Open'er Festival 2014 - relacja cz.1

/
0 Comments



Mija już ponad tydzień od jednego z największych festiwali w Polsce. Zanim podejmę się próby osobistego podsumowania wszystkich czterech dni imprezy, postanowiłem się podzielić z wami relacją z każdego dnia ;) Ot osobisty dziennik festiwalowych wspomnień. A wszystko zaczęło się...


... właściwie to już od kupna biletu przygotowywałem się na Open'era. Z niecierpliwością oczekiwałem kolejnych ogłoszeń, a gdy te już następowały, zabierałem się za przesłuchiwanie zespołów mających zjawić się na Babich Dołach. Podobnie jak w zeszłym roku miałem zamieszkać na polu namiotowym sam. Cóż, życie potrafiło przysporzyć mi w tym roku fantastyczne niespodzianki. Najpierw wygrałem podwójny bilet na specjalny openerowski pociąg, a później karnet na festiwal! Bilet ten zawędrował w ręce mojej siostry i 1 lipca razem staliśmy z bagażami na dworcu w Bydgoszczy w oczekiwaniu na pociąg. Przy okazji poznaliśmy miłą grupę osób, z którą razem podróżowaliśmy.  Po chwilach małej nerwówki (nikt nie miał pojęcia na jaki tor zajedzie pociąg i oczywiście spóźnienie), zameldowaliśmy się w wagonie nr 9, otworzyliśmy małe piwo i ruszyliśmy do celu ;)

 W Gdyni byliśmy gdzieś przed 20-tą, odebrałem wygrany bilet (w sumie cały czas miałem obawy czy na pewno go wygrałem, czy to nie byłą jakaś pomyłka, ale to u mnie normalne), darmowym autobusem na teren festiwalu, założenie opasek i .... długa kolejka na pole namiotowe. Serio. Można było się załamać. Ale cóż, kwestie bezpieczeństwa są na Open'erze priorytetem i każdy bagaż musiał zostać dobrze przeszukany. W końcu się udało, rozbiliśmy namioty  niedaleko strefy z kochanymi toi-toiami. Miało to swoje plusy (to chyba oczywiste jakie), oraz minusy, o których później. Ok, po stworzeniu swojej "bazy, mały posiłek i ruszamy na before na polu namiotowym. Dotarliśmy gdzieś na połowę koncertu Łono & Webber na scenie Red Bulla. To nie są moje klimaty, ale z braku innego pomysłu posłuchaliśmy sobie ich poczynań i chyba publika się dość dobrze bawiła. Po nich swój set didżejski rozpoczął DJ Notz, tu liczyłem, że w ramach przygotowań do festiwalu będzie miksował jakieś festiwalowe hity. Niestety po gdzieś 20 minutach daliśmy sobie spokój i poszliśmy  odpocząć w namiotach. Dodatkowo robiło się strasznie zimno. I gdy układałem się do snu, akurat dj zaczął grać muzykę na jaką liczyłem. Możecie się domyślać co czułem ;)

Pierwsza noc zupełnie nieprzespana, okrutnie zimno, muzyka dobiegająca z befora i jakaś grupa chyba Hiszpanów rozmawiających bardzo głośno i bardzo długo...  No ale na to akurat byłem psychicznie przygotowany. Jedna z zasad festiwali: tu się nie wyśpisz! :)

No i mamy 2 lipca, pierwszy dzień festiwalu, z rana oczywiście prysznic i... Tu chwilę muszę wydusić z siebie parę złych słów. Organizacyjnie Open'er stoi zawsze wysoko, ale są sytuacje i rozwiązania, które dla mnie wręcz absurdalne. Tak się miało z prysznicami. Przygotowane były dwa węzły sanitarne. Jeden, oprócz  darmowego kontenera, składał się z bodaj kilku płatnych kontenerów z ciepłą wodą. Koszt wejścia to jeden bon, ale... trzeba było udawać się po specjalne i wyjątkowe bony w innym miejscu. Nie rozumiem dlaczego nie mogły być respektowane zwykłe bony festiwalowe. Na szczęście drugi węzeł składał się z 4 darmowych kontenerów i co ciekawe, zawsze trafiałem tam na ciepłą wodę! Cóż może było troszkę dalej, ale za to zdecydowanie przyjemniej :) 

Pierwszy dzień do południa to wypad do Gdyni, na spacer po Skwerze Kościuszki, zakup wody, obiad oraz obejrzenie jednego koncertu na scenie dworcowej (międzyczasie dość mocno padało, ale to było jedyne takie duże oberwanie chmury w trakcie całego festiwalu). No właśnie, scena dworcowa. W zeszłym roku ją sobie odpuściłem, tym razem jednak stanowiła ona dość istotny punkt w moim planie, gdyż pozwalała usłyszeć artystów, dla których ciężko byłoby znaleźć czas w trakcie samego festiwalu. Tak więc, tego pierwszego dnia zdecydowaliśmy się na koncert formacji Weeping Birds. Trzeba przyznać, że kawał solidnego rocka z bardzo charyzmatycznym frontmanem. Chociaż gwiazdą koncertu był... pan Wiesław. Pytacie kto to? Hm, umiejscowienie sceny przy Dworcu Głównym sprzyjało temu, że pojawiało się tu sporo osobliwych osób, które niejako często związane są z tego typu obiektami. Zawiłe? Dobra, pan Wiesław to taki typowy żul. Ale jak on się cieszył z tego występu :P Ba, kilka razy aż wstał z leżaka i zaczynał tańczyć przed sceną. Frontman złapał nawet z nim świetny kontakt i wyraźnie go chwalił za odwagę. Cóż ochroniarzom jakby trochę mniej się to podobało. Dobra, po tych przygodach czas na danie główne, czyli wejście na teren festiwalu i  konkretne koncerty: 

