Open'er Festival 2014 - relacja cz.4

/
0 Comments


Czwartego dnia zrobiło się już naprawdę bardzo słonecznie i gorąco. Przy takich warunkach pomysł na zbicie czasu do popołudnia mógł być tylko jeden: plaża na Babich Dołach! Oczywiście nie mieliśmy zbytnio dobrej ochrony przed słońcem, więc ponownie się troszkę spaliłem, ale wypoczynek na plaży przy małym piwku jest bezcenny ;) Później obiad na polu namiotowym (w miarę zjadliwe kebaby) i czas było na ostatnie koncerty ;)
Na początek Kaseciarz w Alter Stage. Fajne, brudne, bezkompromisowe granie. Niestety nie czułem się jednak najlepiej. Upał i wystawienie się na słońce spowodowało u mnie brak entuzjazmu i brak sił. Wyszedłem więc z namiotu wcześniej, poszedłem wypić sobie Tymbarka (swoją drogą, fajnie, że Tymbark był w ofercie) i udałem się na koncerty na Tent Stage, gdzie zawsze w taką pogodę jest odrobinę przyjemniej.

W Tent Stage były zaplanowane trzy, bardzo ciekawe koncerty polskich wykonawców. Jako pierwsza wystąpiła grupa Plastic. Cóż, gdybym wcześniej ich nie sprawdzał, uznałbym pewnie, że jest to zagraniczna grupa. Bardzo dobre brzmienie, muzyka elektroniczna, ale w sensie, że do potańczenia. Powiedziałbym nawet, że taki polski odpowiednik Chromeo, które na Open'er nie dojechało. Z koncertu najbardziej w pamięć zapadła końcówka, gdy zespół wykonał swój obecny hit "I Want U". W trakcie wykonu wokalistka podbiegła do publiczności i nawet udało mi się przybić z nią piątkę (zresztą niejedyną tego dnia, o czym później). I na koniec jeden z członków założył maskę Vadera i zagrali swoją wersję "Get Lucky" Daft Punk. Super!

Następnie na scenie pojawiła się Kari. Skromna dziewczyna z Polski, która pomalutku stara się przebić na rynku brytyjskim, a jej utwory są puszczane w radiu BBC. Bardzo czekałem na ten koncert. I naprawdę buzia uśmiechała mi się przez cały czas, choć mam też pewne zastrzeżenia. Kari potrzebuje jeszcze troszkę więcej pewności co do swojej wartości na scenie i póki co brakuje w jej repertuarze takiego absolutnego hitu, choć "Hurry Up" jest bliski ideałowi. Brakowało mi też utworów z debiutanckiej płyty, w tym szczególnie radosnego "Jump Into My Heart And Stay". Ale poza tym posiadają ogromny potencjał by zaistnieć w świecie, za co trzymam gorąco kciuki ;) 

Początkowo w moich planach miałem opuścić koncert Artura Rojka i od razu czekać na Faith No More. Jednak chęć zobaczenia po raz pierwszy Artura na żywo, choćby przez te pół godziny, wzięła górę i po prostu musiałem jeszcze w Tencie zostać ;) I co po tej pół godzinie mogę powiedzieć? Najlepszy polski występ na Open'erze. Pełen profesjonalizm, dużo miłych zaskoczeń (konfetti przy "Syrenach", chór dziecięcy przy "Beksie" - czego już sam nie widziałem), mądre teksty. Sam Artur w fantastycznej formie i w dobrym humorze. Gdzieś przeczytałem o porównaniu Rojka do Arcade Fire. Może to trochę przesadzone, ale jeśli słyszymy, że AF grają dziś w innej lidze niż reszta, to też analogicznie możemy powiedzieć o Rojku, że jest poza zasięgiem reszty polskich artystów. Nie zostałem do końca, gdyż chciałem dołączyć do Edyty na Faith No More. Dziś jednak żałuję tego wyboru.  

Wypadałoby napisać coś o Faith No More. Nigdy nie byłem fanem tej grupy, jednak obejrzane koncerty live, spowodowały, że naprawdę oczekiwałem wiele dobrego. Zacznijmy od scenografii, która na Open'erze chyba nie miała sobie równych. Wszystko udekorowane w biały kolor, duża kula dyskotekowa, liczne bukiety kwiatów. Nie wiem czy był to celowy zabieg organizatora, ale zauważcie, że sama główna scena wpisała się w pomysł FNM. Oczywiście nie było to odkrywcze, bo podobnie wyglądało to na ich poprzedniej trasie. O i tu od razu też warto pamiętać, że był to jeden z dwóch występów FNM na świecie w tym roku i jako jedni z nielicznych mogliśmy na żywo usłyszeć nowe kawałki zapowiadające kolejny album. Jeśli chodzi o same show to weterani nie zawiedli. Brakowało mi jednak większej ekspresji i kontaktu z publicznością ze strony Mike Pattona (choć wykonanie yogi na scenie, było co najmniej ciekawe). Tak naprawdę, szaleńczo bawiłem się tylko przy dwóch kawałkach oraz imponowało mi odśpiewanie "Easy". Mocny punkt tegorocznego Open'era, ale dla mnie osobiście nic ponadto.

Popisy chłopaków z Bastille obejrzeliśmy sobie z daleka. Mimo, iż gdzieś tam myślałem, że może się dobrze na nich wybawię, to jednak bardziej się do tego zmuszałem niż by to przychodziło mi samoczynnie. Bastille mego serca nie zdobyli, choć zgromadzili pod sceną mnóstwo ludzi. 

Zupełnie inaczej było na niedocenianej u nas formacji Phoenix. O skali niedocenienia świadczyły przerażające pustki. Mimo to nie zdecydowałem się iść pod samą scenę, ustałem z tyłu przy bocznej barierce w nadziei, że lider zespołu wyjdzie do w tłum w tą stronę. Choć miałem chwilę zwątpienia, czy będzie mu się chciało i już miałem iść do przodu, ale jednak zostałem. I od razu powiem Wam, że opłaciło się. Przybita piątka z Thomas Marsem dała mnóstwo radości :) Wróćmy co do samego koncertu. Myślę, że Francuzi swoim bardzo tanecznym indie-rockiem wiele osób pozytywnie zaskoczyli i obserwowałem, że z każdą minutą coraz więcej osób nadciągało. Dodam jeszcze do tego perfekcyjną i efektowną grę świateł, która idealnie współgrała z ich muzyką. Dla mnie to była naprawdę nieskrępowana radość, gdy słyszałem i bawiłem się w rytm doskonale mi znanych przebojów. Rozpoczęli monumentalnym i nieco orientalnym "Entertainment", dalej m.in.  "Lisztomania", "1901", "Rome", "Trying To Be Cool", "If I Ever Feel Better". I na koniec ponownie w rozbudowanej wersji "Entertainment", z wyjściem Thomasa do nas oraz z rzuceniem się na tłum w przodzie, gidze na rękach fanów spędził dobrych parę minut. Krótko - idealne zakończenie festiwalu! 

Na sam koniec piwko, w tle leciała elektronika z Beat Stage. Krótkie podsumowanie i wymiana zdań na temat Open'era z Edytą i powrót do namiotu. Następnego dnia powrót do hm "szarej rzeczywistości". A i ponownie nie było mnie na Silent Disco.. Może za rok? Jeśli będzie Foo Fighters... :) 




         




PM





Przeczytaj również

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.