PM relacjonują: Lor z EP-ką "Sunlight" w Poznaniu, Dziedziniec Tama, 12.07.2020!

/
0 Comments
PM relacjonują: Lor z EP-ką "Sunlight" w Poznaniu, Dziedziniec Tama, 12.07.2020!



Ponad cztery miesiące... Tyle trwała u mnie przerwa od koncertowych podróży, spowodowana sami wiecie czym. W końcu udało się przełamać ten coraz bardziej depresyjny stan! I trudno mi było wymarzyć sobie lepszą okoliczność powrotu do koncertowej rzeczywistości. I zarazem bardzo symboliczną...

Od początku kariery zespół Lor  darzę ogromną miłością i wiarą w ich pozaziemskie talenty – nie muszę się już chyba z tego specjalnie tłumaczyć. Na początku marca dziewczyny wydały wyśmienitą, bardzo ciepłą i pozytywną EP-kę "Sunlight". Krótko po tej premierze miały wyruszyć w trasę koncertową. Dorwałem bilety na koncert w Poznaniu, ale... Dalszy przebieg tej historii jest znany nam wszystkim. Wirus błyskawicznie zatrzymał całą branżę koncertową. Wiele podróży zostałem zmuszony anulować, a na wierzchołku tej listy znajdował się właśnie ten wyżej wspominany koncert w stolicy Wielkopolski. Ale jak rzecze mądre przysłowie: co się odwlecze, to nie uciecze... Luzowanie obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa pozwoliło naszej rodzimej branży na powrót do organizowania kameralnych, plenerowych wydarzeń. Szczególnie w tych większych miastach promotorzy zaoferowali ciekawe serie letnich koncertów. Dzięki temu dziewczyny zapakowały się w busa i w końcu dotarły do Poznania, by zagrać w ramach weekendowych koncertów na Dziedzińcu klubu Tama. Oczywiście w nieco innych warunkach niż zazwyczaj, co wiązało się z zaostrzonym reżimem sanitarnym (o tym słów parę na końcu), ale liczyła się przede wszystkim możliwość doświadczenia muzyki na żywo. A to doświadczenie w przypadku występów dziewczyn jest zawsze absolutnie wyjątkowe. Tym razem jednak okazało się wręcz przełomowe!

Przełomowa oczywiście była już tegoroczna EP-ka "Sunlight". Przyniosła ona niemałą rewolucję w twórczości dziewczyn, szczególnie jeśli chodzi o brzmienie, produkcję oraz energię. Zastanawiałem się, w jaki sposób dziewczyny będą te nowe kompozycje prezentować na żywo. Czy w okrojonych aranżacjach, czy może pojawią się jakieś nowe rozwiązania? Okazało się, że wygrała ta druga opcja! I to w bardzo naturalny sposób! Koncertowy skład Loru zasilili, nie kto inny, jak bracia Sarapata! Strzał w dziesiątkę! To właśnie Michał "Mamut" i Mateusz byli odpowiedzialni za produkcję "Sunlight" i to w dużej mierze dzięki nim (nic nie ujmując oczywiście kreatywności dziewczynom) EP-ka brzmiała tak bogato i światowo. Dziewczyny zresztą od lat są zaprzyjaźnieni z braćmi, więc ta koncertowa współpraca wisiała w powietrzu. I trzeba przyznać, że chłopaki wnieśli sporo nowej, bardzo dobrej energii w występy Loru! Do tej pory dość oszczędna przestrzeń instrumentalna, która była niejako firmowym znakiem, teraz została wypełniona po brzegi mnóstwem nowych detali. W połowie koncertu wręcz zacząłem żałować, że nie sporządzam notatek! Bracia chwytali za bas, elektroniczne perkusjonalia, ukulele, deszczową tubę i... Ach, no chyba tylko oni sami wiedzą, jakie cuda instrumentalne tam jeszcze zostały wykorzystane. Dzięki nim nagrania z EP-ki wybrzmiały w pełnej krasie. No i stanowiły crème de la crème całego koncertu. Dało się wyczuć, że dziewczyny już z ogromną niecierpliwością pragnęły je w końcu móc zaprezentować na żywo.

