Podróże Muzyczne relacjonują: OFF Festival 2025!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: OFF Festival 2025


Podróże Muzyczne relacjonują: OFF Festival 2025! 

 

 
We wstępie relacji z zeszłorocznej edycji OFF-a sporo narzekałem na między innymi słabo prowadzoną komunikację organizatorów przez social media i formy ogłoszeń, brak mocnych headlinerów (prócz Grace Jones), nacisk w stronę bookingu modnych hip-hopowych nazw, pożegnanie Kawiarni Literackiej i zastąpienie jej wątpliwej jakości Sceną One Up Tiger... Mimo wszystko po trzech dniach spędzonych w Dolinie Trzech Stawów wróciłem wówczas po raz kolejny usatysfakcjonowany wielowymiarowymi koncertowymi doznaniami, ale też ze wciąż delikatną obawą przed przyszłością festiwalu. Na szczęście moje lęki w ostatnich miesiącach zamieniły się w absolutną ekscytację. Do patronatu na OFFem powróciła Radiowa Trójka, a to przełożyło się na regularne wizyty Artura Rojka w audycji Rotacja i zacne line-upowe ogłoszenia. Bez wyjątku każde kolejne zaskakiwało bardzo pozytywnie i nie boję się stwierdzić, że koniec końców otrzymaliśmy jeden z mocniejszych plakatów wśród tegorocznych festiwali średniego i alternatywnego formatu. Skład na czele z Fontaines D.C., Kraftwerk i Jamesem Blake'em przyciągnął zresztą rekordową ilość publiczności! Ba, w trakcie nawet otrzymaliśmy info o całkowitym wyprzedaniu biletów! Tak ogromne zainteresowanie przeczuwałem już wcześniej na podstawie choćby samej świadomości, ilu mych znajomych koncertowych wariatów postanowiło ponownie się zameldować albo powrócić do Doliny Trzech Stawów. A jednak na widok gargantuicznej kolejki do opaskowania i wejścia w popołudniowy piątek nie byłem przygotowany. Przeżyłem niemały szok. Słyszałem pogłoski, że niektórzy spędzili w niej nawet dwie, trzy godziny... No właśnie. Z jednej strony tłumy fanów na festiwalu cieszyły oko (i pewnie tabelki w excelu organizatorów eksplodowały z radości), a zarazem – w połączeniu później z dodatkowo deszczową pogodą – unaoczniły się pewne mankamenty i wieloletnie organizacyjne zaniedbania. Do tych problemów powrócę jeszcze w podsumowaniu, a póki co pozwólcie, że skupię się na tych koncertowych emocjach, bo tych było co niemiara i w mojej ocenie ten wyborny, eklektyczny program spełnił zdecydowaną większość moich oczekiwań i wyobrażeń. 


Piątek, 01.08




Piątkowe przygody na OFFie udało się rozpocząć od koncertu gitarowego projektu Huberta Wiśniewskiego, czyli The Cassino. Obserwuję ten zespół z uwagą od 2019 roku i do tej pory koncertowe spotkania na showcase'ach (Spring Break 2019 i Great September 2023) zawsze przyjmowałem entuzjastycznie. Twórczość trio (prócz Huberta skład na przestrzeni lat się zmieniał) zawsze plasowałem bliżej indie-rocka, ale w ostatnim czasie chęci do eksperymentowania i skręcania w inne ścieżki gitarowe były bardziej słyszalne. I na Scenie Leśnej (od tego roku pod patronatem mBank i Visa, ale pozwólcie, że pozostanę przy starym przydomku tej drugiej największej sceny na OFFie) The Cassino prezentowali szeroki wachlarz inspiracji, bardziej kierując swoje poczynania w stronę gitarowej alternatywy, by nie rzec awangardy z nutką sporej narracyjnej wrażliwości. Nie odmawiam Hubertowi i jego kolegom (pozdrawiam perkusistę Adama Stępniowskiego, który gra też z dziewczynami z Lor!) pełnego zaangażowania i pasji, choć w tym całym występie brakowało mi pewnej spójności. I trochę też zagubiła się ta bezpretensjonalna przebojowość, która przed laty przyciągnęła mą uwagę do twórczości Huberta. Niemniej to wciąż była solidna dawka alt-rockowych kompozycji śpiewanych przez frontmana charyzmatycznym wokalem zarówno po polsku jak i po angielsku. Czerpanie z wielu stylów nie jest niczym złym, ale The Cassino muszą jeszcze odnaleźć gdzieś w tym wszystkim własną, unikalną ścieżkę. Pierwszy przypływ festiwalowej euforii przypłynął do mnie zatem dopiero od koncertu zespołu... 
 
 
 
Los Campesinos! Przyznam się ku własnemu zdziwieniu, że przez lata ta walijska indie-pop-rockowa formacja ukrywała się przede mną i nie docierała do moich głośników. Właściwie dopiero na kilka dni przed startem OFFa przepadłem w ich twórczości. Na tyle, że ich kompozycja "You! Me! Dancing!" stała się moim nieformalnym hymnem przygotowań do podróży do Katowic. Liczyłem na dawkę bezpretensjonalnego ładunku gitarowego i takowy otrzymałem! Siedmioosobowy skład z Cardiff na scenie nieźle łączył punkowy, emo zadzior ze surową, ale popową melodyjnością. Miewał ten koncert swoje lepsze i słabsze momenty. Początek na czele z przebojową i intensywnie odśpiewaną piosenką "Romance Is Boring" był niezwykle obiecujący, choć nie potrafili wytworzyć wśród publiczności tej iskierki szaleństwa. Nie pomogła w tym też środkowa część koncertu, gdy dynamika i temperatura, mimo pięknie padających złocistych promieni słonecznych na główną scenę Perlage, nieco opadała. Ale warto było kilka numerów przeczekać, bo końcówka oddała! Szaleństwo rozpoczęło się od wspomnianego już "You! Me! Dancing!" – od razu wpadłem w wir pogowania! Fantastyczny kawałek! Rozkręcił się też cały zespół, który bądź co bądź mimo długiego stażu scenicznego, tryskał tego wieczoru młodzieńczą energią. W trakcie przedostatniego kawałka "Baby I Got the Death Rattle" frontman zespołu Gareth David Paisey nawet pokusił się zejście do pierwszych rzędów i wskoczenie w środek tłumu. Zagrane z werwą i porywające do ponownego pogowania w finale "0898 HEARTACHE" z ich zeszłorocznego albumu "All Hell" (dominował w setliście) tylko potwierdziło, że Los Campesinos! mają jeszcze coś do powiedzenia w swoim gatunku i potrafią być gwarancją pozytywnych i bardzo autentycznych emocji. Takie wejścia w festiwal to ja uwielbiam! Choć szkoda tu clasha z Bennym Singsem, którego koncert też zebrał wiele pochwał ze strony publiczności. 
 
