Open'er Festival 2014 - relacja cz.3

/
0 Comments




Jesteśmy już na półmetku festiwalowego szaleństwa i w końcu nadszedł najbardziej oczekiwany dzień pod względem koncertów, które miałem zaplanowane!

Do południa wyruszyliśmy na miasto, by o 11:00 obejrzeć występ poznańskiej grupy Terrific Sunday na Scenie Dworcowej, później obiad, jakiś szejkopodobny, idealnie orzeźwiający nowy wynalazek z Maca i koncert Daniela Spaleniaka (naprawdę warto na niego zwrócić uwagę). Jeszcze chwila odpoczynku w cieniu i powrót na pole namiotowe. Chwila relaksu, przygotowania, pogoda słoneczna - wszytko idealnie się układało.

Oczywiście pierwsze kroki na terenie festiwalu to piwko i tym razem zamiast pizzy, pierogi. Pierwszy koncert to młody, folkowy, łotewski zespół Carnival Youth. Było przyzwoicie jak na taką wczesną porę. Ale to był dopiero wstęp do tych najważniejszych wydarzeń.

Godzina 19:00 - Foals. Żałowałem, że nie było mnie na ich ubiegłorocznym koncercie w Stodole, ale szczerze przyznam się, że zagapiłem się z możliwością wyjazdu. Cieszyłem się, że powrócili. Od razu jedna wada: czas tego koncertu. Foals chyba jednak więcej zyskują w nocy. W dodatku żar z nieba, nie pomagał ani zespołowi, ani szalejącej pod sceną publiczności. Niemniej, chłopaki udźwignęli to i stworzyli świetne show. Może pierwsze kawałki nie były porywające, wyjątek to "My Number" (notabene mój dzwonek telefoniczny), ale zespół ocenia się nie po tym jak zaczyna, a jak kończy. Tak więc, uwierzcie, że końcówka była miażdżąca! Przede wszystkim "Inhaler". Utwór, który wywołuje takie emocje w środku człowieka, które w kulminacyjnym momencie, aż gotują się i chcą totalnie eksplodować, a to powoduje wybuch szalonego tańca. Genialny kawałek. Podobne uczucia wywołał finałowy "Two Steps Twice". Na plus trzeba też zaliczyć osobowość Yannisa, który kilka razy schodził do publiczności i zdecydowanie królował na scenie. Z koncertu wychodziłem cały mokry i spragniony wody, a to dopiero była rozgrzewka przed tym co miało nastąpić w Alter Stage. 

Royal Blood! Młody duet, który dopiero jest przed wydaniem pierwszej płyty, już zbiera znakomite recenzje za swoje koncerty i na Open'erze nie było inaczej. I tu też od razu wada, tym razem dotycząca miejsca. Zdecydowanie zasługiwali na większą scenę (choćby Tent Stage), czego efektem, była pozarywana drewniana podłoga w kilku miejscach! Właśnie to obrazuje jak potężna zabawa wyzwoliła się podczas ich krótkiego, acz intensywnego setu. Sami stroniliśmy od zabawy pod sceną, trzeba było oszczędzać siły na Jacka White'a, ale i tak nie dało się spokojnie ustać. Wróżę im dużą karierę, mają absolutnie wszystko, by niedługo wrócić na Open'era w roli gwiazdy. Ach i te cuda, które można robić na basie, oczywiście wsparte genialnie rytmiczną perkusją. Na pewno największe zaskoczenie całego Open'era i wielki szacunek.

