Podróże Muzyczne relacjonują: Jack White w Warszawie i Krakowie! [2026]

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Jack White w Warszawie i Krakowie! [2026]

Podróże Muzyczne relacjonują: Jack White w Warszawie i Krakowie! [2026]



 
 
Przez długi czas wydawało się, że tegoroczny powrót Jacka White'a na Stary Kontynent po dwóch latach przerwy (w 2024 roku zastąpił na skandynawskich festiwalach QOTSA – dane mi było wówczas przeżyć jego kapitalny koncert na Way Out West) obejmie tylko festiwale i majaczyła mi naiwna wizja jego występu na Orange Warsaw Festival, ale ostatecznie ten ikoniczny gitarzysta z Detroit wcisnął między plenerowe imprezy liczne występy w... klubach! I wreszcie po dość nieoczekiwanej dłuższej nieobecności powrócił do naszego kraju, by zagrać w warszawskiej Stodole i w krakowskim Klubie Studio! 

Ostatnim razem Jack White w solowym wcieleniu gościł u nas w 2018 roku, gdy zagrał aż cztery koncerty arenowe. Pokusiłem się wtedy tylko o pierwszą część trasy, czyli występy w Gdańsku i Poznaniu, które pozostawiły mnie z pewnym niedosytem. Były oczywiście świetne, ale stanowiły tylko rozgrzewkę przed epickimi występami na warszawskim Torwarze i w Tauron Arenie Kraków. Do dziś pluję sobie w brodę, że zabrakło mi tej iskierki szaleństwa, by spontanicznie wybrać się w podróż do stolicy... Rok później Jack powrócił do nas ze swoimi kumplami z reaktywowanego The Raconteurs, ale o ich koncercie podczas Orange Warsaw Festival chyba wszyscy pragną zapomnieć... No pasowali tam jak pięść do nosa. Reakcje publiczności, wyczekującej Miley Cyrus, były drętwe i przełożyło się to na słaby (pod)sceniczny entuzjazm. Niemniej zespół zagrał perfekcyjnie, osobiście zdołałem się zatracić w rockowych emocjach, ale zdawałem sobie sprawę, że okoliczności były dalekie od ideału. To powinien być klubowy koncert! Na szczęście tym razem ta sytuacja się nie powtórzyła. Czułem doprawdy niezwykłe podekscytowanie, że wreszcie będzie mi dane zobaczyć (rip Stara Zajezdnia w 2014 roku...) mistrza rockowego rzemiosła w tak kameralnych warunkach! I tym razem postanowiłem nie popełnić błędu z 2018 roku. Przeorganizowałem swój wypchany kalendarz na czerwiec tak, by móc uczestniczyć w obu wydarzeniach. I jak się później okazało – to był strzał w dziesiątkę! Ale od początku... 
 

Warszawa, Klub Stodoła, 01.06.2026 


 
 
Po godzinnym kolejkowaniu w strugach deszczu wchodziłem do warszawskiej Stodoły przemoknięty do suchej nitki. Kilka godzin później wychodziłem z klubu nie mniej mokry od potliwych koncertowych emocji. Ale też ze szczerym lekkim niedosytem. Nie mówię o rozczarowaniu, ale warszawska setlista Jacka White'a nieco odbiegała od moich marzeń, nagłośnienie pozostawiało do życzenia (szczególnie w pierwszej fazie koncertu) i liczyłem na nieco większy zamęt wśród publiczności, ale może po prostu tego wieczoru zabrakło bardziej prowokacyjnych kawałków w repertuarze. Choć Jack rozpoczął ten koncert bezpardonowo... 
 
