Podróże Muzyczne relacjonują: Metallica w Chorzowie, Stadion Śląski, 19.05.2026!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Metallica na Stadionie Śląskim, 19.05.2026!


Podróże Muzyczne relacjonują: Metallica w Chorzowie, Stadion Śląski, 19.05.2026! 




Przed przeczytaniem relacji zapoznaj się z treścią ostrzeżenia lub skontaktuj się z autorem:

Niniejsza relacja została napisana przez miłośnika koncertowych emocji i doświadczeń, lecz jednocześnie absolutnie niedzielnego fana Metalliki. Rzetelnych recenzji szukajcie na innych muzycznych portalach lub fanpage'ach. Jeśli jednak chcecie poznać kolejne koncertowe perypetie Ojca Podróżnika – nie będziecie zawiedzeni! 
 
 

 
Przybyłem, zobaczyłem, przeżyłem, w metal nie uwierzyłem. Ta podróż utwierdziła mnie w przekonaniu, iż ten gatunek to nie jest mój muzyczny świat i że jednak poszukuję innych emocji i form przekazu w muzyce, ale zarazem... Ta próba wyjścia z moich stref komfortu była poniekąd fascynująca, a sam koncert Metalliki dowiódł jej legendarnej wielkości. Ale może od początku...

Dziewiętnastego maja można było odnieść wrażenie, że wszystkie drogi koncertowych świrów i wielopokoleniowych fanów metalu prowadzą do Chorzowa. Już nawet na mojej prowincjonalnej stacji kolejowej w Laskowicach Pomorskich, gdzie rozpoczyna się większość mych podróży, spotkałem pierwsze osoby w koszulkach Metalliki. Pociąg zaś tego dnia mógłby zostać przemianowany na IC Metallica. Gdzie nie spojrzałem – tam logo słynnego zespołu. Ja jednak postawiłem na zwykłą czarną koszulkę. Raz, iż w szafie odpowiednich koszulek nie posiadałem, dwa – by zachować status incognito. Powiem absolutnie szczerze – obawiałem się, że w innym przypadku ktoś zagadałby mnie o ulubione albumy/utwory Metalliki i musiałbym mocno improwizować... Właściwie przez ostatnie miesiące poważnie sam siebie pytałem: po co Ty właściwie, Sylwestrze kupiłeś ten bilet?. Gdy postronnym osobom – czy to z rodziny, czy znajomym – opowiadałem o tym wyjeździe, wszyscy bez wyjątku wykazywali oznaki szacunku i zazdrości. A ja biedny biłem się z myślami. No nigdy mnie specjalnie nie ciągnęło na koncerty tej legendarnej czwórki z Los Angeles. Ba, ogólnie rzec biorąc – moje zetknięcia się ze światem metalu były tylko okazjonalne. Jedenaście lat temu co prawda nawet pojawiłem się – i nawet nieźle się bawiłem, a przynajmniej tak to wynika z mych wspomnieć w relacji – na koncercie zespołu Slipknot w Ergo Arenie, ale wówczas po prostu przypadkowo wygrałem wejściówkę, więc żal było nie skorzystać. Tak samo postanowiłem wykorzystać te przychylne okoliczności (czynnikiem decydującym był wybór Stadionu Śląskiego na ten już piętnasty gig Mety w Polsce), by choć raz w życiu zobaczyć na żywo Metallikę, mimo iż ten zespół nie odgrywał w kształtowaniu mojego muzycznego gustu właściwie żadnej roli. Kompletnie nigdy nie poczułem potrzeby, by zagłębiać się w ich dyskografię i przesłuchiwać płyty, nawet te najbardziej kultowe (ok, na tydzień przed porwałem się na Czarny Album, by nie było...), ale... Metallica po prostu jakby zawsze w mej jaźni istniała i była jednym z tych największych zespołów świata. A oczywiście te ich najpopularniejsze kompozycje, które przed laty wdarły się do mainstreamowych stacji radiowych – sami wiecie jakie – niemal codziennie w pracy docierają do moich uszu. Ten zespół stał się po prostu nieodłączną częścią współczesnej kultury i żywą legendą. Nie noszę w sobie co prawda poczucia konieczności, by odhaczać wszystkie możliwe legendy muzyczne, zanim one – albo ja sam – odejdą z tego świata, ale postanowiłem w tym przypadku zaryzykować, zmierzyć się z tym kultem Metalliki i wejść w to uniwersum przynajmniej z takim reporterskim zacięciem.

