Podróże Muzyczne relacjonują: Orange Warsaw Festival 2026!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Orange Warsaw Festival 2026!


Podróże Muzyczne relacjonują: Orange Warsaw Festival 2026! 




Ostatnie trzy edycje Orange Warsaw Festival omijałem, ale po czterech latach (w 2022 roku skusiłem się na jeden dzień) powróciłem na Tor Wyścigów Konnych na Służewcu, by właśnie w tym miejscu rozpocząć festiwalowy sezon! O powodach mojej decyzji szerzej rozpisywałem się w festiwalowej zapowiedzi, więc nie będę się już powtarzał. Krótko mówiąc, opus magnum dla tej podróży do Warszawy była obecność Olivii Dean! I choć ostatecznie na papierze całościowo line-up nie powalał, a Alter Art wciąż nie potrafi się wyłamać się ze schematu i lokalizacji tego warszawskiego festiwalu – pod względem muzycznych doznań te dwa dni mnie nie zawiodły i pozytywnie zaskakiwały. Wielu narzekało, ale ja swoje koncertowe cele na tym festiwalu znalazłem. Przejdźmy zatem do konkretów! 


Piątek, 29.05


Mimo optymistycznie nastawionego wstępu przyznam się, że rezygnacja z festiwalowego piątku była rozważaną opcją, ale koniec końców w składzie tego dnia znalazła się nieoczekiwanie absolutna perełka, którą od dawna śledzę... 
 
 

Sarah Julia!

 
Singer-songwriterkom i siostrom z Amsterdamu przypadła dość niewdzięczna rola otwierania festiwalu swoim występem pod Warsaw Stage. Pod sceną garstka osób, pierwszy rząd okupowany przez fanki Alessie Rose (znalazłem jednak pod barierką miejsce dla siebie), ale dziewczyny wspierane przez cały zespół (dwie koleżanki na gitarach i basie oraz kolega za bębnami) promieniowały szczerą radością i wlewały do tych kilkudziesięciu obecnych serc czystą indie-folkową przyjemność! Rozpływałem się z błogości pod wpływem ich subtelnych, melodyjnych, rozczulających, przenikliwych emocjonalnie kompozycji. Już pierwsze wzniesione wokalne harmonie sióstr przy piosence "Game of pretend" z nadchodzącej debiutanckiej płyty "The Fear That Is Real" sprawiły, że moje serduszko rozłożyło kocyk na rajskiej polanie. Ich siostrzana więź jest magiczna, a wokale wprost anielskie! Z singlowych zapowiedzi ich pierwszego longplaya usłyszeliśmy również ujmujące "Conversation", "Bigger Picture" ozdobione w końcówce gitarową solówką i zagrany po raz pierwszy na żywo świeżutki utwór "Whatever It Takes (Break Your Heart)", który porwał bardziej dynamicznym, folk-rockowym obliczem. Sarah Julia sięgały również po kompozycje ze swoich dwóch zacnych EP-ek "How Do We Go Back to Being Normal?" oraz "Only Making It Worst". Z tej pierwszej usłyszeliśmy "Thoughtless Man" zachęcające do wspierania popisów wokalnych dziewczyn klaskaniem i ich najpopularniejszą, kołyszącą piosenkę "Cairngorms". Druga zaś reprezentowana była przez bardziej pop-folkowe "Use A Friend", nastrojowy "Black Box" i w końcu zagrany na finał "Amsterdam" z przepięknie wzniesionym instrumentalnym crescendo. Tym koncertem Sarah Julia udowodniły, że wszelkie tezy o tym, iż są objawieniem, perełką i nadzieją europejskiego singer-songwritingu nie są stawiane na wyrost! To doprawdy niezwykle urocze, wrażliwe, uzdolnione muzycznie, obdarzone miodnymi wokalami dziewczyny, w których można się łatwo zakochać! I spoglądając na rozanielone twarzy publiczności – nie byłem w tym stanie odosobniony. Ba, fanki Alessie Rose przy "Cairngorms" w pierwszych rzędach odpaliły nawet latarki w swoich telefonach – to był taki skromny, ale uroczy gest szczerego wsparcia. Mam nadzieję, że doczekamy się powrotu Sarah Julia w warunkach kameralnego klubu!    