 
 
Następnie Nilüfer Yanya swoim kunsztownym i emocjonalny występem wprowadziła mnie w stan błogiej przyjemności. Tak, tak, zdaję sobie sprawę, że nie był to występ pozbawiony mankamentów technicznych (problemy z gitarą Yanyi), siadała dynamika między utworami, być może to nie był też najlepszy dzień samej artystki, może też delikatnie zbyt wczesna pora, za duża scena, ale... Jakoś mi te wszystkie niesprzyjające okoliczności nie przeszkadzały w delektowaniu się i odpływaniu przy kolejnych kreatywnych, marzycielskich, subtelnych kompozycjach, które czule gładziły me serce. Nie był to jednak taki spokojny występ, bo też Nilüfer pozwalała sobie na kreację lawin gitarowego, grunge'owego brudu. Szczególnie zaskoczyła fenomenalnym coverem "Ride of Me" PJ Harvey w końcówce seta. Zresztą ta druga połowa jej koncertu skąpana już w zmroku to był to! Nie ukrywam też, że czekałem na to moje pierwsze spotkanie z tą utalentowaną brytyjską artystką wiele lat, kibicowałem jej właściwie od samego początku kariery i podczas jej występu każde kolejne finezyjne skubnięcia w struny gitarowe, posyłane niebanalne melodie oraz wersy wyśpiewane eterycznym wokalem spotykały się u mnie z głębokim westchnieniem i napływem wdzięczności, że wreszcie to skromne marzenie koncertowe się spełnia! A tydzień później na Way Out West to już w ogóle byłem w skowronkach na jej koncercie... Ale to już inna historia... 
 
 
 
Występ sensacyjnego irlandzkiego hip-hopowego projektu Kneecap bez dwóch zdań był wydarzeniem i zgromadził tego dnia pod Mainem największy, ściśnięty tłum. Przesiąknięty gniewem i sprzeciwem wobec obecnych dramatycznych polityczno-społecznych sytuacji na świecie (szczególnie oczywiście była mowa o Palestynie, ale dostało się też Orbanowi i Niemcom za zakazywanie organizowania koncertów Irlandczyków) nie pozostawiał nikogo obojętnym. Jeśli jednak chodzi o muzyczną warstwę... No to nie jest hip-hopowy vibe i forma, którą poszukuję. Jestem jednak (z okazjonalnymi wyjątkami) zwolennikiem rapu prezentowanego z żywym zespołem. Bity zapodawane przez DJ-a Próvaí połączone z żarliwymi nawijkami Mo Chara i Móglaí Bap rzecz jasna przenosiły w sobie ładunek wybuchowy, ale zarazem trochę brzmiały monotonnie. Nieco więcej zróżnicowania wkradło się w drugiej połowie koncertu, gdy wplecione zostało także bardziej elektroniczno-klubowe brzmienie, ale wciąż nie czułem w tym nic wyjątkowego. Gdyby nie ten cały core i fenomen oparty w pierwszej kolejności na buncie w obronie tradycyjnego języka irlandzkiego, stworzeniu na tej podstawie nomen omen świetnego filmu i wykrzykiwaniu ze sceny obecnie bezpardonowych, ostrych politycznych komentarzy – Kneecap byliby dla mnie jednym po prostu z wielu hip-hopowych projektów. Niemniej z podziwem z boku spoglądałem na szaleństwa tłumu (z relacji bezpośrednich wiem, że pogowanie było srogie) i energię sceniczną samych Irlandczyków, ale nie poczułem pociągu do doświadczenia tego na własnej skórze. O chęć przeciskania się w środek młynu zadbała za to inna formacja...
 
 
 
Fat Dog! O ich atomowej sile przekonałem się już w zeszłym roku na Open'erze. Uciekałem wówczas z koncertu Kim Gordon i z marszu wpadłem w rozkręcany moshpit przez obecnego w tłumie lidera tej formacji Joe Love'a pod Flow Stage. Fat Dog przyjechali wtedy do Gdyni jeszcze przed premierą debiutanckiego albumu i ich kariera dopiero raczkowała, ale przez te ostatnie dwanaście miesięcy za sprawą zachwalanej płyty "WOOF." i zyskanej renomie pozytywnych świrów koncertowych ich popularność wystrzeliła. I było to widoczne za sprawą licznego i świadomego tłumu zebranego pod Sceną Leśną. Lud żądał postpunkowej imprezy i takową otrzymał! Szalone gitarowe kompozycje utrzymane w buńczucznym, klezmerskim klimacie, podparte znakomitą grą saksofonu i dynamiczną perkusją skutecznie prowokowały do zerwania się ze smyczy spokoju i wpadnięcia w objęcia nieomal rave'owej furii. Publiczność z ekscytacji szczekała i wyła! A Joe w swoim stylu spędził ponad dziewięćdziesiąt procent występu przy barierkach, okazjonalnie wpadając w tłum, czym tylko podkręcał ekscytację wśród fanów. Miałem w sobie poczucie, że kółeczko, które kręciliśmy przy brawurowym, finałowym utworze "Running" przygotowało mnie do olimpijskiego startu w biegach na wszelkie dystanse! Twórczość Fat Dog niekoniecznie biorę na serio i to dla mnie wciąż celowo przerysowana dawka postpunku, która mogłaby stanowić soundtrack pod kolejną część gry Mortal Kombat, ale... Po co grać i słuchać takiej muzy w wirtualu, skoro można zadawać i otrzymywać fatality w rzeczywistości! Naprawdę zachęcam do przeżycia koncertu Fat Dog z tej bliższej perspektywy! Ja czułem się po tym szalonym gigu wspaniale znokautowany!    
 

