Podróże Muzyczne relacjonują: Two Door Cinema Club podczas Malta Festival 2026!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Two Door Cinema Club podczas Malta Festival 2026!


Podróże Muzyczne relacjonują: Two Door Cinema Club podczas Malta Festival 2026!



Hasło przewodnie tegorocznej edycji multidyscyplinarnego poznańskiego festiwalu Malta brzmiało "Za miłość!", a ja podczas ostatniego dnia tego wydarzenia wzniosłem toast za niegasnącą we mnie miłość do indie rocka, którą dodatkowo rozbudził świetny koncert Two Door Cinema Club w Hali MTP nr 6, będący częścią (bardzo zacnego!) programu muzycznego festiwalu.
 
Północnoirlandzka formacja dotarła do nas po dziewięcioletniej przerwie (poprzednim razem świetny festiwalowy set podczas Orange Warsaw Festival) w ramach tegorocznego świętowania 15-lecia ich brawurowego debiutanckiego albumu "Tourist History". No i oczywiście ten album stanowił trzon tego występu. Ktoś złośliwy mógłby tu rzec, że właściwie od lat kawałki z tego krążka stanowią fundament koncertów Two Door Cinema Club, ale mimo wszystko tym razem nie został pominięty ani jeden utwór.  

 
Niemniej panowie nie zdecydowali się na wierne odtworzenie debiutu na deskach sceny. Pokombinowali z kolejnością utworów, nadając występowi odpowiednią dynamikę., a dodatkowo jeszcze dołożyli cztery kawałki z drugiego albumu "Beacon" oraz pojedynczych reprezentantów krążków "Gameshow" (niezawodnie hymniczne "Are We Ready? (Wreck)"), "False Alarm" (mniej wyróżniające się na tle całości "Dirty Air") i "Keep On Smiling" (zaskakująco barwne i pozytywne "Wonderful Life"). Jakby tego mało zaprezentowali jeszcze dwie perełki ze swoich EP-ek: indie melancholijne "New Houses" z debiutanckiej "Four Words to Stand On" oraz niezmiennie od lat sympatyczne "Changing of the Seasons" z dzieła o tym samym tytule.  


Efekt? Półtoragodzinna dawka melodyjnych, ponadczasowych indie-rockowych przebojów, które sprawiły, że krew w mych żyłach zaczęła płynąć wartkimi strumieniami! Two Door Cinema Club zafundowali mi solidny trening cardio! A forma chłopaków? Bez zarzutu. Wciąż zdają się emanować młodzieńczą energią, którą zarażali publiczność i tym samym z łatwością angażowali w gorączkowe przeżywanie tego show. Okej, może do szaleństw, które rozgrywają się na ich wyspiarskich koncertach, sporo brakowało, ale mimo wszystko atmosfera pod sceną była świetna! Pośpiewałem i potańczyłem zdrowo, szczególnie przy tych nostalgicznych i wciąż detonujących endorfiny przebojach z pierwszych dwóch albumów. 


Takie szlagiery jak "I Can Talk", "This Is the Life", "Something Good Can Work", "Sleep Alone", "Sun", "Undercover Martyn", "Eat That Up, It's Good for You" wszechogarniająco porywały i działały niczym łyk coli wlany prosto w serce, skutecznie odrdzewiając moją słabość do wyspiarskiego indie rocka. Miło było również usłyszeć niegrywane w ostatnich latach "Costume Party" oraz "You're Not Stubborn" z debiutu – dość ryzykownie umieszczone w końcówce seta, ale może w tym była metoda, by potencjał tych piosenek przejął władanie nad dostatecznie rozgrzanymi fanami. 

No i jeszcze ta eksplozja wspólnotowej radości przy finałowym, ponadczasowym bangerze "What You Know"! Oj, było to wyzwanie dla mojej kondycji, ale skakałem do utraty tchu, a gardło aż zawołało o Cholinex. Sztos! 


Two Door Cinema Club wylewaną ze sceny miłością i pasją do indie-rocka pięknie łączyli we wspólnych emocjach osoby (znamiennie głównie z pokolenia millenialsów) zgromadzone pod sceną. Zdecydowanie zbyt długo czekaliśmy na ich powrót i chłopaki z zespołu zdawali sobie z tego sprawę. Oby jednak tylko na pustych słowach o szybkim powrocie się nie skończyło!     


Wcześniej na otwarcie wieczoru pasjonującym koncertem popisał się niezależny brytyjski zespół King-No-One. Szczególnie w pamięci pozostaną szaleństwa frontmana tego bandu, który dwukrotnie wspinał się po rusztowaniach sceny, kilka razy zeskakiwał ze sceny, górował nad publicznością, balansując na barierce przy pierwszych rzędach, ekspresyjnie wymachiwał statywem, momentami wywijając nim niczym wiatrakiem. Ale i muzycznie King-No-One prezentowali fajny, intensywny, taneczny, indie-pop-rockowy groove. Lubię takich scenicznie śmiałych chłopaków o bezkompromisowej energii i jestem przekonany, że zyskali kilku nowych sympatyków. 


A pomiędzy tymi zagranicznymi występami swoje energiczne pop-rockowe show zaprezentowali bracia Kacperczyk. Moim zdaniem do line-upu tego dnia pasowali średnio, ale z drugiej strony zagrali na tyle przekonująco, iż publiczność pod sceną była porwana tym występem. Miałem wrażenie, że wiele osób pojawiło się tego wieczoru właśnie dla nich, co tylko potwierdza ich koncertową renomę.     
 

Koniec końców bardzo się cieszę, że dotarłem na ostatni koncertowy dzień Malta Festival. Dziękuję organizatorom za zaproszenie i mam nadzieję, że w przyszłości nadarzy się okazja na dłuższe chłonięcie klimatu tego wydarzenia. Na plus również wybór klimatyzowanej hali koncertowej i możliwość wnoszenia zakręconych półlitrowych butelek z wodą przy panującym piekielnym upale na zewnątrz. To się ceni!        

Pozdrowienia również dla obecnych pod sceną wszystkich Podróżujących! Zabawa z Wami to zawsze frajda! No i jeśli chodzi o zdobywanie koncertowych artefaktów – Podróżujący znów górą! ;) 


PS Nagrania koncertowe z tego wieczoru znajdziecie na moim profilu na Instagramie.

Fotorelacja


Sylwester Zarębski 
Podróże Muzyczne 
03.08.2026 


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.