Dalej miałem dobre intencje – chciałem dać szansę Pezetowi na głównej scenie, ale gdy z daleka ujrzałem, że publiczność rozgrzewa hype man, to zawróciłem w stronę stoiska z piwkiem (brak Strefy Specjalności Żywca skandalem!). Hip-hop podany takiej formie to nie moja bajka. Chwilka czasu na festiwalowe pogaduchy i wróciłem pod, dalej ziejący pustkami, Warsaw Stage na koncert...
 
 

Alessi Rose!


Organizatorzy moim zdaniem skrzywdzili ją tak wczesnym slotem, kolidującym jeszcze nieco z TV Girl. Angielska piosenkarka swoim power-girl-popem powinna zamykać tego dnia festiwalowy namiot. Zagorzali fani i fanki pod sceną co prawda emanowali zarażającym entuzjazmem, a sama Alessi przejęła scenę bezkompromisową energią, ale brakowało temu koncertowi właśnie takiego odpowiedniego rozmachu. A Rose ma potencjał, by porywać tłumy! Jasne, oferuje bardzo bezpieczny popowy standard, ale wszystko mi się w tej dziewczynie i jej twórczości zgadzało. Silny wokal, żywiołowa ekspresja, chwytliwe kompozycje zarażające pozytywną energią, żywe gitary i perkusja. No może tylko przydałyby się jakieś dynamiczne wizuale zamiast statycznego w tle witrażu z jej imieniem i nazwiskiem. Przez pierwsze pół godziny Alessi szczerze mnie porywała swoją brawurową postawą i dynamicznymi bangerami, ale w połowie set nieco zwolnił, gdy chwyciła za gitarę akustyczną. Uznałem, że to dobry moment, by ulotnić się na koncert intrygującej formacji... 


 

TV Girl!    


Do tej pory fenomenu tego zespołu nie rozumiałem i tak szczerze nie próbowałem szczególnie wgryzać się w ich twórczość. Pierwsze minuty spędzone pod główną sceną niespecjalnie mną porwały, ale od razu moją uwagę zwróciło niezwykłe zaangażowanie znacznie młodszej publiczności, które wyraziło się choćby chóralnym odśpiewaniem wersów piosenki "Cigarettes Out the Window". Z czasem jednak ten kalifornijski, letni, indie-popowy vibe, który przywiozła ze sobą ta formacja z San Diego, zaczął coraz mocniej wprawiać mnie w relaksacyjny stan. Delikatny uśmiech na twarzy na stałe zagościł już w drogiej połowie występu, która porwała mnie bardziej dynamicznymi kompozycjami z nutką odpowiedniego romantyzmu rodem z przelotnej wakacyjnej miłości. Dodatkowo zaczęły się nieśmiało przy tej pochmurnej pogodzie przebijać urokliwie promienie zachodzącego słońca, a i odpalone barwne oświetlenie też wprawiało w doskonały nastrój. Kołysałem ramionami z całą publicznością przy "Safeword", doceniłem stepowanie wokalisty Brada Peteringa, porwało mnie beztroskie "Taking What's Not Yours", zachwyciło cieplutkie, wintydżowe, rzewne "Lovers Rock", a podczas wykonanego nieoczekiwanie na bis "It Evaporates" obserwowałem z rosnącym serduszkiem bardzo uroczy taniec pewnej pary na tyłach pierwszej strefy. Pewnie w mniejszej przestrzeni ten imo bardzo ładny występ TV Girl tylko by zyskał, ale sprawdzili się również świetnie w tej roli popołudniowej plenerowej koncertowej przyjemności.  



Livka! 


Nie mogłem przegapić tej szansy, by zobaczyć rozwój tej artystycznej lisicy, która coraz śmielej hasa sobie po polskim muzycznym podwórku! Pamiętam, jak dwa lata temu wzbudziła moje zainteresowanie  opisem na Instagramie ("kocham phoebe bridgers"), urokliwym singlem "Nic(i)" i urzekającym  akustyczno-popowym, kameralnym występem podczas Next Festa 2024. Dziś jest artystką w zupełnie innym miejscu. Po gościnnym udziale na ostatniej płycie Taco Hemingwaya jej popularność gwałtownie wystrzeliła. I pewnie pod Warsaw Stage zebrali się Ci, którzy śledzą już ją od dawna, a także Ci zaciekawieni, co ta artystka ma tak naprawdę do zaprezentowania solowo. A ma całkiem sporo! Jej starsze czułe i balladowe kompozycje z debiutanckiej płyty "z papieru" na żywo przybrały nowe, bardziej porywające, pop-rockowe aranżacje grane sprawnie przez cały zespół. Livka zaś uwodziła swoimi wokalnymi popisami i sceniczną energią. W drugiej części koncertu skręciła mocniej w bardziej hip-hopowy vibe, doskonale wykonując samodzielnie "Bez Stresu" z płyty Taco "Latarnie Wszędzie Dawno Zgasły". Nie zabrakło również niespodzianki. Na scenie pojawił się Fukaj, z którym Livka wykonała świeżutki wakacyjny banger "Chcę Więcej". Jasne, skrojony pod mainstreamowe stacje radiowe, ale bezsprzecznie chwytliwy. Mimo tych stylistycznych rollercoasterów jej show w całości wypadło bardzo przekonująco. Charyzma, wokal, wrażliwość – piękna przyszłość przed tą dziewczyną. I z trudem opuszczałem Warsaw Stage w trakcie jej występu, ale z pewnością jeszcze będzie dużo okazji do przyszłych spotkań.    
 