 
Na finał headlinerski występ legendarnej elektronicznej formacji Kraftwerk! Znajomością dyskografii zespołu pochwalić się nie mogę i nigdy nie czułem ich fenomenu, ale nie omieszkałem przy tej znakomitej okazji się z tym niemieckim projektem zapoznać. I doświadczenie tego koncertu było porównywalne z odpaleniem starego katridżu z zestawem gier na Pegasusie. Niby archaicznie, ale wciąż grywalnie! Choć domniemam, że im młodszy odbiorca, tym zapewne ten próg wejścia w tę retrofuturystyczną wizję był trudniejszy. Niemniej klasyczna oprawa (czterej członkowie zespołu ubrani w tradycyjne ledowe kostiumy i za ogromnymi pulpitami) i świetne wizualizacje (szczególnie ten Spodek lądujący przed główną sceną OFFa!) cieszyły zmysł wzroku, a precyzyjne rytmy hipnotyzowały. Aczkolwiek też nie mogę szczerze stwierdzić, że zostałem wybitnie porwany do tańca. Niemniej warto choć raz w życiu doświadczyć tego audiowizualnego spektaklu i usłyszeć klasyki pokroju "Autobahn", "The Model" (szkoda, że w anglojęzycznej wersji), "Tour de France", "Radioactivity", "The Man-Machine" i inne. No i ten "Mini Kalkulator" śpiewany po polsku – hit! Headlinerski slot w pełni zasłużony.


Sobota, 02.08


 
Sobotnie przygody rozpocząłem od zastrzyku dawki postpunkowej agresji od naszych południowych sąsiadów ze Słowacji – młodych i gniewnych chłopaków z zespołu Berlin Manson. Dużo w tym występie było buntu i złości wobec niespełnionych kapitalistycznych nadziei. Gitarowe brzmienie zręcznie łączyło się ze synthpopowym i hip-hopowym vibe'em. Frontman dwoił się i troił, opluwał mikrofon, lądował pod barierkami, próbując pobudzić jeszcze nierozgrzaną publiczność. Bardzo solidny koncert, który pokazał, że postpunkowa fala rozlała się też na mniej oczywiste kraje. 
 
 
 
W inne muzyczne rejony przeniósł nas zaś pod Sceną Leśną Elias Rønnenfelt. Lider zespołu Iceage (pamiętny koncert na Open'erze 2022 po ewakuacji!) w solowym wydaniu dostarczył nam kolekcję promiennych kompozycji z pogranicza stylów Americana i alt-country. Gitara akustyczna, bas, skromny zestaw perkusji i na pierwszym planie charyzma i zmysłowy, cierpki wokal duńskiego artysty! Ma ten chłopak jakiś magnetyzm w sobie. Wyglądał trochę tak, jakby przed wyjściem na scenę wypił butelkę winą, z zamglonym wzrokiem, z luźną rozpięta koszulą, prezentując swoje tatuaże na klatce piersiowej, ekspresywnie szarpiący za struny elektroakustyka. Kolejne kompozycje porywały do tupania nóżką i pięknie korelowały ze słoneczną, popołudniową aurą. Sielski klimat amerykańskiego południa dowieziony! Momentami może prosiło się o dodatkowe wsparcie smyczkami lub harmonijką ustną w celu podbicia klimatu, ale generalnie w tej surowej konwencji zespołowego tria ten koncert i tak już wystarczająco miło rezonował w mym serduchu. W finale jeszcze dodatkowo usłyszeliśmy kompozycję Iceage "Against the Moon" wykonaną już akustycznie przez samego Eliasa. Po prostu ładnej urody koncert o odpowiedniej porze i w odpowiednich warunkach.
 
 

O Lambrini Girls zrobił się szum w ostatnich miesiącach za sprawą ich intensywnych i elektryzujących koncertów w punkowym stylu. W międzyczasie żeński duet z Brighton wydał również przyzwoitą debiutancką płytę "Who Let the Dogs Out" i ich ogłoszenie na OFFie przyjąłem z ekscytacją. Nie ukrywam, że podglądałem sobie nagrania z ich występów i nieco sobie zaspoilerowałem ten koncert, ale mimo wszystko skala szaleństwa, które rozpętało się pod główną sceną całkowicie przerosła moje wyobrażenie! Można oczywiście dyskutować nad tym, czy aby to nie był za bardzo przegadany koncert (a przemów antysystemowych, o feministycznym, queerowym zacięciu było tu doprawdy bez liku!), czy też dziewczynom nie brakuje trochę gitarowej kreatywności (kolejne kompozycje ocierały się o standardowe schematy – wyjątek stanowiło finałowe "Cuntology 101" o bardziej klubowo-elektronicznym charakterze), czy tu nie było tu za dużo wodzirejstwa i performensu, ale... To były kwestie, które dopiero dopłynęły do mnie, gdy umysł się ochłodził. W momencie samego koncertu totalnie przepadłem w punkowe sidła zastawione przez Phoebe Lunny i Selin Macieira-Boşgelmez. Zresztą nie tylko ja – kręcony moshpit niemalże na całej przestrzeni od wieży technicznej do sceny robił wrażenie! Byłem przekonany, że gdyby Phobebe, która swoją drogą często gościła wśród tłumu, kazała nam wykonywać pompki, to byśmy to uczynili bez wahania. Zresztą chętnych do stworzenia w finale ludzkiej piramidy (kto był, ten wie) nie brakowało! Spora część publiczności totalnie zatraciła się w tym ostrym jak brzytwa i surowym punkowym szaleństwie! Doszło też do zabawnego momentu, gdy ktoś zainicjował zabawę "kto nie skacze ten z policji" i tłum skakał, a dziewczyny zdawały się być nieco zdezorientowane całą sytuacją. Niestety dla jednej osoby ten koncert skończył się nieszczęśliwą kontuzją. Była wymagana akcja służb ratowniczych i tu plus dla dziewczyn, że wstrzymały koncert i zaapelowały o baczniejszą uwagę na osoby wokół siebie. Zabawa zabawą, ale bezpieczeństwo i troska o innych powinna być zawsze podstawą. No i co mogę więcej powiedzieć? Lambrini Girls potrafią w punkowe show, sam zdrowo potańczyłem i pobiegałem w kółeczkach, więc moje emocje pozytywne, choć zastanawiam się, czy dziewczyny zdołają z tej formy w przyszłości wykrzesać coś więcej. 
 
