Open'er Festival 2014 - relacja cz.2

/
0 Comments




W poprzedniej części wspomniałem o wadach usytuowania namiotu obok strefy toi-toiów. Czas rozwinąć tą myśl. Chodzi mi o ekipę sprzątającą, która pojawiała się gdzieś przed godziną 7.00 i zdarzyło się, że specjalnie puścili z radia piosenkę by pobudzić ludzi na polu namiotowym. Dodajcie do tego, że na ogół zasypia się gdzieś koło 3 w nocy. Więcej już tłumaczyć nie muszę.
Ok, ale troszkę o przyjemniejszych sprawach. Drugiego dnia zaplanowana była wizyta w teatrze. W zeszłym roku też miałem uczestniczyć w spektaklu, ale plany zmieniły się diametralnie. W tym, już nie odpuściłem, choć postawmy sprawę jasno: teatr to nie moja bajka.Ale skoro istnieje taka możliwość udziału w tego typu aktywności zagwarantowanej w cenie biletu to warto z niej skorzystać. Wybraliśmy się na spektakl pt. "Podróż zimowa". Nie podejmę się recenzji kwestii merytorycznej tego przedstawienia. Szczerze się przyznam, że sztuka była trudna w odbiorze. Jeśli jednak chodzi o grę aktorską i scenografią to wydawało mi się, że stało to na bardzo wysokim poziomie. Było to co najmniej ciekawe doświadczenie, ale nadal jednak wyżej niż teatr cenię sobie filmy i muzykę ;)

No właśnie, przejdźmy już do tej ostatniej. Festiwalowy dzień rozpoczęliśmy od występu zagranicznej Kuromy. Jest to inny projekt kilku członków zespołu MGMT. Wyraźnie słychać było, że było to granie bardziej radosne, szybsze i mniej nostalgiczne niż w bardziej znanym zespole. Mimo bardzo niskiej frekwencji, występ był bardzo przyjemny na otwarcie dnia ;) Następnie udaliśmy się do namiotu na Pustki. I tutaj drogi z moją siostrą się rozeszły. Ja oglądałem Pustki przez 20 minut i poszedłem zjeść pizze i ruszyłem na koncert MGMT. Edyta została na Pustkach i później bawiła się znakomicie na The Afghan Whigs. Ja postanowiłem sprawdzić jak to jest z tym MGMT, bo doprawdy różne opinie docierały do mnie na temat ich występów live. No i ... Najlepiej nie było. Nie byłem jakoś nastawiony szczególnie, że będzie to świetny występ. Był poprawny. Ba, na "Kids" wszyscy fantastycznie się bawili. Ale już przy "Time to Pretend" czy "Electric Feel", jakoś nie czułem mocy tych największych przebojów. Po prostu, ten koncert nie dostarczył mi wiele radości, więc po "Kids", jak wiele osób, poszedłem już ustawiać się na MO. I to był strzał w dziesiątkę. Cudowne dziewczę duńskiej muzyki alternatywnej. Niemal co drugi utwór schodziła do publiczności, w pewnym momencie wskoczyła bezkompromisowo w publiczność, była na fali, ja sam, przez krótką chwilę podziwiałem ją z odległości pół metra ;) I na zakończenie podstawowego setu wyśmienicie zagrane "Don't Wanna Dance", które totalnie zmusiło wszystkich do energicznych skoków :) Naprawdę udany koncert, a MO to istna bestia sceniczna ;) 


Po zabawie z MO, ostatkiem sił zmusiłem się do biegu, by zająć jak możliwie najlepsze miejsce na występ Pearl Jam. Przebiegając już przy wieży technicznej, na scenie pojawił się nie kto inny jak Mikołaj Ziółkowski, który postanowił się w imieniu całej agencji Alter Art z publicznością przywitać i zapowiedzieć legendę grunge'u ;) Co tu dużo mówić, Pearl Jam to jest olbrzymia instytucja, która wymyka się jakiemukolwiek klasyfikowaniu wobec innych występów na Open'erze. Niemniej myślę, że najwierniejsi fani żałowali, że Pearl Jam nie zagrał u nas osobnego koncertu, gdyż większość występów na trasie trwała ponad 3 godziny, u nas zaledwie dwie. Niemniej, miało to znikome znaczenie jeśli chodzi o zabawę. Setlista była znakomita, pojawiły się klasyki jak i również piosenki z nowej płyty, które przez publiczność były bardzo ciepło przyjęte. Eddie był trochę wstawiony, dodatkowo przez koncert spił bodaj dwie butelki wina, ale nie odbiło się to na jego formie wokalnej, choć jego przemówienia ( w tym próby po polsku) były bardzo śmieszne. A historia o tym, że gdyby nie interwencja Ziółka i prezydenta Gdyni koncert mógłby się nie odbyć (jeden z członków zapomniał paszportu), skwitowana krótkim "fuck the police", była arcyśmieszna ;) Fajnie też, że na ostatni utwór "Baba O'Riley" zostało zaproszonych dwóch członków MGMT, bardzo miły gest ;) I  chłopaki bawili się lepiej niż na swoim własnym koncercie, ale to pewnie Eddie i jego wino w tym dopomogło :P A i warto wspomnieć o wielopokoleniowej publiczności, to naprawdę było miłe bawić się przy całej rodzinie ;) W sumie to czułem się podobnie jakbym był na koncercie Dżemu, ale wiadomo, ranga zupełnie inna.

Po tym koncercie headlinera, odnalazłem Edytę i ruszyliśmy coś wypić i chwilę się zregenerować i następnie Rudimental. I powiem Wam, że było r-e-w-e-l-a-c-y-j-n-i-e! 1,5 godziny nieustannego, szalonego tańca. Odkryłem w sobie jakieś ukryte, nieznane mi, układy taneczne. Cóż nie byłoby tego, gdyby nie muzyka grana na scenie. I tu pochwały dla całego zespołu wykonującego materiał live. Oczywiście nie uświadczyliśmy oryginalnych piosenkarzy, ale zastępująca trójka skutecznie dała sobie radę. Przy "Waiting All Night" totalnie zatraciłem się w tańcu. "Not Giving In" do dziś sobie podśpiewuję. Wracając do namiotu co jakiś czas słyszałem ludzi śpiewających "Feel the Love". Bez dwóch zdań koncert, który powinien się zmieścić do mojego Top 10 ;) Czy był to jednak najlepszy koncert z tych zamykających Open'er Stage? Tego dowiecie się z kolejnych części :) 






 PM
         




Przeczytaj również

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.