AKTUALNIE W GŁOŚNIKACH: MAJ 2026

/
0 Comments


Sklejenie muzycznych polecajek i minirecenzji z majowego tsunami premier wymagało ode mnie dokonania trudnej selekcji. Postawiłem w dużej mierze na nieco mniej oczywiste wybory, ale nie tylko. Jakby tego mało, powróciłem jeszcze do szuflady płyt z napisem "kwiecień", gdyż dotarły do mnie zachwyty nad drugim albumem Friko – słuszne! To zdecydowanie na ten moment jeden z mych ulubionych rockowych krążków tego roku! Co jeszcze? Po latach rozczarowań wreszcie zachwyciła mną Lykke Li, Daria ze Śląska podniosła poprzeczkę swojego pisarskiego kunsztu, Paula Roma zrobiła mi ogień w głowie, Marmozets z trzecim albumem hałaśliwi jak przed laty, Genesis Owusu nieokiełznanie eklektyczny i bezpośredni w polityczno-społecznych przekazach, Violet Grohl zbudowała ekscytującą rockową tożsamość, Sonia Pisze Piosenki urzekła indie-popową nostalgią, Huskie zachwyciła stonowaną indie-pop-folkową wrażliwością, The North porwali wyspiarskim rockiem, a Sofia and the Antoinettes i Luvcat niepostrzeżenie zakradły się do mojego serca swoimi popowymi melodiami, głosami i wizjami. A jeszcze kilka dodatkowych wyróżnień, single, playlista miesiąca i inne treści! Zapraszam! 
 
PS Ze względu na liczne nadchodzące wyjazdy istnieje prawdopodobieństwo, że czerwcowej odsłony Aktualnie w Głośnikach nie będzie...  A jeśli już to w kameralnej formie. 


ALBUMY

 

FRIKO – "SOMETHING WORTH WAITING FOR" [KWIECIEŃ]

  
 
 
Drugi album chicagowskiego zespołu Friko został przeze mnie przeoczony w kwietniu, ale tu i ówdzie zauważone i zasłyszane dobre opinie na szczęście sprowokowały mnie do zaproszenia tego dzieła do swoich głośników. I absolutnie przepadłem w tym zestawie indie rockowych kompozycji, które ocierają się o awangardowe aranżacje i uderzają wysokooktanowymi, nostalgicznymi, wstrząsającymi emocjami. 
 
Już debiutancka płyta Friko, "Where we've been, Where we go from here"  sprzed dwóch lat tworzona jeszcze przez duet, wokalistę i gitarzystę Niko Kapetana oraz perkusistę Baileya Minzenbergera, została bardzo ciepło przyjęta przez krytyków, ale z mojej perspektywy przeszła bez echa, omijając również moją muzyczną orbitę. "Something Worth Waiting For" poczyna sobie już zdecydowanie śmielej w eterze, wskazując, że mamy do czynienia jedną z najbardziej obiecujących formacji szeroko pojętego indie rocka. Album nagrany już jako pełnoprawny kwartet z gitarzystą Korganem Robbem i basistą Davidem Fullerem oraz pod okiem cenionego producenta Johna Congletona zachwyca pełniejszym brzmieniem, monumentalnymi, hymnicznymi, niebanalnymi kompozycjami pełnymi tęsknoty, dramatyzmu i surowej szczerości, a ekspresyjny głos Niko Kapetana prowadzi przez kolejne emocjonalne wzloty, upadki i kulminacje. 
 
Otwierający płytę utwór "Guess" rozpoczyna się stosunkowo niepozornie, ale bardzo szybko przechodzi od kruchości do niemal niekontrolowanego wybuchu emocji, nawałnicy chrupiących gitar i rozpaczliwego wokalu Kapetana. Już od samego początku zespół Friko odważnie stawia tezę, że nie boi się hałasu, gwałtownych zmian nastroju, silnych kontrastów w obrębie nawet jednej kompozycji, które ocierają się o chaos. Co ważne, w moim odczuciu nie wywołują tej chaotyczności dla samego efektu – za tym wszystkim stoją autentyczne emocje. 
 
Kolejne utwory "Still Around" oraz "Choo Choo" wciągają i porywają swoją intensywnością i pozorną indie-rockową beztroską (w głębi zapraszają do refleksyjnych rozmyślań) – świetnie budują ekscytujące, zaraźliwe pozytywną energią napięcia, noszące w sobie ogromny potencjał na wzbudzanie koncertowej euforii, ale to w dalszej części albumu Friko zaczynają prawdziwie intrygować swoją awangardową kreatywnością. Stonowana kompozycja "Alice" daje tej płycie oddech, ujmuje delikatnością, harmonicznymi chórkami i melancholijnym klimatem inspirowanym atmosferą baśni Lewisa Carrolla. Jeszcze bardziej w połowie zaskakuje aranżacja hipnotyzującego "Certaint". Emocjonalne napięcie w tej wielowymiarowej balladzie jest znakomicie budowane na fundamencie lamentującego wokalu połączonego z konsekwentnie rozwijającą się grą na fortepianie i czarującą sekcją smyczków do formy dramaturgicznego, teatralnego rozmachu. Krótki powrót do brawurowego indie-rockowego oblicza Friko serwują nam w szybującym kawałku "Hot Air Ballon", by po nim znów zaskoczyć zmianą atmosfery we wspaniałej folk-rockowej balladzie "Seven Degrees" z wyczuwalnym vibe'em przełomu lat 60. i 70. oraz słyszalnymi echami twórczości The Beatles. Kulminacyjny moment płyty stanowi tytułowy utwór. Zawarta w nim tęsknota i wiara w lepsze jutro przybiera epicki wymiar. Kompozycja narasta krok po kroku za sprawą świetnie zderzanych ze sobą akustycznych i elektrycznych gitar oraz wznoszonego na emocjonalną krawędź wokalu Niko, aż osiąga katartyczny stan, najpełniej pokazując zdolność zespołu do łączenia narracyjnej szczerości z ambitnymi, pełnymi rozmachu aranżacjami, które zostają w pamięci długo po wybrzmieniu ostatnich dźwięków. Album wieńczy zaś piękna fortepianowa, queenowska oda rowerowa w kompozycji "Dear Bicycle". 
 