Wejście z "Black Math" było jak uderzenie obuchem! Surowa rockowa energia, świdrujące riffy i charakterystyczna charyzma White'a natychmiast rozpaliły ściśniętą publiczność w Stodole! Niemniej początkowo wokal Jacka ledwo przebijał się przez tę hałaśliwą ścianę dźwięku. Ten techniczny problem wprowadził delikatny niepokój w mym sercu, ale na szczęście z utworu na utwór sytuacja się poprawiała, choć już do samego końca niezrozumiale dla mnie maksymalnie była testowana wytrzymałość i żywotność głośników w Stodole. Tak głośnego koncertu jeszcze w tym miejscu nie słyszałem. Nie zdziwiły mnie następnego dnia komentarze obecnych osób o szumach w uszach... Sam żałowałem, że nie zabrałem ze sobą zatyczek (tak, wiem, warto używać i zalecam, choć marny ze mnie wzór do naśladowania). 
 
 
Nie mogę jednak przy tym odmówić, że te blues-rockowe szturmy Jacka White'a i jego czwórki pancernych kompanów wdzierały się do wnętrza mego ciała i duszy: wprawiały w drgania żebra, rozrywały płuca od środka, wzniecały ogień w sercu, rzucały na kolana... Najbardziej fascynujące było obserwowanie, jak bardzo wszyscy żyją chwilą. White grał dokładnie to, na co miał ochotę, a Patrick Keeler za perkusją, Dominic Davis na basie i Bobby Emmett przy klawiszach podążali za nim z imponującą swobodą. Ten zespół funkcjonował jak jeden organizm. Wystarczało jedno spojrzenie, jeden sygnał, jeden riff, jedno hasło lidera i muzyka skręcała w zupełnie nowym, często spontanicznym kierunku. A oczywiście White miał w czym przebierać ze swojego bogatego dyskograficznego katalogu, obejmującego także oczywiście dokonania The White Stripes, The Raconteurs, czy też The Dead Weather. Choć po dzieła tego ostatniego zespołu (błagam o sceniczną reaktywację!) akurat tego wieczoru Jack nie sięgnął. Nie zabrakło jednak innych klasyków i nowości! 

Fenomenalnie wypadło "That's How I'm Feeling" z ostatniej solowej płyty "No Name". Koncertowy potencjał tego rockowego bangera poznałem już podczas Way Out West, ale kumulacja tej gitarowej zadziorności połączonej z najbardziej hymnicznym refrenem w dorobku Jacka od lat w klubowej przestrzeni owładnęła mną całkowicie! Już przy pierwszym refrenie wystrzeliłem gwałtownie w górę, aż w łydkach poczułem ból... Moje serce wciąż z młodzieżową energią rwie się do takich rockowych zapałów, choć ciało naznaczone już peselem coraz częściej wysyła mi sygnały sprzeciwu – te jednak totalnie podczas tego wieczoru ignorowałem! Rozszerzyłem choćby do granic możliwości struny głosowe przy zaraźliwych, zagrzewających śpiewach Oh, oh yeah / Oh, oh yeah! wplecionych w ten kawałek. Doprawdy wybrzmiewa on już jak klasyk i trudno sobie nawet wyobrazić przyszłego koncerty Jacka bez jego obecności w setliście. I jeśli spodziewałem się, że tym numerem na samym początku Jacek wprawi publiczność w euforię, tak dalej już bywałem dość mocno zaskakiwany. Nikt raczej na przykład nie obstawiał, że na tej trasie wybrzmi rozbudowany cover "All Your Love (I Miss Loving)" z repertuaru Otis Rush & His Band – czysta magia klasycznego i emocjonalnego bluesa! 
 
 
W tej pierwszej połowie koncertu trafiły się również rarytasy z twórczości The White Stripes, "Little Bird" oraz "The Union Forever", wplecione między solowe numery: "It's Rough on Rats (If You're Asking)" z "No Name", świeżutki singiel "Derecho Demonico" z zapowiedzianego w momencie pisania tego tekstu nowego albumu "Frozen Charlotte" oraz "Freedom at 21" i "Love Interruption" z "Blunderbuss". Jack White na scenie totalnie zatracił się w swoim rockowym dziedzictwie. Grał z taką intensywnością i skupieniem, jakby odcięło go od świata. Przenosił się w zupełnie inny muzyczny wymiar, pociągając nas tam za sobą kolejnymi finezyjnymi i kosmicznymi riffami. Przez pierwsze czterdzieści minut nawet nic powiedział w naszym kierunku między piosenkami – nie musiał. Nie potrzebował słów. Każdy kolejny utwór, każdy gitarowy dialog z zespołem, każda spontaniczna improwizacja, każdy oszałamiający riff, histeryczny wokal, gest, uśmiech na twarz – to były klarowne komunikaty same w sobie. Natomiast koledzy za jego plecami z pasjonującym zapałem dbali o hipnotyczny i dynamiczny groove i oczywiście każdy z nich miał swoje momenty przy wielokrotnie rozciągniętych instrumentalnych improwizacjach. 
 
