Podróże Muzyczne relacjonują: The Last Dinner Party w Warszawie, Torwar, 20.02.2026!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: The Last Dinner Party w Warszawie, Torwar, 20.02.2026!

 

Podróże Muzyczne relacjonują: The Last Dinner Party w Warszawie, Torwar, 20.02.2026!  

 


The Last Dinner Party – jeden z najbardziej cool i najszybciej wspinających się po drabinie popularności współczesnych indie-rockowych girlsbandów powrócił do naszego kraju na swój pierwszy headline show i to od razu pod dach Torwaru! Może warszawska hala nie wypełniła się po brzegi, ale za to nadrabiała kumulacją zaraźliwej energii entuzjastycznie nastawionej na ten wieczór publiczności! Świadczyły o tym choćby fantazyjne stroje fanów, widoczne już od momentu ustawienia się w kolejce przed otwarciem bramek. Ten barokowo-gotycki, wiktoriański dress code w połączeniu z klimatyczną scenografią (zawieszone zwiewne kurtyny, postawione ruiny, łuki, dzwon jakby gotyckiego kościoła w głębi sceny, drapowany biały atłas w tle)  i stylowymi kostiumami samych bohaterek wieczoru kierował moje myśli ku obrazom z tegorocznego filmu "Wichrowe Wzgórza", ale o ile o tym seansie pragnę zapomnieć, to o tyle z pewnością atmosfera tego koncertu The Last Dinner Party zostanie ze mną na dłużej i odmłodziła moją duszę – a tego właśnie oczekiwałem od tej podróży! 
 
 
Nie przepadłem jednak w takiej ekstazie, jak podczas ich poprzedniego występu na Inside Seaside. Kompozycje z promowanej drugiej płyty "From the Pyre" momentami delikatnie wybrzmiały poniżej mych oczekiwań, dynamika koncertu fragmentami lekko siadała, dziewczyny borykały się z drobnymi problemami technicznymi (na początku Abigail walczyła z odsłuchem i jej wokal był nieco za bardzo schowany za gitarami), w setliście dotkliwie zabrakło "Burn Alive" i nieopublikowanej rockowej petardy "Big Dog" (na Inside ten kawałek mnie dosłownie zamurował!), ale w ostatecznym rozrachunku pozytywne  uniesienia dominowały nad tymi niewielkimi mankamentami. To teatralne show – będące zderzeniem gotyckiej widowiskowości, wokalnych harmonii, bogatych warstw dźwiękowych i szczerych emocji – miało w sobie wiele nieskazitelnego uroku i dostarczało momenty porywających i ujmujących uniesień! 
 
Abigail Morris (główny wokal), Aurora Nishevci (klawisze), Emily Roberts (gitara prowadząca), Georgia Davies (bas) i Lizzie Mayland (gitara) z towarzyszącym im kompetentnym koncertowym perkusistą (rotacyjny wakat) rozpoczęły ten niemal dwugodzinny występ od bardzo klimatycznej, inwokacyjnej, powolnie rozpędzającej się kompozycji "Agnus Dei". Mimo wspomnianych widocznych kłopotów z odsłuchem Abigail już od pierwszych momentów zachwycała swoją sceniczną, nieokiełznaną ekspresją, w kulminacyjnym momencie oddając pole do popisu niesamowitej Emily Roberts. Ta, po wspięciu się na umieszczony w głębi sceny podest, posłała w naszą stronę piorunujący riff przy wtórze wzburzonej instrumentalnej intensywności i chóralnie wyśpiewanych ostatnich wersów All I can give you is a street sign / All I can give your name in lights forever / And ain't that so much better / Than a ring on my finger? przez swoje koleżanki. Już tym otwarciem dziewczyny nadały koncertowi wyraźny, dramaturgiczny ton.

 
 
Energia wśród publiczności gwałtownie wzrosła za sprawą arcticmonkeysowego riffu piosenki "Count the Ways" zderzonego z operową skalą wokalu Morris i łechcącego serce, porywającego do wspólnego śpiewania "The Feminine Urge" z debiutanckiego albumu "Prelude to Ecstasy". 

Pozytywnie zaskoczył wyostrzony aranż "Caesar on a TV Screen", podczas którego dziewczyny zdawały się znakomicie bawić. W tym momencie szczególnie "odpaliła się" Aurora, energicznie przemierzając scenę z keytarem w dłoniach i wchodząc w interakcje zarówno z kolejnymi członkiniami zespołu, jak i z kolegą za bębnami. Cieszy fakt, że młode artystki wykazują się kreatywnością i nie trzymają się kurczowo studyjnych wersji swoich utworów, co dobrze rokuje na przyszłość.

Z debiutu usłyszeliśmy jeszcze w tym fragmencie występu pogrążone w romantycznych objęciach, rozczulające "On Your Side", które zostało dodatkowo rozświetlone przez odpalone latarki w telefonach, wzbudzając szczery uśmiech na twarzy Abigail. Indie-rockowa zadziorność powróciła za sprawą dynamicznego "Second Best" z drugiego albumu. Początek tej kompozycji był co prawda bardzo stonowany – dzięki harmonijnemu intru wyśpiewanemu przez wszystkie dziewczyny – lecz chwilę później gitarowe warstwy potężnie eksplodowały, sprawdzona została wytrzymałość naciągów perkusji, a Abigail, zatracona w scenicznym uniesieniu, z imponującą pewnością siebie wyrzucała z siebie kolejne wersy.

