Podróże Muzyczne relacjonują: Florence Road w Berlinie, Mikropol, 03.05.2026!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Florence Road w Berlinie, Mikropol, 03.05.2026!


Podróże Muzyczne relacjonują: Florence Road w Berlinie, Mikropol, 03.05.2026! 




Są takie zespoły, które od pierwszych sekund skradają się do serca bez pukania. I są też takie, które potrzebują trochę czasu, odpowiedniego momentu, koncertowego sprawdzianu, by naprawdę odpalić emocjonalny lont. Florence Road zdecydowanie należą u mnie do tej drugiej kategorii. Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością tego irlandzkiego girlsbandu, wyczuwałem w nim tlący się potencjał, ale byłem daleki od stanu zatracania się w ich twórczości. Zeszłoroczna debiutancka EP-ka "Fall Back" początkowo przeszła u mnie bez echa. Prawdziwy przełom nastąpił jednak dopiero pod koniec października wraz z premierą fenomenalnego singla "Miss". Ten numer był dla mnie absolutnym przełomem – pełnym emocjonalnego napięcia, hałaśliwej gitarowej energii i oszałamiającego wokalu Lily Aron, która brzmiała tak, jakby śpiewała na granicy emocjonalnego rozpadu. Od tego momentu zauroczenie twórczością Lily Aron (wokal, gitara), Emmy Brandon (gitara), Ailbhe Barry (bas, wspierający wokal) oraz Hannah Kelly (perkusja) zaczęło płonąć we mnie coraz mocniej.

Prawdziwa eksplozja uczuć nastąpiła kilkanaście dni później w berlińskiej Columbiahalle. To właśnie tam, podczas supportu przed Wolf Alice, Florence Road kompletnie rozbroiły mnie emocjonalnie i ostatecznie zamieniły zwykłą sympatię w pełnoprawną muzyczną miłość. Od pierwszych minut dziewczyny przejęły scenę z zadziwiającą pewnością siebie i młodzieńczą charyzmą, zaś każdy kolejny utwór tylko mocniej zaciskał emocjonalną pętlę wokół mojego serca. A Lily Aron… cóż, jej wokal na żywo okazał się jeszcze potężniejszą bronią niż na nagraniach. Zmysłowy, rozpaczliwie napięty, momentami wręcz błagalny – przeszywał mą duszę i zniewalał. Zerkałem wtedy wokół siebie i miałem wrażenie, że nie tylko ja zostałem absolutnie kupiony tym występem. Columbiahalle przez czterdzieści minut pulsowała autentycznym zachwytem. 
 
 

 
 
Po tym występie pragnąłem zobaczyć Flo Ro ponownie jak najszybciej. Pierwotnie na ten rok miałem na celowniku ich koncert podczas Primavery, ale plany dotyczące tego wyjazdu się zmieniły. Dziewczyny na szczęście kują żelazo popularności, póki rozgrzane. Niemal nieustannie koncertują i wiosną przybyły do Europy na swój pierwszy headline tour (tuż po supportowaniu The Last Dinner Party w Stanach). A data w Berlinie w pierwszy weekend maja doskonale zgrała się z wyjazdem na koncert Rosalíi.
 
W międzyczasie dodatkowo Florence Road zdążyły jeszcze mocniej rozbudzić mój apetyt skromną, ale świetną EP-ką "Spring Forward", która tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z zespołem o naprawdę ogromnym potencjale i smykałce do tworzenia niezwykle melodyjnych, porywających i ujmujących rockowych piosenek. Grzechem byłoby z mej strony powiedzieć, że czekałem na ten koncert bardziej niż na spektakl Rosalíi, ale... Może coś w tym było, gdyż od poranka trzeciego maja towarzyszyła mi nieukrywana i nadzwyczajna ekscytacja. Byłem pełen wiary, że występ irlandzkiego girlsbandu w kameralnym Mikropolu (niewielka sala koncertowa połączona z barem przy słynnym Metropolu) okaże się wisienką na torcie tej majówki spędzanej w Berlinie. I nie zawiodłem się! 
 