 

Oddech po brykaniu na Lambrini Girls łapałem na baaardzo wyczekiwanym koncercie Panchiko. Koncercie, który niestety pozostawił mnie ze sporym niedosytem. A doprawdy w ostatnich tygodniach mocno wkręcałem się w twórczość tego zespołu z Nottingham. Zafascynowała mnie w pierwszej kolejności oczywiście ich niebywała historia zmartwychwstania w cyfrowej erze. Przywoływałem ją już przy polecajce tego albumu w kwietniowej odsłonie cyklu Aktualnie w Głośnikach, więc tylko krótko nakreślę, że pod koniec lat nieopierzeni chłopcy 90. wydali album "D>E>A>T>H>M>E>T>A>L", który nie zyskał rozgłosu i przepadł w zapomnieniu, ale został on na nowo odkryty w 2016 roku przez pewną osobę, która wrzuciła ten materiał do sieci i stał się on w undergroundowym świecie viralem. Zespół się odrodził i reszta jest historią. Pewien paradoks u mnie polega na tym, że nie przepadłem w ich debiucie, a w me czułe emocjonalne struny uderzyły kompozycje z ich najnowszego, tegorocznego albumu "Ginkgo". Nawet śmiałem twierdzić, że to najlepszy album Radiohead, którego nie nagrało Radiohead. Pewnie przesadzam, ale nie zmienia to faktu, że niezwykle kunsztowne, beztrosko szybujące, indie-shoegaze'owe z nutką awangardy i estetyki lo-fi kompozycje trafiły na podatny grunt mojego serca. Liczyłem zatem bardzo na możliwość przeżywania ich na żywo, ale... Panowie zagrali tylko 3 kompozycje z tej płyty... Usłyszeliśmy piosenkę tytułową, "Mac's Omelette" i na szczęście uwielbiane przeze mnie "Lifestyle Trainers". Ale no pominięcia choćby "Chapel of Salt", "Floridy" czy "Honeycomb" trudno wybaczyć (rozumiem tylko brak chęci do świetnego "Shandy in the Graveyard" z uwagi na rapowane wersy). Skandal. Z drugiej strony, siląc się na stosunkową obiektywność, nie dziwię się, że podczas tej pierwszej wizyty w Polsce Panchiko postawili na starszy materiał, z naciskiem na pięć kompozycji z "D>E>A>T>H>M>E>T>A>L", które zyskało miano tego zagubionego arcydzieła muzyki indie. I wokół mnie zresztą odczuwałem, że świadoma publiczność reagowała na te utwory bardzo żywiołowo. Ja tu trochę biję się w pierś, że nie w pełni odrobiłem lekcję domową. Ten koncert generalnie mi się podobał, ale... Czy moje odczucia byłby bardziej entuzjastyczny, gdyby faktycznie zagrali więcej kompozycji z "Ginkgo"? No i tu mam też wątpliwość... Nawet te piosenki, które wybrzmiały, w mojej ocenie nie oddały tej jakości i emocjonalności studyjnej. To były poprawne wykonania, ale cechujące się jednak pewnymi znamionami "garażowości". Wokalnie Gavin Jasper też miewał lepsze i słabsze momenty. No i chyba kluczowa sprawa, która sprawia, że Panchiko pozostaną w tej gitarowej lidze kilka poziomów niżej od Radiohead: brakuje im scenicznej wyrazistości i charyzmy. Niemniej nie żałuję obecności, to był bardzo dobry koncert, który z każdym kolejnym chowającym się za horyzontem promieniem słonecznym nabierał odpowiedniego klimatu i subtelnej magii. A "Ginkgo" wciąż pozostaje mym faworytem do najlepszego zagranicznego albumu tego roku. Być może jednak popełniłem błąd, zostając pod Sceną Leśną do ostatniego dźwięku, gdyż potem już nie sposób było się wcisnąć do namiotu Trójki na koncert...
 
 

Have A Nice Life. No i zdaję sobie sprawę, że przez krąg zagorzałych offowiczów to był bardzo hajpowany i wyczekiwany koncert, ale osobiście przyznaję się, że o HANL dopiero pierwszy raz usłyszałem podczas ich ogłaszania na OFFie. No i też nie nadrabiałem jakoś szczególnie ich dokonań. Ot spojrzałem na fragmenty występów, skromne podejście do ich dyskografii też było, ale jakoś nie zatrybiło i nie poczułem tego fenomenu. Pozostawiałem jednak dla nich otwartą furtkę właśnie do czasu tego koncertu, ale... No przeżywanie ich występu z odległości poza namiotem mijało się z celem. Poza tym w trakcie na nieboskłonie pojawiały się pierwsze błyski piorunów, które zaczynały zwiastować nieoczekiwaną burzę. Jeszcze kilka godzin wcześniej żadna prognoza tego nie przewidywała! W momencie zrywu silnego wiatru już wiedziałem, że tu nie ma żartów. Bez żalu postanowiłem się ewakuować i schronić pod Sceną Eksperymentalną. Czytałem i słyszałem wiele relacji i opinii, że to był jeden z najlepszych koncertów nawet w historii całego OFFa, ale cóż... Na ten moment mam wobec tego obojętny stosunek, ale może kiedyś z czasem na to wspomnienie będę pluł sobie w brodę. Czas pokaże. 
 
 

Koniec końców wylądowałem pod tym namiotem Sceny Eksperymentalnej (co ciekawe pierwszy i jedyny raz podczas tej edycji), gdzie do swojego koncertu przygotowywali się Japończycy z zespołu Envy. Już pierwsze dźwięki dochodzące z tej próby zwiastowały niebywale hałaśliwy koncert. I faktycznie pół godziny później przybysze z Kraju Kwitnącej Wiśni zalali nas falą potężnych strumieni post-hardcore'owych, screamo dźwięków. Zespół z ponad trzydziestoletnim stażem łoił ostro i nieprzyzwoicie przekraczał normy hałasu. Gitarzyście finezyjnie torturowali swoje instrumenty, a frontman Tetsuya Fukagawa naprzemiennie melodeklamował i intensywnie wykrzywiał kolejne wersy w japońskim języku. Liryczne treści właściwie nie miały tu znaczenia. Tu liczył się hardcore'owy łomot! Moje bębenki słuchowe zgłaszały protest, ale dusza i rozum, gdzieś przepadły w tej post-hardcore'owej otchłani. Pod koniec pod sceną działy się już ekstremalne zawody w tańcu. Lubię takie hałaśliwe niespodzianki na OFFie!   
 
