Podróże Muzyczne relacjonują: Raye w Łodzi, Atlas Arena, 22.01.2026!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Raye w Łodzi, Atlas Arena, 22.01.2026!
 
 

 Podróże Muzyczne relacjonują: Raye w Łodzi, Atlas Arena, 22.01.2026!

 
 
Dwudziestego drugiego dnia stycznia wszystkie muzyczne drogi koncertowych wariatów i koneserów prowadziły do Łodzi i Atlas Areny, gdzie fenomenalna brytyjska piosenkarka Raye rozpoczęła swoją światową trasę arenową obejmującą 51 wyprzedanych przystanków! Nie mogło mnie tam zabraknąć! Po pierwsze – zapowiedź tej trasy o znamiennej nazwie "This Tour May Contain New Music" była obietnicą wielkiego show z niespodziankami, a ja pragnąłem więcej Raye po przeżyciu jej fantastycznego, emocjonalnego i porywającego zeszłorocznego otwarcia Main Stage na Open'erze, który to zresztą niedawno wspominałem na blogu. Brytyjska piosenkarka olśniła swoimi wokalnymi umiejętnościami, charyzmą scenicznej divy, bogatym brzmieniem i objawiła mi się jako headlinerka przyszłości! Wyraziłem przy tym skruchę, że nie doceniłem w 2023 roku jej debiutanckiego albumu "My 21st Century Blues", choć oczywiście z biegiem kolejnych miesięcy docierała do mnie reputacja o jej niesamowitych występach, w tym też bezpośrednie relacje Podróżujących z jej koncertu w warszawskiej Stodole z 2024 roku. Nie sposób było też zignorować jej triumfu na Brit Awards (rekordowe sześć statuetek jednej nocy!), a po zapoznaniu się z jej wyboistą historią kariery – doceniłem również determinację w dążeniu do wyzwolenia się spod łap wielkiej wytwórni, która chciała zrobić z niej hitmakerkę i wtłoczyła ją w ramy klubowego popu skrojonego pod radiowe formaty (szczerze kompletnie nie byłem świadomy, że to właśnie ona śpiewała w tak wielu mainstreamowych przebojach). Jej własna historia i prawdziwy głos pełen emocjonalnego soulu i jazzu musiał przez lata czekać w szufladzie, ale gdy w końcu zyskała artystyczną niezależność – przemówiła na własnych zasadach i swoim talentem oraz wrażliwością zachwyciła cały świat! Koncert Raye w Łodzi nie był zatem tylko zwykłym występem muzycznym, ale właściwie kulminacją jej artystycznej drogi: od uciszanej i kontrolowanej dziewczyny przez branżowe kropo do artystki świadomej, odważnej, bezkompromisowej, która własnoręcznie pisze osobny rozdział w historii muzyki, czytany obecnie przez setki tysięcy fanów! Kto przegapił ten pieczołowicie przygotowany ambitny muzyczny spektakl w Atlas Arenie, niech żałuje, bo on okrył się już legendą i będzie pretendował do koncertu roku! Przeżyjmy to jeszcze raz! 
 
Wieczór w Atlas Arenie otworzyły nam dwie młodsze siostry Raye: Amma i Absolutely! Nepotyzm muzyczny? W jakimś stopniu owszem, ale mający swoje uzasadnienia racji bytu. Przede wszystkim było coś niezwykle szczerego i ujmującego już w tym samym fakcie udzielenia promocyjnej pomocy swoim siostrom przez Raye, ale nade wszystko występy obu młodych artystek potwierdziły, że w tej rodzinie płyną znakomite geny muzyczne. Oczywiście Amma i Absolutely nie mają w sobie tyle pokładów talentu i charyzmy, co ich starsza siostra, ale popisały się przyjemny, rozgrzewającymi setami. 
 