 



 
Prawdopodobnie to była ostatnia szansa zobaczyć Florence Road w tak malutkim klubie i kameralnym gronie fanów, którzy emanowali od samego początku żarliwym podnieceniem. Wszyscy podświadomie czuliśmy, że chwytamy niezwykłą okazję bliskiego spotkania – niemal na wyciągnięcie ręki, bo scena nie była oddzielona barierkami – z irlandzkimi dziewczynami, które właściwie w tym momencie są już blokach startowych, by za moment sprintem zmierzać ku większym scenom i być rozchwytywane przez światowe festiwale (co już właściwie ma miejsce, jeśli spojrzy się tu i ówdzie na plakaty dużych wydarzeń muzycznych). Obserwowanie gry zespołu tego wieczoru było jak śledzenie startu rakiety przed zanurzeniem się w kosmicznej przestrzeni.  I doprawdy Lily, Emmy, Ailbhe i Hannah dostarczyły nam przez godzinę niezliczone dowody, by wszystkie te tezy głosić z jeszcze większą śmiałością. 
 
 
Dziewczyny wkroczyły na scenę, promieniując pewnością siebie. Czuć było różnicę w ich koncertowej postawie względem supportów przed Wolf Alice. Teraz po czasie dostrzegam, że tam jednak towarzyszyło im pewne onieśmielenie, tu w Mikropolu zaś już status gwiazd wieczoru działał wyraźnie na nie stymulująco, wypełniał adrenaliną i pierwiastkami rockowej nonszalancji. Dodatkowo uskrzydlane były energicznymi reakcjami wyraźnie przejętej tym występem publiczności. Wszelkie nawet najdrobniejsze gesty, tańce, chóralne śpiewy i przygotowane akcje wywoływały szczere uśmiechy na twarzach dziewczyn i podnosiły euforyczny poziom tego koncertu. Irlandki zaś zarażały nas niespożytą energią! Forma bez zarzutu! A miałem pod tym względem pewne obawy, bo trzy dni wcześniej odwołały pop-up show w Amsterdamie ze względu na przeziębienie dwóch członkiń zespołu. To był chyba jednak tylko przejściowy stan i zapobiegliwy ruch, bo na scenie absolutnie po tych zdrowotnych perypetiach nie było śladu. Dziewczyny zostawiły swoje serca i zagrały ze stuprocentowym zaangażowaniem.  
 
Kosmiczne wokalne szarże Lily Aron dosłownie wyrywały mnie z rzeczywistości, rozsadzały czaszkę od środka i uderzały w serce z siłą meteorytu. Jej emocjonalne, dramaturgiczne napięcia w głosie były iście rozczulające, porywające i elektryzujące! Ponadto doskonale "czuła" scenę. Jej każdy ruch był przemyślany, prowokujący, zmysłowy, włosy zjawiskowo rozwiewane przez sceniczną dmuchawę, a na jej gitarowym pasku nieprzypadkowo widniały białe gwiazdy. Takiej frontmanki i wokalistki wiele zespołów może pozazdrościć. Jej koleżanki z zespołu również spisywały się na medale! Finezyjne riffy kreślone przez Emmę Brandon ostro przecinały powietrze. Z kolei Ailbhe Barry, emanująca stoickim spokojem, z basem w dłoniach oraz brawura Hannah Kelly za perkusją stały na straży odpowiednio natężonego rytmu. Barry dodatkowo dodawała od siebie wokalne tło, wspomagając Lily. Między dziewczynami wyraźnie dało się wyczuć przyjacielską więź, wzajemne zrozumienie i jedność we wspólnym dążeniu do oczarowania publiczności. Demonstrowały przed nami imponującą samoświadomość posiadanych muzycznych argumentów i umiejętności, które przekuwały w naprawdę zaraźliwe, angażujące, kreatywne melodie, zaskakujące wzmaganą intensywnością, zwrotami akcji, instrumentalnymi i tymi nieziemski wokalnymi uniesieniami. 
 