 

Ukojenia po tym obuchowym przyłożeniu przez Envy szukałem na headlinerskim koncercie James'a Blake'a i je znalazłem! Ależ ten brytyjski wokalista, producent muzyczny, autor tekstów i kompozytor mnie zachwycił! To był jego najlepszy koncert z trzech, które widziałem w przeciągu roku, nawet biorąc pod uwagę, że z nieco zmienionej setlisty wypadły pewne perełki (szczególnie szkoda z rezygnacji z pięknie łączonych coverów "Hope She'll Be Happier" Billa Withersa i "No Surprises" Radiohead oraz tanecznego "Thrown Around"). Nadal oczywiście pierwsze spotkanie z Blake'em na Colours of Ostrava (choć mimo wszystko był tam przestrzelonym headlinerem) i jego popołudniowy set w zastępstwie The Smile na Way Out West będę wspominać ciepło, ale to tu na OFFie dopiero wszystko mi ze sobą zagrało, łącznie z moim własnym nastrojem. To był odpowiedni festiwal, odpowiednia pora i odpowiednia publiczność na ten powrót Blake'a do Polski po dobrych kilku latach (poprzednio Open'er 2017). I jak powiadają, że po burzy zawsze wychodzi słońce, to tak tym razem w Katowicach na scenę wyszedł James w znakomitej formie! Perfekcyjnie balansujący i lawirujący między melancholijnymi, balladowymi kompozycjami a utrzymanymi w nowoczesnej produkcji, elektronicznymi, pulsującymi i elektryzującymi odjazdami. Oczywiście to te subtelniejsze oblicza Blake'a bardziej uderzały w czułe punkty mego serducha, ze szczególnym wskazaniem na chóralnie odśpiewane przez publikę "Say What You Will", niezmiennie wzruszająca wersję "The Limit to Your Love" Feist, katarktyczne "Like The End" (instrumentalne crescendo w finale fenomenalne) i przeszywający duszę cover "Godspeed" Franka Oceana śpiewany przez ten niesamowicie rzewny wokal Blake'a przy akompaniamencie samego pianina.  Po tym ostatnim wykonaniu James nas zaskoczył i postanowił zagrać przedpremierowo nową kompozycję z nadchodzącego albumu (nie zdradził więcej szczegółów poza enigmatycznym "soon") – "Trying Times"! Ta przecudowna kompozycja również wpisywała się w tę bardziej melancholijną i łamiącą serce odsłonę twórczości laureata dwóch nagród Grammy. Po koncercie oczywiście wywiązywała się w gronie Podróżujących dyskusja, czy nie byłoby lepiej, gdyby James zagrał cały koncert w tym "pościelowym" klimacie. Zdania były różne. Niemniej osobiście uważam, że Blake naprawdę w jakiś niebywały sposób zręcznie z pomocą dwójki kolegów (perkusisty i dodatkowego multiinstrumentalisty) wplatał w ten występ zdynamizowane i uderzające elektronicznym bitem kompozycje, które wzbogacały i ożywiały ten występ. Może tylko pozbyłbym się z repertuaru "Mile Highe" z puszczonymi z taśmy wokalami Travisa Scotta i Metro Boomina, ale już transowe "Fall Back", plusujący przytłumiony beat w trapowym rytmie i chłodne syntezatory w "Life Round Here", klubowy vibe łączony z nastrojową warstwą liryczną w "Loading", wpadające w techno "Tell Me", napędzane także dynamicznymi stroboskopowymi światłami "Voyeur" pokazywały talent Blake'a do tkania misternych i hipnotycznych produkcji. Warto jeszcze zwrócić uwagę, że to był zaledwie jeden z dwóch europejskich koncertów Blake'a w tym roku. Trzymamy także za słowa Blake'a, które padły ze sceny, że wróci do nas szybko z nowym materiałem. Zdecydowanie ten wspaniały koncert na OFFie nakręcił mnie na solowe spotkanie z Jamesem.     
 
 

Podbiłem jeszcze pod Scenę Leśną, gdzie o ostatnie podrygi tego dnia postanowił zadbać londyński duet Two Shell. Pierwsze minuty były bardzo obiecujące, ale tak po pół godzinie dynamika nieco siadła, a i ja sam opadłem z sił, więc to był dobry moment na wywieszenie białej flagi. 
 
 

 Niedziela, 03.08

 
 
Przechadzając się w niedzielę po błotnistym terenie Doliny Trzech Stawów właściwie na każdym kroku natrafiałem na osoby w koszulkach Fontaines D.C.! Też zapragnąłem takową zakupić, ale już po godzinie 17 brakowało rozmiarówek w merchu! Skala zainteresowania tym koncertem przerosła być może nawet najśmielsze oczekiwania. Ale zanim Irlandczycy zaprezentowali nam się w roli headlinera, to jeszcze do bagażu wspomnień wpadło kilka miłych koncertowych doznań...
 
A festiwalową niedzielę rozpocząłem od meldunku pod Sceną Trójki i koncertu pochodzącego z Czech, a obecnie mieszkającego w Anglii Davida Žbirka, który swoją twórczość ukrywa pod szyldem Sunbrella. W trójosobowym składzie zaprezentował nam całkiem niezłą próbę łączenia shoeage'zu i electro-dream-popu. Sporo tu było eterycznych warstw dźwiękowych i wciągających, mgliście przesterowanych  tekstur gitarowych, ale wbrew pozorom kolejne kompozycje cechowały się nader przebojową dynamiką napędzaną przez pędzącą żywą perkusję. Nie zawrócił mi ten występ w głowie, ale był całkiem przyjemną rozgrzewką przed resztą dnia.
 
 
 
Następnie Scenę Leśną przejął syn legendarnego Fela Kutiego, Seun Kuti z zespołem Egypt 80. Kontynuując dzieło swojego ojca, wlewał w nasze serca pozytywną, afrobeatową energię. Co prawda nie zaczarował na tyle, by przegonić chmury na niebie i przywołać słoneczną aurę, ale uprzyjemnił mi czas oczekiwania na występ... 
 
