były dla mnie po prostu nudne. Choć nie powiem – koncert w dalszej fazie nabrał rumieńców, gdy Céline sięgnęła po mongolską harfę. Ta głębiej podkreślona dźwiękowa podróż między francuską popową wrażliwością a mongolską tradycją zdołała delikatnie mnie pobudzić, ale nie na tyle, bym miał ochotę wracać do twórczości tej artystki.   
 


W tym festiwalowym momencie potrzebowałem innej energii i takową dostarczył mi na Scenie Leśnej Current Joys. Nie miałem wcześniej styczności z twórczością ukrywającego się pod tym pseudonimem amerykańskiego gitarzysty i wokalisty Nicka Rattigana, ale po pobieżnym przedfestiwalowym zapoznaniu się z nią śmiało liczyłem na solidny rockowy koncert. I taki w istocie otrzymałem. Z gatunku może tych, których nie będę wspominał z wypiekami na twarzy po latach, ale w tamtym momencie Current Joys zabrał mnie w zaskakująco kręte ścieżki podszyte gitarowym sznytem i nieprzewidywalnością. Kreślił niezwykle emocjonalnie pofałdowany pejzaż i zdołał kilka razy poruszyć mnie swoją wokalną desperacją. Typowy koncertowy rollercoaster – od rozmytych, utrzymanych w stylistyce lo-fi momentów po gitarowe eksplozje przybrudzonych faktur dźwiękowych, ocierających się niemal o punk-rockową zadziorność. Miał ten koncert swoje momenty.  
 


Dalej zdecydowałem się na pierwsze spotkanie z Black Country, New Road. I to właściwie nie tylko w sensie tylko koncertowym. No jakoś tak w ostatnich latach omijałem poczynania tej jednej z czołowych formacji sceny Windmill, także za czasów charyzmatycznego Isaaca Wooda w składzie. I może dzięki temu, bez większych oczekiwań, ten koncert tak mi się podobał, choć zarazem nie mogłem uciec od wrażenia, że ta sześcioosobowa formacja nieco poszukuje swojej tożsamości. A może właśnie w tym tkwił urok ich kolektywnej gry (bez jednoznacznego lidera w składzie) i twórczego eklektyzmu. Nie silili się na instrumentalne fajerwerki, postawili na absolutną elokwencję i poezję opartą na bardziej art-rockowej i chamber-popowej niż post-punkowej formule. Formule absolutnie kojącej moją duszę. Nie można im było odmówić czarującej muzykalności – pięknych harmonii wokalnych Mai Kershaw, Tyler Hyde i Georgii Ellery, imponujących partii instrumentalnych (dialogi skrzypiec i fortepianu wyśmienite!) oraz umiejętnego kreowania narastającej dramaturgii. Doprawdy Black Country, New Road wprawili mnie w błogi nastrój, ale w drugiej połowie koncertu poczułem pociąg do egzotycznej podróży w stronę afrykańskiego klimatu i podbiłem pod Scenę Trójki na ostatnie dwadzieścia minut koncertu legendy zamrocka...
 
 
 
W.I.T.C.H.! Od razu wkroczyłem w środek rozśpiewanego i rozbujanego tłumu zachwycającego się zachodnimi psych-rockowymi melodiami zderzonymi z afrykańskimi rytmami. Liderujący zespołowi od lat 70. Emanuel "Jagari" Chande swoją życzliwą charyzmą od razu wzbudził moją sympatię. Co prawda w tej ostatniej fazie koncertu często znikał za backstage'em, oddając przestrzeń grooviastym instrumentalnym popisom swoich kolegów, ale z racji wieku można było mu wybaczyć oszczędzanie swoich sił. Jak już jednak się z powrotem wyłaniał, to kulminacja zarażającej radości zawsze wzbierała.  Niemniej jednak liczyłem, że wybierając drugą połowę tego koncertu otrzymam jej najbardziej płomienną część, a raczej czułem, że zamrockowy żar tego koncertu pomalutku wygasał. Niemniej cieszę się z tego unikalnego doświadczenia i inspirującej lekcji muzycznej historii. OFF Festival nie zawodzi w tym temacie od lat.


 
Z braku lepszych opcji w ciemno postanowiłem sprawdzić, co muzycznego zaoferuje niejaki Babymorocco pod Sceną Eksperymentalną. No i znalazłem się w środku intensywnej tanecznej imprezy, która ociekała miłością, klubową i hyperpopową euforią oraz campową teatralnością. Ukrywający się pod tym artystycznym pseudonimem Clayton Pettet próbował wciągnąć mnie w swój wielobarwny świat, który zmieniał się w zależności od przybranego alter ego: Rocco Tropico i Jean Paula. To show było celowo absurdalnie performatywne, choć gdzieś tam pod powierzchnią kryły się poważne pytania o konstruowanie własnej tożsamości. Nie dałem się w pełni wciągnąć w tę beztroską zabawę (trochę jej dynamika była zaburzona przez brak obecności DJ-a), momentami nieco czułem krindż, ale z drugiej strony z każdym kolejnym utworem coraz bardziej udzielała mi się energia rozpalonego tłumu (rzucony na scenę biustonosz mówił sporo). Może nawet w finale głośno śpiewałem I’m really really hot, I’m really really hot...? Kto wie, kto wie...       
 