 

Dominic Fike! 

 
Wielu zapewne pukało się w głowę, gdy Dominic Fike został ogłoszony ostatnim headlinerem tegorocznej edycji z ekskluzywnym koncertem w Europie. Nie ukrywam, że też nieco byłem zaskoczony tym wyborem, mimo iż obijała mi się ta postać o uszy i kojarzyłem go oczywiście z występu w drugim sezonie Euforii. Od razu po tym ogłoszeniu poszukałem na YouTube nagrań z jego koncertów i te wzbudziły we mnie ostrożny optymizm. Jednak nawet najlepsze filmy nigdy nie oddadzą w pełni koncertowych emocji, a te w przypadku występu Fike'a podczas Orange Warsaw nabrały tylko większego rozmachu! Rozluźniony, nonszalancki, amerykański gwiazdor dowiózł headlinerski temat! Zaprezentował nam krótki, godzinny, ale niezwykle intensywny set, który był popisem nieprzewidywalnej estetyki. Miks energicznego, przybrudzonego indie-surf rocka (ten w przewadze na czele z rewelacyjnym "Why"!), hip-hopowej zadziorności i popowej melodyjności wywoływał we mnie niemal ekscytujące emocje. Wrzały one co prawda pod warstwą dominującej u mnie ciekawości, ale pod sceną nie brakowało fanów (tłumów jednak nie było, można było przez cały koncert wbić do pierwszej strefy), którzy z ogromnym zaangażowaniem (chóralnie wyśpiewane "Babydoll", czy też "White Keys"!) przeżywali kolejne muskularne bangery. Krótkie, ale dosadne. I właściwie szkoda, że Dominic wraz ze świetnym zespołem nie decydował się na instrumentalne improwizacje, by nieco przedłużyć życie tym niewiele ponad dwuminutowym kompozycjom. No cóż, skrojone ewidentnie pod pokolenie TikToka i Gen Z i z tej perspektywy, Dominic dał się poznać jako głos młodszej generacji fanów muzyki. A i przy tym jako naprawdę cool gość. Może sprawiał wrażenie nieco zjaranego scenicznego włóczęgi z gitarą w dłoniach, ale potrafił taką postawą wzbudzić szczerą sympatię. Przede wszystkim nie sprawiał wrażenia, jakby specjalnie przyleciał do Europy "odbębnić" koncert. Widać było po nim autentyczną chęć rozkręcenia świetnej atmosfery, odrobił lekcje historii, nawiązywał do tragicznej polskiej przeszłości, wspominał Chopina, w pewnym momencie zeskoczył ze sceny, by przejąć od fana/fanki koszulkę z napisem "I Love Polish Girls", którą od razu założył na siebie na scenie. W finale przy brawurowym "Mama's Boy" porwał się nawet na przebieżkę między barierkami na tyły widowni, zdołał podpisać komuś płytę, doceniając tym samym nasze podsceniczne wsparcie. Charyzmatyczny indie-rockowy buntownik z hip-hopowym zacięciem i performer emanujący zaraźliwym luzem! Nad sceną wywieszone były kolorowe flagi, na których były napisy "Comedy" i "Tragedy". Ten booking i koncert Dominica Fike'a na szczęście nie okazał się tragikomiczny. Ba, powiem więcej, jeśli kuć status headlinera przyszłości, to tylko takimi występami! A trzeba tu jeszcze dopowiedzieć, że to był absolutny premierowy występ tego artysty na europejskich festiwalach. Szkoda tylko, że tak krótki i bez bisu, gdyż publiczność i ja sam pragnąłem więcej. Może też nie przyciągnął wyczekiwanych przez organizatorów tłumów (choć miałem wrażenie, że trochę osób z zagranicy specjalnie dla niego przyleciało), ale wrażenie po sobie pozostawił znakomite.    
 