Obserwowanie tej perfekcyjnej gry całego zespołu było wprost zachwycające! I dzięki detoksowi od komórek (system specjalnych etui Yondr znów się sprawdził!) bardzo komfortowe! Jack White znów zadbał o wyjątkowe przeniesienie nas w czasie do analogowej ery i przeżywania koncertów "offline"! Tu i teraz! Żadnych ekranów unoszących się nad głowami, żadnego dokumentowania kolejnych sekund występu. Tylko muzyka! Nie ukrywam i sami pewnie zauważacie, że mam ten niezdrowy nawyk do obszernego rejestrowania koncertów (choć staram się trzymać zasady maksymalnie minuty nagrania w obrębie jednej piosenki), więc to doświadczenie było dla mnie bardzo odświeżające, wręcz terapeutyczne.  Zdecydowanie czułem silniejszą więź ze sceną i z Podróżującymi przy moim boku, rzeźbiłem wspólnie z Jackiem zabójcze riffy na wyimaginowanej gitarze, wskakiwałem za perkusję, precyzyjnie szarpałem struny gitary basowej, wirtuozersko przemierzałem palcami klawiaturę klawiszy! Brzmi absurdalnie? Niemniej nie zmyślam! I nawet mam na to świadków! Doprawdy z większym niż kiedykolwiek wcześniej zaangażowaniem odlatywałem w rockowej euforii! Szczególnie w tej drugiej części koncertu... 
 
 
Poczułem zew tanecznej wolności przy rozpalonym ognisku podczas niezmiennie urokliwej, optymistycznej, dynamicznej i najbardziej country'owej z dorobku The White Stripes piosenki "Hotel Yorba", ozdobionej świetną solówką Emmetta na wintydżowych klawiszach. Nerwowe, ziarniste, gryzące, marszowe, potężne brzmienie "Broken Boy Soldier" The Raconteurs chwyciło mnie momentalnie za kark i potrząsnęło całym ciałem. Druga kompozycja z ostatniego podwójnego singla, "G.O.D. and the Broken Ribs", kontynuowała miażdżący wszystko na swojej drodze rockowy pochód. "That Black Bat Licorice" zawisło nad salą niczym elektryczna burza, rozrywając przestrzeń chaotycznym splotem funkowego pulsu, hiphopowej zadziorności i garażowego hałasu. I w końcu na zakończenie podstawowej części seta highlight tego wieczoru...
 
"Steady as, She Goes"! Usłyszane nie pierwszy raz, ale nigdy wcześniej aż tak przy tym bangerze The Raconteurs się nie odpaliłem! Śpiewałem do bólu gardła i skakałem tak wysoko, iż widziałem płonącą Stodołę z poziomu kosmosu! Zresztą nie tylko ja! To było zbiorowe szaleństwo! Ten wspólny nurt śpiewu, który wypełnił całą przestrzeń klubu – ciarrry na cały ciele! Zresztą na nagraniach Davida Jamesa Swansona – udostępnionych do pobrania na oficjalnej stronie White'a – widać dokładnie moment, gdy Jacek szeroko się uśmiecha, jak słyszy wznoszony przez nas chóralny śpiew, podążający za melodią tego rewelacyjnego kawałka. Może i "Seven Nation Army" rozgościło się na stadionach, ale to "Steady as, She Goes" ma w sobie mimo wszystko większy pierwiastek nieokiełznanego rock'n'rollowego szaleństwa! Widok tłumu wzdłuż i wszerz fruwającego pod sufit – kapitalny! I jeszcze ten moment, gdy Jacek zwiększył napięcie, najpierw prowokując nas do cichego, niemal szeptanego śpiewu refrenu, by potem znów stopniowo zmuszać nas do napinania strun głosowych, aż do wyrywającego się z mych czeluści pierwotnego krzyku! Jeśli widzieliście gościa, który skakał ponad tłum – to byłem z pewnością ja!
 