Zacznę od tego co można było zwiedzać i podziwiać oprócz scen muzycznych. Przede wszystkim rozrasta się "Galeria Open'era". Do charakterystycznego "Totemu" i "Antka" (którego w pełni zwiedziłem dopiero w tym roku) dołączył "Bezdźwięk" J. Rajkowskiej i M. Rudnickiego. Do samego końca forma tego projektu była utrzymywana w tajemnicy i gdy zobaczyłem to na własne oczy to nie potrafiłem uwierzyć. Doprawdy, przeżyłem szok. Zwykła słoma na europejskim festiwalu. Ha, i właśnie za ten element zaskoczenia duży plus za odwagę dla organizatorów. Oczywiście, idea tej słomianej konstrukcji idealnie współgrała z ideą festiwalu (wewnątrz obie ściany wygłuszały dźwięk), cóż szkoda, że po dwóch dniach część się zawaliła, o tyle dobrze, że nikomu nie przyszło do głowy rzucić tam jakiegoś niedopałka papierosa. Brakowało za to diabelskiego młynu, tym bardziej, że miałem w planach w tym roku z niego skorzystać. Warto wspomnieć o wystawie kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Fajna sprawa i takie inne doświadczenie. Poza tym mnóstwo stref różnorodnych aktywności, z których praktycznie nie miałem czasu korzystać, gdyż główne cele to dla mnie koncerty.


No właśnie, pierwszy dzień pod względem doznań muzycznych był naprawdę udany. Na rozpoczęcie byłem w Tencie na koncercie polskiego zespołu Eric Shoves Them In His Pocket. O co mogę powiedzieć? Hm, w sumie to był fajny, miły, indie-rockowy koncert, ale no nic szczególnego nie zapamiętałem. Następnie przyszedł czas na pierwszy dylemat, czy zostać na tanecznym Fair Weather Friends czy wybrać się na Wild Books. Koniec końców uległem namowie siostry i wyśmienicie bawiliśmy się w pierwszym rzędzie na "dzikich książkach". A trzeba podkreślić, że to było naprawdę dzikie, ostre, surowe, garażowe brzmienie w wykonaniu polskiego duetu. Panowie przypominali The Black Keys z początków kariery, Doskonały swego rodzaju support przed tą gwiazdą wieczoru. Jedyne co uprzykrzało mi życie, to cholernie dobre i mocne nagłośnienie. Ok, wiem, czepiam się, ale serio, po tym koncercie już wiedziałem dlaczego co niektórzy doradzają zatyczki na ten festiwal. Potem nadszedł czas na pierwszy koncert na głównej scenie - Interpol. Nie jestem fanem tej grupy. Trudno nawet mi wytłumaczyć swego czasu dużą popularność tej grupy. Co do samego występu. Hm było dobrze, pojawiły się dwa nowe utwory, i to był taki "elegancki" koncert na otwarcie Open'er Stage. Ostatni utwór "Slow Hands" nawet spowodował pierwsze moje "podskoki" :P W odczuciu koncert bardzo podobny do zeszłorocznych Editorsów. Na szczęście gwiazda dnia - The Black Keys nie zawiedli moich oczekiwań. Ba, nawet ośmielę się powiedzieć, że to był dla mnie najlepszy headliner, a na pewno ten na którym najbardziej się wybawiłem. Co prawda, można narzekać, że brakowało w setliście piosenek z ich pierwszych płyt. Wykonanie tyko starszego "I Got Mine" faktycznie utwierdzało w tym stwierdzeniu. W oryginalnym ducie są niesamowici, ale i z pomocą  dwóch dodatkowych muzyków potrafią grać przebojowo. Wybrzmiały wszystkie oczekiwane przez publikę hity na czele z "Lonely Boy" czy "Gold in the Ceilling". Zespół przyjechał promować swoje nowe wydawnictwo, więc nie brakowało też piosenek z "Turn Blue", co mnie ucieszyło, bo uważam tą płytę za jedną z najlepszych w tym roku. Mówiąc prosto: było cholernie żywiołowo, co potwierdził w pewnym momencie Dan Auerbach, mówiąc, że mimo, iż jesteśmy ćwiartką Glastonbury to mamy dziesięć razy większą energię :) Jedyny minus to troszkę zbyt długie przerwy między utworami, ale tak to petarda! Podobne odczucia mam co do koncertu HAIM. Siostry pokazały na scenie trochę więcej rockowej zadziorności niż na swojej płycie, gdzie brzmią nieco zbyt popowo. Ale już na żywo, to jakby zupełnie inne doznania. I skutecznie uwodziły męską cześć publiczności. Ogólne miałem wrażenie, że dominowały dwa stany odbioru ich koncertu. Jedni totalnie oddali się zabawie, ja w szczególności upodobałem sobie ich cover "Oh Well" (Flatwood Mac), a inni stali i jakby trochę nie dowierzali co te kalifornijskie dziewczyny wyprawiają.  Jak dla mnie to był najlepszy koncert w Tencie (choć wiele koncertów w namiocie przegapiłem). I na koniec Foster the People. Oczekiwałem od nich dobrej zabawy i to dostałem. Zdziwiła mnie zaskakująco duża frekwencja, stąd też do "Pumped up Kicks", czy "Call It What You Want" potańczyłem na tyłach. Nie chcę oceniać wartości i umiejętności muzycznych chłopaków. Widać, że oni bawią się dobrze i publiczność również, co dowodzi, że takie zespoły też są potrzebne na tego typu festiwalu. Dla mnie, dobre zakończenie dnia, choć w następnych częściach dowiecie się, kto był od niech zdecydowanie lepszy :)    




  
   
PM




Przeczytaj również

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.