 
 
No i wreszcie przyszedł czas na najbardziej wyczekiwany występ tego dnia – The Flaming Lips! To było moje drugie tegoroczne spotkanie z tym ikonicznym psychodeliczno-rockowym zespołem z Oklahomy. Przez lata słyszałem same superlatywy o ich spektakularnych koncertach i niecałe dwa miesiące wcześniej podczas Metronome Prague na własne oczy ujrzałem i uwierzyłem w ten euforyczny i surrealistyczny muzyczny świat kreowany przez Wayne'a Coyne'a. I od razu muszę zaznaczyć, że to show w Pradze podobało mi się bardziej. Może to ten efekt pierwszego razu? Bardziej też przypadła mi do gustu dynamika tamtego koncertu. W lepszej formie wokalnej zdawał się również być sam Wayne (w Katowicach momentami jego wokal ledwo się przebijał przez ścianę dźwięku). Jedyny minus tamtego koncertu polegał na tym, iż odbywał się w trakcie dnia tuż przed Nickiem Cave'em. W Katowicach w warunkach ciepłej festiwalowej nocy to widowisko nabrało odpowiednich psychodelicznych kolorów. I to właściwie natychmiastowo. Już przy świetnym kawałku "Fight Test" na scenie wyrosły olbrzymie, dmuchane różowe roboty. No właśnie. Na tle całej tegorocznej trasy powrót The Flaming Lips na OFFa i w ogóle do Polski po szesnastu latach był wyjątkowy pod tym względem, iż zespół zagrał od początku do końca swoje albumowe opus magnum, czyli "Yoshimi Battles the Pink Robots"! Dla fanów niebywała gratka. Choć, tak jak wspomniałem, ten bardziej zróżnicowany repertuar z Pragi osobiście mi bardziej siadł. Niemniej to kultowe psych-rockowe dzieło oczywiście dostarczało wiele momentów czystej, wręcz takiej dziecięcej radości na czele z fenomenalnym "Do You Realize??", podczas którego moje serce tonęło w konfetti. A oczywiście tych wizualnych i scenograficznych bajerów było znacznie więcej! Psychodeliczne wizualizacje w tle, lasery, ogromne balony rzucane w publikę, tęcza na scenie, techniczni przebrani za gałki oczne, dmuchany ogromny napis Fuck Yeah Katowice, czy też wreszcie Wayne w środku dmuchanej przezroczystej piłki (zabrakło mu jednak już tej odwagi, by przetoczyć się w niej ze sceny na publiczność) podczas finałowego, triumfalnie zagranego "Race for the Prize". Bisy w ogóle były fantastyczne! Mimo wyjątkowo odmiennej setlisty od pozostałych tegorocznych występów The Flaming Lips postanowili również katowicką publiczność zachwycić potężnym coverem "War Pigs" Black Sabbath, a do wspólnych śpiewów niecnie prowokowały refreny "The Yeah Yeah Yeah Song (With All Your Power)". 
 
Ostatecznie Wayne Coyne zamienił ten wieczór w Dolinie Trzech Stawów w kolorowy sen na jawie!Większego produkcyjnego rozmachu już w ten weekend nie uświadczyłem. Keep Going! Keep Going! – ikonicznie i nieustannie dopingowany przez lidera The Flaming Lips celebrowałem z uśmiechem na twarzy ten psychodeliczny koncertowy happening. 
 

   
Na tym jednak festiwalowy piątek się nie skończył. Podbiłem pod Scenę Leśną, by sprawdzić, jak na żywo wypadną twórcy zeszłorocznego albumu roku według Pitchforka (u nas choćby tak docenieni przez twórcę kanału YouTube "Cukier", dzięki któremu pierwszy raz o nich usłyszałem), czyli Los Thuthanaka. Tajemniczy duet, Chuquimamani-Condori i Joshua Chuquimia Crampton, odziany w zjawiskowe garnitury i kowbojskie kapelusze, próbował wciągnąć mnie w instrumentalny trans swoją egzotyczną psychodelią zakorzenioną w andyjskim folklorze, ale przefiltrowaną przez współcześnie pulsującą, syntezatorową elektronikę i gitarową intensywność. W połączeniu z odjechanymi wizualizacjami zapowiadał się ten koncert na dość niecodzienne przeżycie, ale... Trafiłem akurat na moment, gdy rodzeństwo z narodu Pakajaqi ludu Aymara postanowiło uraczyć nas kilkuminutowym dronem. Okazało się, że za mało we mnie cząstek muzycznego hipstera, więc nieco tym fragmentem znudzony i przytłoczony, postanowiłem sprawdzić, czym zdoła mnie urzec zgoła inny duet... 
 
 
HTRK! Australijski duet z Melbourne tworzony przez Jonnine Standish i Nigela Yanga zabrał publiczność zgromadzoną pod Sceną Eksperymentalną w hipnotyczną podróż przez mrok, samotność i zmysłowość, budując napięcie nie za pomocą głośnych form, lecz tkając lepką, intymną atmosferę z pogłosów, oszczędnych rytmów, rozmytych gitar i sennego półszeptu Jonnine. Koncert ukołysał mnie do błogiego śpiulkolotu, ale zarazem już następnego dnia rozmywał się w mej pamięci niczym ustępująca poranna mgła.  

Zabrakło mi tego pierwszego dnia trzymającej na krawędzi emocji festiwalowej intensywności, ale wierzyłem, że kolejne dwa dni dostarczą więcej entuzjazmu i nie zawiodłem się... 

 
 

Sobota, 08.08 


 
 
 
Po przejściu przez bramę festiwalową minąłem niejakiego Edwarda Warchockiego, ale na szczęście nie był to zwiastun dnia pod dyktando generatywnie tworzonej muzy. Co to, to nie. Offowa publiczność szuka tych ludzkich pierwiastków kreatywności oraz emocjonalności (stąd też nie dziwi, że ogłoszony do południa DJ-set Warchockiego spotkał się z falą oburzenia, która – słusznie – doprowadziła ten pomysł do upadku) i takowych podczas festiwalowej soboty nie brakowało! 

Już otwierająca opanowaną tego dnia przez irlandzkich artystów Scenę Eksperymentalną (doskonały pomysł) formacja M(h)aol z Dublina próbowała rozbudzić w nas refleksje oraz punkową frustrację antykapitalistycznymi hasłami i przemowami oraz feministycznymi tekstami. A także rozczulić (a może czarnohumorowo rozbawić?) nas, jeśli dobrze liczyłem, trzema opowieściami o zmarłych psach. Triu na czele z charyzmatyczną za bębnami i mikrofonem Constance Keane, enigmatycznie odwróconym przez cały koncert plecami do nas gitarzystą Seanem Nolanem oraz basistką Jamie Hyland swymi dość surowymi, niebanalnymi, krótkimi, hipnotycznymi, a czasami eksplodującymi wokalnym krzykiem piosenkami udało się wskrzesić skromną iskierkę buntu, ale o podpaleniu namiotu nie było mowy. Ten występ cierpiał na brak odpowiedniej dynamiki i mimo wszystko na zbyt dużą ilość wypowiadanych manifestów między utworami. M(h)aol intrygowali, ale muszą jeszcze trochę nabrać koncertowego doświadczenia. Ostatecznie to nie był zbytnio ekscytujący występ.   