 
Nie było zbyt dużo czasu na złapanie oddechu, gdyż panowie bardzo szybko powrócili na scenę i uderzyli nas pędzącą rockową adrenaliną kapitalnego "Lazaretto"! Utwór sprężony jak stalowy nóż, który zaraz ma wystrzelić! Setlist.fm wskazuje, że po tym kawałku Jack zagrał premierową kompozycję – być może faktycznie miało to miejsce, ale ja już byłem chyba tak oszołomiony, iż przyjmowałem wszystko jako klasykę blues-rockowego gatunku. Tak też wybrzmiało dla mnie natarczywe, chrupiące, ostre "Archbishop Harold Holmes" z "No Name", po którym Jack wyraźnie rzucił spontaniczne hasło w kierunku zespołu i sięgnął głębiej w dyskografię, przypominając minimalistyczne, chłodne, powoli zaciskające się jak pętla wokół szyi "You Don't Know What Love Is (You Just Do as You're Told)" z "Icky Thump"! W końcu sięgnął po kultowy model gitary Kay Archtop, co oznaczało tylko jedno – czas na wielki finał! "Seven Nation Army"! No i to był z pewnością TEN drugi moment tego wieczoru, gdy straciłem kontakt z rzeczywistością i zostałem wciągnięty w wir – skromnego, bo skromnego, ale jednak – pogo, które wytworzyło się za moimi plecami! Chyba nie muszę nikogo przekonywać o sile tego rockowego hymnu XXI wieku. W warunkach klubowych jego stadionowe echo pęczniało i wręcz skruszyło mury Stodoły! 
 
Uff! Do kilku elementów może się przyczepiłem, ale te drobne niedociągnięcia nie miały większego znaczenia wobec kolejnej wyjątkowej okazji do przeżywania mistrzowskiego popisu gitarowego kunsztu jednego z największych współczesnych herosów rocka. Choć – jak już wspominałem – nie był szczególnie wylewny, wyraźnie dało się wyczuć jego wzruszenie związane z powrotem do bliskiej mu Polski oraz niezwykle ciepłym przyjęciem ze strony fanów.

Ten koncert miał dla niego z pewnością dodatkowy, głęboko symboliczny i emocjonalny wymiar – zaledwie trzy miesiące wcześniej zmarła jego matka, Teresa Gillis, pochodząca z Podkarpacia. Związki rodziny White'a z Polską nie są tajemnicą. Warto przypomnieć, że podczas poprzedniego występu w Warszawie Jack, w dniu urodzin swojej mamy, zaprosił ją na scenę, a publiczność odśpiewała jej gromkie "Sto lat". Dlatego też do dziś trudno mi pogodzić się z faktem, że nie byłem świadkiem tamtego wydarzenia. Można jednak było odnieść wrażenie, że echa tamtych chwil unosiły się również nad tym występem i że Teresa, w jakimś duchowym wymiarze, była obecna razem z nami, oklaskując swojego syna równie żywiołowo, jak my.
 

Kraków, Klub Studio, 02.06.2026 

 
 
Dzień po rock'n'rolowych harcach w Warszawie podróżowałem do Krakowa z wiarą, iż mój lekki niedosyt zostanie nasycony tym kolejnym spotkaniem z mistrzem Jackiem White'em. Liczyłem na bardziej skumulowaną, żywiołową energię wśród publiczności w jeszcze kameralniejszych warunkach Klubu Studio, lepsze nagłośnienie i bardziej drapieżną setlistę z wymarzonym "Sixteen Saltines"... No i.... 
 