"Something Worth Waiting For" to album, który ekscytuje indie-alt-rockowymi strukturami kolejnych piosenek, oferuje niespodziewane zwroty akcji i dramaturgiczne kulminacje. Doskonale balansuje między delikatnością a gwałtownością i wpuszcza powiew naturalnej świeżości do gitarowego wymiaru. Zespół Friko tym samym stał się moim największym muzycznym objawieniem ostatniego miesiąca, a niewykluczone, że nawet całego roku!  


 
 

LYKKE LI – "THE AFTERPARTY"



Po tym, jak w 2014 roku Lykke Li rozczarowała mnie występem na głównej scenie Open'era, nie śledziłem jej dalszych poczynań z większą uwagą. Oczywiście od czasu do czasu trafiałem na pojedyncze utwory, ale żadna z kolejnych premier nie skłoniła mnie do ponownego zanurzenia się w jej świecie. Dopiero tegoroczne single zapowiadające szósty album "The Afterparty", przede wszystkim pulsujące euforią "Lucky Again", sprawiły, że moja ciekawość wobec szwedzkiej artystki odżyła. I całe szczęście! 

Na swojej najnowszej płycie, świętująca niedawno czterdzieste urodziny artystka nadal operuje tematami smutku, tęsknoty i emocjonalnych rozczarowań, ale tym razem nadaje im bardziej dynamiczny, wręcz imprezowy wymiar. To album brzmiący jak ostatnie godziny długiej nocy – moment pomiędzy euforią a nieuniknionym kacem, gdy rozmowy stają się szczersze, a emocje trudniejsze do ukrycia. W zaledwie dziewięciu utworach Lykke Li łączy elegancką i wyrafinowaną mieszankę dance, soulu, synthpopu, dream popu i art popu. Taneczne rytmy zderzają się tu z filmowym rozmachem aranżacji, wykorzystujących smyczki, dyskotekowe pulsy i elektroniczne detale. Otwierająca sekwencja piosenek "Not Gon Cry", "Happy Now" i "Lucky Again" należy do najmocniejszych fragmentów albumu, pokazując niezwykłą umiejętność Lykke Li ukrywania melancholii pod warstwą niezwykle chwytliwych melodii. Z kolei "Future Fear" i "So Happy I Could Die" wprowadzają więcej zadumy, mierząc się z lękiem przed przyszłością i ulotnością szczęścia.
 
Mimo wielowymiarowości w centrum "The Afterparty" pozostaje jednak sama Lykke Li. Jej charakterystyczny głos prowadzi przez emocjonalny rollercoaster, w którym rezygnacja miesza się z buntem, a słabość z odzyskiwaną pewnością siebie. "Sick Of Love" zamienia zawód miłosny w pełną charakteru deklarację niezależności, natomiast w fenomenalnym "Knife In The Heart" oswaja się i uczy żyć obok nieuchronnych strat, rozczarowań i życiowego bólu. 
 
Całość zamyka piękna "Euphoria", która przypomina, że nawet jeśli noc dobiega końca i wszystko przemija, warto jeszcze przez chwilę tańczyć. Jedynym niedosytem pozostaje długość albumu – niespełna 25 minut mija błyskawicznie. Być może jednak właśnie w tym tkwi jego urok. Jak każda udana noc, "The Afterparty" kończy się zbyt szybko, ale pozostawia wspomnienia, do których chce się wracać. Jeśli to faktycznie ostatni album Lykke Li – to zapewniła sobie i nam piękne i konkretne emocjonalne afterparty! 




        DARIA ZE ŚLĄSKA – "HALO. CO JEST GRANE?"



         
        – Halo. 
         
        – Co jest grane? 
         
        – Sylwestrze z Kujaw, to ja dzwonię do Ciebie z tym pytaniem! 
         
        – A to słuchaj. Słuchaj uważnie. Słyszysz ten głos? Tak, to Daria ze Śląska i jej trzeci album. 
         
        – O! Pamiętam, że śledzisz tę artystkę od samego początku, a nawet od jej pierwszych nieśmiałych koncertów. Czy u niej na południu wciąż bez zmian? 
         
        – I tak i nie. Jeśli chodzi o warstwę muzyczną, to nie doświadczyłem na tym albumie radykalnych rewolucji. Ot mamy do czynienia z konsekwentną ewolucją alternatywnego popu połączonego ze subtelną elektroniką, którą znamy od czasu jej debiutanckiego krążka "Tu była". 
         
        – Czyli nuda? 
         
        – O nie! Nie powiedziałbym tego! Muzyczne tło jest bardzo bogate w różne detale. Potrafi momentami skręcić w ciekawe rejony – posłuchaj choćby tej westernowskiej sekcji dętej w "Pan ze stolicy"! Tam, gdzie ma być subtelnie – jest subtelnie. Tam, gdzie należy zbudować dramaturgię – tam narasta napięcie do instrumentalnych ciosów w twarz. Generalnie wszystkie kompozycje mają według mnie odpowiednią dynamikę, rozmach i są pieczołowicie wyprodukowane. No i przede wszystkim zostawiają odpowiednią przestrzeń dla świetnego wokalu Darii i jej dojrzałych opowieści.
         
        – No właśnie. Ty zawsze ceniłeś Darię przede wszystkim za lirykę, prawda? 
         
        – To prawda i to się właśnie nie zmienia, wręcz jej warsztat pisarski wskakuje na wyższy emocjonalny poziom. Ten album jest z jej strony próbą wejścia głębiej – w siebie, swoje lęki, niepewności i relacje z ludźmi. To materiał bardziej skupiony na zadawaniu pytań niż udzielaniu odpowiedzi. Nie ma tutaj coachingowych recept ani instagramowych sloganów o samoakceptacji. Jest za to dużo niepewności i prób zrozumienia samej siebie. Daria bardzo często wychodzi poza własne doświadczenia i opisuje uniwersalne sytuacje, które zna niemal każdy z nas. Nieumiejętność postawienia granicy. Spóźnioną ripostę, która przychodzi do głowy dopiero po powrocie do domu. Wstyd noszony przez lata od czasów szkolnych. Potrzebę bycia miłym za wszelką cenę. Presję cudzych oczekiwań. Poszukiwanie własnej tożsamości. Bierne oczekiwania na przełomy w życiu, które nie nadchodzą. A wszystko to podane w bardzo obrazowych tekstach.  
         