Bardziej ujął mnie występ Ammy. Ukrywająca się pod tym artystycznym pseudonimem Lauren Keen uraczyła nas dawką bardzo rozczulającego, organicznego R&B, który swoim stylem mógł przypominać twórczość SZA. Jej sceniczna ekspresja z nutą delikatnego onieśmielenia była urocza i pięknie prezentowała się w krótkiej, bezramiennej sukience w intensywnym, miedziano-pomarańczowym kolorze, bogato zdobionej połyskującymi frędzlami i cekinami, które wdzięcznie odbijały sceniczne światło. Ten krótki występ był ponadto bardzo ładnie zrealizowany. Na białej płachcie, zasłaniającej czerwoną kurtynę, wyświetlane były klimatyczne wizualizacje i projekcje z bliższych ujęć na twarz samej artystki. Dźwigała ona ten występ wokalnie przy wsparciu kolegów z zespołu na gitarze, basie i perkusji, choć nieco brakowało mi w jej głosie takiego soulowego ciepła. Niemniej same w sobie bardzo zgrabne, emocjonalne i introspektywne kompozycje całkiem nieźle się broniły. Publiczność zdawała się je "czuć", wspierając Ammę choćby w jednym balladowym momencie odpalonymi latarkami w telefonach. Sympatyczny występ. 
 
 
Po krótkim przezbrojeniu sceny swoje umiejętności zaprezentowała z kolei Abby Keen, która jako Absolutely ma na swoim koncie już znacznie większe doświadczenia muzyczne za sobą. I to z pewnością było czuć w jej wyrazistym wizerunku scenicznym. Scenograficzna aura przeistoczyła się w mroczny, baśniowy klimat za sprawą wyświetlanych w tle ogromnych, gotyckich okien, za którymi zmieniały się pejzaże (choćby podczas pierwszego kawałka padał deszcz, podczas innego pojawił się jasny księżyc na tle ciemnego nieba rozsypanego złotymi gwiazdami) albo pojawiały barwne wizualizacje. Abby wpisała się w ten nastrojowy styl również swoim kostiumem. Dopasowany gorset w pionowe, czarno-szare pasy podkreślał jej talię i teatralną formę artystycznego wyrażania siebie. Ponadto uwagę przyciągały jej długie, czerwono-rude dredy, które kontrastowały z monochromatycznym strojem. Walory estetyczne zatem na plus. A muzycznie? Całkiem przyzwoita dawka R&B, ale w przeciwieństwie do sióstr, Absolutely kieruje swoją twórczość w kierunku bardziej futurystycznym, popowym i elektronicznym, dodając do tego szczyptę gitarowej energii. Sceniczne wsparcie zresztą było tylko ograniczone do obecności perkusisty za rozbudowanym zestawem bębnów włącznie z elektronicznymi padami i jednego gitarzysty. Brzmienie kolejnych kompozycji było dynamiczne i niesione również przez świetny, jedwabny wokal Abby. Najbardziej w pamięci utkwiło mi finałowe wykonanie bardziej balladowej piosenki "I Just Don't Know You Yet" z mocnym instrumentalnym outrem z jej nadchodzącego albumu "Paracosm", którego premiera już 20 lutego.  
 
A skoro o nowych albumach mowa...
 
Między występami Ammy i Absolutely gruchnęła zapowiedź drugiego albumu Raye, o jakże pięknym, nawiązującym do trasy tytule "This Music May Contain Hope". Premiera zaplanowana na 27 marca, ale mogliśmy już w tym momencie być przekonani, że tego wieczoru, jako pierwsi na świecie, usłyszymy sporo nieopublikowanego jeszcze materiału! Poziom ekscytacji wzrósł! I doprawdy podczas tego opening touru zaskoczeniom nie było końca! 