Zdecydowanie więcej emocji pod Sceną Eksperymentalną dowiózł kolejny zespół – Madra Salach. Formacja dowodzona przez charyzmatycznego Paula Banksa (imię i nazwisko nieco zobowiązujące) twórczo ożywiła tradycyjną irlandzką muzykę folkową. Zestawili ze sobą własne kompozycje z tegorocznej EP-ki "It’s a Hell of an Age" z klasycznymi pieśniami o irlandzkich emigrantach i robotnikach oraz ze świetnymi coverami "The Tunnel Tigers" Ewana MacColla, "Turkish Song of the Damned" The Pogues i "In the Aeroplane Over the Sea" Neutral Milk Hotel. Z niebywałą skutecznością przekładali tradycyjny język na współczesne brzmienie o gniewnym, rockowym charakterze, ale nie unikające również intymności i emocjonalności. Wokal Paula, jego barwna narracja oraz żarty i czułe opowieści o markach polskich piw przyciągały najwięcej uwagi, ale jego koledzy skupieni na grze na gitarach, basie, mandolinie, kluczowym harmonium, flecie, syntezatorach i perkusji tworzyli malownicze pejzaże z pociągającym folkowym, irlandzkim vibem – ich wkład w ten koncert był nieoceniony. No samoistnie człowieka rwało do dopingowania ich scenicznych starań, a i przy tym z chęcią wzniosłoby się triumfalnie w górę kufel Guinnessa (tudzież Tyskiego, Lecha czy też Karpackiego) z Banksem. Koncert zebrał zresztą wyśmienite opinie. Nawet rzekłbym, że poziomem ekscytacji dorównywał niegdyś debiutanckiemu koncertowi Fontaines D.C. na OFFie w 2018 roku. Ja w wieszczeniu złotej przyszłości Madry Salach pozostaję nieco bardziej ostrożny, ale niewątpliwie chłopaki mają wszelkie zadatki do tego, by porywać w przyszłości większe festiwalowe tłumy. Może byłoby we mnie więcej wiary, gdybym nie opuścił końcówki tego koncertu, ale nie mogłem przegapić krótkiego występu artystki, której kibicuję niemal od samego początku...


 
Mowa o pochodzącej z Łodzi, a stacjonującej obecnie w Londynie Lii Sky! Gitarzystka i wokalistka swoim dynamicznym występem na kameralnej, mobilnej Scenie Great September, która zaparkowała między głównym wejściem a Sceną Blik, oswajała Dolinę Trzech Stawów ze współczesną formą młodzieńczego, pełnego emocjonalnych zrywów, żeńskiego pop-rocka. Lia zaprezentowała materiał ze swoich dwóch ostatnich EP-ek: "World of Socializers" oraz jeszcze świeżutkiej "it isn't real". To właśnie gniewne, buntownicze i płomienne emocje z tego drugiego dzieła, wynikające z rozczarowania pierwszą miłością, zdominowały tę niewielką scenę. A i przy okazji całkiem skutecznie porywały publiczność. A trochę miałem obawy, czy wśród offowej społeczności znajdą się sympatycy takiej wrażliwości. Zupełnie niepotrzebnie. Poczynania Sky oraz jej kolegów z zespołu (świetne gitarowe solówki!) dopingowała całkiem spora grupa osób, która po dwudziestu minutach pragnęła jeszcze więcej. Ja również, bo mam słabość do takiego odmładzającego pop-rocka!     


 
Te popołudniowe soboty koncerty były jednak dopiero rozgrzewką przed dalszą częścią dnia...  

W tym momencie na scenie głównej powinien rozpoczynać swój występ zespół Wednesday, ale ze względu na odwołany lot z powodu erupcji Etny ich koncert został przesunięty na niedzielę. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo ta line-upowa roszada utorowała mi drogę do koncertowego szaleństwa z innym amerykańskim bandem, Frankie and the Witch Fingers! Co prawda dalej ten slot rozrywał mi nieco serce, gdyż na Mainie prezentowała się w tym czasie formacja Mlecze, ale z tym warszawskim zespołem jeszcze pewnie nie raz skrzyżują się moje ścieżki w przyszłości, a okazji do zobaczenia rockowego zespołu założonego w 2013 roku w Bloomington pewnie wiele nie będzie. Choć po tym wystrzałowym koncercie, jaki zagrali pod Sceną Trójki, powinny posypać się dla nich oferty powrotu do klubowej przestrzeni. Chętnych, szczególnie tych z podscenicznego mosh pitu, w którym sam brałem udział, z pewnością na taką powtórkę nie zabraknie! Tak, to był wreszcie ten zastrzyk energii, na który czekałem od samego początku festiwalu! Diabliki w oczach obudzone! 
 
Może i członkowie Frankie and the Witch Fingers gitarowego świata nie rewolucjonizują, ale ich niekiełznana, wybuchowa mieszanka garage-punk-dance-rocka połączona z zamiłowaniem do krautrockowego transu sprawiła, że wreszcie podczas tego weekendu pojawiły się na moim ciele strużki potu i wpadłem w obłąkany, rock'n'rollowy stan. Członkowie zespołu grali jakby na sterydach i co chwila bezlitośnie zagęszczali atmosferę, eskalowali gitarowe riffy, podkręcali motoryczne tempo sekcji rytmicznej i wpędzali nas w wir tanecznego chaosu i psychodelicznego odlotu. A kulminacją tych szaleństw był crowdsurfing wokalisty Dylana Sizemore'a. Petarda! Myślałem, że nic bardziej energetycznego już tego dnia nie przeżyję, ale jakże miło się pomyliłem...       