        – A z ciekawości: pojawiają się w liryce znowu nawiązania do popkultury? 
         
        – O człowieku! Nie sposób chyba wymienić wszystkich: Sharon Stone, Harley Quinn, Mała Mi, Scarlett O'Hara, Hannah Montana, Korn, Boney M, Jackie Chan, Top Gun... Uwielbiam zręczność, z jaką Daria wplata te miniaturowe nawiązania do swoich bardzo bystrych życiowych obserwacji. To dla niej bardzo charakterystyczne. 
         
        – Pojawiają się goście? 
         
        – Tym razem tylko jeden, ale za to jaki! W utworze "Len" Darię wspiera sam Fisz! Wrażliwością i wokalami pasują do siebie idealnie! 
         
        – Nie chcę Cię męczyć, ale polecisz może jeszcze Twoje ulubione piosenki? 
         
        – Trudne pytanie wylosowało się od Ciebie, bo właściwie nie ma tu słabego momentu. Pierwsza część albumu składa się ze znakomitych singli, które doceniałem i polecałem już wcześniej, ale pozostałe kompozycje są równie wartościowe. Odpływałem zwłaszcza przy "Tańcz" i "Wariatka!". Bardzo wyróżniają się niebanalne aranżacje "JPRDL" i "ABS". Porwała mnie dynamika piosenki "Pan ze stolicy". Ścisnęło za gardło finałowe "Nie masz sił to płacz". Ach! Musisz posłuchać całości! 
         
        – Ok, skoro tak mówisz...
         
        – Totalnie, stary, to bez wątpienia już w tym momencie jedna z najlepszych polskich płyt tego roku! Ten album może emocjonalnie nie krzyczy, ale z pewnością usiądzie obok Ciebie i zapyta: "A u ciebie wszystko okej?". No właśnie, a u Ciebie co jest grane?  
         
        ...

        --------------------------------
         
        Trzeci album Darii ze Śląska to konsekwentna, ale dojrzalsza ewolucja jej alternatywnego popu z subtelną elektroniką, bogatą produkcją i przestrzenią dla świetnego wokalu. Najmocniej działa tu jednak warstwa liryczna – intymna, pełna niepewności, autoanalizy i uniwersalnych obserwacji o relacjach, wstydzie czy presji oczekiwań. Bez łatwych odpowiedzi. To album, który nie próbuje krzyczeć, tylko niespostrzeżenie rozsiada się obok i zadaje proste, a jakże niewygodne pytanie: "a u ciebie wszystko okej?". 
         


         

        PAULA ROMA – "Z RESZTEK"


         
        Paula Roma w 2024 roku wystrzeliła w moją stronę dziewięć płonących strzał prosto ze świetnego albumu "Ta, co płonie z miłości".  Wszystkie trafiły wówczas prosto w serce. Z perspektywy czasu jednak dość szybko przygasły, a o samej artystce nieco ucichło. Na nowo pochodnia miłości, która rozświetliła najciemniejsze zakamarki w mej duszy zapłonęła podczas tegorocznego koncertu Pauli Romy w poznańskim Blue Note w ramach Next Festa. Wspaniały występ – pełen czułości, energii i autentycznej radości grania. A przedpremierowe wykonania piosenek z nowego albumu "Z resztek" tylko wzbudziły mój apetyt na nowy materiał.
         
        I spotkanie z tym trzecim albumem w dorobku Pauli Romy tylko potwierdziło, że tamten koncertowy zachwyt nie był przypadkiem. Kolekcja jedenastu piosenek, parafrazując tytuł wspaniałego utworu z Kathią, dosłownie robi mi ogień w głowie. Podążając za fenomenalnym wokalem Pauli z przyjemnością zanurzałem się w jej skrawkach intensywnych, subtelnych i bardzo osobistych emocji. Choć pod tą przyjemnością kryją się podkłady głębokich refleksji życiowych i niewygodnych tematów podawanych tym razem w bardziej bezpośredni sposób, z unikaniem poetyckich metafor. 
         
        Kompozycje oparte na soulowym cieple, alt-popowych detalach i o filmowym rozmachu (te sekcje dęte!) wybrzmiewają niezwykle ponadczasowo i po prostu ciągną za uszy. Bywają bardzo dynamiczne i płomienne, ale nie brakuje tu również balladowych i akustycznych subtelności. Album jest doskonale zbalansowany! 
         
        "Z resztek" to dzieło, które porusza, rozlewa się w sercu niczym płynna, rozżarzona lawa i zostaje w myślach na długo po wybrzmieniu ostatnich dźwięków. Łatwo się w tej płycie i w tej artystce zakochać! 
         

         
         

        MARMOZETS – "CO.WAR.DICE"



        Nigdy nie zapomnę, jaką hałaśliwą bombę rockową Marmozets zrzucili na nas na Open'erze w 2018 roku pod Alter Stage o 2:30 nad ranem (koncert przełożony przez problemy z lotem). W relacji wówczas pisałem: 
         
        Zostaliśmy pod sceną prawie zdmuchnięci przez gitarowe riffy! Z głośnika przede mną chyba wydobył się jakiś rock'n'rollowy szatan, który opętał moje ciało. Wpadłem w mocny amok i straciłem nad sobą kontrolę! Mój kark domagał się przeprosin przez następnych kilka dni! Gardło zdarte od śpiewania kolejnych refrenów prosiło o tabletki przeciwbólowe! Tak, Marmozets to jest petarda na żywo! (...) Miałem wrażenie, że Becca swoim wokalem rozsadzi mikrofon. Dziewczyna jest niesamowita! Chłopcy również dali popis swoich umiejętności i grali z niebywałą pasją! To był również kolejny sprawdzian dla utworów z tegorocznej (rewelacyjnej) płyty "Knowing What You Know Now". Egzamin zdany z przytupem na ocenę celującą! Przez cały koncert czułem się jak rozgrzane ostrze kute z pasją przez kowala! Co sekundę uderzenie kolejnym riffem, perkusyjnym bębnem, soczystym basem, porywającym wokalem! Niszczycielska, rockowa energia!  
         