Już sam początek tego głównego koncertu wieczoru był niezwykły i niebywale narracyjny. Punktualnie o 20:30 oświetlenie w hali przygasło, a sceniczne reflektory oślepiły stroboskopowymi błyskami, niczym pioruny ciemną nocą. Niespodziewanie z boku sceny przed imponującą rozmiarami, ciężką, aksamitnie czerwoną kurtyną wyłoniła się Raye w długim ciemnym płaszczu i okularach przeciwsłonecznych, a w tle rozbrzmiewało intro "Girl Under the Gray Cloud", które kreśliło słowem mówionym scenerię nocnego powrotu samotnej kobiety w drodze z baru do hotelu po kolejnym wieczorze pełnym rozczarowań i poniżeniu przez mężczyznę, przy wtórze gromów burzowej nocy. Tę aurę i wewnętrzny chaotyczny stan tej postaci na scenie obrazowała opadającą spod sufitu szara chmura z efektami świetlnymi imitującymi jasne rozbłyski wyładowań atmosferycznych. W końcu Raye chwyciła za mikrofon przekazany jej przez technicznego zza kurtyny i zaintonowała nieopublikowaną, wzniosłą balladę "I Will Overcome". W kulminacyjnym momencie na scenie obok niej pojawił się kwartet smyczkowy, a siła jej wokalu rozrywała niebiosa. Ba, w tym momencie ze scenograficznej chmury spadł "deszcz" (wolnoopadające konfetti), który stał dla bohaterki symbolicznym początkiem wewnętrznej przemiany i obietnicą nowego świtu. Sprawa została postawiona jasno: to nie będzie zwyczajny koncert, a spektakl przepełniony dramaturgicznym tonem! A przy tym Raye w roli prawdziwej scenicznej diwy błyskawicznie rozpoczęła spełniać obietnicę dostarczania nowej muzyki i właściwie przez cały koncert zręcznie przeskakiwała między świeżymi utworami a znanymi hitami.  
 
 
Zastanawiałem się, czy, tak jak swoje zeszłoroczne festiwalowe występy, Raye rozpocznie od kompozycji "WHERE IS MY HUSBAND!", która w ciągu kolejnych miesięcy stała się viralową sensacją, podbiła stacje radiowe i jest obecnie jej największym przebojem. I tak, zrobiła to! Uprzednio jednak kurtyna poszybowała w górę, ujawniając nam zespół (gitara, bas, perkusja, dodatkowe perkusjonalia, instrumenty klawiszowe), dwuosobowy żeński chór oraz kilkuosobową orkiestrę (sekcje dęte i smyczkowe złożone łącznie z czternastu muzyków!) – wszyscy ustawieni na ledowych platformach o różnych wysokościach i elegancko ubrani w wieczorowe stroje i garnitury. Za nimi postawiony został ogromny, falisty ekran, który przy pierwszej orkiestralnej fali dźwięku, inicjującej wspomniany przebój, zalał się intensywną czerwienią, sprawiając, że w pierwszej chwili sylwetki tego imponującego składu zostały teatralnie skryte w cieniach. Jednak już od pierwszych właściwych nut tej bogatej aranżacji pod wpływem dynamicznego scenicznego oświetlenia wszyscy "odzyskali barwy", a Raye wraz z chórzystkami zachwyciły czerwonymi, cekinowymi sukniami, które efektownie się mieniły podczas ruchu. Wygląd wyglądem, ale przede wszystkim na kolana rzuciła pompatyczna warstwa muzyczna, w której nieskazitelny wokal Raye zdawał się sam w sobie osobnym boskim instrumentem. Dynamiczna kompozycja oszołomiła, rozgrzała moje gardło, a nawet sprawiła, że w końcówce nagromadzoną energię uwalniałem w podskokach! Zresztą nie tylko ja! Cała Atlas Arena odleciała w kosmos! Ten kapitalny przebój podniósł temperaturę w hali do niebezpiecznego poziomu i nadał ton całemu występowi! Szacunek za takie hitchcockowskie otwarcie!  
 
A po tym trzęsieniu ziemi, napięcie dalej tylko wzrastało! Choćby za sprawą temperamentnego "The Thrill Is Gone." z fenomenalnym popisem sekcji dętej i pierwszym, nie ostatnim tego wieczoru, "dramatic ending"! Na ekranach zaś dane nam było podziwiać bliższe ujęcia na niesamowite flow całego bandu i zarażającą pozytywną energią sceniczną ekspresję i szeroki uśmiech naszej bohaterki wieczoru. Następnie publiczność bardzo szybko przyswoiła prosty, "cielesny" refren premierowej, sympatycznej piosenki "Skin & Bones", po której Raye zrzuciła na nas kolejną radiową bombę – singiel "Suzanne" nagrany z Markiem Ronsonem. Tej piosenki bardzo zabrakło mi podczas jej open'erowego występu, więc w tym momencie moje serduszko zabiło nieco mocniej z emocji, a dusza poczuła balsamiczną przyjemność! Przy tym kawałku ponadto uderzała mnie ponownie myśl, że Raye wypełnia pustą przestrzeń po nieodżałowanej Amy Winehouse. Niemniej nie kroczy tymi samymi wytartymi ścieżkami, a wręcz ma do zaoferowania o wiele szerszą paletę gatunkowych wrażeń, co też oczywiście udowadniała na tym koncercie. Kolejna nowa kompozycja "Beware the South London Lover Boy" porywała jednak dalej soul-popową energią i z teatralną komicznością ostrzegała dziewczyny przed a south london lover boy! Broadway pełną parą!  

