Podróże Muzyczne relacjonują: Of Monsters And Men w Warszawie, Klub Stodoła, 18.06.2026!

/
0 Comments

Podróże Muzyczne relacjonują: Of Monsters And Men w Warszawie, Klub Stodoła, 18.06.2026!


Podróże Muzyczne relacjonują: Of Monsters And Men w Warszawie, Klub Stodoła, 18.06.2026!


 
Jedenaście lat czekałem na powrót indie-folkowej formacji Of Monsters And Men do naszego kraju i ich pierwszy solowy koncert... Zdecydowanie za długo! Wszak ten islandzki zespół przed laty jako jeden z pierwszych wskazywał memu sercu (a właściwie drugiej połówce) drogę do krainy folkowego szczęścia. Ich debiutancki album "My Head Is an Animal" do dziś zachwyca mnie swoją ujmującą baśniowością i wracam do niego regularnie. Wydany na początku czerwca 2015 roku mroczniejszy i przyziemny drugi krążek "Beneath the Skin" już nie wywołał we mnie takich euforycznych doznań, ale i tak wówczas z ekscytacją czekałem na ich zbliżający się występ podczas trzeciego dnia Open'era. Był to piękny, słoneczny festiwalowy dzień, a brawurowy koncert Of Monsters And Men na głównej scenie przy zachodzącym słońcu sprawił, że unosiłem się z radości ponad teren lotniska! Mimo mocnej konkurencji (The Vaccines, Mumford and Sons, D'Angelo) – zdecydowanie koncert Islandczyków dostarczył mi wówczas największą dawkę ekstazy i do dziś wspomnienia (szkoda, że to był jedyny Open'er z którego nie ma pełnowymiarowej relacji na blogu...) rozgrzewają moje serce. Byłem przy tym przekonany, że między zespołem a polskimi, licznie zgromadzonymi, fanami nawiązała się wyjątkowa więź i ich powrót do naszego kraju będzie tylko kwestią czasu. No cóż... Kolejne lata okazały się bezowocne w tym temacie. Wreszcie po wydaniu trzeciego, skręcającego w bardziej nowoczesne, wygładzone indie-popowe klimaty albumu "Fever Dream" zaplanowali dłuższą trasę, w ramach której 7 lipca 2020 roku mieli zagrać w warszawskiej Stodole. Plany pokrzyżowała oczywiście pandemia... Koncert został jeszcze przeniesiony na następny rok, z dodatkową nadzieją na świętowanie dziesięciolecia debiutu, ale ostatecznie również został odwołany. Kolekcjonerski bilet do dziś gdzieś tam zbiera kurz w mojej szufladzie... 
 
Moja jedyna fota z koncertu OMAM na Open'erze 2015

A potem... zapadła cisza. Owszem, w czasie pandemicznego przestoju Islandczycy nie zniknęli całkowicie. Zamiast jubileuszowej trasy ruszyli w sentymentalną podróż po rodzinnej Islandii, czego efektem był urokliwy film "Tíu", a wokalistka Nanna Bryndís Hilmarsdóttir zachwyciła mnie jeszcze swoim subtelnym, solowym albumem "How to Start a Garden". Przez długi czas wydawało się jednak, że przyszłość Of Monsters And Men stoi pod znakiem zapytania. Członkowie zespołu zajęli się własnym życiem, a gdy po latach spotkali się ponownie w domowym studiu, sami nie byli pewni, czy chcą jeszcze wspólnie tworzyć.

Na szczęście odpowiedź okazała się twierdząca. Efektem tych pozbawionych presji spotkań okazał się zeszłoroczny album "All Is Love and Pain in the Mouse Parade" – dla mnie ich najpiękniejszy od czasu debiutanckiego "My Head Is an Animal" Mniej baśniowy, za to dojrzalszy, niezwykle ludzki i przeszyty autentycznymi emocjami, z organicznym brzmieniem oraz nieustannie wspaniałymi harmoniami Nanny i Ragnara, które ponownie ścisnęły za serce. To właśnie ten krążek sprawił, że wróciła do mnie ekscytacja i wiara, że historia Of Monsters And Men wcale się nie skończyła – po prostu potrzebowała czasu, by odnaleźć nowy początek. Wróciła również nadzieja na wyczekiwane od lat drugie spotkanie... 