Skala tego wydarzenia od samego momentu dotarcia pod Stadion Śląski budziła mój respekt. Co prawda na godzinę przed rozpoczęciem koncertów atmosfera – również dzięki pięknej, słonecznej pogodzie – panowała nieco piknikowa, ale w powietrzu było wyczuwalne nadejście sejsmicznego trzęsienia na śląskiej ziemi. Wejście na płytę stadionu i widok już doskonale znanej z ostatnich lat okrągłej sceny na środku obiektu oraz gigantycznych słupów z owalnymi telebimami robił wrażenie. Obszedłem scenę wokół i w końcu znalazłem miejsce z potencjalnie dobrym widokiem na całe to show. Zwracałem przy tym uwagę na publiczność i tu doprawdy obecne były wszystkie generacje pokoleń. Od najmłodszych po najstarszych! Jedna, wielka, blisko 90-tysięczna (padł rekord w skali stadionowego koncertu w Polsce!) rodzina. I z ciekawości – ja.    
 
 
Zanim jednak na scenie pojawili się wyczekiwani bohaterowie wieczoru, odpowiednią rozgrzewkę starały się zapewnić dwa zespoły: amerykański hardcore-punkowy Knocked Loose i francuska Gojira.

Z perspektywy metalowego laika trudno mi było oceniać te supportowe występy pod względem technicznym. Podobała mi się energia chłopaków z Knocked Loose. Czuć było, że wkładają w ten występ absolutnie całą swoją energię. Szczególnie mimika i gesty gitarzysty, wspierającego także głównego wokalistę growlem, Isaaca Hale'a były bardzo wyraziste i ekspresyjne. Z wyjątkiem oczywiście perkusisty panowie żwawo biegali po całym okręgu sceny i często wymieniali się pozycjami. Wokalista Bryan Garris starał się rozbudzić publiczność, ale oczywiście był to o tej porze wysiłek nieco syzyfowy. Spora część publiki albo utknęła w kolejkach do stoisk z piciem, albo dopiero docierała na miejsce, a ci pod sceną raczej starali się zachować siły na pozostałą część wieczoru. Z wieści, które do mnie dotarły, to gdzieś tam na płycie małe pogo się wytworzyło, ale gdy Garris nawoływał bezpośrednio do tworzenia mosh pitów, patrząc się przy tym jeszcze dokładnie w moją strefę... No rozejrzałem się wokół mnie, ale nikt tu nie wykazywał chęci do takiego szaleństwa. Ja zresztą też nie. Niemniej, gdy wokalista prowokował, krzycząc: ja mówię "Knocked Loose", wy odpowiadacie "Motherfuckers" – reakcje były nadspodziewanie chóralne. Generalnie ich koncert był intensywnym, chaotycznym, zmetalizowanym hardcore'owym "łubudubu", który no nie trafił w moje gusta. 
 

Z nieco większym zaciekawieniem czekałem na Gojira. Tu byłem świadomy, że jest to zespół, który w metalowym świecie rośnie do rangi headlinerów, a i kojarzyłem ich z pamiętnego, wręcz ikonicznego występu podczas Ceremonii Otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Paryżu w 2024 roku. Wykonali wówczas tradycyjną francuską pieśń "Mea culpa (Ah! Ça ira!)" w bezpardonowym metalowym stylu ze wsparciem operowej śpiewaczki Mariny Viotti. I tu zaskoczenie, ta sopranistka pojawiła się w Chorzowie, by swoim wokalem wesprzeć zespół w wykonywaniu tejże piosenki. Zdecydowanie był to moment, który z tego występu pozostanie ze mną najdłużej. Pozostała część występu Gojira? No to znowu nie był mój muzyczny świat. Z postawy założycieli formacji, braci Duplantier, emanowała niemniej wyczuwalna nawet przeze mnie taka aura pewności siebie i gwiazdorskiej dostojności. Mario katował dwa zestawy perkusyjne po obu skrajach sceny, zaś Joe ciął precyzyjne solówki i prezentował dziarski, metalowy wokal. W kreowaniu rozdygotanej energii wspierali ich zaś gitarzysta Christian Andreu i basisa Jean-Michel Labadie. Dla mnie znów to był strumień gitarowego hałasu, który nie wywoływał większych emocji, więc muszę zaufać innym, obeznanym w tym gatunku recenzentom, którzy zgodnie chwalili Francuzów za ten występ. 
 