 
Otóż niespodziewanie oddech dosłownie traciłem na koncercie irlandzkiego zespołu The Mary Wallopers! Pięcioosobowa formacja dostarczyła tego wieczoru bezpośredni tradycyjny rodzimy folk wyrwany wprost z gwarnego pubu i wymieszany z punkową werwą. Niewinne z pozoru przyśpiewki rozpędzali do iście pijackiego galopu i z każdym kolejnym utworem poziom nieokiełznanej, cholernie żywiołowej, niemal rubasznej zbiorowej biesiady pod sceną nabierał impetu! Wymiana energii między zespołem a publicznością była niezwykle intensywna, wręcz zacierająca jakiekolwiek granice. Ba, to przypominało wręcz kowbojski pojedynek bez pistoletów. Kto będzie głośniej śpiewał, kto więcej da z siebie energii? Zespół kontra tłum. I tu wszyscy byli zwycięzcami! 
 
O Irlandio kochana, jaka to była radosna moshpitowa potupajka! Szczególnie bliżej sceny od samego początku działy się sceny absolutne! Niesieni przez gwałtownie napędzaną sekcję rytmiczną (perkusja smagana brawurowo przez Kena Mooneya, a linie basowe szarpane przez  Róisín Barrett), wirujące w powietrzu wokale i melodie grane na gitarach i mandolinie przez braci Charlesa i Andrewa Handych oraz radosne gwizdanie na flażolecie i wdmuchiwanie powietrza łokciem w uilleann pipes (irlandzka odmiana dud) przez Finniana O'Connora wpadliśmy w folk-rockowy amok! Totalnie dałem się ponieść tej beztroskiej radości! Ba, w pewnym momencie ktoś przyjacielsko złapał mnie za barki i pociągnął w epicentrum tego kotła tańców i swawoli! Okazało się, że w tym tłumie bawili się obserwatorzy moich blogerskich poczynań, których z tego miejsca raz jeszcze serdecznie pozdrawiam! Ten moment i cała wspólnotowa energia aż mnie wzruszały! Nawet teraz łezka w oku się kręci na wspomnienie tych harców, które zakończyły się epicko rozkręconym mosh pitem! 

Ajrisz vibe ze strony The Mary Wallopers zagwarantował mi niezapomniane przeżycia! Totalnie nie spodziewałem się tak szalonego, wesołego, hałaśliwego i niemal anarchicznego koncertu! Irlandzki hooley w czystej postaci!     


Po tych skocznych szaleństwach kolejne koncertowe wybory zapewniły mi bardzo potrzebne kojące doznania. Najpierw orkiestralnym anturażem balsam dla duszy zapewnił mi legendarny brazylijski kompozytor Arthur Verocai. Widocznie poruszony tym koncertem 81-latek na Głównej Scenie dyrygował towarzyszącą mu AUKSO – Orkiestrą Kameralną Miasta Tychy i wraz z dodatkową pomocą dwójki wokalistów wypełniał przestrzeń Doliny Trzech Stawów unikalnym i szlachetnym połączeniem latynoskich rytmów z muzyką symfoniczną. Wyjątkowy projekt, z którego biło muzyczne ciepło! Żałuję, że nie dotrwałem do momentu, w którym to sam Arthur chwycił za mikrofon, ale czułem, że warto wcześniej zjawić się pod Sceną Leśną, by móc zaklepać odpowiednie miejsce przed występem zjawiskowej... 

 

Oklou! Nie myliłem się. Już na dobre kilkanaście minut przed startem występu francuskiej artystki, która w zeszłym roku zachwyciła albumem "Choke Enough" (przyznam z perspektywy czasu, że nie doceniłem odpowiednio tego dzieła na blogu), pod sceną zgromadził się niemały tłum, który niecierpliwie wyczekiwał tej koncertowej uczty. I Marylou Vanina Mayniel nie zawiodła moich oczekiwań. Zaprezentowała show takie, o jakim marzyłem i śniłem. No a raczej dokładnie takie, jakie rozanielony podglądałem na streamingach z innych festiwali. Nienaganne, ambitne, eteryczne, nastrojowe, organiczne, eksperymentalne, z wybuchami klubowej popowej euforii. Francuzka od pierwszych dźwięków – enigmatycznego intra "ict" oraz delikatnej melodii zagranej na podświetlonym na czerwono flecie, wprowadzającej do mglistego "thank you for recording" – konsekwentnie budowała nieco baśniową rzeczywistość, w której granica między koncertem a audiowizualnym doświadczeniem niemal się zacierała, a glitchowa, hipnotyczna synth-popowa elektronika płynnie przeradzała się w żywe, pulsujące, taneczne rytmy.  
 
Kruchy, spogłosowany wokal Oklou cudownie płynął nad miękkimi warstwami muzycznych podkładów, które dzięki obecności dwójki muzyków, obsługujących samplery, syntezatory i gitary, wprost głęboko i barwnie oddychały przez cały koncert. Urocza artystka mogła również liczyć na wokalne wsparcie z naszej strony. Szczególnie ciarkogenny okazał się chóralny śpiew refrenu akustycznej ballady "take me by the hand". Pięknie też ponieśliśmy słodkie Da-da, da-da-da-da-da-da ze świetnie przyspieszającej kompozycji "dance 2". Generalnie trzon repertuaru stanowiły wszystkie kompozycje z "Choke Enough" obok trzech starszych piosenek z mixtape'u "Galore". Oniryczne, immersyjne doznania pogłębiała także przemyślana w najdrobniejszych szczegółach oprawa świetlna (odpowiednie zadymienie, stroboskopy, punktowe światła, lasery, w tym efektowna niebieska wiązka wystrzelona z gryfu gitary podczas solówki w "Endless") i scenografia z centralnie zawieszoną huśtawką (ukłon w stronę Lany Del Rey?), a także w szczególności praca kamerzysty, który dwoił się i troił, by przybliżać nam na telebimach detale tego koncertu, przefiltrowane jednak zmyślnie przez mgliste i rozmyte efekty. Wszystko to sprawiało wrażenie, że Oklou nie odgrywa po prostu swoich piosenek, a tworzy niezwykłą, zmysłową, marzycielską, intymną, transową przestrzeń, w którą z zachwytem wsiąkałem! Największą siłą tego koncertu były te płynne momenty, gdy Oklou potrafiła budować napięcie, które zaczynało się jak sen, a kończyło niemal rave'owym uniesieniem. Oczywiście myślę tu przede wszystkim o epickim bangerze "Harvest Sky"! Wow! Te skoczne wybuchy podekscytowanej publiczności w refrenach tej piosenki to ikoniczne momenty tego festiwalowego lata! Dramaturgię między delikatnością a klubowym pulsem porywająco budowała także tytułowa kompozycja "choke enough" w finale tego cudnego koncertu.   
 