W klimaty bliższe R&B podparte latynoską melodią akustycznej gitary poprowadziło nas z kolei wykonanie piosenki "Flip a Switch." z debiutanckiego albumu Brytyjki. Okazałe, przestrzenne "Five Star Hotels." poprzedziła wokalna zabawa Raye z efektem reverbu. Jej głos osadzony w pogłosie doprawdy dokonywał akrobatycznych cudów i wspinał się na olimpijski szczyt! I nie miałem wrażenia, że jest to z jej strony to wyraz chełpliwości. Nie. W każdym momencie koncertu Raye ujmowała swoją szczerością i autentycznością. Nie było tu grama fałszu w jej emocjach! Nie mówiąc już w ogóle o jej wokalu. 

Efektownie i przejmująco wybrzmiała kolejna nieznana piosenka "The Winter Woman". Była ona swego rodzaju nawiązaniem do koncertowego intra. Znów spod sufitu zjechała chmurka, obsypująca deszczowym konfetti, a lirycznym podmiotem tej historii była cierpiąca z braku miłości dziewczyna – I am a sob story standing in the rain in a summer dress. Dramaturgia była podkreślana przez liczne wersy, pojawiające się na ekranie, a w końcówce emocje sięgnęły zenitu za sprawą solówki na skrzypcach i wokalu Raye, który tym razem wspiął się na operową skalę!  
 
Fragmencik "Hard Out Here." wprowadził do wypełnionej patosem i hip-hopowym vibe'em aranżacji "Genesis, pt. ii". Z pewnością widok falujących góra-dół dłoni na płycie robił wrażenie z perspektywy trybun. Pod sceną zaś czułem, jak publiczność z utworu na utwór intensywniej jednoczy się w przeżywaniu tego występu. 

Mimo naszego widocznego zaangażowania, Raye, za sprawą paletek z komunikatami tylu "Please clap now", "Scream!", "Whoop, Whoop!" rodem ze sitcomów, upewniała się jeszcze, co do naszych zdolności reakcyjnych (nie muszę chyba dodawać, że zdaliśmy egzamin celująco), a w tym czasie technicy ubrani w stylowe fraki błyskawicznie zmieniali wystrój sceny w... Raye's Jazz Club! Artystka przekroczyła symbolicznie próg drewnianych drzwi i znalazła się pośród teatralno-musicalowej inscenizacji wnętrza staromodnego jazzowego klubu z okrągłymi stoliczkami, na których paliły się wintydżowe lampy i przy których zasiadła część muzyków (głównie sekcja smyczkowa), a pozostali zgromadzili się tuż za nimi. W międzyczasie między nimi krążył nawet kelner! Raye usiadła w centrum tego zamieszania na krzesełku i zaśpiewała klasyczne... "Fly Me to the Moon"! Niesamowita, swingująca wersja! W ten klimat idealnie wpasowała się też autorska kompozycja "Worth It.", przy której tanecznej energii Raye już nie zdołała usiedzieć. I moje ciało również się rozbujało! Aż chciało się, by ten segment potrwał chwilę dłużej! 
 