 
Florence Road rozpoczęły ten występ bez zbędnej zwłoki, od mocnego uderzenia za sprawą wciąż niewydanej kompozycji "7563". Mam nadzieję, że wkrótce doczekamy się jej studyjnej wersji, bo ta koncertowa jest piekielnie mocna. Zaczyna się może niepozornie, ale w trakcie szturmuje imponującą ścianą dźwięku. Budowanie napięcia w drugiej połowie przez natarczywe uderzenia w perkusyjne, nabierające rozpędu gitary oraz impulsywny śpiew i zaciekłe wyliczanie tytułowych cyfr przez Lily Aron doprowadziło do kulminacyjnego crescenda, które poruszyło wszystkie stawy w mym ciele! Następnie z ogromnym entuzjazmem ze strony publiczności przyjęte zostały dwie kompozycje z debiutanckiej EP-ki "Fall Back": drapieżne "Figure It Out" i nieco bardziej balladowe, ale wciąż wyśpiewane z przejmującym napięciem "Hand Me Down". Od samego początku dynamika koncertu była niezwykle intensywna! I poziom tej energii nie spadał nawet przy absolutnie premierowych kawałkach...
 
 
Tak, niewątpliwym plusem tej trasy był fakt, iż dziewczyny zaskakiwały wcześniej niepublikowanymi i wykonywanymi na żywo kompozycjami. Nie inaczej było też w Berlinie. I w pierwszej kolejności z tych niewypuszczonych jeszcze w eter "świeżynek" usłyszeliśmy kapitalne "White Smile"! Struktura tej piosenki była podobna do "7563", ale z jeszcze bardziej zagęszczonym rockowym podmuchem, który w finale zmienił się w riffowy tajfun, rzucający na kolana! Pomocną dłoń w podniesieniu się z tego nokautu wyciągnęły do nas za sprawą kolejnej premierowej, melodyjnej kompozycji "None the Wiser". Z tych aranżacji schowanych póki co w szufladzie w dalszej części usłyszeliśmy również świetne, chwytliwe "Suprise Suprise". Tutaj na pochwałę zasługują dziewczyny z nieformalnego fanklubu, które wpadły na świetny pomysł urozmaicenia tej kompozycji naprzemiennym podnoszeniem w górę i w dół rąk podczas falującego, przeciągłego wokalnego okrzyku Lily Aron. Migiem wszyscy podchwyciliśmy ten motyw i zapewne zrodzi się z tego już ikoniczny moment koncertów Florence Road. To nie był koniec niespodzianek. Berlińska publiczność została dodatkowo wyróżniona przedpremierowym wykonaniem piosenki "No Better Woman"! Kompozycja okraszona bardzo fajnym, wpadającym w ucho riffem oraz ujmującymi momentami wyciszenia przed kulminacyjnymi refrenami. Zestaw nieopublikowanych piosenek został jeszcze uzupełniony przez znane już z wcześniejszych występów w poprzednim roku, dynamiczne, kipiące porywającą adrenaliną, gnające do przodu "How Does It Make You Feel". Te wszystkie próbki nowego materiału wybrzmiały tego wieczoru bardzo przekonująco, sugerując, że młode artystki są wygłodniałe muzycznego komponowania, rozpędzone, nie do zatrzymania i mają jeszcze wiele fantastycznej muzyki do zaoferowania w niedalekiej przyszłości.    
 