KRAAAAAKÓW! To było TO! To był dokładnie TAKI koncert Jacka, na który liczyłem podczas tej trasy! Jeśli ująć w porównaniu to tak, iż dzień wcześniej warszawska Stodoła płonęła z emocji, to krakowski Klub Studio dosłownie eksplodował w powietrze!
 
Jack, znów ubrany na czarno, ale tym razem pod eleganckim krawatem w biało-czarne paski, przejął scenę – w co może trudno uwierzyć – z jeszcze większym wigorem, od razu kierując się na skraj sceny i bardzo energicznie prowokując nas do zagrzewających cały zespół oklasków! Może za dużo dopowiadam, ale od razu wyczułem, że jest dziś w lepszym nastroju, może nieco bardziej rozluźniony (nieco częściej przemawiał), choć dalej wciąż widocznie niezmiernie wzruszony powrotem do, jak to sam określił, swojej "motherland". 
 
 
Temperatura jeszcze przed rozpoczęciem tego koncertu była niemal nieznośna, a brawurowe "Old Scratch Blues" na rozgrzewkę tylko podgrzało atmosferę! Niemniej to znów przy zagranym w drugiej kolejności, strzelistym "That's How I''m Feeling" poczułem, że tego wieczoru na parkiecie wydarzą się absolutne sceny! Pojawiły się pierwsze zalążki pogowego szaleństwa, które zostały podtrzymane przez nośne "Dead Leaves and the Dirty Ground", tak genialnie otwierające album "White Blood Cells" The White Stripes! Te nostalgiczne wybory z macierzystej formacji Jacka były zresztą w Krakowie zdecydowanie bardziej soczyste i ekscytujące. Usłyszeliśmy takie perełki jak debiutanckie surowe "Cannon", kapitalny przesterowany gitarowy slide w przybrudzonym, ponurym, desperackim "Catch Hell Blues", bardziej stonowane i melancholijne "The Same Boy You've Always Known" oraz... O tej jednej, kluczowej dla tego koncertu, whitestripes'owej petardzie za chwilę... 
 
W międzyczasie w tej pierwszej części koncertu usłyszeliśmy ponadto znów rozczulający cover "All Your Love (I Miss Loving)", piękne "Love Interruption", huraganowe "Broken Boy Soldier" (choć delikatnie żałuję, że Jack nie zdecydował się na inny wybór z The Raconteurs) i porywające do head-bangingu i śpiewu za gitarowym riffem "Freedom at 21"! Dla odmiany względem warszawskiej setlisty Jack z grającymi w pocie czoła swoimi kompanami sięgnęli po masywny groove "What's the Trick?" ze solowego albumu "Fear of the Dawn", fenomenalne, drapieżne, duszne i być może najbardziej tego wieczoru dosłownie wgniatające w ziemię  "I Cut Like a Buffalo" z repertuaru The Dead Weather i zaczepne swym zuchwałym bluesowym pędem "Underground" z "No Name". Może tymi wyborami Jack White nieco ostudził nasze moshpitowe chęci, może zabrakło gdzieś pomiędzy wrzuconego rock'n'rollowego bangera na dodatkowe podjudzenie, ale mimo wszystko ta wszechogarniająca blues-rockowa energia niebezpiecznie się kumulowała i kipiała wśród publiczności. Czułem, że wokół mnie fani są niebywale rozpaleni gitarową gorączką! I wystarczyła tylko jedna wystrzałowa iskierka, by ta beczka prochu na parkiecie eksplodowała... 
 