Scena jednak została błyskawicznie uprzątnięta z rekwizytów, a następnie Raye oczarowała nas niemal dziesięciominutową nieznaną balladą "Nightlingale Lane" – wybrzmiała ponadczasowo! I zarazem okazała się pięknym wprowadzeniem do najbardziej intymnego fragmentu koncertu. Raye zasiadła samotnie przy dużym pianinie przed opuszczoną kurtyną i zaśpiewała z katartycznym przejęciem "Ice Cream Man" – utwór uhonorowany kilka dni wcześniej nagrodą Grammy "Best Song for Social Change" za przełamanie tabu poprzez odważną opowieść o jej dotkliwych doświadczeniach przemocy seksualnej. Ścisnęło za gardło. Mocno. Nie był to jednak akustyczny występ, gdyż zza kurtyny o wzrost emocjonalnego napięcia nieustannie dbał cały band. Gdyby nie oni, to pewnie słychać byłoby uderzające o powierzchnię oczyszczające łzy, spływające lawinowo z policzków publiczności. Music is medicine
 
 
Pierwszy akt tego koncertu zwieńczyła znana już z festiwalowych występów, szarpiąca duszę ballada o epickim, ale unikającym ckliwości, instrumentalnym rozmachu – "I Know You're Hurting", zakończona coachingową przemową Raye, z rezonującym długo po koncercie przesłaniem nadziei i wiary w samego siebie. Następnie w podskokach opuściła scenę przy piorunującej gitarowej solówce – gość zresztą wymiatał przez cały występ!  

W czasie, gdy Raye się przebierała na backstage'u, na scenie nie było mowy o chwili oddechu. Dwóch technicznych wniosło na przód tabliczki z różnymi polskimi napisami (co druga w żartobliwym celu odwrócona do góry nogami): "Mamy nadzieję, że dobrze się bawicie jak dotąd", "Za chwilę zabierzemy Was na koncert symfoniczny!", "To jest Tom!". I przy tej ostatniej wiadomości na scenę wkroczył... dyrygent Tom Richards! I pod jego batutą wybrzmiała orkiestralna uwertura do monumentalnego "Oscar Winning Tears."! Raye w międzyczasie zameldowała się na scenie w czarnej sukni i niezmiennie dalej zachwycała swoim bezbłędnym wokalnym frazowaniem i szarżami (popis na jednym wydechu powietrza oszałamiający!), przy chóralnym wsparciu publiczności! Następnie Brytyjka poprosiła nas o rytmiczne wsparcie klaskaniem, które napędziło marszowy vibe kolejnej nieznanej piosenki – "Click Clack Symphony"! Co to był za numer! Eksplozywny, hymniczny, ze zwrotami akcji, symfonicznym rozmachem, podparty rewelacyjnymi, pulsującymi wizualizacjami w tle! Murowany kandydat do roli singla, promującego nowe wydawnictwo!
 
Dumałem nad tym, czy Raye zaryzykuje wrzuceniem w ten teatralny występ segmentu klubowych hitów z jej udziałem. I uczyniła to! Przy wprowadzającym w tę część koncertu fragmenciku "Prady" w wersji z jej występu podczas Brits Awards na ekranie w tle wyświetlona została nazwa głównej aktorki wieczoru, a chwilę później literka "Y" została cwanie podmieniona na "V" i przy pulsujących dźwiękach hitu "Secrets' wjechał do Atlas Areny na podwójnym gazie rave'owy klimacik! O taneczną harce zadbał fragmencik "You Don't Know Me" oraz okraszone widowiskowym pokazem laserów – euforyczna "Black Mascara." i ponownie już w rozwiniętej wersji "Prada" z bardziej rockowym zacięciem! Bo oczywiście przy tych klubowych brzmieniach wciąż aktywnie uczestniczył big-band! Elektryzujący w tańcu fragment koncertu! 
 
Aurę wszechogarniającej radości podtrzymało wykonanie nieopublikowanej, aranżacyjnie rzekłbym figlarnej i wstrzykującej do żył odpowiednią dawkę endorfin kompozycji "Joy", przy której Raye wsparły wokalnie jej siostry! Przepiękne wokalne harmonie i demonstracja siły siostrzanej miłości! Takie wspólne wykonanie musiało się tego wieczoru wydarzyć! Kurtyna triumfalnie opadła! 
 