        Wydawało się wówczas, że ten rockowy huragan o nazwie Marmozets będzie tylko rósł w siłę. A oni się ot tak ulotnili i nastała cisza. Powody? Wokalistka Becca Macintyre niespodziewanie zaszła w ciążę z gitarzystą, a obecnie jej mężem Jackiem Bottomleyem. Ich związek przez ostatnie lata przechodził wzloty i upadki, pojawiły się nowe życiowe priorytety, do scenicznego powrotu nie zachęcał pandemiczny okres i ogólna sytuacja w muzycznej branży, ale w końcu zespół poczuł w sobie głód rockowej adrenaliny. I po ośmiu latach w końcu wrócili! 
         
        Reaktywacja zespołu po tak długiej przerwie była obarczona ryzykiem, ale Marmozets w imponujący i hałaśliwy sposób przypominają, że wciąż są bandem, który ma coś ważnego do powiedzenia i jest gotowy rozpalać na nowo klubowe parkiety! 
         
        Już od otwierającego album "A Kiss From A Mother" słychać, że zespół nie wrócił po to, by odcinać kupony od dawnej popularności. Owszem, nadal obecne są wszystkie elementy, za które ich pokochaliśmy: poszarpane riffy, nagłe zmiany dynamiki, chwytliwe refreny i charakterystyczny wokal Becci Macintyre, balansujący między melodyjnością a kontrolowanym chaosem. Jednocześnie jednak "Co.War.Dice." brzmi jak dzieło zespołu dojrzalszego i bardziej świadomego własnych możliwości.

        Największą siłą albumu jest jego nieprzewidywalność. Punkowa energia "New York", psychodeliczny groove "Running With The Sun In Your Eyes", stadionowy rozmach "Mes Désirs" czy delikatniejsze, niemal akustyczne oblicze "Dandy" pokazują zespół, który nie boi się eksperymentować, nie tracąc przy tym własnej tożsamości. Co ważne, ta różnorodność nie sprawia wrażenia chaotycznej. Wręcz przeciwnie – wszystkie utwory spaja poczucie pewności siebie. Becca Macintyre pozostaje centralną postacią całego przedsięwzięcia, ale jej wokal przeszedł interesującą ewolucję. Nadal potrafi krzyczeć, gdy wymaga tego sytuacja, ale dziś równie skutecznie przykuwa uwagę subtelniejszymi środkami wyrazu.

        Najbardziej zaskakuje jednak fakt, że mimo wieloletniej przerwy "Co.War.Dice." nie brzmi jak album próbujący rozliczać przeszłość. Oczywiście można odnaleźć tu ślady doświadczeń związanych z rodzicielstwem, dojrzewaniem czy życiowymi zmianami, ale Marmozets nie tworzą nostalgicznego pamiętnika. To raczej celebracja samego faktu ponownego grania razem. Słychać w tych utworach radość, swobodę i głód tworzenia, którego nie da się wykrzesać ze sztucznej inteligencji.

        Świetnie wypadają zarówno najbardziej bezpośrednie momenty płyty, jak "Flowerz" czy "Cut Back", jak i bardziej rozbudowane kompozycje. Szczególne wrażenie robi zamykający album "Keep Going Darling" – ponad siedmiominutowa podróż, która z każdą kolejną minutą nabiera emocjonalnego ciężaru i staje się symbolicznym podsumowaniem całego procesu powrotu.
         
        Jeśli "The Weird and Wonderful Marmozets" było eksplozją młodzieńczej energii, a "Knowing What You Know Now" próbą uporządkowania tego chaosu, to "Co.War.Dice." jest momentem, w którym ich proces muzycznego dojrzewania Marmozets osiągnął punkt kulminacyjny. To album odważny, różnorodny i pełen życiowej energii. A przede wszystkim dowód na to, że niektóre zespoły potrafią wrócić po latach tak, jakby nigdy nie odeszły.  



         

        GENESIS OWUSU – "REDSTAR WU & THE WORLDWIDE SCOURGE" 

         
         
        Genesis Owusu wbił się w listę moich ulubionych zagranicznych krążków 2023 roku piorunującym albumem "Struggler". Ghańsko-australijski piosenkarz Kofi Owusu-Ansah totalnie wówczas zaintrygował, zahipnotyzował i porwał mnie wybuchową mieszanką grzmiącego post-punka, muskularnego rapu, gotycko-garażowego rocka, psychodelicznego popu, zmysłowych avant-funkowych melodii, kołyszącego R&B, eterycznych jazzowych beatów. Ten muzyczny eklektyzm był punktem wyjścia do wielu dojrzałych rozważań nad życiową egzystencją. Swoją nietuzinkowość i wyjątkową artystyczną charyzmę Genesis potwierdził swoim one-man-show podczas Colours of Ostrava 2024. Teraz wrócił z albumem "Redstar Wu & the Worldwide Scourge", który jeszcze bardziej stempluje jego nieokiełznany żywioł, zaangażowanie w polityczno-społeczne tematy i zmysł do tworzenia nieszablonowych, porywających kompozycji, których nie powstydziłaby się formacja Gorillaz. 
         
        Od pierwszych minut Owusu uderza bezpośrednio i bez kompromisów. W "Pirate Radio" rzuca ostre komentarze w stronę Elona Muska, czy Kanye Westa, a całość osadzona jest w dusznej, nerwowej produkcji, która tylko wzmacnia poczucie niepokoju. To otwarcie ustawia ton płyty: jest politycznie, głośno i niewygodnie. Nie chodzi jednak o tanią prowokację, lecz o próbę uchwycenia świata w stanie kryzysu – przeładowanego informacjami, przemocą i sprzecznymi narracjami.