 
 
MJ Lendermana! Artysta z Karoliny Północnej zasłużenie w zeszłym roku rozbłysnął jako nowa gwiazda alternatywnego country za sprawą świetnie ocenianego albumu "Manning Fireworks". Ja również wsiąknąłem w jego tęskne country, przeradzające się w surowo chrupiący indie-rock oraz mistrzowsko rzeźbione riffy. No i MJ Lenderman z całym zespołem dowiózł takowe brzmienie rodem z zadymionego baru z południa Stanów. Co prawda do Katowic nie dotarły instrumenty, co z pewnością miało pewien wpływ na komfort występowania, ale panowie wykazywali się jednak pełnym profesjonalizmem i zgrzytów technicznych właściwie nie było. Można było spokojnie odpływać w te sielskie gitarowe brzmienie, które momentami nabierało żywiołowego rozpędu. Tu choćby zaskoczyła mnie energetyzującego wykonanie starszego kawałka "SUV". Kilka tych perełek z przeszłości się pojawiło, nie zabrakło też zgrabnego coveru "Dancing in the Club" This Is Lorelei, ale lwią część repertuaru stanowiły oczywiście piosenki (łącznie siedem) ze wspomnianego "Manning Fireworks". I one były przyjmowane przez publiczność pod sceną niezwykle entuzjastycznie, a obok mnie fani popisywali się znajomością poszczególnych wersów. Sam MJ Lenderman w swoim stylu był na scenie totalnie zblazowany, śpiewał w swoim zmanierowanym stylu od niechcenia i posyłał w naszą stronę fantazyjne solówki. Tak właśnie wyobrażałem sobie ten koncert! Nawet jeśli to nie był najlepszy dzień i forma MJ Lendermana, to i tak dostarczył pozytywne gitarowe wrażenia. Rockowy granat zdetonowali jednak panowie z duetu... 
 
 
 
Soft Play! Jeśli ktoś już wcześniej przeżył jakikolwiek koncert Laurie Vincenta i Isaaca Holmana (wcześniej grali pod nazwą Slaves), ten doskonale wiedział, że czeka nas szalone punkowe show! I w istocie takowe było! Nie zabrakło tych charakterystycznych cech ich występów: Isaac na stojąco z gołą, usportowioną klatą wściekle atakował minimalny zestaw perkusyjny, a Laurie z gitarą w dłoni tańczył po całej scenie, skakał niczym pantera, dawał upust energii, wykonując wykopy – po prostu czyste szaleństwo. Nie zabrakło też z ich strony bliskiej interakcji z publicznością, w tym schodzenia w środek młynu. Doszło do zabawnej sytuacji, gdy Laurie zgubił gitarę, przejętą przez dziewczynę, która wcale tak skora nie była do jej oddania. Najbardziej jednak pamiętny moment wydarzył się w drugiej części koncertu, gdy chłopaki ze sceny zachęcili panie do stworzenia wyłącznie żeńskiego pogo. A nastąpiło to przy podwójnie wykonanym w szalonym tempie utworze "Girl Fight"! Z szerokim uśmiechem na twarzy obserwowałem ten fragment! No właśnie. Osobiście nie będę wspominał tego trzeciego spotkania z chłopakami jako najlepszego, gdyż postanowiłem włączyć u siebie tryb oszczędzania energii i już nie pakowałem się w epicentrum pogo, a po drugie... Miałem wrażenie, że nagłośnienie tego koncertu było bardzo ciche. Mogło to wynikać oczywiście z tej formy punkowego minimalizmu instrumentalnego, który Soft Play prezentują, ale jednak zapamiętam koncert Slaves z Colours Of Ostrava jako niezwykle hałaśliwy. Może wrażenia spod samej sceny byłby u mnie inne, ale z tej dalszej perspektywy było dla mnie za bardzo soft. Niemniej chłopaki na scenie i fani pod bawili się doskonale, więc kto chciał tu na OFFie zatracić się w punkowym szaleństwie, ten znów miał taką okazję. Z końcówki koncertu uciekałem, by zdołać się tym razem zmieścić w namiocie na występie...        
 
 
 
Geordie Greepa! I tu na wstępie zaznaczam, że, mimo licznych docierających do mnie entuzjastycznych opinii, nie zaznajomiłem się ze zeszłorocznym debiutanckim solowym dziełem lidera zawieszonej formacji Black Midi przed przyjazdem na OFFa. I nawet uczyniłem to w pełni świadomie, by Geordie zaskoczył mnie tak samo, jak jego macierzysta formacja swoim ekscytującym, poniewierającym występem na Scenie Eksperymentalnej w 2019 roku. I to była całkiem trafna decyzja, bo ten występ Greepa z sześcioosobowym zespołem (gitary, perkusja, klawisze, bas, wiolonczela) fascynująco mnie zaskakiwał i wciągał totalnie jazzową i prog-rockową finezją, ocierającą się wręcz o poetycki poziom. Czułem się jak na audiencji w szkole muzycznej w trakcie egzaminu dyplomowanego, na którym to uczeń pragnie pokazać pełny wachlarz swoich wirtuozerskich umiejętności i nie brakuje mu odwagi, by improwizować. A awangardowych odlotów instrumentalnych to tutaj nie brakowało. Geordie aż zażyczył sobie wyświetlania na tylnym telebimie zegara, by przestrzegać czasu, ale... Ostatecznie ostentacyjnie i tak zignorował te ramy czasowe, przeciągając wybuchowe i porywające publikę do pogowania "Holy Holy" o dobre kilka minut. Techniczny sceny tylko wyłonił się z boku i piorunował wzrokiem wybryk Geordiego. Doprawdy już zastanawiałem się, czy nie zostanie odcięty prąd. Na szczęście nikt nie wpadł na ten pomysł. A Brytyjczyk mógłby ciągnąć ten koncert pewnie w nieskończoność i w tę eklektyczną gitarową otchłań z chęcią skoczyłbym razem z nim. No absolutnie odpływałem przy tych fenomenalnych instrumentalnych popisach! Klasa! I festiwalowa topka dla mnie!     
 
 
Nie było niestety dane nam potańczyć przy Snow Strippers, którzy odwołali swój przyjazd na OFFa krótko przed startem wydarzenia, ale tym samum wreszcie dla mnie podczas tej edycji pojawiła się chwilka na złapanie oddechu i zebranie dodatkowych sił przed najbardziej wyczekiwanym przeze mnie koncertem tegorocznej edycji...
 
 
Fontaines D.C.! 
 