Koncert Oklou, łączący delikatność, artyzm i klubowy puls, okazał się dla mnie spójnym doświadczeniem, które, mimo niezapomnianych zabaw na The Mary Wallopers i Frankie and the Witch Fingers, zachwyciło najbardziej tego dnia i wzbiło się według mnie na headlinerski poziom. Byłem już tak przepełniony satysfakcją, iż więcej od tej offowej soboty nie potrzebowałem. No, szkoda tylko przeokrutnie koncertu irlandzkiego Chalk w czasie Oklou, ale miałem tam swoich Podróżujących wysłanników, którzy godnie reprezentowali blogera pogera! ;)  
 
 
 

Niedziela, 09.08 

 
 
Ja byłem zmiażdżony. Podróżujący, byłem zmiażdżony. Ja po prostu nie wierzyłem w to, co się wydarzyło… Trzeci dzień OFF Festivalu pozamiatał!
 
Już wczesnym popołudniem wyczekiwana o dzień dłużej amerykańska formacja Wednesday zapewniła nam chyba najbardziej imponujące otwarcie dnia w historii OFFa na Scenie Leśnej. Mimo perypetii lotniczych i zagubionej gitary nie zabrakło im determinacji, by dotrzeć po raz pierwszy do Polski i zagrać iście brawurowo!   
 
A miałem spore obawy przed ich występem, gdyż dwa lata temu podczas Way Out West nie sprostali moim oczekiwaniom. Zagrali wówczas jazgotliwie, jeszcze z MJ Lendermanem w koncertowym składzie (obecnie wspiera zespół tylko studyjnie), ale jakoś tak bez polotu. Plus nagłośnienie mniejszej sceny im nie sprzyjało. W Dolinie Trzech Stawów wszystko zagrało jednak idealnie, a ślad po tamtym rozczarowaniu zaginął. Nie brakowało tu, nomen omen, wulkanicznych wybuchów alt-rockowej agresji, ciągnących publikę w pogo (głos rozsądku mnie tym razem powstrzymywał, ale im dalej w ten dzień, tym miał mniej do powiedzenia...), ale też country’owe elementy w ich brzmieniu (przewspaniałe "Elderberry Wine"!) relaksacyjnie współgrały z popołudniową, słoneczną aurą. Fenomenalnie łączyli ze sobą te przeciwległe od siebie muzyczne orbity i brzmieli z wyjątkową pewnością siebie. Widocznie udzielała im się również adrenalina związana z feralną logistyczną przygodą i walką o dotarcie na OFFa. Charyzmatyczna liderka Karly Hartzman nie oszczędzała swoich sił i imponująco zdzierała struny głosowe, zwłaszcza w finałowym, rozgniewanym, punkowym "Wasp"! Piosenki z ostatniej płyty "Bleeds" (w tle nieprzypadkowo rozwieszona płachta z okładką tego albumu) zdominowały ten niestety skrócony względem pierwotnych planów set. Hałaśliwe "Reality TV Argument Bleeds" słyszałem z oddali, gdyż po drodze zagadałem się (takie uroki kameralnej formy OFFa), ale już kolejne piosenki z tego zacnego materiału, na czele z choćby "Wound Up Here (By Holdin On)", odjazdowym "Candy Breath", "Pick Up That Knife", czy też wreszcie potężnym "Townies" przy którym w powietrze wzbił się tuman pyłu, w pełni cieszyły i porywały moją duszę. Z równie świetnego i przełomowego dzieła "Rat Saw God" usłyszeliśmy tylko dwa numery ("Bull Believer" z oszałamiającą końcówką i krótkie, ale dosadne "Hot Rotten Grass Smell"), a starsi fani otrzymali perełkę w postaci "Fate Is..." z debiutanckiego albumu "I Was Trying to Describe You to Someone". 
 
Wspaniały koncert! 

 


Dalej – choć tego nie planowałem – zatrzymałem się na niemal cały występ barwnego i wieloosobowego projektu Współgłosy na głównej scenie. Unikatowe połączenie jazzowego tria, tworzonego przez lidera Marcela Balińskiego, Rafała Różalskiego i Bartosza Szablowskiego, z chórzystami w ramach Warsztatu Terapii Zajęciowej Osób z Niepełnosprawnościami Intelektualnymi "Frajda" w Łodzi (w składzie: Adela Balińska, Radosław Dąbek, Alicja Grzelec, Agnieszka Kijo, Kamila Milczarek, Remigiusz Rudkowski, Maciej Rybowski, Małgorzata Sidoszewska i Tomasz Wasiak), a także z aktorami (Magdalena Koleśnik i Bartosz Bielenia). Efekt? Koncert absolutnie rozczulający, wzruszający, krzepiący! Udowadniający, że muzyka nie zna granic i jest uniwersalnym remedium dla każdego. Dużo tu było improwizacji, eksperymentów i skutecznego wciągania w ten występ zgromadzoną pod sceną publiczność. Czy to przez wspólne śpiewanie refrenów ("Czułe Czuwanie"!), zabawne dyrygowanie naszymi głosami przez Bartka Bielanię, czy też w finale zaproszenie nas do wspólnego tańca. Przy każdej piosence po prostu robiło się cieplej na sercu. Wspomnę również, że gościnnie na scenie podczas przedpremierowo wykonanego bardziej soft-rockowego utworu "I Wanna Say" z drugiej płyty Współgłosów (premiera we wrześniu) pojawił się Młody Budda wyposażony w gitarę elektryczną. Zresztą wsparcie ze strony branży muzycznej można było też dostrzec pod sceną na czele z liczną ekipą Radiowej Trójki (obok mnie koncertem zachwycał się Piotr Metz z Justyną Grabarz), a i fragment koncertu z boku obserwował sam szef imprezy, czyli oczywiście Artur Rojek. Piękny występ, który wyszedł poza ramy zwykłego koncertowego doświadczenia. I chwila błogiej ciszy przed szalonym koncertem... 
 