Pojawiły się na scenie ubrane niemal jednolicie w białe stroje (doceniam ten wizerunkowy szczegół) przy puszczonym w tle "Intrze". Na pierwszy ogień – przebojowy, fantastyczny "sun#2"! Szkoda, że w Tamie miejsca dla publiczności były siedzące (i trochę, mimo wszystko, w moim mniemaniu za daleko oddalone od sceny), ponieważ ciało momentami rwało się do swawolnych tańców. Nie bez przyczyny dziewczyny zrezygnowały również z tradycji braku oklasków między utworami. Moja nóżka ochoczo również podrygiwała w rytmie "suntescobar" i "bye bye, sun francisco". Zatrzymajmy się chwilę przy tym drugim wykonaniu, bo stała się tam rzecz niesłychana! Paulina Sumera chwyciła za ukulele i zagrała po raz pierwszy wspólnie z koleżankami! Wow! Pełen szacunek za ten odważny krok! Paulina oczywiście nadal nas częstowała przez cały występ stand-upowymi zapowiedziami i anegdotami – trudno sobie wyobrazić koncert Loru bez tego elementu. U pozostałych dziewczyn bez większych rewolucji. Julia Błachuta zachwycała perfekcyjną grą na skrzypcach, Julia Skiba z pełną gracją za klawiszami, a Jagoda Kudlińska czarowała swoim nieskazitelnym wokalem. Budowany od lat fundament ich występów skradł serce jak zawsze. Powróćmy jednak do przebiegu koncertu. Mówię dużo o tej nowej, przebojowej energii, ale nie brakowało momentów, w których myśli uciekały w refleksyjny ton. Z EP-ki takie emocje gwarantowało piękne wykonanie piosenki "the sun is not my son", której zdecydowaniej najbliżej klimatem do debiutanckiego krążka "Lowlight". A skoro już o debiucie, to oczywiście nie mogło w setliście zbraknąć reprezentacji z tego cudownego, zeszłorocznego albumu. Może liczyłem na nieco większą ilość tych starszych utworów (osobiście ubolewałem nad brakiem genialnego "Patty Boo"), ale jestem też w tym pełen wyrozumiałości. Raz, że te utwory wymagały i doczekały się zupełnie nowych aranżacji. Dwa – czasami mniej znaczy lepiej, a w przypadku tego występu pozwoliło zachować pewną równowagę w warstwie dostarczanych emocji. Niezwykle zauroczyła mnie nowa, bardzo delikatna aranżacja "Christmas Morning: Busza's in the Garage". Do koncertowej łaski powrócił w glorii zwycięstwa utwór "Windmill". "Matches" niezmiennie skutecznie porwał do rytmicznego klaskania, a dołożone outro posłużyło za tło do przedstawienia, gromko oklaskiwanych, członków zespołu. Listę starszych kompozycji dopełnił jeszcze uroczy "Cinnamon" i setlistowy (tak, w końcu pojawiły się na scenie setlisty z prawdziwego zdarzenia!) "Gibon" (o ile się nie mylę, pod tym skrótem był ukryty "Ribbon", ale może pamięć płata figle). Na tym jednak nie koniec! Nie zabrakło prawdziwego zaskoczenia! Chociaż można pewnie mnie uznać za eksperta w dziedzinie twórczości Loru, to okazało się, że wciąż nie wiem wszystkiego. Dziewczyny odgrzebały z przeszłości kompozycję, która pojawiła się bodaj tylko na dwóch, trzech koncertach w 2016 roku i nigdy nie została opublikowana... Wybaczcie, ale z emocji nie zarejestrowałem pełnego rozwinięcia skrótu "MST". Natomiast sama w sobie kompozycja była naprawdę r-e-w-e-l-a-c-y-j-n-a! Dynamiczna i wpadająca w ucho! Dobrze, że została wydobyta z czeluści przeszłości! Na pojedynczy bis raz jeszcze usłyszeliśmy znakomity "sun#2" (mam nadzieję, że dane będzie mi kiedyś usłyszeć tę piosenkę na żywo w wersji z runforrestem).

Wady? Właściwie mam jedno zastrzeżenie. Ale nie skierowane do zespołu. Otóż nie zauroczyła mnie lokalizacja koncertu. Dziedziniec klubu Tama nie należy do miejsc, które zwykłbym określać magicznymi. Miejski anturaż szarego blokowiska z czasów PRL-u odzierał trochę koncert z odpowiedniej atmosfery. Do tego dobiegające odgłosy samochodów, motocykli i, o zgrozo, przelatującego nad nami samolotu... Choć ćwierkające ptaszki w pewnych momentach dodawały uroku. Niemniej nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to miejsce nie pomaga w kreowaniu właściwego klimatu. Dwa dni później z lekką zazdrością obserwowałem relacje z koncertu na Pradze Centrum w Warszawie. Mam nadzieję, że nic nie pokrzyżuje planów na jesienną trasę, ponieważ ta nowa odsłona koncertów Lor idealnie pasuje do zamkniętych, klubowych pomieszczeń. I oby w takich warunkach udało nam się raz jeszcze w tym roku spotkać! Czuję pewien niedosyt!

Dziewczyny obiecywały, że ten rok będzie wyjątkowy, że będzie rokiem Loru, że wkroczą na ścieżkę profesjonalnego zespołu! Nie zawiodły! Szczerze jestem dumy z progresu, jakie wykonały w ostatnich miesiącach i cieszę się z tej udanej współpracy z braćmi Sarapata! Oczywiście mam nadzieję, że od czasu do czasu dziewczyny będą wracały do kameralniejszych występów, ale droga, którą obrały, wydaje mi się drogą bardzo naturalnego rozwoju. Oby tak dalej!

PS Dziękuję oczywiście za kolejne miłe, tradycyjne spotkanie po koncercie oraz podpisaną setlistę! Nie sądziłem, że kiedykolwiek moje koncertowe zdobycze wzbogacą się o taki skarb!

PS 2 Pozdrawiam również Podróżującą Agę! Dzięki za niezmiennie miłe towarzystwo i pomoc w zdobyciu setlisty! :D

PS 3 Miałem jeszcze wspomnieć o obostrzeniach koncertowych w czasach pandemii. Hmm, niby są, ale... Nie da się ukryć, że panuje u nas teraz dość spore rozluźnienie i być może zbytnie lekceważenie zagrożenia możliwością zarażenia się. To jest złożony temat, ale ogólnie ujmując, widać ten stan również na koncertach.  Maseczki tylko na czas wejścia, potem nikt ich już nie zakładał. Dystans społeczny był fikcją, nawet miejsca siedzące nie gwarantowały zachowania odpowiednich odległości. Oczywiście nie brakowało środków dezynfekcji, określone produkty z baru można było tylko zamówić u kelnerów, na wejściu składało się specjalne oświadczenie... Generalnie największym obostrzeniem związanym z koncertami są limity liczby uczestników, ale i to za chwilę będzie się nieco zmieniać na korzyść organizatorów. Moment powrotu do pełnej normalności wydaje się jednak jeszcze dalekim śpiewem przyszłości.


















Sylwester Zarębski
PM
16.07.2020




Przeczytaj również

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.