 
Podróżujący Patryk tuż po tym koncercie słusznie stwierdził w wymianie naszych wyrażeń na gorąco, że Irlandczycy przerośli OFFa. Tak! I to jest właśnie piękno całej tej historii i relacji na linii Fontaines D.C. – OFF Festival. Od piorunującego koncertu mało znanej irlandzkiej postpunkowej kapeli jeszcze przed wydaniem debiutanckiego albumu, który okazał się odkryciem edycji 2018 roku po ten headlinerski występ, który jak na standardy katowickiego festiwalu, ocierał się już o gitarową epickość. Wprost niesamowite, jak ten zespół sukcesywnie rósł przez te ostatnie lata! Wszyscy to podkreślają i mają rację – to był naprawdę ostatni moment dla ekipy Artura Rojka na taki booking. Fontaines D.C. wszakże za chwilę będę przemierzać świat z koncertami halowymi, a kto wie, czy nie zabrną jeszcze wyżej! I podczas tego koncertu w reakcji na żywiołowe zaangażowanie tłumnie zebranej publiczności poczułem niebywałe wzruszenie, że uwierzyłem w nich właśnie od tego kultowego już koncertu w 2018 roku w namiocie Sceny Trójki i przewidziałem im przyszłość na wielkich scenach. Z tej całej współczesnej postpunkowej fali to właśnie oni stali się dla mnie tym najważniejszym i ukochanym zespołem, który z każdym kolejnym albumem i przeżytym koncertem tylko pogłębiał ten stan! 
 
Zatem możecie sobie wyobrażać te narastające we mnie emocje, które właściwie targały mym ciałem, sercem i rozumem jeszcze przed wejściem zespołu na scenę. A jak już się pojawili... To jeszcze chwilę musiałem studzić swój zapał, bo rozpoczęli od tytułowej kompozycji "Romance" z przełomowego dla ich popularności zeszłorocznego albumu – piosenki o niezwykle gęstym, mrocznym, dramaturgicznym ciężarze, która sprawiła, że włoski na skórze się zjeżyły. Ale po tym jak następnie wjechali z "Jackie Down the Line" – OMG! Trzęsienie ziemi! Wszystkie buzujące emocje znalazły wreszcie swoje ujście! Od razu porwany zostałem do skakania i z Podróżującymi Agnieszką i Michałem zostaliśmy niemalże wciągnięci przez wir, tworzącego się pogo po prawej stronie i w jakiś totalnym amoku przemieściliśmy się w epicentrum tych wydarzeń! A Grian Chatten i jego koledzy nie zamierzali zwalniać tempa. Na drugą nóżkę dołożyli z debiutanckiej płyty gwałtowne "Boys in the Better Land", przy którym już całkowicie zatraciłem się w tym koncercie! Odjazd! Atmosfera wokół mnie była wybitna! Niezależnie od tego, czy Fontaines D.C. częstowali nas elektryzującymi i porywającymi kompozycjami, czy też zwalniali do bardziej balladowego, melancholijnego tempa – nasz poziom zaangażowania w ten koncert nie spadał. Nieustannie niosło mnie w taniec, nawet jeśli odrywanie stóp od błota było zadaniem cholernie wymagającym dodatkowych sił. Jestem przekonany, że gdyby nie ten grząski grunt pod sceną, to znalazłoby się więcej chętnych do tej zabawy moshpicie. Tym większe uznanie dla osób, które bawiły się z zapałem, odwagą i rozwagą! Wynosiliśmy wspólnie ten koncert na ikoniczny poziom! Odkręcone na maksa nasze głosy podążały za kolejnymi wersami tekstów oraz – co piękniejsze – za gitarowymi riffami, co jakiś czas ktoś decydował się na crowdsurfing, nie brakowało okazji do biegania w kółeczku – szczególnie zapraszał do tego czynu kulminacyjny moment w poruszającym "I Love You", podczas którego zresztą subtelnie na telebimach zostało wyświetlone hasło "Free Palestine" (palestyńska flaga przez cały koncert była wywieszona na scenie), przy choćby combie utworów "Big", "Hurricane Laughter" i "Here's the Thing" odpinaliśmy wrotki obłąkania na niespotykaną skalą, nasze serca rosły jak drożdże przy emocjonalnych "It's Amazing to Be Young" oraz "Favourite" i tak jeszcze mógłbym wymieniać kolejne uniesienia przy pozostałych piosenkach... "Televised Mind", "Death Kink", "Bug", "In the Modern World" – wspaniałości! Ale na szczególne wyróżnienie zasługuje jeszcze oczywiście finałowy "Starbuster"! Jakiż to jest przekozacki rockowy banger! I ten moment zwolnienia w środku kompozycji... Pod sceną w tym momencie zadziała się magia! Wzruszająco złączyliśmy się wspólnie w łańcuchu uścisków, a chwilę później eksplodowaliśmy przy refrenie, skacząc w jednym rytmie i zdzierając ostatnie pozostałości strun głosowych! Wow! Szaleństwo płynące ze szczerej miłości do zespołu! Piękne to było! Nie żałuję niczego! 

Muszę też koniecznie jeszcze nadmienić, że setlista była zdecydowanie lepiej (czytaj bardziej zachęcała od początku do rozboju) ułożona od tej na Primaverze (kiedyś jeszcze na blogu powspominam tę przygodę), a chłopaki na scenie wykonali swoją pracę należycie – konkretnie i z pełnym przekonaniem co do swoich umiejętności i ambicji. To prawda, że tego wieczoru Grian Chatten nie był w nastroju do nawet krótkiego rzucenia hasła "Thank You", ale generalnie ten typ tak ma. W tej ich scenicznej enigmatyczności też jest coś dla mnie pociągającego. Co nie znaczy, że Grian był jakkolwiek poza show. Wręcz przeciwnie. Przemierzał scenę nieustannie dziarskim krokiem, wspinał się na odsłuch, kierował mikrofon w stronę publiki, uderzał statywem w deski sceny, wznosił tryumfalnie ramiona w górę, nakręcał nas prostymi gestami dłoni – po prostu postawił na komunikację niewerbalną. Jeśli już miałbym się do czegoś przyczepić, to do produkcji koncertu. Gra świateł budowała klimat, nagłośnienie bez zarzutu, ale dziwił brak standardowo podwieszanej pod dachem atrapy z nazwą zespołu i telebimu w tyle sceny (zastąpiony przez kurtynę). Z trzech koncertów widzianych przeze mnie w tym roku, ten był pod tym względem najuboższy. Nie miało to jednak dla mnie w trakcie żadnego znaczenia, bo pod względem podscenicznego, wspólnotowego przeżycia ten koncert Fontaines D.C. nie miał dla mnie równych! Udowodnili, że są już wielcy. A mogą – i tak wieszczę – zostać dla określonej publiczności legendami. Kolejny powrót na OFFa? Może za dwadzieścia, trzydzieści lat? Wiecie doskonale, co mam na myśli. 
 