 
"Fell in Love With a Girl"! Już od pierwszych, charakterystycznych, gwałtownych uderzeń Jacka w gitarę publiczność oszalała i błyskawicznie zakotłowało się pod sceną! Tak jakby kagańce z naszym pierwotnych rock'n'rollowych instynktów zostały całkowicie zdjęte! Co tu się wydarzyło! Punkowa agresja tego numeru rozpętała piekielne pogo! Jakbym znalazł się w epicentrum niszczycielskiego tajfunu! I dałem się totalnie porwać tej energii! Ba, przestałem zwracać uwagę na sceniczne poczynania Jacka i jego kumpli, totalnie im ufając, a skupiłem się na kolektywnym przeżywaniu tej chwili! Śpiewane... Nie – wykrzykiwane Ah-ah, ah-ah twarzą w twarz, ramię w ramię z innymi fanami to doświadczenie, które zostanie ze mną zdecydowanie na długo! Odpaliłem się tak, aż złapała mnie kolka... A White był dla nas wszystkich bezlitosny i podkręcił tempo zabawy genialnym "Steady As, She Goes"! Podobnie jak w Warszawie zignorowałem ból i protesty własnego ciała i ponownie wbiłem się w rozkręcane pogo! Rasowy rockowy odjazd bez trzymanki! Z trudem łapałem oddech, ale z drugiej strony nie wymieniłbym tego wysiłku na nic innego! Ten przypływ rockowej euforii zadziałał pobudzająco na mnie lepiej niż jakiejkolwiek najmocniejsze espresso i ze szczerym entuzjazmem wymieniałem szerokie uśmiechy z innymi pogerami i przybijałem piąteczki! Czasu jednak na zebranie sił nie było za wiele... 
 
Jack, Patrick, Dominic i Bobby bez zbędnej zwłoki powrócili na scenę, wdali się żywiołowy instrumentalny jamming, który przerodził się w tnące ostro swymi riffami "Lazaretto"! Parkiet Klubu Studio doświadczał kolejnych sejsmicznych wstrząsów! Dalej świeższe i bardziej zatopione w surowym bluesowym nurcie "Archbishop Harold Holmes" i "Derecho Demonico" pozwoliły nieco odsapnąć, choć oczywiście gęste powietrze dalej było smagane niczym kataną fenomenalnymi gitarowymi solówkami. W tym momencie już nieco zaczynałem tracić nadzieję, że usłyszę "Sixteen Saltines", ale na szczęście do Jacka dotarły moje desperackie błagania! I gdy tylko usłyszałem pierwsze dźwięki tego ultrabangeru to ryknąłem ze szczęścia i rzuciłem w objęcia kolejnej fali moshpitu! Nie powiem – testosteron wzrósł mi do poziomu, który prawdopodobnie odczuwali wikingowie podczas walk w murze tarcz. Dość powiedzieć, że po otwarciu w kulminacyjnym momencie kółeczka – z nadmiaru euforii niemal waliłem pięścią w mokrą od potu podłogę i okrzykami Hey, hey, hey! zagrzewałem wszystkich dookoła! Diabliki w oczach! Bloger-poger w swoim żywiole! Ach! I od razu po tym niemal nokautującym ciosie nastąpiło grande finale – pomnikowe "Seven Nation Army", przy którym moshpit pod sceną tylko się rozrósł! Ba, nie zabrakło nawet biegania w kółeczku! Pot lał się ze mnie wartkimi strumieniami! Było po prosto wszystko to, co rockowe tygrysy i tygrysice uwielbiają najbardziej! Po wybrzmieniu ostatnich dźwięków z wycieńczenia oparłem ramiona o kolana, niczym lekkoatleta, który przebiegł życiówkę na sto metrów. A chwilę później dziękowałem i przybijałem piąteczki swoim współzawodnikom za ten bieg – czytaj: wspólną koncertową zabawę do utraty  tchu! No i oczywiście wspólnie biliśmy żywiołowe brawa w kierunku sceny! 
 
A na jej skraju Jack White, stojąc triumfalnie ze swoimi kolegami, pocierał dłonią ramię, symbolicznie sugerując, że ten wieczór wzbudziło w nim autentycznie ciarki. "You're just incredible tonight! – skwitował ze sceny! I tych słów podziękowań oraz podkreśleń polskich rodzinnych więzi padło z jego ust znacznie więcej, ale trochę niknęły one w ogłuszającym wiwacie. Niemniej każdy z pewnością czuł tę wdzięczność płynącą ze sceny w naszym kierunku. Wzrusz! 
 