Początkowo ucieszyła mnie ogłoszona obecność Of Monsters And Men na Metronome Prague, na który posiadałem już karnet, ale dalej liczyłem, że te festiwalowe przystanki nie będą jednymi. I tak też się stało! Islandczycy dołożyli kilka solowych występów, w tym ten w warszawskiej Stodole! Nie miałem żadnych wątpliwości! Mimo sąsiadującej z tym terminem podróży do Pragi to nie mogłem przegapić takiej wyjątkowej okazji! I... o rany, cóż to był za koncert!
 
Po tym długim wstępie – istotnym jednakże dla zarysowania emocjonalnego kontekstu tego czerwcowego wieczoru – możecie sami domyślać się, jakie nadzwyczajne uczucia buzowały we mnie już właściwie od momentu stawienia się w kolejce przed warszawską Stodołą. Ba, pojawiłem się na tyle wcześniej, iż udało się zdobyć barierkę! Emocje zatem pęczniały z każdą upływającą minutą...  
 
 
 
Zanim jednak scena została przejęta we władanie przez Of Monsters And Men, to na jej deskach pojawiła się inna islandzka artystka – Rakel. Ze wsparciem swojej duńskiej koleżanki i producentki zeszłorocznego albumu "a place to be" Sary Flindt Nielsen otworzyła ten wieczór bardzo subtelnym oraz intymnym występem. Wymagającym chwili skupienia i kontemplacji. Rakel ujmowała mnie delikatnym wokalem, wpadającym momentami w ładną harmonię z głosem Sary, spokojnym storytellingiem, łagodnymi skubnięciami za struny gitary akustycznej, skrycie wyłaniającymi się elektronicznymi/syntezatorowymi teksturami. W tej intymności kryła się głęboko emocjonalna, kojąca ekspansywność, ale zdaję sobie sprawę, że dla części osób podróż w głąb tych emocji mogła okazać się nieco nużąca. Ja troszkę jednak zdołałem się przy wysiłkach Rakel rozmarzyć i zatrzymać kłębiące się wokół mnie myśli. A nie ukrywam, że gdzieś tam w tyle głowy kołatało pytanie, czy za chwilę Of Monsters And Men zdołają wskrzesić we mnie ten folkowy entuzjazm, którym tryskałem pod sceną na Open'erze 2015. Odpowiedź przyszła właściwie od pierwszych minut... 
 