 

Kasia Lins! 

 
Po zapadnięciu zmroku triumfatorka ostatniej gali Fryderyków (wreszcie!) zaprosiła nas do zmysłowo i kobieco zinterpretowanego świata twórczości Grzegorza Ciechowskiego i Republiki. Koncertową wizję projektu Obywatelka K.L. opisywałem i chwaliłem w relacji z premierowego występu w toruńskich Jordankach, więc nie będę się już powtarzał i odsyłam do tamtego tekstu. Tu tylko dopowiem, że scenograficznie i wizualnie ten koncert był tak samo pieczołowicie dopracowany. Tylko niestety nagłośnienie w tym przypadku nieco rozczarowało – brakowało wyrazistej mocy. Ale oczywiście choćby kawałki takie jak "Śmierć w bikini", czy też "Moja krew" z outrem ekspresyjnej gry na pianinie – potrafiły odpowiednio odurzyć. Na uwagę zasługiwała również forma wykonania kompozycji "Zasypiaj sama". Nieoczekiwanie i nieświadomie dla osób z przodu Kasia Lins zdołała się przemieścić na tyły namiotu i stanąć za barierką przy stanowisku technicznych. Tłumów nie było, więc spod sceny przemieściliśmy się za Kasią, która kontynuowała tę piosenkę dalej, spacerując przez środek Warsaw Stage ponownie w kierunku sceny. Koncert zagrany z wielką klasą!   
 
 
 
 

Lewis Capaldi! 


Na finał pierwszego dnia w podróż przez emocjonalny tor przeszkód zabrał nas jedyny w swoim rodzaju i niepowtarzalny Lewis Capaldi! Gdy lata temu odkrywałem jego wczesną twórczość, to w najśmielszych oczekiwaniach nie sądziłem, że wyrośnie na headlinera dużych festiwali. Ot, wydawał się po prostu miłym gościem z gitarą i smutnymi piosenkami. A jednak przez ostatnie lata zdołał ująć miliony fanów swoimi poruszającymi balladami, mocnym wokalem i przede wszystkim wyjątkową, humorystyczną, pełną dystansu do siebie i świata charyzmą. Nie wszystko jednak było takie różowe. Wraz z rosnącą popularnością nasiliły się u niego problemy neurologicznie (zdiagnozowano zespół Tourette'a) i stany lękowe, które paraliżowały jego występy, w tym choćby wyśpiewanie "Someone You Loved" podczas Glastonbury w 2023 roku. Zmuszony został zawiesić karierę. Po dłuższej przerwie Capaldi wrócił do koncertowania, a przełomowym i symbolicznym momentem stał się jego niespodziewany zeszłoroczny występ na... Glastonbury Festival, podczas którego dokończył utwór, którego nie był w stanie wykonać dwa lata wcześniej. Nagrania z tego momentu były doprawdy wzruszające.
 
Tym koncertem podczas Orange Warsaw Festival Lewis pokazał, że jego problemy zostały zażegnane i znów czerpie radość ze śpiewania rockowy ballad, które nawet największych twardzieli zmuszają do sięgnięcia po paczkę chusteczek. Capaldi ujmował nas swoją głęboką wrażliwością, rozbrajając przy tym ckliwą atmosferę tego koncertu komicznymi komentarzami. Niemniej wydawał się mimo wszystko o wiele bardziej skupiony na prezentowaniu muzycznych dokonań niż scenicznych żartach. A te pierwsze wybrzmiewały tego wieczoru bardzo przejmująco, zwłaszcza utwory z jego ostatniej EP-ki "Survive" przy tym kontekście wspomnianych jego zdrowotnych problemów. Szczególnie epicko i z odpowiednią dramaturgią wybrzmiała tytułowa kompozycja, która dodatkowo została okraszona widowiskową kurtyną deszczu, opadającą na sceniczne deski. W ogóle w Warszawie byliśmy pierwszymi świadkami scenografii przygotowanej na letnią trasę Lewisa i cała ta produkcja wyglądała rewelacyjnie. Świetna, podkreślająca atmosferę kolejnych piosenek gra świateł oraz znakomita praca kamerzysty, który dynamicznie i z bliska pokazywał nam na tylnych telebimach emocje na twarzy Lewisa i grę jego świetnych kolegów z zespołu. Czy jednak to był występ, który wzbudzał we mnie gęsią skórkę? No nie do końca. Doskwierał trochę brak ściśniętego tłumu, gdyż balladowe hymny aż się czasami prosiły o mocniejsze wsparcie wokalne z naszej strony. Nie, żeby całkowicie chóralnych śpiewów brakowało (takie "Before You Go", czy finałowe "Someone You Loved" nie zawiodły), ale też osobiście czułem, że to dopiero dla mnie rozgrzewka przed występem Lewisa Capaldiego w Londynie, który zapewne – i na to liczę – zachwyci mnie jeszcze bardziej swoim emocjonalnym rozmachem i śpiewem sześćdziesięciu tysięcy gardeł. 