 
 
 
Getdown Services na Scenie Eksperymentalnej! Brytyjski duet zafundował nam łobuzerską jazdę bez trzymanki! Ben Sadler i Josh Law swoją bezkompromisową postawą jeszcze przed startem zaskarbili sobie naszą sympatię, a z każdym kolejnym kawałkiem poziom szaleństwa na scenie tylko zwyżkował. Początkowo rozkręcali się niespiesznie, ale gdy ich prosta, a zarazem niezwykle grooviasta formuła łączenia klubowego pulsu z wokalnymi wygibasami i okazjonalnymi gitarowymi popisami wskoczyła na właściwe obroty, publiczność błyskawicznie oddała się tańcom i pogo. Szczególnie fenomenalne "Caesar" zrobiło tu robotę! 

Sam nie pozostałem biernym obserwatorem – skakałem, biegałem w kręconych kółeczkach i dałem się porwać tej kompletnie niepoprawnej imprezie. A działo się naprawdę sporo! Były gołe torsy, stand-upowe łowienie ryby z publiczności, symboliczne wyrwanie serca i rzucenie nim w tłum, uśmiechnięty Artur Rojek wyglądający zza sceny, pot wylewany na scenę i crowdsurfing. Wszystko to przy dźwiękach coraz bardziej rozpędzonego, tanecznego groove'u, w którym klubowa pulsacja pomiędzy disco a house’em spotykała się z punkową zadziornością i absurdalnym poczuciem humoru.

A kiedy wyspiarska imprezka dobiegła końca wraz z eksplodującym coverem "Sabotage" Beastie Boys, z taśmy triumfalnie popłynęło "One More Time" Daft Punk! Trudno było o lepszą kropkę nad "i". Getdown Services udowodnili, że czasem do rozkręcenia festiwalowego koncertu nie potrzeba wielkiej produkcji – wystarczą dwa świry, dobry beat i kompletny brak hamulców. Uwielbiam takich odklejonych wariatów!
 
 


Potem na Maina dziarsko wkroczył gitarzysta i kompozytor The Smiths, Johnny Marr! Nie będę nikogo oszukiwał – z twórczością tego legendarnego zespołu jakoś nigdy nie było mi po drodze. Nie miałem z nią większej styczności, nie czułem potrzeby nadrabiania zaległości, nie mówiąc już o solowej twórczości Marra. I co? I nie miało to żadnego znaczenia.
 
Jego występ totalnie emanował klasą starej szkoły podniosłego, melodyjnego i emocjonalnego rocka. Marr nie musiał niczego nikomu udowadniać – wystarczyło, że chwycił gitarę do ręki i porywał nas misternymi riffami, zachwycał specyficzną melancholią, która w jednej chwili potrafiła przeobrazić się w potężne, niemal stadionowe zrywy, a także imponował sceniczną energią. Po prostu stworzył koncert o wyjątkowo szlachetnym brzmieniu, w którym było sporo elegancji i ani grama muzealnego kurzu. Niezależnie od tego, czy sięgał po solowe kompozycje, czy dokonania The Smiths (te stanowiły niemal połowę repertuaru) – tu wszystko brzmiało odpowiednio majestatycznie! Klasa sama w sobie! I choć początkowo obserwowałem to wszystko trochę z pozycji ciekawskiego laika, to z każdym kolejnym numerem obojętność zamieniała się w czysty rockowy entuzjazm. Ten zwłaszcza wybuchł w finale.
 
Poruszające, szybujące w powietrze – niczym popisy lotniczych kaskaderów, którzy urozmaicali swoimi przelotami ten koncert – wykonanie "There Is a Light That Never Goes Out" pobudziło we mnie autentyczną chęć nadrobienia tej wstydliwej nieznajomości dokonań The Smiths. Tłum przejął partie wokalne, a z pojedynczego koncertowego numeru zrobiła się wielka, wspólnotowa pieśń. Czułem, że uczestniczę w czymś, co dla innych obecnych ma głębokie emocjonalne znaczenie od dekad.
 
A chwilę wcześniej Johnny Marr zagrał jeszcze cover "The Passenger" Iggy'ego Popa. Czy potrzebnie? No niekoniecznie. Oczywiście ten kawałek ożywił publiczność, ale do tego momentu już byłem przekonany, że Marr ma wystarczającą ilość autorskich asów w swoim rękawie. Wspominam jednak o tym momencie koncertu, gdyż wydarzył się tu jeden z najbardziej filmowych momentów całego festiwalu. Samolot, który od początku urozmaicał niebo nad Doliną Trzech Stawów, przeleciał właściwie ocierając się o krawędź sceny dokładnie w momencie postawienia przez Marra ostatniego dźwięku utworu. Przypadek? Oczywiście. Efektowny? Jak najbardziej. Niebezpieczny? Cholernie. Johnny Marr popisy kaskaderów co prawda obrócił w żart, stwierdzając, że przyleciała jego podwózka do domu, ale łatwo sobie wyobrazić, że inny artysta mógłby w tej sytuacji po prostu zejść ze sceny. Tu doprawdy było o krok od katastrofy. Takie pokazy nad miejscem imprezy masowej nie powinny mieć miejsca.  
 
Wracając jednak do wrażeń z koncertu Marra... Artysta ten okazał się gwarancją rockowej satysfakcji (i tego, że wyjdzie na scenę, czego nie można powiedzieć o jego byłym koledze z The Smiths, Morrisseyu), gitarowej klasy i tego cudownego uczucia, że nawet jeśli nie znasz większości repertuaru, to po godzinie koncertu zaczynasz rozumieć, dlaczego dla tak wielu osób te piosenki znaczą tak wiele.
 
