Podróże Muzyczne relacjonują: Beirut w Berlinie, Tempodrom, 26.06.2026!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Beirut w Berlinie, Tempodrom, 26.06.2026!
 
 

 Podróże Muzyczne relacjonują: Beirut w Berlinie, Tempodrom, 26.06.2026!

 
 
W podróż do przepięknej berlińskiej sali koncertowej Tempodrom na koncert formacji Beirut szykowałem się już niemal w 2024 roku. Wówczas po pięciu latach ciszy lider i twórca tego projektu Zach Condon dość nieoczekiwanie ogłosił sceniczny powrót ograniczony tylko do jednego występu w Berlinie, w którym sam obecnie mieszka. Zainteresowanie okazało się tak duże, że ostatecznie zagrał z rozbudowanym zespołem podczas trzech wieczorów. Bardzo kusiły mnie te koncerty, ale ostatecznie jakoś ta wyprawa mi się nie spięła logistycznie. Już wówczas Zach uświadamiał swoich fanów, że nie należy z jego strony w przyszłości liczyć na długie trasy. W wywiadach podkreślał, że nie przepada za podróżowaniem samolotami i zmienił całe swoje nastawienie do tras koncertowych. W zeszłym roku zagrał tylko sześć koncertów, ograniczając się do wizyt w Holandii, Belgii i Anglii. Z roku na rok Zach jednak nieco się rozkręca, bo na tegoroczny sezon letni zaplanował jedenaście koncertów, włącznie z wizytami na kilku festiwalach (a wcześniej w maju porwał się na lot do Brazylii na C6 Fest). Ku radości polskich fanów, po dekadzie od ostatniego koncertu na Open'er Festival zapowiedział również wizytę podczas poznańskiej Malty. I nie ukrywam, że przez długi czas to wydarzenie było moim celem. Nieco później jednak plany się zmieniły, gdyż na ten sam dzień zespół Pulp zapowiedział koncert w... Tempodromie. Tej okazji nie mogłem przegapić. Sprawdziłem jednak jeszcze raz rozpiskę Beirut i okazało się, że w Berlinie grają w tym samym miejscu dzień wcześniej. Bilety były dostępne, więc postanowiłem ten weekend spędzić w stolicy Niemiec. W niedzielę ostatecznie trafiłem też na poznańską Maltę, kusząc się na indie-rockowe tańce z Two Door Cinema Club, ale to już inna historia. Skupmy się na koncercie Beirut. Lecz zanim jednak o ich występie, to muszę wyróżnić zespół, który otwierał ten wieczór...
 
 
Efterklang! Duński zespół balansujący między art-popem a indie popem nastrajał i zachwycał mnie bardzo eklektycznymi melodiami, łamanymi rytmami, zmiennym tempem oraz ekspresyjnymi wokalami z dominującym głosem Caspera Clausena. Ozdobą tego występu było dołączenie sekcji dętej zespołu Beirut na czele z samym Zachem Condonem w trakcie jednej kompozycji, dodając jej dodatkową wielowarstwową głębię. Czułem, że mam do czynienia z zespołem nieobliczalnym, nieustannie poszukującym, płynnie lawirującym między emocjonalnymi subtelnościami a instrumentalną intensywnością (finałowy utwór zaskoczył rockowym obliczem). Każdy z członków czteroosobowego składu wkładał w ten występ cząstkę własnej muzycznej dojrzałości i szlachetności. Emanowali imponującą naturalnością i wspólnotową energią.

Frapujący, zaskakujący, świetny koncert!  
 
 
Pół godziny później zjawiskowa przestrzeń Tempodromu wypełniła się charakterystycznym brzmieniem zespołu Beirut

Kilkuosobowa formacja prowadzona przez Zacha zapewniła nam zbiorową terapię celebracji życia i  kołysania się w rytmie niepowtarzalnych melodii łączących indie folk, chamber pop ze znaczącymi wpływami muzyki bałkańskiej, ale nie tylko. Na czele tego wielowarstwowego peletonu kroczyły instrumenty dęte, dalej ukulele, akordeon, klawisze, szczypta syntezatora i wyraziste rytmy perkusji z linią basową. I oczywiście kruchy, niezwykle emocjonalny wokal Zacha Condona, który prowadził nas przez ujmujące historie oraz kameralne, ale ekspresyjnie monumentalne wymiary dźwiękowe. Repertuar naszpikowany był największymi przebojami grupy czerpanymi z przekroju całej dyskografii.  
 
Początek występu był niespodziewanie mocny i usłany sporą częścią mych ulubionych kompozycji, które stanowią dla mnie kwintesencję stylu zespołu. Na wstępie Zach z kolegami sięgnęli po album "Gallipoli", z którego usłyszeliśmy "When I Die" oraz tytułową kompozycję, której melodyjny i zarazem majestatyczny motyw dęciaków oraz harmonijnie splatające się wokale wzbudziły we mnie gęsią skórkę. Dalej rozmarzyłem się przy "So Many Plans", z uśmiechem na twarzy nuciłem "No No No", a bajeczne "Postcards From Italy" przenosiło mnie wyobraźnią nad Morze Śródziemne. Bajka! 
 