Sobota, 30.05


W sobotę na teren festiwalu przybyłem idealnie w momencie, w którym na scenę Warsaw Stage wchodziła ukraińska artystka Ganna. Intrygująco w swoim występie łączyła ukraiński folklor i pieśni ludowe z elektronicznymi samplami i bitami. Nie czułem się porwany, ale kilka osób pod sceną wykorzystywało przestrzeń do prezentowania swobodnych ruchów tanecznych w rytm tego, bądź co bądź, nietuzinkowego elektronicznego vibe'u. Po chwili przerwy na zaspokojenie gastronomicznych potrzeb powróciłem pod festiwalowy namiot, by po raz pierwszy zetknąć się z twórczością Daniela Godsona. Ten chłopak zbiera pochwały w bańce muzycznej branży, ale mnie na ten moment nieszczególnie porwał. Ot, przyjemny alternatywny pop wykonywany przez sympatycznego gościa, ale bez tej iskierki wykrzesywania we mnie euforii. Po kilkudziesięciu minutach zdecydowałem się okupować na pozostałą część wieczoru już dobre miejsce pod główną sceną. I to była dobra decyzja, bo z jednej strony wreszcie teren festiwalu przyzwoicie się wypełniał, a po drugie – wyczekiwane koncerty dowoziły!  
 
 
 

Blood Orange!  



Pierwsza wizyta utalentowanego piosenkarza i multiinstrumentalisty Deva Hynesa w naszym kraju została bardzo ciepło przyjęta przez polską publiczność! Właściwie nie sądziłem, że przeciągnie pod scenę tak stosunkowo pokaźny tłum fanów wyraźnie spragnionych jego koncertu! Przyznaję się, że do tej pory nie potrafiłem się zanurzyć w twórczości jego projektu, nie piałem z zachwytu, tak jak większość krytyków, nad jego zeszłorocznym albumem "Essex Honey" (ot przyjemna dla mnie "pościelówa"), ale podszedłem do tego występu z otwartym umysłem. I na żywo wielowarstwowe kompozycje na styku funku, alternatywnego R&B, soulu, subtelnej elektroniki, stonowanych gitar wykonywane przez Deva w ścisłej kolektywności ze świetnym zespołem wzbudzały mój entuzjazm i dostarczyły odpowiednią porcję muzycznej przyjemności! Już początek tego występu sugerował nadchodzące wyjątkowe przeżycia. Dave wyszedł na scenę osamotniony, w czapce z daszkiem i w charakterystycznych dla niego retro nausznych słuchawkach, chwycił za wiolonczelę i zaśpiewał cover "How Soon Is Now?" The Smiths! Bardzo awangardowe koncertowe intro! Chwilę później dołączył do niego perkusista, klawiszowiec/gitarzysta i kluczowy dwuosobowy, damsko-męski chórek, który często podczas tego koncertu nadawał swym śpiewem ton poszczególnym kompozycjom. Wszyscy prezentowali wszechstronne muzyczne umiejętności, nie brakowało w ich grze instrumentalnego polotu, porywającego groove'u i oddychającej pełną piersią finezji. Na straży jakości przekrojowego repertuaru stał oczywiście Dav Hynes, który to raz prezentował swój łagodny wokal, raz chwytał za gitarę, raz wskakiwał za klawisze – taki trochę człowiek orkiestra. Ten występ miał swoje dobre i znakomite momenty. Nie wszystkie kompozycje porywały tak samo, ale przy licznych momentach odpływałem z przyjemności, jak choćby przy "Best to You", "Charcoal Baby", czy żywiołowo przyjętym, najpopularniejszym w dorobku Blood Orange "Champagne Coast". I nie tylko ja zatracałem się w tym koncercie. W pewnym momencie kamerzysta uchwycił jednego fana, który śpiewał z takimi emocjami i tak widocznym wzruszeniem – coś pięknego! Dev udowodnił, że jest fantastycznym artystą, który tylko zyskuje na żywo i spokojnie mógłby być headlinerem takiego OFF Festivalu.    
 