 
 
 
Po tej pierwszej wspaniałej połowie niedzieli potrzebny był łyk chłodnego piwka, po którym podbiłem pod Scenę Leśną na taneczną zabawę w temperamentnych neapolitańskich rytmach na styku disco lat 80., jazzu, funku, afrobeatu, psychodelii, serwowaną przez duet Nu Genea (stoją za nim Massimo Di Lena i Lucio Aquilina) z towarzystwem rozbudowanego zespołu i trzech fenomenalnych, niezwykle uroczych wokalistek (ta w niebieskiej sukni nieco skradła moje serce...). I od razu wpadłem w tłum euforycznie rozhuśtanej publiczności! W powietrzu bowiem unosił się jeden wielki groove – ciepły, zmysłowy i tak cholernie taneczny, że trudno choćby przez chwilę ustać w miejscu. Śródziemnomorski disco-funk został rozdmuchany do rozmiarów wielkiej, pulsującej orkiestry, w której tłusty bas, sprężysta perkusja i afrobeatowe perkusjonalia napędzały kosmiczne klawisze, funkowe gitary, soczyste partie dęciaków i niebiańskie wokale. Wszystko płynnie falowało i nieustannie nabierało gorączkowej tanecznej temperatury. Duet Nu Genea przeistoczył się w wielki, pulsujący organizm, któremu po prostu nie sposób było się oprzeć. To nie był już koncert, na który się patrzyło – to był koncert, w którym się uczestniczyło całym ciałem!
 
A gdy tylko dotarłem do Ekipy Podróżujących radośnie pląsającej pod prawym telebimem… No tu się zadziały absolutne sceny! Dość powiedzieć, że zainicjowany przez nas wężyk przez cały tłum żył swoim życiem już do końca koncertu! Z każdą kolejną minutą wydłużał się, zakręcał, tworzył swoje odnogi i wciągał kolejnych uczestników koncertu. Patrzyłem na niego z niedowierzaniem, bo oto niewinny festiwalowy wygłup przeobraził się w pełnoprawną atrakcję koncertu i coś, co spokojnie można już wpisać do offowych legend. 
 
I chyba właśnie za takie momenty, których nie da się zaplanować ani powtórzyć, najbardziej kocham festiwale. Za ludzi, którzy nagle zaczynają tańczyć z kompletnie obcymi osobami, za spontaniczne akcje, które wymykają się spod kontroli, i za tę cudowną świadomość, że przez godzinę, kilkadziesiąt czy kilkaset osób przeżywa dokładnie to samo. To była czysta, bezpretensjonalna wakacyjna radość. Taki zbiorowy festiwalowy moment, w którym świat na chwilę staje się po prostu piękniejszy, weselszy i zdecydowanie bardziej roztańczony.
 
 
 


Z odpowiednio rozgrzanymi mięśniami wkroczyłem w epicentrum pogowego szaleństwa, które pod Mainem sprowokowała australijska punk-rockowa formacja Amyl and the Sniffers! Mieli bodaj dotrzeć na OFFa kilka lat wcześniej, a ostatecznie przyjechali w momencie, gdy są jedną z najbardziej rozchwytywanych gitarowych kapel. Taką, która będzie dumnie nosiła sztandar najlepszej punkowej tradycji przez kolejne lata, a może nawet dekady! Udowodnili to swoim brawurowym występem na głównej scenie OFFa! Czy na miarę headlinerskiego slotu? Nie wiem, czy ten dyskurs jest w ogóle potrzebny. Kto miał ochotę na szaloną punkową zabawę bez trzymanki, ten wskakiwał we wznoszony w powietrze gęsty pył piasku (jedyny minus tej słonecznej, bezdeszczowej aury), a Australijczycy dostarczali jeden za drugim dynamicznie rozpędzone powody ze swojej dyskografii (z przewagą kompozycji z ostatniego albumu "Cartoon Darkness" oraz imiennego debiutu), by kręcić kółeczka w moshpitach. No nie powiem – kilkukrotnie budził się we mnie rock'n'rollowy diabeł żądny zatracenia się w tym pogowym szaleństwie! Cudem przy tym nie nabawiłem się pylicy. Jeszcze przez kilka kolejnych godzin czułem, że mam ten piach w płucach. Po koncercie zaś przez kilka minut zmywałem się z siebie brud, a moja biała koszulka – głupi ja, powinienem przewidzieć ten scenariusz – błagała o błyskawiczne pranie.

Wracając jednak do koncertu... Mimo iż kolejne podkręcone w koncertowym brzmieniu punk-rockowe petardy – pokroju "Capital", "Guided by Angels", "Chewing Gum", bezlitosnego combo bangerowej trójcy "U Should Not Be Doing That", "Jerkin'" i "Hertz" oraz morderczego w finale "GFY" – porywały mnie do obłąkanych tańców i kangurzego wskakiwania w pogo, to od czasu do czasu warto było przystanąć z boku, by śledzić trening kardio w wykonaniu niesamowitej liderki Amy Taylor. Kobieta-żywioł! Nie wiem, na jaki poziom zdołają w przyszłości wskoczyć Amyl and the Sniffers (potrzeba chyba jeszcze nieco odważniejszego wyjścia poza strefę punkowego komfortu, by przebić się do mainstreamu, o ile im taki cel przyświeca), ale sama Taylor – jestem tego pewny, w głębi duszy o tym wiem – stanie się w przyszłości ikoną punku. A sam zespół ma zadatki, by kroczyć ścieżką sławy i chwały australijskiej legendy AC/DC. No, może nieco przesadzam, ale kto wie, kto wie... 
 
 
 


 
 
 
Otrzepałem się częściowo z kurzu, przycupnąłem, by złapać oddech, nawodniłem się i ruszyłem odpowiednio wcześniej w stronę Sceny Trójki (Deafheaven bardziej odstraszyło niż przyciągnęło, no sorry, ale to nie mój świat. A zamykające później Scenę Główną Sunny Day Real Estate widziałem w lipcu w londyńskim klubie - dobry deal), by zaklepać w środku miejsce na DJ-ski set jednej z najgorętszych obecnie nazw w obrębie elektronicznego gatunku...
 
