Podróże Muzyczne relacjonują: Kings of Leon w Łodzi, Atlas Arena, 17.06.2026!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Kings of Leon w Łodzi, Atlas Arena, 17.06.2026!


Podróże Muzyczne relacjonują: Kings of Leon w Łodzi, Atlas Arena, 17.06.2026!



Wreszcie udało mi się dorwać Kings of Leon na osobnym halowym koncercie w łódzkiej Atlas Arenie!

Dotychczas moje dwa festiwalowe spotkania z rodzinnym klanem Followillów, tworzącym jedną z najważniejszych rockowych formacji XXI wieku, kończyły się zawsze mieszanymi uczuciami. Koncert na legendarnym już Open'erze w 2013 roku z jednej strony zapamiętałem ze względu na rozpaloną i niezwykle żywiołowo reagującą publiczność, a z drugiej miałem poczucie, że sam zespół wyszedł na scenę i "odbębnił" swoje, bez tej iskierki pasji w sobie. A może po latach mam ten obraz nieco zakrzywiony? Może po prostu podczas tamtej edycji pozostali headlinerzy oraz artyści wywarli na mnie większe wrażenia (a konkurencję Kings of Leon mieli wówczas niezwykle mocną). Drugi koncertowy kontakt z rockową rodziną z Nashville miał miejsce podczas Orange Warsaw Festival 2017. I tu sytuacja, w mojej ocenie, była odwrotna. Zespół przybył do Warszawy w wyśmienitej formie promować przyzwoity album "WALLS", ale tym razem zawiódł mnie brak przepływu odpowiedniej energii w tłumie. No cóż, takie uroki festiwalowych koncertów, a Orange Warsaw bywa w tym kontekście niezwykle kapryśny (niemrawy tłum podczas występu The Raconteurs w 2019...). Na studyjny i sceniczny powrót Followillów do naszego kraju czekaliśmy długo. Dopiero w 2021 roku podzielili się ze światem albumem "When You See Yourself", a rok później zagrali pierwszy stadionowy koncert we Wrocławiu. Zarówno na ten, jak i kolejny występ w Tauron Arenie Kraków z albumem "Can We Please Have Fun" w 2024 roku nie dotarłem, ale nie byłem obojętny na docierające do mnie bardzo pozytywne opinie (szczególnie o tym krakowskim show) o ich solowych poczynaniach i scenicznej formie. Chęć zobaczenia Kings of Leon w takich warunkach zaczęła się tlić w mych marzeniach. Niemniej przez długi czas ze względu na liczne inne plany nie rozważałem obecności na tegorocznym koncercie w Atlas Arenie. Aż w końcu Podróżujący Kuba odezwał się do mnie z propozycją odkupu biletu na strefę golden circle w promocyjnej cenie i pokusa stała się silniejsza od zdrowego rozsądku. Przeważył też argument, iż Kings of Leon przybywają do Europy bez nowego longplaya na swoim koncie (w zeszłym roku wypuścili tylko skromne, czteroutworowe wydawnictwo "EP #2"), więc śmiało można było liczyć na setlistę z gatunku "the best of". No i koncert w hali, do której wciąż od lat żywię nostalgiczną sympatię – żal byłoby taką okazję jednak przegapić. A i przy okazji zdałem sobie sprawę, że bardzo stęskniłem się za starszą twórczością Kings of Leon i im bliżej dnia koncertu, tym narastały we mnie pozytywne, a nawet wręcz wzruszające emocje. Czy zostały one podtrzymane przez amerykańskich rockmanów? Jeszcze jak!  
 
 
Wypełniona niemal po brzegi łódzka hala była świadkiem blisko dwugodzinnego, rasowego rockowego koncertu wypełnionego nośnymi i ponadczasowymi hymnami, poruszającymi balladami oraz licznymi kompozycjami, które pokazywały lwią drapieżność i niezwykłą sceniczną dojrzałość Caleba, Nathana, Jareda i Matthew Followilów. Swój występ – wspierani dodatkowo przez dwóch koncertowych kolegów odpowiedzialnych za klawisze, gitary i dodatkowe instrumentalia – rozpoczęli bezpardonowo od brawurowego "Supersoaker" z  albumu "Mechanical Bull", dalej urzekły nostalgiczne melodie linii gitarowych "The Bucket" z ich drugiego krążka "Aha Shake Heartbreake", a utrzymane w duchu indie-rockowej zadziorności "Find Me" z "WALLS" rzuciło skuteczne wyzwanie mym nogom, które poniosły mnie w skoczną radość. Przy pierwszych nastrojowych nutach "On Call" z "Beacause of the Times" wyrwał się z mego gardła okrzyk zachwytu. W momencie dołożenia do struktury tej piosenki soczystej linii basowej Jareda za plecami muzyków na telebimie wyświetlił się czerwony napis z nazwą zespołu na tle okrągłych żółtych punkcików świetlnych, subtelnie podkreślając gwiazdorski status kapeli z Nashville. Oszczędna scenografia i gra świateł opierały się na właśnie takich symbolicznych i prostych efektach wizualnych, ale nie brakowało też zbliżeń zarejestrowanych przez kamery, prezentujących grę zespołu, a oświetlenie, głównie oparte na vintage’owym cieple, idealnie dopełniało klimat kolejnych piosenek. Bez fajerwerków, ale te były tu zbędne, gdyż znakomicie prezentowana muzyka przemawiała sama za siebie. 
 