Podczas tych supportów rosło we mnie poczucie, iż chyba jednak znalazłem się w nieodpowiednim miejscu i środowisku. O odwrocie jednak już nie było mowy... 

Tuż przed 20:30 nerwowe wyczekiwanie na występ Metalliki sięgnęło zenitu. Na płycie zrobiło się wyraźnie ciaśniej, a pojedyncze osoby zaczęły przepychać się coraz bliżej sceny. Niestety, obok mnie doszło też do dwóch przypadków omdleń. Tymczasem na trybunach fani próbowali rozładować napięcie, wywołując meksykańską falę. W końcu na telebimach przy malowniczo, promieniście zachodzącym słońcu wyświetlony został projekt plakatu specjalnie stworzonego na ten koncert. Płonący Stadion Śląski w objęciach smoka doskonale zwiastował to, co miało nadejść. 
 

Z kilkuminutowym poślizgiem z głośników wybrzmiało z taśmy "It's a Long Way to the Top (If You Wanna Rock 'n' Roll)" AC/DC, a na ekranach pojawiły się archiwalne zdjęcia z poprzednich wizyt Metalliki w Polsce – korek z pierwszymi entuzjastycznymi reakcjami został odkręcony. Atmosfera zaś momentalnie zgęstniała, gdy przestrzeń wypełniły dźwięki z towarzyszącego Metallice nieprzerwanie od 1983 roku intra "The Ecstasy of Gold" Ennio Morricone, a na telebimach pokazały się kadry z westernu "The Good, the Bad and the Ugly" Sergio Leone. No i ja chyba pozostałem jeszcze w erze Dzikiego Zachodu, bo nie byłem wówczas świadomy, jak ważnym rytuałem koncertowym stał się ten wstęp. Ale nawet bez tej wiedzy, tak jak zapewne większość zgromadzonych metalowców, poczułem gęsią skórkę. To filmowe intro stanowiło idealny wstęp do iście epickiego występu. 
 

Gdy James Hetfield, Lars Ulrich, Kirk Hammett i Robert Trujillo w końcu wyłonili się na scenie – stadion monumentalnie eksplodował w emocjach! Musiałem trochę tym reakcjom zawierzyć, gdyż początkowo z mojej perspektywy ledwo widziałem zespół. Konstrukcja tej okrągłej sceny miała swoje plusy i wady. Z jednej strony pozwalała na bliski kontakt z członkami zespołu, ale gdy oni oddalali się na przeciwległą stronę, to jednak ze względu na jej niską wysokość właściwie znikali mi z horyzontu. Wysoko zawieszone telebimy też nie ułatwiały śledzenia scenicznych wydarzeń. Pozostało tylko pozazdrościć osobom przebywającym w snake pit – miejscu wewnątrz sceny. Z tej perspektywy doznania musiały być warte swojej ceny albo szczęścia w konkursie, tym bardziej że zespół dość często grał zwrócony w kierunku tego upragnionego przez fanów środka sceny. Z drugiej strony tam chyba nie było aż tak ognistej energii, która tworzyła się w głębi stadionowej płyty. Już przy pierwszych potężnych kompozycjach "Creeping Death", "For Whom the Bell Tolls", "Of Wolf and Man" "The Memory Remains" z szerokim uśmiechem obserwowałem, jak nakręceni fani przepadają w tańcu w pogo i prą falami pod scenę, by energią wesprzeć swoich idoli. Zagotowało się w Kotle Czarownic błyskawicznie! Ba, jak możemy przeczytać w oświadczeniu Planetarium Śląskiego: intensywność dźwięku oraz reakcja publiczności zostały zarejestrowane przez stację sejsmologiczną w pobliskim Planetarium – Śląskim Parku Nauki. Drgania dosłownie wprawiły ziemię w ruch. Tak wygląda prawdziwa moc metalu! Najmocniej zarejestrowaliśmy pierwszy utwór Metallica „Creeping Death”, który rozpoczął się o ok 21 lokalnego czasu... 