 
Oba koncerty, ale ten krakowski szczególnie był kwintesencją wszystkiego, za co kochamy rock'n'roll, a Jack White zasłużył sobie na przydomek Wielki! Gość doładował moje baterie życiowe do takiego poziomu, iż czułem, że jestem w stanie przenosić góry! Obmyłem twarz zimną wodą, wypiłem piwko duszkiem, pożegnałem odjeżdżającego Jacka z zaplecza klubu (no niestety nie zatrzymał się i pozostało mi pozazdrościć tym, którzy dotarli pod Studio dwie godziny wcześniej przed otwarciem bramek), wdałem się jeszcze w żywiołowe muzyczne pogaduchy z Podróżującymi – ten wieczór mógłby się dla mnie nie kończyć!   
 
No właśnie Podróżujący! Baaardzo dziękuję Wam za wszystkie spotkania podczas obu tych wieczorów! Za tę bardziej zorganizowaną ekipę w Warszawie, a także za spontaniczne zebranie koncertowych wariatów w Krakowie! Spędzanie z Wami czasu przed (brak komórek tylko prowokował do intensywnych rozmów i zawierania nowych znajomości!) i po koncertach to była czysta przyjemność! Do zobaczenia na szlakach koncertowych! I oby kolejnych koncertach Jacka White'a w Polsce! Niech wraca jak najprędzej!  
 
 
 
PS Oczywiście warto również wspomnieć o polskich zespołach, które dostąpiły szansy występu przed legendarnym Jackiem White'em. W Warszawie o rozgrzewkę zadbała znana mi formacja The Stubs! Tomasz Szekiela (wokalista i gitarzysta, z którym miałem lata temu styczność na koncertach Fertile Hump w Toruniu), Łukasz Dadas (bas) i Radek Sternicki (perkusja) poczęstowali na undergroundowym, nieokiełznanym, do bólu szczerym, rockowym przekazem o iście wintydżowym posmaku. Co prawda wokal Tomka w starciu z nagłośnieniem Stodoły poległ i zlewał się niemal w jeden dźwięk, ale już ich rozimprowizowane garage-punk-rockowe aranżacje ze zmienną dynamiką przypadły do mego gustu i porywały.
 
W Krakowie zaś zagrała lokalna formacja Cinemon, której lideruje doskonale znany w bańce muzycznej branży Michał Wójcik. Na scenie odpowiadał za wokal i rzeźbienie gitarowych riffów, a wspierali go Kuba Pałka za bębnami i Tomek Bysiewicz na basie. Trio obdarowało nas przekonującym, oldschoolowym, iście amerykańskim rockowym brzmieniem. Może nie porwali mnie aż tak, jak dzień wcześniej The Stubs, ale z ich wspólnej, zgranej gry płynęła po prostu gitarowa prawda i pasja do alt-rockowego gatunku. Na finał swojego półgodzinnego koncertu zagrali symboliczny w kontekście tego, przed kim występują, singiel "Analog Man"!    
 
Nasze rodzime supporty nie były przypadkowe i w pełni zasłużyły, by zagrać przed Jackiem White'em.  

PS 2 Po ogłoszeniu trasy po uwagę brałem również udział w koncercie w Berlinie. Miałem trochę obawy, czy nie będę żałował, ale... Jack White bardziej na tej trasie żongluje wyborami, które usłyszeliśmy w Warszawie i w Krakowie, od czasu do czasu podrzucając jakąś perełkę. I tak właściwe z berlińskiej setlisty szkoda tylko, że w Polsce nie usłyszeliśmy "Icky Thump"... Generalnie czuję się tymi oboma koncertami w Polsce w pełni usatysfakcjonowany i polecam na przyszłość w miarę swych możliwości rozważać takie wędrówki za Jackiem, bo w jego przypadku ma to wiele sensu! 
 
PS 3 W tym miejscu dostępne są filmiki autorstwa Davida Jamesa Swansona z całej tegorocznej trasy Jacka po Europie, a poniżej podrzucam jego fotorelację wzbogaconą o moje pojedyncze przed i po koncertowe zdjęcia.
 
 

Fotorelacja autorstwa Davida Jamesa Swansona

 

Warszawa  

 

Kraków  

 
 
 
Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne  
12.06.2026


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.