 
W międzyczasie Flo Ro rozpalały publiczność już doskonale znanymi alt-rockowymi piosenkami ze swoich dwóch dotychczasowych EP-ek. W szczere zdumienie wprawiło "Storm Warnings", gdy w finale instrumentalnej nawałnicy Lilly swoim wysoko wzniesionym wokalem wspięła się na himalajski szczyt swoich możliwości. Brawurowe "Heavy" wywołało kolejne ogromne emocje za sprawą przejmującego, niemal błagalnego śpiewu Aron, który pod koniec eksplodował desperackim, załamanym krzykiem pełnym bólu i rozpaczy. Wówczas Hannah Kelly zręcznie zamieniła perkusję na klawisze, pozwalając, by finał utworu wybrzmiał w oszczędnej aranżacji – efekt był wręcz hipnotyzująco piękny. I znakomicie wprowadził nas do stonowanego nastroju przecudownej kompozycji "Rabbits Can Swim", rozczulająco wyśpiewanej przy kontynuowanym minimalistycznym wsparciu Kelly za klawiszami. Serduszko niemal roztopiło się pod wpływem doznanej kołyszącej, promiennej błogości zakotwiczonej w tej czarującej balladzie, choć oczywiście lirycznie ta opowieść o potrzebie i próbie zatrzymania bliskości mimo świadomości, że wszystko się zmienia, jednocześnie szarpała za emocjonalne struny mej wrażliwej duszy. Jej przeciwieństwem było z kolei temperamentne wykonanie ostatniego singla z EP-ki "Spring Forward" – "Hanging Out to Dry"! Wystrzałowe, idealnie oddające przedstawiany w piosence chaos stanu zakochiwania się – chęci flirtu, niepewności i lęku przed odrzuceniem. Lily odłożyła na bok gitarę i dała się ponieść wyzwalającej, płomienistej energii tego kawałka. Jej ekspresyjny taniec na scenie totalnie zarażał pozytywną energią! Szkoda tylko, że nie zdecydowała się na zeskoczenie ze sceny w środek tłumu, co zdarzało się jej na poprzednich występach. Niemniej i tak nie sposób było od niej oderwać wzroku, a napięcie, które zbudowała w swoim głosie przy powtarzaniu w finale wersów Leave me hanging out to dry / Yeah, I'm hanging around  – wprawiło w osłupienie! Me uszy wręcz nie dowierzały, że tak idealnie przeniosła studyjną wokalną szarżę na warunki koncertowe! Nie mniejsze wrażenie pozostawiło po sobie wyczekiwane, emocjonalnie miażdżące "Miss"! Opowieść o tęsknocie, która przenika każdą chwilę życia – nawet w momentach zabawy oraz pełen słodyczy, ale i ukrytego cierpienia wokal frontmanki uderzyły mnie z taką siłą, że na moment dosłownie odebrało mi dech! Nie mam pytań. Wokal Aron to bez wątpienia najmocniejszy atut Florence Road – potrafi przeniknąć do środka, boleśnie poruszyć i wlać w każdą kompozycję ogrom dramaturgii oraz emocjonalnej autentyczności. 
 
 
Finał koncertu był kolejnym rollercoasterem emocji. Florence Road kolejne fale ekstazy pobudziły za sprawą "Goodnight" – energetycznej, pop-rockowej kompozycji z wyraźnym duchem lat 90. Następnie gęsią skórkę na ciele wywołała kolejna przepiękna, chwytająca za serce przedstawioną lirycznie, introspektywną walką z własnym umysłem – z lękiem, przeciążeniem emocjonalnym, poczuciem wstydu i próbą przetrwania trudnego stanu psychicznego – ballada "Caterpillar", która sprowokowała publiczność do odpalenia latarek w telefonach. Przeuroczy girlsband zwieńczył ten wieczór bangerowym "Break the Girl", ponownie skręcając w stronę lżejszego pop-rocka. Lily początkowo odstawiła gitarę i skupiła się na subtelnej, ale bardzo zaraźliwej ekspresji scenicznej, dodając występowi lekko tanecznego, swobodnego charakteru. Wplecione w utwór La-la-la-la szybko podchwyciła publiczność, tworząc momenty wspólnego, chóralnego śpiewu. W połowie jednak frontmenka przyjęła od technicznego elektryczną gitarę i dołożyła ostrzejszą warstwę do gry Emmy Brandon na akustyku. Nastąpiła erupcja żywiołowych rockowych wibracji! W końcówce Lily, Ailbhe  i Emmy odwróciły się wspólnie w stronę szalejącej za perkusją Hannah, puentując ten występ zapewnieniem o zespołowej jedności, nieskazitelnej przyjaźni i scenicznej chemii! Ileż zresztą one wymieniały między sobą niezliczonych uśmiechów podczas tego wieczoru! Czerpały z tego występu czystą radość, którą przelewały także nieustannie na publiczność! Ostatnie podziękowania, rozdane osobiście kostki oraz setlisty i... to byłoby na tyle.  
 