 
Z taką nawet iskierką zazdrości spoglądałem na tych fanów, którzy totalnie wyzwalali swoją energię. Choć gitarowa ściana dźwięku "For Whom the Bell Tolls" wyrywała mnie z butów i poniosła do podskoków, tak jednak panowie z Metalliki nie zdołali we mnie obudzić w pełni metalowego demona. Kłaniała się tu z pewnością u mnie nieco nieznajomość materiału. Dopiero przy klasyku "The Unforgiven", poprzedzonym niosącym się wzdłuż i wszerz krzykiem Hetfielda z refrenu "Lux Æterna" – jedynego w setliście reprezentanta ich ostatniego albumu "72 Seasons" – po raz pierwszy tego wieczoru pozwoliłem sobie na westchnienie zachwytu. I cieszył wówczas również fakt, iż zespół grał już bliżej mojej pozycji. 
 

Widowiskowo wypadł kawałek "Fuel". Po chwili subtelnej gry na gitarze James ryknął Gimme fuel, gimme fire / Gimme that which I desire, metallicowa maszyna wrzuciła szósty bieg, a scena zapłonęła od wystrzelonych słupów ognia i pirotechnicznych wystrzałów! Nie powiem – zrobiło się gorąco! Następnie lider Metalliki pozostawił scenę Kirkowi i mikrofon Robertowi, którzy zaskoczyli chorzowską publiczność wykonaniem... "Chcemy być sobą" Perfectu! Rob, łamanym językiem polskim, śpiewał kolejne wersy, wspierany przez chóralny śpiew publiki, a Kirk dodawał od siebie fantazyjne riffy. Sympatyczny moment, ale zarazem ten motyw ze śpiewaniem coveru wybranej piosenki z danego kraju już trochę wydaje się oklepany na ich koncertach i zalatuje cringe'em. Czy naprawdę to aż tak potrzebne? Na to pytanie niech już każdy odpowie sobie sam w zgodzie z własnym sumieniem. Generalnie odnosiłem wrażenie, że akurat ten wybór nie był przyjęty z jakąś szczególną ekscytacją, ale wykonany wcale nie tak najgorzej. 
 
 
Koncertowa monumentalność Metalliki powróciła wraz z kompozycją "The Day That Never Comes". Stadion początkowo zanurzył się w melancholijnym, niemal hipnotycznym klimacie – spokojne gitary i emocjonalny wokal, siedzącego na krzesełku Jamesa, stopniowo budowały napięcie, które w końcówce eksplodowało potężną ścianą riffów, solówek i zaraźliwej energii płynącej ze wspólnej, bliskiej siebie gry Jamesa, Kirka i Roba na podwyższonym fragmencie sceniczne podestu. Takich zespołowych momentów trochę brakowało przy tej obrotowej scenie, ponieważ zbyt często zespół był dla mnie rozproszony po całym kolosalnym, okrągłym wybiegu, starając się swoją obecnością w miarę równomiernie docierać do wszystkich sektorów.
 

Dalej wybrzmiały czarnoalbumowe klasyki. Najpierw nieco mniej oczywiste, ale zagrane z polotem i miażdżącym wszytko na swej drodze gitarowym natarciem "Wherever I May Roam". Jeśli w poprzednim akapicie narzekałem na brak tej zespołowej chemii, to akurat w tym momencie była ona bardzo obecna, gdyż James, Kirk i Rob krążyli nieustannie wokół szalejącego i wyciskającego siódme poty za bębnami Larsa Ulricha. Chwilę później atmosfera uległa całkowitej zmianie za sprawą kultowej ballady "Nothing Else Matters", która... Cóż, sądziłem, iż na żywo wywoła na moim ciele tsunami ciarek, ale trochę w tym wykonaniu nie słyszałem odpowiedniej dramaturgii. Może po prostu ten kawałek przemielony przez wszystkie odbiorniki świata stracił swoją sprawczą emocjonalną siłę. 
 