 
W dalszej części Zach Condon postawił na nieco mniej oczywiste perełki. "The Shrew" porwało mnie dynamicznym fragmentem zachęcającym do żywszego tupania nóżką, w którym pierwsze skrzypce grały instrumenty dęte i akordeon. Potem wybrzmiało relaksujące "Tuanaki Atoll", melancholijne "Spillhaugen", przyjemne niczym morska bryza "The Rip Tide", otulające pulsującą, ciepłą melodią na klawiszach i unoszącymi się nad nią bałkańskimi dęciakami "Scenic World". Cudne doznania, ale przypływ prawdziwie rozpierającej euforii nastąpił u mnie wraz z pierwszymi dźwiękami cudownego, hymnicznego "Elephant Gun"! Donośne trąbki, marszowy rytm, ekspresyjny akordeon oraz przejmujący wokal Zacha Condona stworzyły brzmienie jednocześnie triumfalne i głęboko melancholijne. Podręcznikowy klasyk łączenia bałkańskiego folkloru z indie folkową melodyką. Dalej językowe urozmaicenie wprowadził cover "O leãozinho"  brazylijskiego piosenkarza Caetano Veloso, ale uniwersalny przekaz emocjonalny był tak samo piękny. Publiczność ożywiła się podczas urokliwego, kołyszącego podróżniczym charakterem "Santa Fe", wspierając pierwsze takty rytmicznymi oklaskami.  
 
 
Do finału podstawowej części zgrabnie prowadziły nas subtelne, kameralne, tęskne kompozycje "So Allowed", "Fisher Island Sound" oraz "Regulatory". Końcówka seta fenomenalna. Beirutowa interpretacja "Serbian Cocek" A Hawk and a Hacksaw okazała się brawurową, eksplodującą dawką feerii bałkańskich melodii i pędzącego rytmu podpartego kolejnymi instrumentalnymi popisami towarzyszących Zachowi muzyków. Rozgorączkowane emocje podtrzymało jeszcze kultowe "Nantes", tworząc magnetyczną więź między zespołem a publicznością. 
 
Nie zabrakło oczywiście bisów. Najpierw z zeszłorocznego albumu "A Study of Losses" ujmująco wybrzmiało kruche "Villa Sacchetti". Pięknie ta perełka rozwijała się od delikatnych skubnięć Zacha w struny ukulele, po stopniowo wyłaniające się harmonijne wokale, trąbki, subtelną perkusję i pianinową melodię. Potem Condon z kolegami zaskoczył mnie znajomo brzmiącą bałkańską teksturą dźwiękową... W mym umyśle błyskawicznie zadziałał Shazam i trafnie wskazał na "Nie Ma Nie Ma Ciebie" Kayah i Gorana Bregovića (oryginalnie "Ederlezi"). No nie ukrywam, że sielsko mi się zrobiło na serduchu. I zarazem ten ukłon złożony dla twórczości Bregovića, którą przed laty Zach się zafascynował, płynnie wprowadził nas do finałowego, pełnego dramaturgicznego rozmachu "The Gulag Orkestar", który okazał się pokazem siły zespołu. Barwna, niemal karnawałowa eksplozja dźwięków, podszyta nutą tęsknoty i zadumy, zachwyciła i rozkołysała cały Tempodrom. 
 
 
To był wyśmienity koncert, którym delektowałem się niczym śródziemnomorskimi potrawami. Mieszanka bałkańskiego folkloru oraz melodyjnego indie folka w wykonaniu zespołu Beirut na żywo wybrzmiewała żywiej i przestrzenniej niż w studyjnych wersjach oraz niosła w sobie taką podróżniczą rozkosz. Zespół był bezbłędnie zgrany, skupiony na wznoszeniu kolejnych malowniczych pejzaży dźwiękowych, a liderujący mu Zach Condon ujmował swoim rozedrganym emocjonalnie wokalem, nieśmiałością, introwertyczną postawą i przeczesywaniem palcami swoich pasm potarganych, kręconych włosów pomiędzy utworami. Wyczuwalna była też taka panująca rodzinna atmosfera ze względu na występ Zacha w swoim obecnie rodzinnym mieście. Nie wszystko może zagrało idealnie, bo pojawiały się drobne problemy techniczne, a i koncert w Tempodrom sprzed dwóch lat był bardziej efektowny ze względu na dodatkową obecnością trzech muzyków smyczkowych i bogatszą oprawą scenograficzną, ale koniec końców w moim sercu zagościło poczucie satysfakcji (choć nie powiedziałbym, że wracałem do hotelu uniesiony euforią) i kolejne koncertowe marzenie zostało spełnione. Choć, taka zabawna anegdotka, jeszcze kilkanaście tygodni temu byłem przekonany, że to będzie po latach moje drugie spotkanie z Beirutem. Byłem otóż święcie przekonany, że widziałem ich na Open'erze w 2016, ale gdy wróciłem jakiś czas temu do relacji z tamtej edycji, ku memu zaskoczeniu okazało się, że, mimo chęci, nie dotarłem na tamten koncert (sic!)... Najwyraźniej poplątały mi się wspomnienia z występem Fleet Foxes w Tent Stage z 2018 roku. Tak, wiem, bez komentarza... Ale teraz już ze śmiałością mogę twierdzić, że przeżyłem w swym życiu piękny koncert zespołu Beirut! Oby nie jedyny!        
 
  
 
PS Koncertowe nagrania z tego wieczoru odnajdziecie na moim profilu na Instagramie! Zachęcam! 
 
 

Fotorelacja

 
 
Sylwester Zarębski 
Podróże Muzyczne
02.08.2026 


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.