 
Kilkuosobowy skład islandzkiego zespołu pojawił się na scenie przy wtórze gromkich oklasków stęsknionych polskich fanów, którzy wypełnili Stodołę do ostatniego miejsca! Na pierwszym planie od lewej strony z naszej perspektywy gitarowe solówki i pejzaże rzeźbił Brynjar Leifsson z charakterystycznym dla niego gitarowym paskiem ozdobionym białą błyskawicą. Centralna część sceny należała zaś oczywiście do Ragnara Þórhallssona i Nanny Bryndís Hilmarsdóttir ubranej w zjawiskową, kwieciście pofałdowaną zieloną sukienkę. Szybko udowodnili, że wciąż pozostają jednym z najbardziej czarujących duetów wokalnych współczesnego indie folku. Ich głosy nie tylko świetnie się uzupełniały, ale potrafiły też nadać piosenkom zupełnie różne odcienie emocjonalne – od kojącej delikatności po pełną rozmachu euforię. Z prawej strony o odpowiednie tempo i natarczywość sekcji rytmicznej dbali zaś Kristján Páll Kristjánsson z basem w dłoniach, a na podwyższonym stanowisku, z bocznego profilu nieokiełznaną energię i wylewającą się pasję wraz z potem na skupionej twarzy prezentował nam perkusista Arnar Rósenkranz Hilmarsson. Za ich plecami muzyczne tekstury grą na klawiszach, syntezatorach, gitarach oraz innych instrumentach wzbogacało dwóch dodatkowych koncertowych instrumentalistów. Nie ukrywam, że od początku z iskierkami ekscytacji obserwowałem fenomenalną grę całego zespołu.   
Pierwsze takty singlowego "Television Love" błyskawicznie wprowadziły mnie w znajomy, ale jednocześnie nieco odmieniony świat Of Monsters And Men. Indie-folk-rockowy puls, błogie harmonie, zwarty i potężnie brzmiący zespół, czarujące wokale Nanny i Ragnara – z pozoru wszystko wydawało się bardzo znajome. A zarazem Islandczycy nie odtwarzali jeden do jednego magii sprzed jedenastu lat. Przywieźli ze sobą nową energię, dojrzalsze emocje i materiał, który doskonale pokazał, jaką drogę przeszli. Setlista została właściwie totalnie zdominowana przez "All Is Love and Pain in the Mouse Parade", ale absolutnie nie miałem z tym problemu! Wręcz przeciwnie – kompozycje z nowej płyty na żywo nabierały rumieńców, przestrzenności i pozytywnie zaskakiwały koncertowym potencjałem. Już wspomniane brawurowe "Television Love" natychmiastowo zagęściło atmosferę, nadało odpowiedni ton temu koncertowi i sprowokowało mnie do głośnego wyśpiewania refrenu. Kolejne nowości, urokliwe i z rosnącym instrumentalnym napięciem "Dream Team" oraz zanurzone w folkowej błogości i emocjonalnej kontemplacyjności piosenki "Tuna in a Can" i "The Towering Skyscraper at the End of the Road", tylko potwierdzały, jak wielowarstwowe, wielowymiarowe i wspaniale organiczne jest ostatnie dzieło Of Monsters And Men. Najlepsze koncertowe highlighty z tego albumu jednak dopiero były przed nami... 
Na kolana rzuciło mnie intensywne i przeszywające wykonanie "Styrofoam Cathedral"! Wow! To była jedna z tych sytuacji, gdy niepozorny studyjny utwór na żywo zdumiewająco nabiera instrumentalnego rozmachu! Piętrzący się rytmiczny puls wspierany oklaskami publiczności prowadził do kilkukrotnych eskalacji emocji! Atmosferę podgrzała również Nanna, która podczas drugiego refrenu chwyciła za mikrofon i pojawiła się na skraju sceny, zarażając nas swoją rozbrajającą energią! I jakże spektakularnie w pewnym momencie wzniosła swój głos ponad szczyty wokalnych Himalajów! Zostałem absolutnie porażony oczyszczającą siłą tego utworu! Ba, tak się w nim zakochałem, że przez kilka kolejnych dni nie potrafiłem się od niego uwolnić! Fenomenalny moment tego koncertu!   
Balsamem dla mej duszy okazało się przepiękne wykonanie "The Actor". Znów błyszczała Nanna, która emocjonalność tej kompozycji uzewnętrzniała nie tylko czystym wokalem, ale także ekspresyjną grą dłoni, jakby chciała te uczucia uformować w rzeźbę. W końcówce dodatkowo sięgnęła po niewielki klawiszowy instrument zwany melodyką, którego ciepłe, lekko nostalgiczne brzmienie nadało tej kompozycji kameralnego charakteru. Ta nastrojowa atmosfera była kontynuowana poprzez melancholijną piosenkę "The Block". Tu harmonijne wokale Nanny i Ragnara wzbogaciła swą gościnną obecnością Rakel. Ta kompozycja płynnie przerodziła się w wyjątkowe outro "Mouse Parade". Poruszającą metaforyczną opowieść o zmuszonych do bolesnej ucieczki myszach ze swojego bezpiecznego schronienia członkowie zespołu wyśpiewali półszeptami, stojąc w kręgu zwróceni do siebie twarzami, oświetleni zaledwie jednym snopem światła scenograficznej lampy. Niezwykle eteryczny, intymny, wyciszający wszelkie emocje fragment. Zjawiskowy w swej minimalistycznej teatralności! 
 