 
To nie był jednak koniec! Przy nieustającym owacyjnym aplauzie Raye ukradkowo wychyliła się zza kurtyny i zalotnością stwierdziła, że chyba zapomniała o pewnym utworze... Wszyscy fani z pewnością już się domyślali, że Drama Queen na bis pozostawiła jeszcze jeden dramaturgiczny muzyczny pejzaż – "Escapism."! W tej potężnej,  rozbudowanej kompozycji zawarta została emocjonalna i gatunkowa kwintesencja tego całego wieczoru! To właśnie ten utwór przyniósł jej międzynarodowy przełom w 2023 roku, więc pewna symbolika tego koncertu, jako przejścia na wyższy poziom scenicznej jakości, odwagi, pewności siebie i rozpoznawalności została idealnie domknięta!    
 
Podsumowując! 
 
Wybitny! Epicki Niezapomniany! Spektakl, po którym trudno było ochłonąć, a co dopiero znaleźć odpowiednie słowa, oddające jego rozmach! Wszystkie zapowiedzi z plakatu tejże trasy "This Tour May Contain New Music" zostały spełnione! Raye przy wsparciu rozbudowanego, kilkunastoosobowego, perfekcyjnie zgranego zespołu (klasa światowa!) zabrała nas w wielogatunkową podróż! Wstąpiliśmy do jazzowego klubu, poczuliśmy symfoniczną epickość rodem z Royal Albert Hall, pociliśmy się na rave'owym parkiecie, porywał nas okazjonalny hip-hopowy vibe, wzruszały dramaturgiczne ballady, przytulały, bujały, zapraszały do śpiewu i wyostrzały zmysły soulowe, R&B, retro-popowe, swingowe melodie. No ale przede wszystkim niezależnie od stylu – Raye zachwycała nas swoimi wokalnymi czułościami i akrobatycznymi popisami, które zdawały się wykraczać poza wszelkie znane człowiekowi skale! I ten klimat retro, obłędnie zaplanowana scenografia ukryta za czerwoną kurtyną, klimatyczne oświetlenie, podział na akty, drobne inscenizacje... Przepięknie to show wyglądało! I brzmiało również bez zarzutów! Znów Atlas Arena potwierdziła swoje akustyczne walory!  
 
Zagrywka z prezentacją aż ośmiu prapremierowych piosenek z ogłoszonego na pół godziny przed startem koncertu drugiego albumu Raye "This Music May Contain Hope" była ryzykowna (zwłaszcza przy takim opening wieczorze tej trasy, co miało też swój urok), ale absolutnie to były same asy w rękawie brytyjskiej piosenkarki! Broniły się kompozycyjnie i z miejsca zachwycały, porywały i oczarowywały! Jest na co czekać w wersji studyjnej!  
 
Do tego jeszcze ta ujmująca sceniczna szczerość Raye, jej nieustanne kontakty z publicznością (również te przed koncertem z kolejkującą grupą fanów bez żadnego gwiazdorskiego nadęcia!), autentyczna wdzięczność za ten wyprzedany koncert (znamienna była jej reakcja na transparent jednej osoby z napisem: Na ostatnim koncercie było nas nieco ponad 2 tysiące. Spójrz na nas teraz!), troska o mdlejące osoby (a niestety trochę tych sytuacji miało miejsce), zaraźliwie radosna energia – cudowna persona! Nawet jeśli czasami trochę za bardzo się rozgada – każdy jej wybacza! 

I jeszcze raz podkreślę to wyjątkowe rodzinne wsparcie młodszych sióstr Ammy i Absolutely, które swoimi przyjemnymi setami zacnie otworzyły ten wieczór, a pod koniec głównej uczty dołączyły do Raye we wspomnianej wcześniej entuzjastycznej piosence "Joy"! 

Ten wieczór był po prostu poetyckim listem miłosnym do muzyki i jej oczyszczających, katartycznych właściwości! Każdy zagrany utwór brzmiał jak odzyskana przestrzeń — na emocje, szczerość i wolność, której tak długo Rachel Agathcie Keen odmawiano. Nastała królewska era Raye i niech trwa jak najdłużej! 
 


 
PS Dzięki Podróżujący za pierwsze spotkania w tym nowym sezonie koncertowym! Pozdro! 
 

Fotorelacja: 


  

 

 
Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne
02.02.2026


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.