Wspomniane "On Call" cudnie się dalej rozwijało za sprawą doskonałego, wręcz studyjnego śpiewu Caleba, emocjonującej solówki jego kuzyna Matthewa i naszego wsparcia rytmicznymi oklaskami majestatycznej, precyzyjnej gry Nathana za bębnami oraz wykrzyczanymi wersami To be there. Z pewnością był to jeden z najbardziej zapadających w pamięć momentów tego koncertu!

 
Już sam początek tego występu zwiastował, że czeka nas wspólna podróż przez przekrój niemal całej dyskografii Kings of Leon. Niemal, bo ostatecznie dość nieoczekiwanie zabrakło przedstawiciela przedostatniej płyty "When You See Yourself". Szkoda, że ten materiał został pominięty w selekcji, ale i tak repertuar zalewał falami nieustannej satysfakcji. Fragment z przebojowym "Radioactive" z "Come Around Sundown" oraz sekwencją trzech piosenek – "Revelry", "Manhattan" i stadionowe "Use Somebody"  – z kultowego i najliczniej reprezentowanego tego wieczoru "Only by the Night" sprawił, że zapewne niejednemu wieloletniemu fanowi zmiękły z wrażenia nogi. Temperatura emocji została gwałtownie podkręcona! 
 
Tempo doznań zostało jeszcze chwilę podtrzymane przez energetyczne "Waste a Moment", a później panowie zanurzyli się w bardziej stonowanych gitarowych brzmieniach. Czarowali nas utworami "Wait for Me", "Split Screen" i zwłaszcza zjawiskowym, psychodelicznym "Closer", który wywołał na mym ciele festiwal ciarek, a instrumentalne crescendo w dalszej części kompozycji zapewniło istne katharsis!
 
 
Zadziorna energia powróciła wraz z najstarszym w setliście, garażowym kawałkiem "Molly's Chambers" z debiutanckiego albumu "Youth & Young Manhood". Surowe i bezkompromisowe brzmienie z początków ich kariery panowie zaprezentowali jeszcze kompozycją "Razz" z albumu numer dwa. Idąc tym tropem, zgrabnie przeskoczyli do przełomowego trzeciego krążka, z którego wybór padł na żywiołowe "My Party"! Rewelacyjne rockowe natarcie, które doprowadziło nas do efektownej piosenki "Mustang" z "Can We Please Have Fun" – spokojnie zagrzeje stałe miejsce w setliście na najbliższe lata. 

Klimatyczne utwory "Comeback Story" i szczególnie "Back Down South" przeniosły mnie wyobraźnią w kojącą podróż po południowych terenach Stanów Zjednoczonych. Zrobiło się cieplutko w sercu! 
 
 
Największym zaskoczeniem okazało się dla mnie genialne wykonanie "Seen" z ich ostatniego albumu! Podczas zasłuchiwania się w tym krążku kompletnie nie wyczułem w tej kompozycji drzemiącego koncertowego potencjału, a ten w Łodzi okazał się iście spektakularnym wybuchem supernowej! Stopniowo rosnąca dramaturgia tej aranżacji totalnie mną zahipnotyzowała, a wzniesione w finale crescendo z dryfującą po kosmicznych szlakach solówką Matthewa i kilkukrotnie masywnie wyśpiewanym wersem Electrical underworld poraziło i emocjonalnie mnie znokautowało! Co za zniewalający utwór! Wylądował u mnie po koncercie na tej samej półce jakości co "Closer"! 

Na finał zasadniczej części koncertu kolejne dwa celne strzały. Watch her roar / Can you feel it? – te wykrzyczane wersy z "Pyro" zatrzęsły wręcz fasadami Atlas Areny! A rozpędzony blues-rockowy walec w postaci "Black Thumbnail" sprowokował mnie do obłędnego uwolnienia koncertowej ekstazy i pozostawił w lekkim oszołomieniu!  
 