Podczas "I Hold Your Anger" Morris chwyciła za akustyczną gitarę, a wokalną przestrzeń oddała dostojnej Aurorze, która zasiadłą przy fortepianie na tylnym podwyższeniu. Niekoniecznie jednak ta piosenka chwyciła na żywo, choć nieco emocje w finale podniósł gitarowy pojedynek między Emily a Lizzie. 
 
 
Tempo koncertu jeszcze bardziej zostało spowolnione za sprawą zanurzonego w mistycznej aurze "Woman Is a Tree". Dziewczyny chwyciły za mikrofony, zbliżyły się do siebie w ogniskowym półkolu, a sceniczne światło rzuciło na tło powiększone cienie ich sylwetek. Przejmującymi, upiornymi wokalizami  a capella zainicjowały tę kontemplacyjną, niemal sakralną pieśń. W podobnym klimacie utrzymała nas wyśpiewana przez Aurorę Nishevci piosenka "Gjuha" zakotwiczona w bałkańskim klimacie (kluczową rolę odegrała tu Roberts, grająca na mandolinie) – bardzo osobista dla tej artystki, gdyż traktuje o jej albańskim dziedzictwie i stanowi swoistą rytualną celebracją wielowymiarowego znaczenie rodzimej kultury i języka. To były intrygujące i uduchowione momenty, wykraczające poza charakterystyczną dla tego girls bandu barokową estetykę indie-pop-rocka, ale zarazem ździebko studzące emocje wśród publiczności.   
 
 
Na szczęście kolektywna energia zaczęła się odbudowywać przy potężnych, rockowych salwach piosenki "Rifle", którą wokalnie tym razem unosiła na swoich strunach głosowych Lizzie. Ujmujące było przejściowe wyciszenie tej piosenki, gdy grająca za fortepianem Abigail wstała i ruszyła ku centralnemu podestowi, spotykając się tam z Lizzie i łącząc z nią operowe wysiłki wokalne w melodyjnym języku francuskim. Była to jednak cisza przed kolejnym, powalającym instrumentalnym crescendo. 
 
Wzniośle wybrzmiało teatralne "Mirror", które wzbogacone zostało z taśmy ścieżkami wibrujących smyczków, a w finale kolejny riffowy popis z tylnego podestu wyrzeźbiła Emily, aż jej koleżanki z zespołu inscenizacyjnie padły na kolana. Roberts chwilę później chwyciła za flet poprzeczny, by jego brzmieniem wzbogacić aksamitny wstęp do urokliwej kompozycji "The Scythe", która nabrała filmowego i melodramatycznego rozmachu. 
 
Bohaterem stonowanej ballady "Sail Away" został jeden z fanów, który wskoczył komuś "na barana" i niezwykle ekspresyjnie przeżywał ten utwór, wzbudzający żywe reakcje publiczności i wiele radości i śmiechu u samej Abigail, która w tym momencie przycupnęła na skraju sceny. Gwoli ścisłości – nie była to ani pierwsza, ani ostatnia tego wieczoru interakcja między The Last Dinner Party a fanami. Tych było zresztą bez liku! Wymiana kreatywnych prezentów, wyśpiewane „Sto lat” dla fanki obchodzącej urodziny, liczne zaczepne konwersacje, przyspieszony kurs języka polskiego, podarowana piękna biało-czerwona flaga z wizerunkami członkiń zespołu, która zawisła na tylnym podeście, rzucony w stronę basistki Georgii biustonosz, który ozdobił jej statyw, a także… obwołanie Abigail Królową Jadwigą! Kto był, ten wie.

Zaangażowanie całego zespołu w kontakt z publicznością w niezwykły sposób budowało atmosferę wzajemnej serdeczności i wzmacniało więź z fanami. Jestem przekonany, że polski fanbase będzie tylko rósł w siłę. Wróćmy jednak do przebiegu koncertu.
 
 
 
Finał podstawowego seta nabrał przebojowego rozpędu. Zniewalająco wypadło ekstatyczne "Sinner"! Pojedynek Aurory z keytarem w dłoniach z Emily finezyjnie władającą gitarą był ozdobą tego gorącokrwistego wykonania! Temperamentnie i zjawiskowo wypadło również queenowskie "My Lady of Mercy" wspierane przez nas intensywnymi, rytmicznymi oklaskami. W kulminacyjnym momencie instrumentalnego rockowego impulsu Aurora, Emily, Lizzie i Georgia wspięły się na tylny podest, a przed nimi Abigail padła w ekstazie w objęcia scenicznych desek. Czyste glamrockowe szaleństwo! Płomienne "Inferno" idealnie rozgrzało przed finałowym w tej zasadniczej części show, wiralowym, przebojowym, wypełniającym serducho szczerą radością i porywającym do tańca "Nothing Matters"! Rewelacyjny i sztandarowy numer The Last Dinner Party, który jednak tego wieczoru musiał ustąpić palmę pierwszeństwa zagranemu na bisie... 
 