FKA twigs! 

 
W zeszłym roku na Primaverze Sound i Open'erze omijałem koncerty FKA twigs, ale nie byłem głuchy na recenzje, że były one zjawiskowe. Tym bardziej ucieszył mnie fakt, że bardzo szybko powróciła do nas, by zaprezentować swoją koncertową wizję i scenicznych performance. Nie mam odniesienia, ale, opierając się na innych relacjach, było to show odmienne od zeszłorocznych (niektórzy twierdzą, że nawet lepsze), wzbogacone o trzy kompozycje z wydanej w lipcu płyty "EUSEXUA Afterglow". Estetyka tego występu nie każdemu pewnie przypadła do gustu, ale ja totalnie kupiłem tę koncepcję pod nazwą Body High Tour. Cielesny, taneczny hedonizm zderzał się tu z niezwykle katartycznymi emocjami. Publiczność pulsowała w jednej chwili wraz z rave'owym, pożądliwym rytmem, by w drugiej zamilknąć i zachwycać się wokalizami FKA Twigs. Szczególnie te subtelniejsze momenty zapadły mi bardziej w pamięci, jak choćby "niewinne" wykonanie na samym początku "meta angel" przez FKA twigs sensualnie tańczącą na łóżku i białej pościeli, do której później przy bardziej niepokojącym "Figure 8" dołączyli tancerze, w tym jeden z anielskimi skrzydłami.
 
Chwilę później show nabrało błyskawicznego rozpędu. Klubowo-taneczne wielowarstwowe aranżacje rozpaliły żądze tańca (tuż obok mnie zrobiło się barrrdzo gorrrąco) wśród publiczności, a scena została przejętą przez całą zgraję półnagich tancerzy i tancerki. Dynamika tego koncertu, intensywne oświetlenie i choreograficzne układy wprost oszałamiały! Do tych tanecznych popisów, także w wykonaniu samej brytyjskiej wokalistki,  często były wykorzystywane stalowe rusztowania, zwisające z nich łańcuchy, przymocowana rura do pola dance – elementy służące za scenografię stawały się wielokrotnie integralną częścią show. Tutaj działy się sceny absolutne! Jak choćby ten moment, gdy FKA złapała za samurajski miecz, cięła nim – symbolicznie rzecz jasna – jednego z tancerzy i precyzją co do sekundy w tle na telebimie wyświetlił się odprysk krwi... Tak, tu też było sporo teatralności! 
 
Z pewną dozą powściągliwości, ale wewnętrznie dałem się tej erupcyjnej i ociekającą seksualnością atmosferze ponieść! Nie brakowało jednak na przestrzeni tego spektaklu momentów na złapanie oddechu. Choćby w duchowym transie zatrzymało mnie perfekcyjne wyśpiewanie kompozycji "Eusexua" – początkowo a capella, a później przy wezbranym hipnotycznym elektronicznym pulsie. Były tu momenty, gdy FKA wspierała się wokalnym backgroundem, ale były też chwile, taka jak ta, gdy autentycznie wspinała się na wokalne himalaje. 
 
W pamięci utkwiło mi też wykonanie "Stereo Boy". Początkowo stonowane, niemal melodeklamacyjne przy przestrzennej gitarze, a później uderzające industrial-rockowym crescendo i niemal krzykliwym wokalem FKA twigs. Bardzo oczyszczający moment. Choć najbardziej katartyczny stan owładnął mną przy wyśpiewanej w finale balladzie "cellophane". Absolutnie zniewalający, emocjonalny popis wokalny! Nagle cały teren festiwalu (prócz dobiegających basów z imprezy rozkręcanej przez bbno$ pod Warsaw Stage) totalnie zamilkł. Ta cisza była tak zdumiewająca. To nagłe skupienie, a właściwie zamarcie całej publiczności przypomniało mi koncert Tamino na OFFie. Coś absolutnie pięknego i poruszającego każdą cząstkę duszy. I po tym całym widowisku na usta cisnęło mi się tylko jedno słowo: SZTUKA! Warto było to przeżyć!  
 


Olivia Dean!  