        Owusu, jak zwykle, nie zamyka się w jednym brzmieniu. Album jest muzycznym kolażem: od pulsujących, industrialnych beatów, przez elektronikę, po rap i brudne, gitarowe uderzenia inspirowane sceną post-punkową. Ta różnorodność bywa mniej lub bardziej skuteczna, ale przede wszystkim liczą na tym albumie intencje samego artysty i jego reakcje na obecną, płonącą rzeczywistość. 

        To dzieło jest właściwie takim dźwiękowym raportem ze świata, który wymknął się spod kontroli i dowodem na to, że Genesis Owusu jest jednym z najbardziej nieprzewidywalnych i ambitnych artystów swojego pokolenia. Niestety wciąż powszechnie niedocenianym, ale wierzę, że to się wkrótce zmieni. 
         

        ➖ 
         

        DEBIUTY


        VIOLET GROHL  – "BE SWEET TO ME"



        Violet Grohl stała przed nie lada wyzwaniem: wyjść z cienia sławy własnego ojca, który stał się legendą rocka, by wyraźnie przedstawić światu własny, niezależny głos i artystyczną wizję. Wychowywana w takiej rodzinie oczywiście nasiąknęła miłością do najntisowych gitar, ale na swojej debiutanckiej płycie "Be Sweet To Me" przekuwa to uczucie i wszelkie inspiracje alternatywnym rockiem, grunge'em, punkiem, lo-fi z tamtej dekady w wyraźną indywidualną artystyczną tożsamość.  
         
        Album otwiera "THUM" – utwór, który wyznacza kierunek całej płyty. Surowe, przesterowane gitary, punkowa energia i napięcie między hałasem a kontrolą wprowadzają w świat pełen emocjonalnych kontrastów. To muzyka, która nie boi się brudu i agresji, ale jednocześnie potrafi zatrzymać się na moment refleksji. Ten balans między dynamiką a wyciszeniem staje się jednym z najważniejszych wyróżników całego "Be Sweet To Me".
         
        W podobnym duchu utrzymane są bardziej intensywne momenty albumu, takie jak "Often Others" czy "Cool Buzz", gdzie dominują cięższe riffy, niemal metalowa energia i rytmiczny chaos z potencjałem do prowokowania koncertowego pogo. Grohl pokazuje swoją pewność w operowaniu różnorodną gitarową estetyką. Jej głos często unosi się nad instrumentalnym huraganem, raz przyjmując formę niemal drapieżnego szeptu, a innym razem przechodząc w wysokie, emocjonalne frazy.

        Jednym z najbardziej charakterystycznych utworów jest singlowe "595" – zmysłowy, mroczny i prowokacyjny fragment płyty, inspirowany kulturą telefonicznego seksu i estetyką późnonocnych fantazji. To utwór, który łączy seksualność z niezależnością i pewnością siebie, unikając przy tym banału. Podobne motywy emancypacji i wewnętrznej siły przewija się przez cały album, szczególnie w momentach bardziej surowych i agresywnych.

        Równowagę dla tych intensywnych fragmentów stanowią utwory bardziej subtelne i emocjonalne. "Mobile Star" to oniryczna, lo-fi ballada, w której delikatne brzmienia i szumy tła tworzą atmosferę snu i zawieszenia. Z kolei "Big Memory" oferuje nostalgiczny, alt-rockowy klimat, w którym melancholia miesza się z pięknem melodyjnych fraz. W tych momentach Grohl pokazuje swoją bardziej wrażliwą stronę – introspekcyjną, niemal kruchą, ale nadal świadomą emocjonalnie.

        Nie brakuje też utworów osobistych i narracyjnych, takich jak świetny "Bug In The Cake", który dotyka rodzinnych wspomnień, czy "Pool Of My Dreams", gdzie minimalizm i subtelność prowadzą do emocjonalnego wyciszenia. W tych kompozycjach artystka odsłania bardziej intymne warstwy swojej twórczości, budując świat pełen wspomnień, snów i niepokojących, ale pięknych obrazów.

        "Be Sweet To Me" to album, który imponuje nie tylko różnorodnością stylistyczną, ale przede wszystkim świadomością artystyczną. Violet Grohl tworzy tu własny język muzyczny, pełen intencjonalnych kontrastów, w którym nostalgia za szeroko rozumianym alternatywnym rockiem lat 90. wybrzmiewa autentycznie, odważnie brzmieniowo, zmysłowo, drapieżnie, porywająco, refleksyjnie. Nadspodziewanie bardzo ambitny, dojrzały album artystki, która znalazła swoją przestrzeń w muzycznym eterze i wzbudziła u mnie nawet większą ekscytację niż ostatni – imo niezły – album Foo Fighters.  



        SONIA PISZE PIOSENKI – "PIĘKNO KRÓTKICH MGNIEŃ"



        Debiutancki album Soni Wąsowskiej aka Sonia Pisze Piosenki był wyczekiwany przeze mnie właściwie od lat. Wrażliwością i pięknym wokalem tej artystki zauroczyłem się już w 2014 roku podczas kameralnego wydarzenia Folkkultura w kawiarni Cafe Cultura w Świeciu (wraz ze śp. Lily Hates Roses). Do dziś wspominam z tamtego wieczoru jej zjawiskowe wykonanie coveru "Cheri, Cheri Lady", które w tamtej intymnej przestrzeni nabrało zupełnie nowego, delikatnego znaczenia. 
         
        Przez kolejne lata wiele się zmieniło – zarówno w samej estetyce Soni, jak i w jej muzycznej drodze. Z bardziej surowego, singer-songwriterskiego folku stopniowo przeszła w stronę organicznego indie-popu, który nie próbuje już tylko opowiadać historii przy akompaniamencie gitary, ale buduje pełniejsze, bardziej przestrzenne światy dźwiękowe. Co ważne, ta transformacja nie odebrała jej muzyce intymności – raczej ją przefiltrowała i uporządkowała. Nadal słychać w niej tę samą wrażliwość, tylko ubrana w bardziej współczesną formę.
         