 
Panowie dali nam krótką chwilę na otrząśnięcie się po tej fenomenalnej końcówce podstawowego seta i powrócili na bis, by jeszcze poczęstować nas trzema utworami. Wreszcie sięgnęli po najświeższą EP-kę, z której sceniczny egzamin zdało "To Space". Może w kosmos mnie to wykonanie nie wystrzeliło, ale w pełni zaangażowało mnie do wspierania tej ładnej aranżacji rytmicznymi oklaskami. "Koncked Up" rozwijało się powoli, ale narastające napięcie w tym wspaniały utworze osiągnęło finalnie poziom amerykańskiego rockowego eposu. I na finał Kings of Leon zapodali nam z pełnym ogniem i rockową bezpośredniością bezwzględnie przebojowe "Sex on Fire"! Publiczność w ekstazie! Hot as a fever!  
 
 
Kings of Leon udowodnili tym koncertem, że wszelkie opinie z przeszłości o ich scenicznej energii pełnej rezerw są już nieaktualne. Jasne, to dalej nie są rockmani, którzy silą się na ekspresyjną efektowność, ale wreszcie przekładają koncertowy i życiowy staż na w pełni dojrzałe i skondensowane gitarowe show, wykonywane z uśmiechami na twarzach i wyczuwalną pasją. Muzycznie wszystko się tu zgadzało, a pochwały pod adresem fenomenalnej formy wokalnej Caleba właściwie słyszałem na każdym kroku w trakcie opuszczania hali. A i nie brakowało z jego strony – może niezbyt licznych, ale mimo wszystko obecnych – przemów i szczerych słów wdzięczności kierowanych do polskich fanów za wieloletnie wsparcie. 
 
Czy jednak w mej ocenie to był tak idealny koncert? Do pewnych mankamentów na siłę mógłbym się przyczepić. Nie wiem, z czego dokładnie to wynikało, ale osobiście dość długo musiałem się przyzwyczaić do realizacji dźwięku. Liczyłem również na nieco bardziej zaangażowaną w rock'n'rollowy odlot publiczność pod barierkami, ale z drugiej strony zaczynam się już z tym godzić, że ta energia z Open'era 2013 jest nie do odtworzenia – nie da się ukryć, że publiczność tego zespołu również dojrzewa i stawia bardziej na delektowanie się koncertowymi emocjami. Niemniej jeśli chodzi o chóralne wsparcie wokalne hymnicznych refrenów, czy też wspieranie rytmu oklaskami – tu nie mam zarzutów! 
 
No i przez moje poprzednie tegoroczne koncertowe doświadczenia poprzeczka w tym roku została u mnie zawieszona na tyle wysoko, iż tym występem Kings of Leon jej nie przeskoczyli i nie wyrwali mnie z butów, ale to był dla mnie naprawdę wyśmienity i nostalgicznie emocjonujący wieczór! Miało mnie tu nie być, ale cieszę się, że ostatecznie skusiłem się na tę podróż i dałem Followillom szansę w tych halowych warunkach. A oni zaś ryknęli w Atlas Arenie rockową jakością, jak na rosłe, dojrzałe muzycznie lwy przystało!
 
 
PS Na supporcie wystąpił austriacki duet Cari Cari. Formacja tworzona przez wokalistkę Stephanie Widmer oraz wokalistę i gitarzystę Alexandra Köcka z całkiem niezłym skutkiem przekonywała mnie do swojej psychodelicznej, indie, alternatywnej twórczości przesiąkniętej miłością do filmów Quentina Tarantino oraz muzyki Ennio Morricone. Wspierani na scenie przez perkusistę częstowali nas dość zgrabnymi i momentami żywiołowymi kompozycjami oraz zaskakiwali wykorzystywaniem mniej oczywistych instrumentów, takich jak choćby didgeridoo i drumla. Porwali się nawet przy utworze "Anaana" na outro w formie... "War Pigs" Black Sabbath. Ich występ sukcesywnie nabierał rozpędu, a w trakcie znienacka za bębny wskoczyła sama Stephanie i przy jednoczesnym śpiewie prezentowała swoje nienaganne perkusyjne zdolności. Alexander zaś przez cały występ z niezwykłą żarliwością i ekspresją szarpał za struny gitary. Czuć było między tą dwójką chemię. Bardzo przyzwoity występ!   
 

PS Nagrania z koncertu odnajdziecie na moim profilu na Instagramie. Poniżej podrzucam jeszcze relację ze strony organizatorów Prestige MJM i dalej fotorelację mego skromnego autorstwa. 
  


 

Fotorelacja



Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne
27.07.2026 


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.