 
 
I w końcu nadszedł ten czas na najbardziej wyczekiwany przeze mnie koncert tego weekendu i zasłużoną headlinerkę całego festiwalu! Olivia Dean zgromadziła pod główną sceną prawdziwy tłum, a przecież jeszcze dwa lata temu grywała w klubach dla najwyżej kilkuset osób! Zauroczyłem się nią trzy lata temu od pierwszego usłyszenia kompozycji "Dive", jej debiutancki album "Messy" sprawił mi dużo przyjemności, ale powiem szczerze, iż nie spodziewałem się, że ta skromna dziewczyna tak nagle stanie się kompletną, wielkoformatową, charyzmatyczną artystką. A to wszystko w ciągu ostatnich miesięcy. Wyśmienity drugi album "The Art of Loving", viralowe/radiowe single, triumf na BRIT Awards, nagroda Grammy w kategorii Best New Artist... Oczywiście – pracował nad tym też sztab ludzi, wytwórnia, management, ale nie byłoby tego sukcesu bez talentu, wdzięku, naturalności, lekkości, kobiecości, promienistości, jaką emanuje sama Olivia Dean. I oczywiście jej zmysłu do komponowania otulających soulowych kompozycji! I tym cudownym występem podczas Orange Warsaw Festival, jedynym takim festiwalowym na Starym Kontynencie w tym roku, 27-letnia wokalistka udowodniła swój status nowej divy brytyjskiego, a właściwie nawet światowego soulu.   
 
Olivia Dean rozpoczęła swój koncert z przytupem, od razu zarażając nas pozytywną energią i porywając wyśmienitym, rozkołysanym, soulowo-popowym "Nice to Each Other". Wkroczyła na scenę ubrana w zwiewną żółtą suknię, z uniesionymi ramionami w górę, szczerym uśmiechem, uzbrojona w swój niebywale przytulny wokal.  Przestrzeń wypełniła się wielowarstwowym brzmieniem, za które odpowiadał towarzyszący jej, grający na perfekcyjnym poziomie, kilkuosobowy skład. Lśniące instrumenty dęte, nienagannie nastrojona gitara, wytrzymałe struny basu, klawisze o wintydżowym brzmieniu i rozśpiewany chórek! Wszyscy członkowie bandu elegancko wystylizowani na tle olbrzymich, scenograficznych, płatków róży, które poniekąd symbolizowały rozkwit kariery Olivii Dean. A przynajmniej tak to odczytywałem.  
 
Dalej Olivia zagłębiała się w retro i głęboko romantyczny klimat za sprawą kolejnych rozgrzewających kompozycji z jej drugiego albumu: "Lady Lady", "So Easy (To Fall in Love)", "Close Up" i "Let Alone the One You Love". Moje ciało pragnęło zatrzymać czas i nieustannie się przy tych piosenkach kołysać, a dusza zanurzyła się w błogiej przyjemności.    
 
Jakością i wdziękiem nie odstawały starsze numery. Chóralnie odśpiewywane  "Messy" i – poprzedzone wzruszającym wspomnieniem odwagi swojej babci w przeprowadzce na Wyspy Brytyjskie – "Carmen" z debiutanckiej płyty tylko rozpalały kolejne płomienie w sercu. Nie zabrakło także  EP-kowych rarytasów z jej wczesnej twórczości: wybrzmiało "Echo", a w dalszej części także "OK Love You Bye". Cudowne zachęty do eksploracji jej całej twórczości dla tych, którzy pojawili się tu głównie z powodu jej ostatniej płyty. 

W końcówce pierwszej połowy seta brawurowo, niezwykle nośnie, z bigbandowym rozmachem wybrzmiał singiel "Time", a w kontraście do niego swoim stonowanym tonem urzekało "A Couple Minutes", które Olivia wyśpiewała w skupieniu z pozycji siedzącej na schodkach scenograficznego podestu. 

Dalej z euforią został przyjęty jeden z głównych przebojów z debiutu – "The Hardest Part"!  Nie tylko za sprawą wciągającej melodii i rytmu zachęcającego do wspólnego klaskania, ale też pierwszego wyjścia Olivii na skraju wybiegu, który wywołał ekstatyczne okrzyki! Z tej bliższej perspektywy z jeszcze większą przyjemnością było móc obserwować jej magnetyczną ekspresję i szeroki uśmiech na twarzy. Jej ruchy były świadomie utrzymane w retro stylistyce ery Motown, ale przy tym cechowały się ujmującą naturalnością. Odnosiłem wrażenie, że ona wręcz fruwa nad sceną!