        Kolejne piosenki z albumu "Piękno krótkich mgnień" chwytają za serce przede wszystkim swoją nostalgiczną aurą i liryką – słuchanie tego albumu przywołuje u mnie wręcz rozedrgane emocje towarzyszące przeglądaniu starych fotograficznych albumów rodzinnych. Ten kalejdoskop życiowych wspomnień, mglistych rozmów, miejsc, które już nie istnieją w dawnych formach i wygasłych relacji jest podany w przecudnych, otulających aranżacjach. 
         
        Uwielbiam zwłaszcza najbardziej folkową, stonowaną, wzbogaconą subtelnie podnoszącymi poziom emocjonalności smyczkami balladę "J." o przemijaniu, tęsknocie i potrzebie pozostawienia po sobie śladu (Zanim sił zabraknie / Zapamiętajmy się). Bardzo poruszający moment tej płyty, świetnie unikający emocjonalnego patosu. 
         
        Zaskoczyło mnie również brawurowe, gitarowe oblicze piosenki "Nie jesteś jak inni". Świetny, gnający do przodu, wyraźnie bardziej napięty, ale nie tracący ukrytej w głębi delikatności utwór. Nie obraziłbym się na większą ilość takich aranżacyjnych kontrapunktów. Bowiem pozostałe kompozycje – większość znana już jako single wydawane na przestrzeni ostatnich lat – charakteryzują się podobną do siebie, ciepłą, wyważoną, indie-popową produkcją, za którą odpowiada zaprzyjaźniony od lat ze Sonią Kamil Durski (tak, ten z Lily Hates Roses). 
         
        Miękkie brzmienie albumu idealnie współgra z wokalem Soni, ale zarazem całość momentami balansuje na granicy bezpiecznej estetyki indie-popu. Z mojej strony nie jest to jednak zarzut, bo mimo wszystko ten album szczerze urzekł mnie w każdej swej nucie!  


        ➖ 

        EP-KI / MINIALBUMY

         

        HUSKIE – "MIĘDZY SŁOWAMI"



        Jeśli miałbym dziś wskazać artystkę, która mogłaby odgrywać rolę polskiej odpowiedniczki Phoebe Bridgers, to bez wahania postawiłbym na Huskie. Już na starcie jej kariery słychać wyraźną wrażliwość songwritingową, która łączy intymność z subtelną melancholią, tak charakterystyczną dla współczesnego indie-folku i indie-popu. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że talent i muzyczne zaplecze ma niejako "w genach" – jako córka Przemysława Myszora z Myslovitz. I choć temat nepotyzmu może pojawić się naturalnie w takich przypadkach, to zawartość "Między słowami" bardzo szybko sprawia, że przestaje to być istotne.

        Ta debiutancka EP-ka broni się przede wszystkim emocjami i autentycznością. Huskie nie próbuje udowadniać niczego na siłę – zamiast tego proponuje coś znacznie cenniejszego: szczery zapis stanów wewnętrznych, momentów zagubienia, lęków i rozczarowań, ale też prób ich oswajania. To muzyka, która działa jak autoterapeutyczny dziennik, w którym myśli nie są wygładzane ani ukrywane, lecz zostają podane w formie delikatnych, często kruchych narracji.

        Największą siłą Huskie jest umiejętność przekładania emocji na język muzyki bez zbędnego patosu. Jej wokal pozostaje bliski, ciepły i naturalny – nie dominuje nad aranżacjami, lecz raczej się z nimi splata, tworząc spójną, kameralną całość. To głos, który nie krzyczy, lecz raczej opowiada szeptem, dzięki czemu słuchacz mam wrażenie uczestniczenia w bardzo osobistej podróży. Warstwa produkcyjna EP-ki również zasługuje na uwagę. Indie-popowe aranżacje są tu oszczędne, ale przemyślane – pełne przestrzeni, miękkich gitar, subtelnych pogłosów i ciepłej, organicznej produkcji. Zamiast przesytu otrzymujemy minimalizm, który pozwala emocjom wybrzmieć w pełni.
         
        Tytuł "Między słowami" dobrze oddaje też tematykę samej EP-ki – to muzyczny zapis o tym, co niewypowiedziane, o emocjach, które trudno ubrać w język, o napięciach między tym, co czujemy, a tym, co potrafimy zakomunikować. Huskie zdaje się właśnie w tej przestrzeni czuć najlepiej – w półcieniach, niedopowiedzeniach i emocjonalnych zawieszeniach.

        W efekcie otrzymujemy debiut niezwykle spójny i dojrzały emocjonalnie, mimo jego kameralnej formy. Huskie nie tyle próbuje zaistnieć jako "córka znanego ojca", co buduje własną tożsamość – subtelną, melancholijną i bardzo współczesną. "Między słowami" to EP-ka, która nie potrzebuje wielkich gestów, by zostawić po sobie wyraźny ślad – wystarczy jej szczerość, delikatność i konsekwencja w budowaniu nastroju.
         
         


        THE NORTH – "COMING OF AGE"


         
        Młoda czteroosobowa formacja z Leeds na swojej skromnej EP-ce "Coming of Age" prezentuje brzmienie bardzo mocno zakorzenione w tradycji wyspiarskiego gitarowego indie rocka. Słychać tu oczywiste inspiracje, ale przy tym mimo wszystko The North zachowują własny charakter dzięki surowej energii i pasjonującej szczerości. 
         
        Przebojowe, wibrujące jangle rockową, skoczną energią "Can’t Sleep" otwiera wydawnictwo nostalgicznym klimatem, łącząc ciepłe melodie z poczuciem niepokoju i zagubienia. Chwytliwy utwór tytułowy wnosi jeszcze więcej pewności siebie i strołksowego vibe'u, podczas gdy "Eyelashes" wyróżnia się swoją gitarową bezpośredniością i surową siłą. Zamykające całość "Tubes" zwalnia tempo, oferując bardziej refleksyjny i melancholijny nastrój. 
         
        The North potrafią komponować wciągające, ekscytujące, porywcze indie rockowe kompozycje, a do tego dochodzi jeszcze świetna, pociągająca barwa głosu wokalisty. Być może z tej kolekcji czterech kompozycji jeszcze trudno wyciągnąć odpowiednie wnioski i wróżyć im przyszłość, ale na ten moment warto mieć ich na radarze. 
         