Ninajirachi! I zdecydowanie warto było zjawić się tam wcześniej, bo namiot w momencie startu jej piekielnego seta pękał w szwach!

Obchodząca tego dnia swoje urodziny australijska DJ-ka od samego początku nie miała litości dla ściśniętej jak sardynki publiki. Od pierwszych dźwięków "girl EDM" do samej końcówki (skręcała ona już w dzikie skrillexowe rejony) byłem utrzymany w obłędnej tanecznej ekstazie! Na granicy utraty świadomości! Rozpalony tłum skakał pod sufit namiotu niczym jeden scalony organizm! A Nina utrzymywała nas w tej zajebiście dynamicznej zabawie za sprawą obłędnie i potężnie odjechanych remiksów popularnych kawałków (epicko wybrzmiało "Berghain" Rosalíi, czy też "Rock Music" Charli XCX!), wzbudzała wszechogarniającą ekscytację i chóralne śpiewy do bólu gardeł swoimi bangerami z zeszłorocznej płyty "Love My Computer" ("Infohazard", "All I Am", "iPod Touch", czy też "Fuck My Computer" to absolutne sztosy!), a także zaskakiwała premierowymi kompozycjami (tu trochę chyba oszukiwała, bo kilka dni później podczas Way Out West stosowała podobne zagrywki, mówiąc, że gra te kawałki pierwszy raz), które nie zmniejszały intensywności. Wręcz przeciwnie! Ten set był wręcz obrzydliwie potliwy i szalony! 

Zabawa właściwie przypominała bardziej rockowe koncerty sprzed ery, ekhm, komputerów (żeby nie było, kocham swój komputer) i komórek. Od nieustannych pokrzykiwań Hey!, Hey!, Hey!, po epickie, rozlewające się nawet na 2/3 namiotu taneczne moshpity! Ba, sam miałem udział w ich rozstawianiu, a potem wskakiwałem w ich środek niczym Małysz bijący rekord na Willingen! Nie potrafię tego lepiej opisać. Totalnie oszalałem! To było wprost poje… Wpadłem w totalny amok! Poczucie uczestnictwa w tym zbiorowym, orgazmicznym doświadczeniu było wprost niebywałe! Ciało przy ciele, jeden napędzający drugiego, refreny śpiewane twarzą w twarz, przybijane piąteczki... Nie zapomnę momentu, gdy zdzierając gardło przy śpiewie Eh, eh, eh, yeah, yeah, yeah, yeah, oh z "All I Am", nawiązałem dziwnie elektryzujący kontakt z nieznajomym, w kulminacyjnym momencie ścisnęliśmy swoje dłonie i następnie rzuciliśmy się w wir tanecznego kotła! Wixa życia! Legendarny set!  

A i sama Ninajirachi zdawała się pod wpływem tej wytworzonej energii unosić nad konsoletą! Ma ta dziewczyna w sobie niebywały luz i dryg do tanecznego rozpalania publiki! Wystarczyło kilka prostych komend, mikrofon skierowany w naszą stronę, by totalnie nami zawładnąć! Stała się dla mnie nieoczekiwaną superbohaterką tegorocznej edycji OFFa! 

Był to dla mnie zarazem najlepszy możliwy koncertowy stempel pod tą wybitnie ułożoną festiwalową niedzielą. Na ostatnie koncerty już nie starczyło sił, a właściwie nawet po tym zdrowo bodźcującym setcie Ninajirachi nie czułem potrzeby doświadczania dalszych potencjalnych koncertowych uniesień. Choć Ruskowsky gdzieś tam w tle kusząco przygrywał do spijanego triumfalnie piwka. To jednak byłoby na tyle!

 
 

Podsumowanie

 
Tegoroczna edycja OFFa znowu dostarczyła mi multum niezapomnianych koncertowych doznań! Line-up może na papierze był nieco niepozorny, bez mocnych headlinerskich koni pociągowych tak jak w zeszłym roku, ale ostatecznie okazał się fenomenalnie zróżnicowany. Miło, że w kwestiach organizacyjnych festiwal zaczął się wsłuchiwać w krytyczne głosy. No i wreszcie dopisała pogoda! To wszystko złożyło się na głęboko satysfakcjonującą wizytę w Dolinie Trzech Stawów. 
 
Taneczne moshpity na Ninajirachi, wężyki na Nu Genei, żywiołowa irlandzka potupajka z The Mary Wallopers, psychodeliczne i barwne show The Flaming Lips, zjawiskowa Oklou, duet wariatów z Getdown Services, pogo w wirach pyłu na Amyl and the Sniffers, szlachetny Johnny Marr, brawurowy wjazd w niedzielę z Wednesday, pastor Joshua Idehen, rozczulające Współgłosy, wystrzałowy garage-dance-rock Frankie and the Witch Fingers, ciarkogenne irlandzkie pieśni Madry Salach... Te i inne koncertowe wspomnienia będę długo pielęgnował w swej pamięci! 
 
Oczywiście każdy z offowiczów pisał własną historię, poszukiwał odmiennych emocji, ale przy tak eklektycznym składzie, każdy z pewnością odnalazł coś dla siebie.    
 
Niezmiennym od lat wyjątkowym plusem tego festiwalu jest jego kameralność. Tu naprawdę na każdym kroku spotykam prawdziwych fanów muzyki, czołowych przedstawicieli koncertowej turystyki oraz znane postaci z muzycznej branży. No i Was, Podróżujący! Bez Waszej obecności, spotkań, wspólnych zabaw w pogo i pląsów, przybijanych piątek nie wyobrażam sobie OFFa! Jesteście wspaniali! Pozdrawiam Was wszystkich! 
 
Dzięki OFF za kolejne zaproszenie! To był chyba najlepszy czas mojego życia! 

Już tęsknię!

Do zobaczenia za rok na jubileuszowej 20. edycji OFFa, 6-8 sierpnia! 
 


 Fotorelacja


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

















Sylwester Zarębski 
Podróże Muzyczne 
31.08.2026


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.