 
Bez bisu, ale ten treściwy, godzinny koncert Florence Road okazał się niezwykle intensywnym i satysfakcjonującym zastrzykiem emocji – pełnym ekspresji, alt-pop-rockowej energii i momentów, które potrafiły zarówno czarować, jak i poruszać do głębi. Niezależnie od tego, czy stawiały na melodyjne, dynamiczne rockowe hymny podszyte dramaturgią, czy na bardziej rozczulające ballady, Irlandki konsekwentnie trafiały w mój czuły punkt, całkowicie porywając i budując wrażenie obcowania z wyjątkowym zespołem. Widać było, że na tej niewielkiej scenie berlińskiego Mikropolu dojrzewa zespół o ogromnym potencjale – przyszłe gwiazdy rocka! Biorę za to określenie pełną odpowiedzialność!  

Ten koncert również potwierdził, że w Irlandii pulsuje obecnie jedno z najgorętszych źródeł  gitarowej muzyki – pełnej emocji, surowości, ale też chwytliwych melodii, które potrafią ścisnąć za serce. Florence Road idealnie wpisują się w ten nurt, łącząc młodzieńczą bezpośredniość i garażową naturalność z zaskakującą dojrzałością emocjonalną. Ich największą siłą pozostaje jednak Lily Aron – wokalistka, której głos potrafi jednocześnie uwodzić subtelnością, ranić intensywnością i zostawiać słuchacza w stanie emocjonalnego wstrząsu, nadając każdemu utworowi wyjątkową głębię. Co tu więcej opowiadać...
 
Wspaniały rockowy girlsband, który zawojuje świat!   
 
 
 Grá mór, Florence Road! 
 
 
 
 
 

Koncert Florence Road nie był jednak jedynym irlandzkim akcentem tego dnia w Mikropolu. Otóż wieczór otworzył nam pochodzący z Nigerii, a dorastający w Dublinie artysta MOIO! Wokalista wspierany na scenie przez gitarzystę i perkusistę całkiem skutecznie ujmował publiczność międzygatunkowymi przestrzeniami. Chwytliwymi piosenkami współistniejącymi w krainach R&B, indie, alternatywy i soulu. Przypominał mi nieco Master Peace'a, ale w takiej złagodzonej wersji – nastawionej na wzbudzanie bardziej nastrojowych emocji. Niemniej dynamiczniejszych i porywających momentów nie brakowało na czele z choćby świeżo wydanym, przebojowym singlem "Just A Men", czy też viralowym kawałkiem "Moments", który w finale porwał całą publiczność do energicznego falowania rękoma! Z drugiej strony MOIO potrafił ująć swoim ciepłym wokalem i grą na gitarze akustycznej przy pewnej balladzie oraz zapunktować coverem "Dreams" Fleetwood Mac w nieco nowoczesnej aranżacji. Chłopak emanował przy tym charyzmą, pewnością siebie i ostatecznie bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Ma potencjał, ale w jego przypadku jestem jeszcze ostrożny we wróżeniu przyszłości.   
 
  
 
PS Nie wydarzył się cud i wymarzonego coveru "Georgia" Phoebe Bridgers dziewczyny z Florence Road nie zagrały tego wieczoru, ale ku ich radości wyznałem im po koncercie swoją miłość do tej ich cudnej wersji zaprezentowanej w ramach sesji Like A Version radia triple j. 

PS 2 Serdeczne pozdrowienia dla obecnych fanów Florence Road z Polski! Dzięki za muzyczne pogaduchy! Bardzo miło było Was poznać! Do zobaczenia na koncertowych szlakach! 

PS 3 No i piąteczka dla niezawodnego Podróżującego Kuby za nie tylko ten wieczór, ale wszystkie wspólne przygody podczas naszej wielce udanej berlińskiej majówki!  


Fotorelacja



Sylwester Zarębski 
Podróże Muzyczne
18.05.2026 


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.