         


        SOFIA AND THE ANTOINETTES  – "LEAVING THE HOUSE IS A PERFORMANCE"

         

        23-letnia londyńska artystka Sofia and the Antoinettes zakradła się dość niepostrzeżenie do moich głośników dzięki streamingowym algorytmom, ale z miejsca chwyciła za serducho swoją cudną barwą wokalu, dojrzałością i emocjonalnymi opowieściami o nieudanych relacjach, rozczarowaniach i ciągłym analizowaniu własnych uczuć. 
         
        Utwory takie jak "Buried In This Room" i "Naked Chess" budują napięcie poprzez intensywne, emocjonalnie gęste aranżacje, podczas gdy "Hi My Love" wprowadza bardziej synthpopowe brzmienie, podkreślające dystans i emocjonalne rozchwianie. Z kolei "I Don’t Know What I’m Doing on Earth, I Don’t Know What on Earth I’m Doing" wyróżnia się egzystencjalnym niepokojem i nostalgiczną aurą, a "Vespa" oraz "Jewellery Box" zamykają całość w bardziej refleksyjnym, wyciszonym tonie.
         
        Największą siłą twórczości Sofii jest jej wokal – ciepły, a jednocześnie pełen napięcia, który pozwala nawet najbardziej osobistym tekstom wybrzmieć bez filtrów. Nie ma tu przesadnej subtelności ani ukrywania emocji – wszystko jest podane wprost, ale z wyczuciem muzycznej formy. "Leaving The House Is A Performance" to krótka, ale spójna opowieść o emocjonalnej nadwrażliwości i próbie odnalezienia się w relacjach, która szczególnie trafi do osób żyjących w ciągłym dialogu ze swoimi wspomnieniami i analizami przeszłości.
         



        LUVCAT  – "LOVEBITES" 


         
        Do tej pory twórczość Luvcat omijałem, ale swoją EP-ką "Lovebites" artystka śmiało wytyka mi, że to był błąd.
         
        W zaledwie czterech utworach Luvcat tworzy spójną, gęstą emocjonalnie narrację, w której gotycka estetyka nie jest jedynie dekoracją, ale punktem wyjścia do opowieści o miłości, obsesji i niebezpiecznych emocjonalnych zależnościach. To muzyka, która jednocześnie uwodzi i niepokoi, balansując między romantycznym uniesieniem a cieniem zagrożenia.

        Już otwierające "Vampires at the Beach" ustawia ton całego wydawnictwa – hipnotyczna melodia, nastrojowa produkcja i subtelne poczucie tęsknoty sprawiają, że utwór działa bardziej jak stan emocjonalny niż klasyczna piosenka. Nowa wersja "He’s My Man (The Anniversary)"  z  zeszłorocznego debiutu "Vicious Delicious" zyskuje dodatkową głębię dzięki gościnnemu udziałowi Johna Coopera Clarke’a, który wzmacnia mroczniejszy, bardziej teatralny wymiar kompozycji, choć to właśnie charyzmatyczny, intensywnie ekspresyjny wokal Luvcat pozostaje jej najważniejszym punktem. Artystka nie tylko interpretuje emocje – ona je niemal performuje, nadając im teatralną, momentami filmową formę.

        Centralnym punktem EP-ki jest "Silent Killer", w którym miłość zostaje przedstawiona jako zjawisko jednocześnie fascynujące i destrukcyjne. Fortepian i smyczki budują dramatyczne napięcie, a metafora niewidzialnej trucizny nadaje utworowi niepokojący, wręcz paranoiczny wymiar. Finałowe "Electric Chair" z udziałem Pete’a Doherty’ego domyka całość w sposób efektowny i emocjonalnie intensywny, podkreślając skalę artystycznej wizji Luvcat. 
         
        Lovebites to krótka, ale bardzo wyrazista EP-ka, która zostawia po sobie poczucie obcowania z czymś dopracowanym, świadomym i niezwykle sugestywnym. Czekam na jej koncert na Open'erze! 
         

          ➖ 

        DODATKOWE WYRÓŻNIENIA


        Pozostałe interesujące wydawnictwa w telegraficznym skrócie: 
         
        Dla pragnących blues-rockowy perełek podanych w nowoczesnym brzmieniu: THE BLACK KEYS – "PEACHES".
         
        Dla potrzebujących materiału podnoszącego na duchu w springsteenowskim duchu: BLEACHERS – "EVERYONE FOR TEN MINUTES".  
         
        Dla poszukujących wielowymiarowych emocji i wielowarstwowych aranżacji: BROKEN SOCIAL SCENE – "REMEMBER THE HUMANS".
         
        Dla łaknących zacnego, melodyjnego, "oddychającego" folk-rocka: KEVIN MORBY – "LITTLE WIDE OPEN".
         
        Dla fanów zgrabnego popu: MAISIE PETERS – "FLORESCENCE".
         
        Dla nostalgicznych dusz: PAUL MCCARTNEY – "THE BOYS OF DUNGEON LANE."
         
        Dla absolutnych wrażliwców: NAJNIŻSZY CZŁOWIEK – "WRACAM DO SIEBIE"
         
        Dla spragnionych subtelnego, wyciszającego folku: MAYA HAWKE – "MAITREYA CORSO".
         
          ➖ ➖ ➖ 
         

        SINGLE

         

        OLIVIA RODRIGO – "THE CURE"

        Ach! Olivia! Niby gwiazda pop, ale w głębi tej duszyczki jednak kołacze miłość do alternatywnych gitar sprzed lat! I słychać to w najnowszym, cudownym singlu "The Cure"! 




        GRACIE ABRAMS – "HIT THE WALL"

        Pierwsza, bardzo ładna, zapowiedź trzeciego albumu "Daughter from Hell"! Premiera 17 lipca.
         
         


        THE LAST DINNER PARTY – BIG DOG"

        Wreszcie ten singiel hasa po eterze! Uważajcie!




        ANTONY SZMIEREK – "CHALK"

        Tym hipnotycznym singlem Antek zapowiada swój drugi album "Decoding Birdsong"! Premiera 2 sierpnia!



