PM wspominają: Przystanek Woodstock 2016!

/
0 Comments



"Nie oszukujmy się. Woodstock to jedna wielka impreza". Takie słowa usłyszałem z ust mojego rozmówcy podczas stania w kolejce do pryszniców. Trudno się z tym nie zgodzić. Sam dobitnie tego doświadczyłem ostatniego dnia festiwalu. Wyszło piękne słońce, od rana chillout, aż tuż przed koncertami "zaniemogłem"... Nawet nie pytajcie :D Ostatnie koncerty zostały przeze mnie opuszczone, co oczywiście nie napawa mnie dumą. Cóż, trudno. Ograniczam więc wspomnienia tylko do trzech festiwalowych dni. Niemniej i tak jest co wspominać! Sprawdźcie sami.

Dzień 0

Na polu woodstockowym, zameldowaliśmy się już wczesnym porankiem w środę. Pierwsze co rzucało się w oczy, to oczywiście okalający cały teren płot. Zapewne historię z imprezą podwyższonego ryzyka znacie doskonale, więc nie będę tego tłumaczył. Pewne zmiany, które organizatorzy musieli wprowadzić, były widoczne, ale w żaden sposób nie zakłócały tej atmosfery wokół całej imprezy. Dzień zero nie obfitował w jakieś szczególne koncertowe wydarzenia, ale okazał się nader przyjemnym dniem. Po rozbiciu namiotów w lesie za Akademią Sztuk Pięknych, chwila drzemki, następnie spacer po terenie, obiad, zakupy w polowym Lidlu i wreszcie wieczorny relaks na samym wzgórzu ASP. Świetna atmosfera, zabawa (flanki), zwariowani ludzie, a w tle stand-upy w namiocie ASP (rewelacyjne w sumie nie były). We wiosce Greenpeace wieczorem fajną muzykę zapuszczał jakiś DJ - naprawdę niezła zabawa się tam rozkręciła. Wpadłem na godzinę, po czym zmykałem na koncert Piotra Roguckiego. Wykonywał on w całości swoją ostatnią solową płytę "J.P. Śliwa". Płytę trudną w odbiorze, również w wydaniu koncertowym. Było to widać poprzez rzeszę osób ciągle opuszczających namiot. Warto jednak było zostać do końca. Świetne były bisy, gdzie zagrał trzy świetne utwory z poprzednich swoich płyt. Było klimatycznie. A, prawie bym zapomniał. Na scenie Rogucki udzielił też jednej parze ślubu! Takie rzeczy - tylko na Woodstocku. Po tym występie wróciłem na imprezę przy Greenpeace i  w tanecznym rytmie bawiłem się do 3 w nocy. 

Dzień 1

To był dla mnie najważniejszy dzień tej edycji, jeśli chodzi o zaplanowane koncerty. W moich marzeniach miało być pięknie, słonecznie, radośnie itd. Najwyraźniej pogoda nie podzielała moich myśli. Od godziny 5-tej do około 18/19-tej bezustannie padał deszcz. Skutki są proste do wyobrażenia. Błoto. Wszędzie błoto. Organizatorzy byli aż zmuszeni do przesunięcia o godzinę rozpoczęcia całej imprezy na scenie głównej. Ja sam cały czas ukrywałem się w namiocie, w duchu ganiąc ciągle siebie, że nie zabrałem kaloszy. Koncert Luxtorpedy w większości wysłuchałem z namiotu, w końcu jednak dostałem sms-a od siostry, że deszczowy klimat jest niesamowity i da się do tego przyzwyczaić. Z workami foliowymi na skarpetkach i biednie wyglądających trampkach, ruszyłem pod Dużą Scenę. Załapałem się na samą końcówkę. Nie mam coś szczęścia do Luxtorpedy, w zeszłym roku ich wakacyjny koncert we Władysławowie też w połowie gdzieś mi umknął. Mimo wszystko, warto było się wybrać dla widoku ludzi radośnie bawiących się w błocie. Na godzinę skryłem się w namiocie Viva Kultura (dawniej nazywana Sceną Kryszny), a potem ponownie zawitałem pod główną scenę na koncert Marceliny


 

Marcelina

Mam słabość do tej dziewczyny. Nie dość, że piękna z niej kobieta, to i muzycznie potrafi człowieka zauroczyć, a nawet skutecznie zaprosić do niewymuszonej zabawy. Dodatkowo przegoniła złe chmury i deszcz odpuścił. Miałem plan stanąć pod samą sceną, ale postanowiłem koncert oglądać z tyłu. Mimo to i tak świetnie się wybawiłem i pośpiewałem. "Gonić Burzę", "Nie Mogę Zasnąć", "Czarna Wołga" najlepiej trafiły w ten klimat Woodstockowy. Pojawiły się też spokojniejsze kawałki - "Uwolnij Mnie" czy "Karmelove" (jednak bez Piotra, na którego liczyłem). By podkręcić tempo, zagrała również anglojęzyczny cover. Nie zidentyfikowałem tej piosenki, ale pamiętam, że skutecznie zachęcała do podrygiwania. Po raz kolejny zabrakło mi utworu "Już Szepczą Mewy". Wiem, że nie jest może to zbytnio koncertowy numer, ale od niego zaczęła się moja przygoda z muzyką Marceliny, więc mam nadzieję, że kiedyś, kiedyś... 