W międzyczasie Olivia Dean zmieniła swój kostium na błyszczącą, złotą sukienkę zakończoną frędzelkami, a nad sceną rozświetliła się dyskotekowa kula, zwiastując możliwe podkręcenie tempa tego show. I tak też się zadziało! Do tanecznego przesuwania się nóżkami w prawo i w lewo zachęcało sympatyczne "Baby Steps", a rozbudowane "Ladies Room" okazało się idealną przestrzenią do instrumentalnych popisów, zwłaszcza sekcji dętej w finale. Olivia tryskała przy tym czystą radością, z gracją okręcała się na butach ze szpilkami, potrząsała ikoniczne grzechotką w formie złotego banana i podbiła do perkusisty, by wraz z nim trzymać rytm piosenki. Szaleństwo! 
 
Z polotem wykonany cover "Move On Up" Curtisa Mayfielda stał się doskonałą okazją do kolejnych tanecznych i wokalnych odlotów Olivii oraz przedstawienia członków swojego znakomitego zespołu. W repertuarze nie zabrakło również popularnej piosenki "It Isn't Perfect But It Might Be" ze ścieżki dźwiękowej filmu "Bridget Jones: Mad About the Boy", która doskonale nastroiła nas przed epickim finałem. Najpierw usłyszeliśmy moje ukochane "Dive", które uniosło mnie w stan totalnej euforii, a rozentuzjazmowaną Olivię poniosło do ponownego spaceru na skraju wybiegu. Bajeczny numer! Niemniej z jeszcze większą energią i rozgrzanymi gardłami gotowymi do chóralnych śpiewów  przyjęty został finałowy przebój "Man I Need"! Co za soul-popowy banger! Kapitalnie w kulminacyjnym momencie ozdobiony wystrzałem różowego konfetti! Wow!
 
Siła tego wspaniałego występu tkwiła w soulowej prostolinijności, duchowości, melodyjności i szczerości. Bez produkcyjnych fajerwerków, ale ten koncert nie potrzebował spektakularnej oprawy. Wystarczyła Ona! Olivia Dean z fantastycznym zespołem po prostu zachwyciła tym, co najważniejsze – walorami muzycznymi i gwiazdorską charyzmą. Udowodniła, że zasługuje na największe sceny świata!



Loyle Carner! 

 
I na finał przygody z tegorocznym Orange Warsaw moje drugie spotkanie z tym brytyjskim wrażliwym raperem i tak jak na Open'erze dwa lata temu, tak też teraz zachwycił! Być może trochę nawet miewałem déjà vu, ale mimo wszystko taki jakościowy, grany z żywym bandem, jazzujący, emocjonalny hip-hop to ja w pełni kupuję i ze swojej strony wspieram! Podpadł mi tylko Loyle założoną na pożegnanie koszulką zespołu PSG, który tego wieczoru pokonał w finale Ligi Mistrzów Arsenal... Ale ok, mogę mu to wybaczyć. Koncert Carnera może nie był efektownym i piorunującym, ale za to bardzo zacnym i godnym zamknięciem Warsaw Stage i całego festiwalu. 
 

I to byłoby na tyle! Nie żałuję powrotu na ten warszawski festiwal po tej dłuższej przerwie. Wyczekiwane koncerty, tak jak powyżej mogliście przeczytać, mniej lub bardziej, ale mną zachwycały i fajnie było poczuć tę letnią festiwalową atmosferę. Jeśli chodzi o samą organizację? Tu właściwie niewiele się zmienia od lat. Od mojej poprzedniej wizyty tylko namiot Warsaw Stage zmienił swoją konstrukcję na bardziej przestrzenną. Frekwencja? W piątek wiało pustkami, w sobotę już na bardzo przyzwoitym poziomie. Czy do zobaczenia za rok? A to już zależy tylko i wyłącznie od line-upu. Choć życzyłbym nam wszystkim formuły z większą liczbą zagranicznych slotów i przeniesie w inną lokalizację. Jednak to raczej tylko bujanie w obłokach. 
 
PS Dzięki Podróżujący za wszystkie pierwsze w tym roku festiwalowe spotkania i przeżycia! 
 
PS 2 Koncertowe nagrania znajdziecie na moim Instagramie, a poniżej obszerna fotorelacja! 
 


Fotorelacja



Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne 
17.06.2026


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.