Podsumowanie


 
Tegoroczny OFF Festival po raz kolejny mnie nie zawiódł, a nawet przerósł oczekiwania pod względem dostarczenia rozmaitego i jakościowego muzycznego programu! Poza może tylko lekko rozczarowującym występem Panchiko, pozostali wyczekiwani przeze mnie artyści dowieźli koncertowe emocje, jakich pragnąłem. Epicki koncert Fontaines D.C., awangardowy odjazd Geordie Greepa, magnetyczna Nilüfer Yanya, wyrafinowany eklektyzm Jamesa Blake'a, szaleństwa w pogo na Lambrini Girls i Fat Dog, indie-rockowy entuzjazm Los Campesinos!, post-hardcore'owa otchłań Envy, punkowi wariaci z Soft Play, retrofuturystyczny spektakl Kraftwerk, klimatyczne alt-country od MJ Lendermana i Eliasa Rønnenfelta i wiele więcej! Bagaż koncertowych wspomnień przywieziony z Katowic znów przepełniony pozytywnymi emocjami! 
 
O ile line-up OFFa imponował, tak łyżkę dziegciu zapewniły nam w tym roku pewne aspekty organizacyjne. Po prawdzie poziom zapewnienia komfortu uczestnikom kuleje już od lat, ale w zderzeniu z rekordową frekwencją pewne mankamenty zaczęły bardziej doskwierać niż na poprzednich edycjach. O ciągnącej się w nieskończoność kolejce z pierwszego dnia wspominałem już na początku – dodatkowy punkt opaskowania w centrum Katowic mógłby rozwiązać sytuację, zmiana lokalizacji namiotów (przed bramą zapanował chaos) również. Poza tym  uwagę zwracała wciąż za mała liczba toi-toi (pisuary usprawniłyby sytuację) jakością odstających od konkurencji i stoisk z wodą pitną (pierwszego dnia tylko jedno, od drugiego zorganizowano beczkowóz, ale wciąż to za mało), niezabezpieczone kluczowe przejścia przed błotem (wystarczyłby gumowe kładki), namioty przy takich tłumach prosiły się o upgrade (bądź bardziej sensowne rozmieszczanie artystów, ale tu też rozumiem, że to mogły być bookingowe uwarunkowania), strefy partnerów w tym roku były nijakie...  Oczywiście to wszystko da się przeżyć, pewne sytuacje są wpisane w festiwalowe żyćko, sam generalnie nie grymasiłem i stawiałem czoła z uśmiechem na twarzy wszystkim niedogodnościom, ale mam nadzieję, że organizatorzy wyciągną pewne wnioski z tych problemów i w ślad za sukcesem tej edycji pojawi się pewien organizacyjny progres w przyszłości. W kontrze muszę zaś pochwalić jedną zmianę organizacyjno-programową. Ogromny plus za stworzenie w miejscu dawnej Kawiarni Literackiej sceny mBank OFF Jazz Club. Co prawda rozpiska niestety nie pozwoliła mi na skorzystanie z tej przestrzeni przeznaczonej dla naszej młodej, prężnie działającej sceny jazzowej, ale słyszałem, że cieszyła się ona popularnością i jej obecność jak najbardziej ma sens i idealnie wpisuje się w krajobraz OFFa.
 
Warto też wspomnieć, że to była bardzo upolityczniona edycja. Przede wszystkim artyści, szczególnie ci z Wielkiej Brytanii, przekazywali w mniej lub bardziej dosadny sposób hasła wsparcia dla Palestyny, czy też wszelakich mniejszości społecznych. Spotykałem się z zarzutami, że niby wszystko zrozumiałe, ale też skoro przyjechali do Polski, to wypadałoby przypominać o sytuacji za naszą wschodnią granicą. Tu jednak jest ważny kontekst, bo brytyjscy muzycy z jednej strony oczywiście słusznie używają swojego głosu i  zwracają uwagę na dramat ludzki, a z drugiej tym samym sprzeciwiają się wobec własnej władzy i mediów publicznych, które ten temat bagatelizują. Sprawy wojny w Ukrainie mimo wszystko jednak od początku były i nadal są na Zachodzie poruszane przez polityków. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że u większości artystów były to szczere czyny i gesty, a nie powodowane presją wpisywania się w pewien trend. Generalnie to temat na zupełnie inną i dłuższą dyskusję, ale niewątpliwie tę edycję OFFa na pewno także zapamiętamy przez ten pryzmat obecności polityki na scenie.         

Podkreślę jeszcze na samym końcu ATMOSFERĘ OFFa! Unikalną! Banał, ale tu ludzie naprawdę przyjeżdżają dla muzyki! Mijanie się z tyloma koncertowymi wariatami w tej przestrzeni Doliny Trzech Stawów to piękna sprawa! Dzięki Podróżujący za wszystkie, nawet te ulotne spotkania! Żałuję, że nie było więcej czasu na wspólne pogaduchy itd., ale niemal nieustannie biegałem od sceny do sceny! Tłumy też w tym roku nie sprzyjały przypadkowym spotkaniom, choć te i tak się zdarzały! Pozdrawiam także tych, z którymi ostatecznie się minąłem, a wiem, że byli obecni! Tworzymy wspaniałą społeczność muzycznych świrów i niech tak pozostanie! Podróżujmy Muzycznie Razem!

Jestem przekonany, że widzimy się ponownie w Katowicach na kolejnej edycji OFFa! Zapiszcie już w kalendarzach datę 7-9 sierpnia 2026 roku!  


PS Nie zdążyłem już przerzucić nagrań koncertowych na kanał YouTube (może w późniejszym czasie), więc zachęcam do odwiedzenia mojego profilu na Instagramie i odnalezienia ich w wyróżnionych stories!
 
 

Fotorelacja

 
 
 
Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne 
26.08.2025


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.