Po tym koncercie od razu ruszyliśmy pod scenę by jak znaleźć się jak najbliżej współczesnego geniusza tradycyjnej muzyki rockowej, jakim niewątpliwie jest Jack White. Tym razem miał wystąpić w wydaniu solowym, a właściwie to w przekroju jego największych hitów z całej dotychczasowej kariery. Miejsce pod sceną to niestety nie był to najlepszy pomysł. Tam stworzył się totalny "kocioł", ludzie zdecydowanie przesadzili i odbiór koncertu oraz czerpanie radości momentami było niezwykle utrudnione. Co nie oznacza, że brakowało momentów, w których znakomicie się bawiłem. Tu mogę wyraźnie wyznaczyć trzy utwory, które mi osobiście, brzydko to określę, zmasakrowały mózg. Świeże, a przyjęte jak klasyk "Just One Drink", jedyny zagrany utwór z dorobku The Raconteurs - "Steady As She Goes", oraz oczywiście zagrane na koniec "Seven Nation Army", które totalnie rozpaliło tłum Oczywiście zabrzmiały też utwory inne The White Stripes, w tym świetne "Hotel Yorba" oraz "We're Going to Be Friends". Kawałki z dwóch solowych płyt też brzmią fantastycznie, tu wyróżnię "Would You Fight for My Love" (będzie jeszcze jeden klasyk)  i "Love Interruption". Sam Jack nie był w najlepszej formie wokalnej, za co przepraszał, ale na żywo, aż tak się nie odczuwało jego niedyspozycji. Poza tym oczywiście podkreślał swoje pochodzenie z Polski, oraz miłość do naszego kraju. Chwalił festiwal, zszedł na chwilę do publiczności (jakaś dziewczyna miała farta i się znalazła się przy nim, a sam Jack miał przykaz, by wrócić do domu z polską żoną), a na scenie grał tak opętanie, jakby testował wytrzymałość każdej gitary. Trzeba też pochwalić muzyków, którzy razem z nim występowali, m.in. znakomity perkusista oraz cudna wokalistka i skrzypaczka. Nie mam cienia złudzeń, że Jack White jest wielkim artystą, ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zobaczę jego koncert, w trochę wygodniejszy sposób. Pozostał mały niedosyt. A, i szkoda niezagranego z nowej płyty kawałka "Three Women".

Po tym szaleństwie, czym prędzej ruszyliśmy pod Here & Now Stage na Bena Howarda. Nie było mowy jednak by dostać się pod scenę. Troszkę przeszkadzała strefa Red Bulla, która puszczała straszną "łupankę", niewspółgrającą z ciepłymi i melodyjnymi brzmieniami, które serwował zespół Bena. Krótko - nie zawiodłem się. Jako fan brzmień folkowych i songwriterskich, mogę powiedzieć, że pod tym względem Ben był czołowym reprezentantem tego gatunku na Open'erze. Było klimatycznie, a nawet czułem się jakby ktoś okrył mnie ciepłym kocem stworzonym z idealnych nut. Zabrzmiały nowe utwory, zapowiadające kolejną płytę, oraz takie przeboje jak "Only Love", "Oats in the Water", "Keep Your Head Up". Piękny występ, a podobno po zakończeniu koncertu Ben zszedł do najwierniejszych fanów, by porozmawiać i podpisywać autografy.

I to była taka wisienka na torcie tego wspaniałego dnia, gdyż Lykke Li totalnie mnie zawiodła. Sama scenografia koncertu była dość ciekawa i klimatyczna (czarne płachty za zespołem i światło przebijające się od dołu), a i same piosenki są dość zgrabnymi kompozycjami. W czym tkwił problem? Za nic w świecie tej kobiecie nie uwierzyłem! Gdy po drugim już utworze mówiła o nas jako o  najlepszej publiczności na świecie, nie było w tym źdźbła szczerości. I w ogóle miałem wrażenie, że chciała wcisnąć mi bajkę o tym, że nieszczęśliwa miłość przydarza się każdemu i koniec końców można się też z tego cieszyć i, ekhm, na tym zarabiać. Wiem, może to są za mocne słowa, ale serio, kompletnie mnie nie kupiła. Choć były momenty miłe, np. podczas któreś z ballad publiczność rozświetliła się tysiącem latarek i telefonów, hitowe "I Follow Rivers" ( po którym sporo osób opuszczało ten koncert), czy "Get Some". Zdecydowanie powinna wystąpić na mniejszej scenie. Idealnie byłoby gdyby to Ben zaczynał na głównej scenie, Foalsi tam kończyli, a Lykke wystąpiłaby w miejsce Bena na Hansie. No, ale to już tylko gdybania. W planach był jeszcze Kamp!, ale odpuściłem sobie z braku już sił po tym, mimo wszystko, niesamowitym dniu :)











Sylwester Zarębski
PM
29.07.2014




Przeczytaj również

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.