        COALS, KASIA LINS – "FANGA"

        Połączenie dwóch światów, którego wszyscy potrzebowaliśmy! 





        MUSE – "HEXAGONES"

        Kosmos! 
         



        MOR MOR, CELESTE – "LIKE HEAVEN"

        Elegancki powrót!




        CHARLI XCX  – "ROCK MUSIC" / "SS26"

        Nowa era! Album "Music, Fashion, Films" ukaże się 24 lipca! 






        SARAH JULIA – "WHATEVER IT TAKES (BREAK YOUR HEART)

        W singlu "Whatever It Takes (Break Your Heart)" siostry odważnie odchodzą od dotychczasowego bardziej akustycznego, folkowego brzmienia i próbują swych sił w bardziej rockowym brzmieniu. Nadal jednak odpowiednio subtelnie i czarująco harmoniami wokalnymi! 



        SIENNA SPIRO – "MATERIAL LOVER"

        Debiutancki album "Visitor" 3 lipca! 
         


        THEATRE – "YOU ARE"

        Kolejny band z Irlandii, który warto śledzić. 



        ANGUS & JULIE STONE – "KARAOKE BAR"

        Tytułowy singiel nadchodzącego albumu, którego premiera już 4 września! 




        LUCIA & THE BEST BOYS – "BIG ROMANCE" (FEAT. ABIGAIL MORRIS)

        Trzy miesiące temu banger " Lonely Girl" z Lauren Mayberry, a teraz otrzymaliśmy fantastyczne "Big Romance" z Abigail Morris z The Last Dinner Party! 



        NOTHING BUT THIEVES – "EVOLUTION"

        25 września nowy album "Stray Dogs"! Cieszy powrót do bardziej organicznego, stricte gitarowego brzmienia, ale zarazem brakuje wyrazistości i pazura. Jest to przyjemny song, przyjazny dla alternatywno-rockowych stacji radiowych, ale nie rozpalił on we mnie na nowo ognia miłości do tego bandu. A ten płomień nieco w ostatnim czasie stopniowo przygasa. Może to jednak zasłona dymna przed odważniejszymi, ostrzejszymi kawałkami? Czas pokaże! 
         


        SADIE JEAN – "GOOD ONES"

        Chyba czeka nas miła niespodzianka na Open'erze! 



        OLY.  – "INCREDIBLY SOFT SPOONS"

        Powrót po wieloletniej ciszy! Piękny! 



        ZŁOŚNICE – "NICOŚĆ"

        Indie-folkowa rozkosz!



        ANGEL EGG – "BLUE LIGHT"

        Objawienie na niezależnej polskiej scenie. 



        OYSTERBOY – "KWIATY"

        Cieszmy się, że mamy Piotrka na naszej scenie! 



         

        KIWI JR. – "BLOWIN UP"

        Tytułowy singiel z nowego albumu, który ukaże się 14 sierpnia!



         

        DOLDER – "SLEEPING PILLS"

        Cudne wokalne harmonie!



        GURRIERES – "NOBODY'S COMING TO SAVE YOU"

        Tytułowa zapowiedź albumu, którego premiera 25 września! 
         

         

        YARD ACT – "REDEEMER"

        Album "You're Gonna Need A Little Music" ukaże się 17 lipca! 




        BABIE LATO (NATALIA GROSIAK, BELA, KATHIA – "DWA SŁOŃCA"

        Ze singlowych efektów wiadomo jakich festiwalowych projektów z ostatnich lat, to ta kompozycja najbardziej zaświeciła w mym serduchu! 




        WYDARZENIA MIESIĄCA



        RELACJE KONCERTOWE


        Na blogu pojawiły się relacje z koncertów:
         
           
          OGŁOSZENIA KONCERTOWE
           
          Wybrane festiwalowe newsy:
           
          Inside Seaside: Krzysztof Zalewski, Kathia, Variété, Jakub Skorupa, Mela Koteluk, Wiraszko, Dobrawa Czocher, WaluśKraksaKryzys, Łąki Łan, Marysia Osu, Snakes Snakes Snakes, Ciśnienie, Hańba!, Hiob Dylan, AcidSitter! Rodzimy skład uzupełnia wcześniej ogłoszona formacja Spoiwo. 
           
          Festiwal NADA: Igo, Livka, Nene Heroine.
           
          Great September: DOVE ELLIS! Plus pozostałe nazwy z plakatu poniżej: 
           
           



          Wybrane pozostałe ogłoszenia:

          Nothing But Thieves,  Atlas Arena, Łódź, 21.01.2027
            
          Gurrieres + Enola Gaz, Hybrydy, Warszawa, 23.11.2026
            
          Son Lux, Palladium, Warszawa 16.03.2027 / Tama, Poznań. 17.03.2027 / Kwadrat, Kraków 18.03.2027
            
          MUNA, Progresja, Warszawa, 26.07.2026
           
          First Aid Kit, Palladium, Warszawa, 24.11.2026
            
           
           
           "NAJWIERNIEJSZY FAN W POLSCE"
           
          Wyjątkowo dodatkowa polecajka, a mianowicie piękna rozmowa Mateusza Opyrchała z Lor! Jest tam bowiem taki rozdział zatytułowany "Najwierniejszy fan w Polsce" i możecie domyślać się o kim mowa i kto tu rozczulił się do łez wzruszenia
           
          ➖ 

          PLAYLISTA MIESIĄCA

           
           
          I oczywiście na koniec zapraszam Was do przejrzenia i przesłuchania mojej tradycyjnej playlisty, którą na bieżąco uzupełniałem przez cały miesiąc! Przypominam, że w pierwszej kolejności wyszczególniam albumy i EP-ki (maksymalnie 5 utworów z poszczególnych pozycji), a w dalszej kolejności prezentuję single, w tym te, które nie załapały się w moich powyższych wyróżnieniach, a które również są warte sprawdzenia! Wybory oczywiście skrajnie subiektywne!
           
           
           

          Sylwester Zarębski
          Podróże Muzyczne
          08.06.2026


          Polecane

          Brak komentarzy:

          Obsługiwane przez usługę Blogger.