Inner Circle postanowiliśmy odpuścić, by coś zjeść i wrócić do obozu. Chwila regeneracji, zmiana ubioru i już byliśmy gotowi na trzy najważniejsze koncerty tegorocznego Przystanku. Przynajmniej dla mnie. 

 

Vintage Trouble

Kwintesencja blues-rocka! Tym razem bawiliśmy się już znacznie bliżej sceny i, jak się później okazało, był to strzał w dziesiątkę. Zanim o tym dlaczego, jedno zdanie o ich występie. Byli genialni! Ubrani w eleganckie marynarki, dali publice niezłego kopa energetycznego. Zdecydowanie tego potrzebowałem. No i ten lider! Ty Taylor może stanowić za wzór doskonałego showmana. Z nim właśnie wiąże się ten najlepszy moment koncertu. Podczas ich najbardziej przebojowej piosenki "Run  Like The River" niespodziewanie znikł ze sceny i wszedł w tłum ludzi, wędrując ku wieży technicznej. Kątem oka zauważyłem jak przechodzi niedaleko mojego miejsca. Intuicyjnie podbiegłem i przebiłem z nim muzyczną piąteczkę! Mało tego. Facet postanowił w powrotną drogę spędzić na dłoniach całej publiki. Również pomagałem w tym przedsięwzięciu! Szaleństwo! Muzycy byli tak zachwycenia całą atmosferą, że postanowili, oprócz podstawowych bisów, zagrać dodatkowo kultowy utwór "With A Little Help From My Friends".  Przepiękny moment i idealne zakończenie!



 

HEY

Na kilka dni przed Woodstockiem pojawiły się obawy, czy ten koncert dojdzie do skutku. Kasia Nosowska doznała poważnej kontuzji podczas kręcenia teledysku, zmuszona była odwołać koncerty, ale do Kostrzyna dotarła. Co prawda o kulach i przez koncert oczywiście siedziała (tym razem Dave Grohl nie pożyczył swojego tronu...), ale w żaden sposób nie wpływało to na jakość tego koncertu. A ta, w przypadku tego zespołu, stoi zawsze na wysokim poziomie! Trzeba przyznać, że cały koncert rozpoczął się od mocnego uderzenia - "Teksański" był niczym trzęsienie ziemi u Hitchcocka. Mam jednak wrażenie, że tempo wzrostu emocji nie zostało do końca utrzymane, tak jak w filmach przytoczonego reżysera. Może to kwestia wykonywania nowych piosenek, które wypadły na żywo w mojej ocenie "tylko" dobrze. Też gdzieś w głowie siedział mi ich zeszłoroczny występ, gdzie po po prostu lepiej się wybawiłem (udzielał się wtedy wakacyjny, nadmorski klimat - sami wiecie). Ale i tak było pięknie, przebojowo, wzruszająco - oczekiwania zostały spełnione.


 

The Hives

Bez wątpienia to koncert na który najbardziej czekałem. Ba, gdy Jurek ogłaszał ich na antenie Trójki, przypieczętował tym samym mój wyjazd do Kostrzyna. Widziałem ich koncerty live z YouTube'a i wiedziałem, że są w tej sztuce diabelsko świetni. Bałem się tylko czy taka muza przyjmie się wśród woodstockowej publiczności. Moje obawy były całkowicie płonne. Wokół mnie była cała grupa osób, którzy doskonale czuli tę muzę! Ja już przed samym startem byłem solidnie nakręcony. Nawet przelotny deszcz mi już nie przeszkadzał. Od samego początku Szwedzi nadali niesamowite tempo! I właściwie do końca nie było mowy o zmniejszeniu tej intensywności. Świetny kontakt z publicznością? Był. Zabawy typu: przysiad podczas utworu i wspólny wskok w kulminacyjnym momencie? Były. Wspólne śpiewanie? Było. Może tylko zabrakło, by lider rzucił się w tłum. Zabrakło odwagi? Wybawiłem się i wyskakałem po wsze czasy! Oddałem się totalnie ich indie-rockowej muzyce. No i te bisy! Na sam koniec zagrali dwie energetyczne bomby! "Won't Be Long" i "Tick Tick Boom" - r-e-w-e-l-a-c-j-a! Po tym występie śmiało ich dopisuję do zespołów, które na żywo gwarantują niezapomnianą zabawę niezależnie od tego gdzie i kiedy zagrają! Ach, cóż to były za tańce!