 
Do You want heavy? Metallica gives you heavy, baby! No i James nie rzucał słów na wiatr, gdyż po tym nastrojowym momencie przygwoździli brutalnym, przytłaczającym "Sad but True", zadedykowanym młodemu chłopakowi, który mierzy się rakiem. Ciężki, wolny riff wyłonił się niczym Godzilla z czeluści śląskiej kopalni i kroczył, dewastując cały stadion, a bas i perkusja uderzały z ogromną siłą w żebra spiorunowanej publiczności. Dalej spowijające niepokojem całą stadionową przestrzeń wojenne efekty dźwiękowe i pirotechniczne wprowadziły nas odpowiednio w apokaliptyczną atmosferę kultowej piosenki "One". Emocje trzymane w napięciu, niczym podczas lądowania w Normandii w czasie D-Day w grze Medal of Honor: Allied Assault.  
 
 
Ostatnie trzy numery pozamiatały większość pajęczyn na Stadionie Śląskim. "Seek & Destroy" z debiutanckiego "Kill 'Em All" (fan na scenie dał sygnał na perkusji do rozpoczęcia tego kawałka!), "Master of Puppets" i wreszcie nieśmiertelny riff z "Enter Sandman"! Co prawda odniosłem wrażenie, że od agresywnej metalowej esencji tych pierwszych dwóch kawałków odciągały ogromne żółto-czarne balony, odbijające się od publiczności. Tania i taka nieco popowa sztuczka stadionowa, która gryzła mi się z charakterem tego koncertu. Niemniej publiczność i tak wykrzykiwała z zaangażowaniem każdy wers, a pogo przede mną się rozrastało. Metalowa moc tych kawałków była niepodważalna! 
 
Kulminacją tego koncertowego triumfu Metalliki był wspomniany, masywny "Enter Sandman", którego ciężki, hipnotyczny riff przejął kontrolę nad całym tłumem i zamienił finał koncertu w absolutny chaos gorączkowych emocji. Dałem się tu porwać do wyzwolenia energii w podskokach i to był moment, w którym chyba najbliżej byłem wskoczenia do młynu pod sceną, ale jednak ostatecznie uznałem, że życie jest mi zbyt miłe... Niemniej finał wybrzmiał z przytupem, a James, Kirk, Lars i Rob długo żegnali się z naszą publicznością, obiecywali szybki powrót, szczerze dziękowali za nasze wsparcie, odwdzięczając się jeszcze rozdawaniem kostek.     


Nie opuszczałem Stadionu Śląskiego w stanie euforii, ale muszę oddać Metallice, że tym epickim show dowiodła swojej Wielkości. Historyczna frekwencja, nadzwyczajna forma zespołu jak na 45-letni sceniczny staż, setlista, która zadowoliła moje oczekiwania (zdaję sobie jednak sprawę, że wieloletni fani mogli jednak czuć pewne rozczarowanie brakiem większej ilości rarytasów), niepowtarzalna, fascynująca atmosfera, z perspektywy płyty stadionu – świetne nagłośnienie, które potrafiło wtargnąć w głąb ciała (na to liczyłem!), wyczuwalna wyjątkowa więź między polskimi fanami a legendarnym zespołem... Po prostu – metalowe szaleństwo i święto! A że ja byłem jednak powściągliwy w zatracaniu się w tym show... No cóż, przeszacowałem swoją szeroką muzyczną percepcję i zdałem sobie sprawę, że powinienem jednak bardziej zadbać w swych muzycznych podróżach i wyborach, by... być sobą. 
 
Pewnie zatem to był mój pierwszy i ostatni raz z Metallicą, ale mimo wszystko – jakże widowiskowy! Zacnie było zatem dopisać Metallikę do swoich koncertowych przeżyć, zwłaszcza w takich niemal doskonałych warunkach, ale chyba też ze spokojnym sumieniem mógłbym opuszczać ten świat bez tego doświadczenia. No ale skoro była taka możliwość, skoro to już się stało... Nie narzekam i nie żałuję! Jeśli tylko w przeciwieństwie do mnie czujecie w sobie szczerą potrzebę zobaczenia Metalliki na żywo, a jeszcze nie mieliście takiej okazji – zdecydowanie warto!    





Fotorelacja


Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne
26.05.2026 


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.