Dłużej w pamięci pozostało również emocjonujące wykonanie kompozycji "Ordinary Creature". Łagodne, acz podszyte mrokiem zwrotki prowadziły nas do intensywnego i przejmującego refrenu. Tym razem to Ragnar przejął rolę wodzireja, chwycił za mikrofon i spacerował wzdłuż skraju sceny, skutecznie zachęcając nas do wyrzucenia z siebie wszelkich niepokojących emocji, śpiewając chóralnie powtarzane wersy I wish I could run to your house when it gets dark out. Było to doznanie iście terapeutyczne! 
Te wszystkie nowości były oczywiście przeplatane kompozycjami ze starszych płyt. I podczas tych podróży w czasie moje serce oczywiście zaczynało bić szybciej, a publiczność wyraźnie się ożywiała. Zwłaszcza gdy pojawiały się baśniowe perełki z debiutanckiego albumu. Co prawda ten reprezentowany był tego wieczoru tylko przez cztery piosenki, ale każda z nich sprawiała, że fale nostalgii zalewały moją duszę, a gęsia skórka pojawiała się jedna za drugą. Czarujące "King and Lionheart" zaprosiło nas do serdecznego wspólnego śpiewu. Pełne indie-folk-rockowego rozmachu "Dirty Paws" zabrało nas w epicką wędrówkę po baśniowym szlaku, która zaprowadziła nas do eksplodującego finału, cementującego symbiozę między zespołem a publicznością. Z kolei nieustannie goszczące na falach radiowych, kultowe już "Little Talks" wywołało wulkaniczny wybuch wielopokoleniowej (a doprawdy przekrój wiekowy był zróżnicowany!) euforii, tanecznych podrygów i gardłowo wykrzyczanego między wersami refrenu Hey!  Czyste szaleństwo! 
Z pozostałych albumów wybory padły na czołowe single. Z "Beneath the Skin" dane nam było przeżywać transowe, rozpędzające się jak żywioł "Human" (kolejne mocne crescendo tego wieczoru wzbogacone ponownie grą Nanny na zawieszonej na szyi melodyce) oraz masywne, niemal stadionowe "Crystals". Zaś z "Fever Dream" wybrzmiał tylko "Alligator", ale za to z jaką rockową, oszałamiającą energią! Zdecydowanie było to najbardziej hałaśliwe wykonanie tego wieczoru! Zasadniczą część seta zwieńczył z kolei niezależnie wydany singiel "Visitor", który również pokazał bardziej zadziorne, ekspansywne, folk-rockowe oblicze islandzkiej formacji. Nanna znów postanowiła zbliżyć się do nas i ekspresyjnie oraz chyżo spacerowała po skraju sceny, zatracając się całkowicie w tym kawałku. Liczyłem, że może w swoim stylu przełamie tę czwartą ścianę i zeskoczy do pierwszych rzędów, ale tym razem chyba warunki jednak temu nie sprzyjały. Szkoda. Niemniej i tak wspólnie z kolegami z zespołu zakończyła podstawową część koncertu z godnym podziwu przytupem, który wyzwolił falę niekończących się owacji. 
Celowo w poprzednich akapitach nie wspominałem o dwóch kompozycjach, które pojawiły się na bisie, gdyż zasługują na oddzielne wyróżnienie. Najpierw Nanna zapowiedziała "Love Love Love", jako jeden z pierwszych utworów, które zespół wspólnie zaczął grać. W prostocie tej kompozycji, miękkości wokalu Nanny i subtelnej aranżacji opartej głównie na akustycznych gitarach i akordeonie – na którym zagrał Arnar po odejściu od perkusji – było coś absolutnie rozbrajającego emocjonalnie. Publiczność niemal natychmiast odpaliła latarki w telefonach, a ja po ostatnich nutach ułożyłem z obu dłoni kształt serca i posyłałem platonicznie swoją miłość do zespołu. Chwilowo koncertowa euforia ustąpiła szczeremu wzruszeniu. 
I na zakończenie koncertu wyczekiwana przeze mnie najpiękniejsza kompozycja z "All Is Love and Pain in the Mouse Parade". "Fruit Bat"! Ponad dziesięć minut islandzkiej magii! Kompozycja rozwijała się niespiesznie, od kruchego śpiewu Nanny wspieranego przez melodyjną grę Ragnara na klawiszach, po narastanie kolejnych warstw instrumentów (gra Arnara na bębnach była magnetyczna przez cały wieczór, ale w tym momencie po prostu przechodził samego siebie). Napięcie w przestrzeni między dźwiękami wyraźnie rosło, by w połowie zjawiskowo się wyciszyć. I w tym momencie rozpoczął się długi instrumentalny marsz w stylu najpiękniejszych momentów Sigur Rós w stronę powoli pęczniejącego, monumentalnego uwolnienia szarpiących za serce i duszę emocji! Katartycznie zmiotło mnie z powierzchni ziemi! Cudo! Ten epicki kawałek potwierdził na żywo tkwiące w nim genialne folkowe piękno. Podczas tych kilku minut najwyraźniej było też widać tego wieczoru odzyskaną po latach chemię w zespole. Wzajemne uśmiechy, spojrzenia, reakcje na zagrania kolegów – czerpali autentyczną radość ze wspólnego grania. To była idealna ostatnia ilustracja tego wybornego koncertu, który pokazał nam muzyczną drogę Of Monsters And Men: od folkowej baśniowej beztroski debiutu, przez emocjonalny mrok, eksperymenty z indie-popem i wreszcie do niezwykle ludzkiego oblicza ostatniego albumu. Niezależnie od prezentowanego stylu – pod każdą kompozycją biło to samo serce wypełnione pasją i miłością do przekazywania poruszających emocji oraz kryła się zdolność do kreowania nawet w ciągu jednej piosenki płynnych przejść od kameralnej, niemal szeptanej intymności do potężnej, zniewalającej ściany dźwięku. Zespół w formie życia!    
W międzyczasie trwania bisów (albo też na samym początku, pamięć mnie delikatnie zawodzi) spod barierki ktoś rzucił na scenę ręcznie robioną pluszową mysz z przypiętą tajemniczą wiadomością do zespołu. Jej treści nie poznaliśmy, ale Nanna była tym podarunkiem wyraźnie zachwycona i zaintrygowana. Ten moment symbolicznie pokazał, jak, mimo upływu wielu lat od poprzedniego koncertu, silna więź istnieje między Of Monsters And Men a polskimi fanami. Ta chemia przez cały wieczór była namacalnie wyczuwalna poprzez nieustanne wspieranie zespołu chóralnymi śpiewami, ekstatycznymi okrzykami, oklaskami i wypływającą z każdego z nas euforyczną radością. Dla wielu z pewnością ten występ okazał się powrotem do najpiękniejszych wspomnień z młodości. A u  niektórych być może scementował miłość do Islandczyków. 
Osobiście pod barierką zatraciłem się bez reszty. Wyśpiewałem, wyskakałem i wyklaskałem ten koncert z nieokiełznanym zapałem! A emocjonalnie odleciałem gdzieś daleko poza warszawską Stodołę w stronę magicznych islandzkich pejzaży. Po tym koncercie nawet nasiliło się we mnie pragnienie, by kiedyś dotrzeć na tę wulkaniczną wyspę. A po wyrwaniu setlisty na mojej twarzy zagościł jeden z najszerszych i najszczerszych uśmiechów w całym moim życiu! Cieszyłem się jak dziecko! 
 