 
"This Is the Killer Speaking"! Cóż to było za – nomen omen – killerowe wykonanie! Ta zwiewna, lekka, zabawna i chwytliwa indie piosenka sprawiła, że Torwar odleciał w podniebną przestrzeń wraz z intensywnie skaczącą publicznością, która w tym momencie osiągnęła apogeum koncertowego szczęścia! I gdy wydawało się, że ten poziom euforii sięgnął już zenitu, dziewczyny przerwały wykonywanie tej piosenki, a Abigail postanowiła nauczyć nas prostej tanecznej choreografii do refrenu tej piosenki. Co więcej, pomogły jej w tym dwie fanki, które niespodziewanie wyłoniły się z backstage'u! Piękny gest ze strony zespołu! Po krótkim instruktażu przy dogrywce tej piosenki wszyscy – zarówno na scenie, jak i pod nią – zatraciliśmy się w nieziemskiej ekstazie! Ah-ah-ah-ah-ah / Here comes the killer (here comes the killer)!!! Sztos i bezsprzecznie dla mnie najlepszy moment tego wieczoru! Dziewczyny z The Last Dinner Party spięły jeszcze ładną klamrą to show, wykonując na pożegnanie ponownie fragmencik nastrojowego "Agnus Dei" i ten wieczór przeszedł do historii. 
 
 
Abigail, Aurora, Emily, Georgia i Lizzie udowodniły tym występem, że są niezwykle utalentowanymi i uroczymi artystkami, które mają na siebie jasną sceniczną wizję, emanują zaraźliwą szczerością i pasją, wykazują słabość do teatralności i dramatyzmu, posiadają smykałkę do zmyślnych indie-rockowych kompozycji o barokowym rozmachu, czule wspierają siebie nawzajem na scenie i zręcznie wymieniają się rolami, a także są w pełni zaangażowane w tworzenie wyjątkowych więzi z fanami. Forma dziewczyn – bez zarzutu! Raz jeszcze warto podkreślić przy tym całkowite zatracenie się w roli uwodzącej frontwoman Abigail Morris – największe sceny są jej po prostu pisane! My zaś mogliśmy w pełni zanurzyć się w ten pieczołowicie przygotowany spektakl, żywiołowo dopingować zespół i na chwilę przenieść się w euforyczną czasoprzestrzeń. Cały wieczór przy tym budował przekonanie, że Polska kocha The Last Dinner Party ze wzajemnością! Co prawda, tak jak już wspominałem, czułem, że podczas pierwszej wizyty brytyjskiego zespołu w naszym kraju na Inside Seaside atmosfera była jeszcze bardziej zagęszczona, repertuar i dynamika – konkretniejsze, a publiczność bardziej nakręcona, ale niemniej ten koncert w Warszawie trzymał wysoki poziom i dołożył kolejny piękny akapit do budowanej przez dziewczyny koncertowej mitologii.
 
 
 

 
Warto jeszcze wspomnieć, że ten piątkowy wieczór na Torwarze otworzyło zaś, odkrywane przeze mnie w zeszłym roku, angielsko-amerykańskie trio (na scenie wspomagane przez basistkę) Sunday (1994). Zaskoczyło mnie, jak wiele osób znało ich twórczość i żywiołowo chłonęło ten występ (po koncercie przy merchu ustawiła się do spotkania z nimi nader imponująca kolejka). W mojej ekipie zdania były podzielone, ale osłuchany wcześniej z ich twórczością otrzymałem to, czego oczekiwałem, czyli przyzwoitą dawkę klimatycznego, retro dream-popu, który w stosunku do studyjnych wersji na żywo zaskoczył mnie instrumentalną energią. Ba, momentami nawet publiczność była porwana do podskakiwania ("Stained Glass Window") i chóralnego śpiewania ("TV Car Chase", "Blossom"). Kolejne atmosferyczne piosenki z dwóch EP-ek – imiennej i zeszłorocznej, docenionej przeze mnie w podsumowaniu roku, "Devotion" – niesione były przez solidny, z nutką marzycielskiej barwy wokal ekspresyjnej Paige Turner, szarmanckiego Lee Newella z gitarą w dłoniach i skupionego na trzymaniu rytmu, anonimowego perkusistę "X". 

Niby nic rewolucyjnego, kolejne kompozycje momentami nieco generyczne, ale dla mnie wystarczająco przyjemne. Na osobny koncert klubowy jeszcze w tym momencie nie byłbym się skłonny wybrać, o podbój świata będzie trudno i jeszcze za wcześnie, ale czas pokaże, czy uda im się – przede wszystkim kompozycyjnie – odpowiednio rozwinąć skrzydła. 
 

 
PS Dzięki Fource Polska za zaproszenie na ten koncertowy wieczór!  
 
PS 2 Piona Podróżujący za wszystkie, te dłuższe i te krótsze, spotkania!   
 
 

Fotorelacja: 



Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne
27.02.2025



Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.