 

Molotov

Po tym szaleństwie postanowiliśmy się troszkę oddalić od sceny głównej i z poczekać na występ meksykańskiego zespołu Molotov. I to był dobry wybór. Po kilku piosenkach już podeszliśmy bliżej i oddaliśmy się zabawie. Był to taki typowy, woodstockowy występ. Troszkę śmieszył język ("Fuga, Fuga" - notabene świetna piosenka), ale samo wykonanie miało rockową moc. Świetne zakończenie tego trudnego, ale satysfakcjonującego dnia.


Dzień 2

Finnegan's Hell i The Rumjacks

To były niemal identyczne koncerty, zarówno jeśli chodzi o muzykę jak i energię pod sceną. Celtycki folk-rock sprawdził się wyśmienicie w warunkach popołudniowych. Lekko i bardzo przyjemnie. Zespoły niemal stworzone by grać na takiej imprezie jak Woodstock.  Pozytywne odczucia i dobra zabawa. Co widać na zdjęciu poniżej ;)



 

The Dead Dasis

The Dead Dasis zaprezentowali praktycznie taki klasyczny rock'n'roll wprost z ubiegłego wieku. Nic szczególnego, ale słuchało się ich poczynań z przyjemnością. 



Po tym koncercie udałem się coś zjeść, jakiś spacer itd. Zdążyłem tylko na końcówkę Decapitated - zupełnie nie moja stylistyka, ale trzeba oddać, że przy tym genialnym nagłośnieniu była moc! Chwilę pogadałem z starszym facetem ze Śląska. Podyskutowaliśmy na temat właśnie nagłośnień koncertowych. I nie mieliśmy wątpliwości, że na Przystanku mamy do czynienia z niemalże perfekcją w każdym calu, tudzież dźwięku.

 

Lacuna Coil

Trudno w tym przypadku o mój entuzjazm, gdyż nie był to jakoś bardzo oczekiwany przeze mnie zespół, ale było całkiem fajnie. Tu szczególnie miło wspominam wokalne popisy pięknej Cristiny Scabbi i ten słynny, świetnie odegrany cover "Enjoy The Silence" grupy Depeche Mode. Czasami naprawdę dobrze posłuchać na żywo zupełnie innych gatunków niż te, które odtwarzamy na co dzień w domowym zaciszu ;)


 

Apocalyptica

Będę szczery do bólu - totalnie się zawiodłem. Nuda. Myślałem, że będzie to występ zjawiskowy, a w moim osobistym odczuciu, nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Na plus zaliczamy tylko covery Metalliki, które w aranżacji smyczkowo-perkusujnej (bo tak to wygląda w przypadku ich występów) wybrzmiały bardzo dobrze. I właściwie nic więcej nie zapamiętałem z tego koncertu.


 

Grubson & Sanepid Band

Troszeczkę ten koncert był jak podróż w lata licealne (ileż razy wtedy słuchało się utworu "Na Szczycie"), choć trzeba przyznać, że nie było tu miejsca na sentymentalne łzy. Nie, nie. To była czysta impreza i dawka energii, która pozwala spalić wszelkie kalorie :D Grubson rozkręcił publikę na maksymalne obroty. Bardzo przyjemny koncert. Odnotuję jeszcze pojawienie się na scenie Marceliny ("Jedna z Planet"), która na pontonie rzuciła się w publikę i odegranie świetnego coveru "Techno" Domowych Melodii (między nimi toczyła się zacięta walka o Złotego Bączka).  Może nie do końca moja bajka, ale zabawa była naprawdę imponująca.




Tak jak wspominałem na początku - ostatniego dnia nie dotarłem na żaden koncert. Ubolewam nad tym faktem, ale biegu zdarzeń już nie zmienię. Woodstockowa atmosfera całkowicie mnie pochłonęła i już nie wypuściła ze swych objęć na koncerty takich zespołów jak Bring Me The Horiozon, czy choćby Keningston. Z zasłyszanych opinii mogę jednak stwierdzić, że ten dzień był równie udany jak poprzednie. Skupiłem się tutaj głównie na relacji z poszczególnych koncertów, ale podkreślę, że Woodstock to coś więcej niż tylko koncerty. Takiej specyficznej atmosfery przyjaźni, radości próżno szukać na innych polskich festiwalach. A dodatkowych atrakcji jest tu bez liku. Nie będę się już rozpisywał o tych różnych pozamuzycznych sferach. Warto choć raz samemu zasmakować woodstockowej przygody i odkryć te różne smaczki, nawet jeśli jesteście sceptycznie do tej imprezy nastawieni. Możecie być naprawdę pozytywnie zaskoczeni! Wiem po sobie. Choć gwoli ścisłości - sercem jestem jednak za Open'erem.



PM




Przeczytaj również

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.