Byłem też niezwykle wdzięczny, że mogłem te chwile przeżywać i dzielić z mymi Podróżującymi przyjaciółmi (a nawet ich rodzicami – pozdrawiam tatę Andrzeja!). Pozdrawiam również cieplutko wszystkie osoby, które rozpoznały mnie i podbiły tuż po koncercie zbić piątkę! Zawsze wzrusz! I piona również dla garstki osób, z którymi cierpliwie czekałem na wyjście Nanny i Ragnara po koncercie pod Stodołą. Po upływie niemal godziny trochę nawet traciłem nadzieję, a dodatkowo rozsądek nakazywał mi wracać do hotelu, gdyż musiałem wstać po godzinie czwartej nad ranem, by zdążyć na pociąg do Pragi, ale ostatecznie determinacja wygrała i ostatecznie udało się zdobyć autografy na ukochanym od lat debiutanckim albumie, setliście i wykonać fotkę z uroczą Nanną! Ach, lepiej być nie mogło! Dla takich historii warto podróżować muzycznie!   
 
A trzy dni później nastąpiło kolejne fantastyczne spotkanie z Of Monsters And Men podczas Metronome Prague, ale to już zupełnie inna historia, którą kiedyś opowiem na blogu. 
 

    

Fotorelacja

 



















Sylwester Zarębski 
Podróże Muzyczne
01.08.2026


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.