Podróże Muzyczne relacjonują: Foo Fighters na Stadionie Narodowym w Warszawie! [15.06.2026]

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Foo Fighters na Stadionie Narodowym w Warszawie! [15.06.2026]
 
 

 Podróże Muzyczne relacjonują: Foo Fighters na Stadionie Narodowym w Warszawie! [15.06.2026]

 
 
Występ Foo Fighters na Stadionie Narodowym był moim czwartym spotkaniem z tą rockową instytucją i znów ekipa dowodzona przez Dave'a Grohla dostarczyła epickie show!  

Po koncertach Foo Fighters w Tauron Arenie Kraków w 2015 roku (z ikonicznym Dave'em ze złamaną nogą w gipsie, zasiadającym na tronie zbudowanym z gitar) i dwóch wizytach na Open'erze (2017, 2024) przyszedł wreszcie czas na warunki stadionowe, o których marzyłem już od lat za sprawą seansu koncertówki Live at Wembley Stadium z 2008 roku. Tylko ten nasz nieszczęsny pod względem akustyki Narodowy nie do końca pojawiał się w moich snach, a i z wielu względów kulała sprzedaż biletów, zapowiadając frekwencyjną wtopę. Skąd brało się to słabe zainteresowanie koncertem rockowego giganta? Przyczyn było wiele. Foo Fighters powrócili do nas względnie bardzo szybko, Dave nie miał też najlepszej prasy w ostatnim czasie po zdradzie żony, odstraszały wysokie pierwotne ceny biletów, a później zniechęcały ruchy Live Nation z podziałem płyty, wprowadzeniem puli tańszych biletów i likwidacją górnych sektorów. Ponadto otrzymaliśmy niezbyt nośne supporty (Otoboke Beaver i Royel Otis), a sam kalendarz czerwcowych imprez przyprawiał fanów gitarowego grania o zawrót głowy.  
 

Ostatecznie "tłum" obecny na Narodowym spokojnie zmieściłby się w pierwszej z brzegu większej hali koncertowej, ale nawet gdyby pod sceną było kilkanaście osób, to mam wrażenie, że chłopaki zagraliby z taką samą zaraźliwą werwą i zapałem, iż i tak czułbym, że uczestniczę w monumentalnym rockowym święcie! Na szczęście mimo wszystko zagorzałych fanów zespołu nie brakowało (choć oczywiście nie sposób było się tu chwalić ujęciami z całego stadionu i frekwencją), energia i atmosfera pod sceną była wspaniała, a chóralnym śpiewom i tańcom nie było końca! Ba, nawet Studnia Narodowa okazała się łaskawa! Przynajmniej z mojej pozycji, bo docierały też do mnie różne. Nie ukrywam, że uśmiechnęło się do mnie szczęście (ominęła mnie awaria skanerów…) i okupowałem miejsce przy barierce, tuż przy wybiegu naprzeciw mniejszego głośnika. No i to jest też taki protip na tym Stadionie Narodowym, który sprawdza się u mnie od lat – im bliżej sceny/głośnika, tym doznania na tym obiekcie są lepsze i przynajmniej utrzymują się na przyzwoitym poziomie. A tego wieczoru czułem wręcz audiofilskie doznania. Jasne, od czasu do czasu pogłos był słyszalny (zwłaszcza perkusja podczas akustycznego seta), ale generalnie, łącznie ze supportującymi zespołami, docierało do moich uszu bardzo klarowne brzmienie, które tylko potęgowało moją rosnącą z biegiem wieczoru satysfakcję.
 
 
A sam w sobie koncert Foo Fighters? Zgraja sympatycznych rockmanów zabrała mnie w trzygodzinną podróż po krainie gitarowego szczęścia! Już od samego momentu wyjścia na okazałą scenę panowie wykazywali chęć dokonania szybkiego nokautu. No i doprawdy niemal rzucili na kolana serwując na samym początku mocarne pozycje ze swojej dyskografii: brawurowe "All My Life", siedmiominutowe "The Pretender" z wplecionym jammingiem Do It Pink Fairies (tym samym Dave z zespołem sami sobie odpowiedzieli na wcześniej zadane pytanie, czy powinni dziś zagrać trzygodzinne show), energiczne "Rope" ze świetną finałową solówką Dave'a, który wkroczył na wybieg, by przywitać się z Matką Naturą – deszczem oraz prowokujące do szybowania nad płytą Narodowego "Learn to Fly"! To były iście armatnie wystrzały, które z miejsca pobudziły mnie do rock'n'rollowego szaleństwa! Rzucane w międzyczasie przez Grohla pytania typu Do You love rock'n'roll? czysto retoryczne! Emocji nie ostudziła świeższa kompozycja "Rescued" z płyty "But Here We Are", a rozradowało mniej oklepane w setlistowych wyborach w ostatnich latach "Stacked Actors". Temperatura, mimo przejściowych fal deszczu, dalej rosła, a zespół z determinacją nie zwalniał tempa w tej pierwszej części za sprawą takich rockowych hymnów jak "These Days", "Walk", chóralnie odśpiewanego "My Hero" (jak zawsze ciarrry!), "This Is a Call" z debiutanckiej płyty, czy wreszcie zabójczo hardrockowego "No Son of Mine" z wplecionym echem klasyka "Ace of Spades" Motörhead. Od tego ostatniego wykonania mą uwagę odciągała nieco ekipa techniczna, która rozpoczęła intensywny montaż mniejszej sceny na końcu wybiegu... 


Może trochę Foo Fighters poszli tu na skróty, bo i wybieg nie należał do najdłuższych, a i przecież powszechną praktyką jest tworzenie osobnych mniejszych scenicznych podestów w głębi bądź nawet na tyłach płyty stadionu, ale wobec frekwencji na Narodowym to wybrane przez nich rozwiązanie podczas tej trasy okazało się optymalne, a mi z kolei pozwoliło z bliska obserwować zaangażowanie i uśmiechy na twarzach całego zespołu. Szczególnie mnie i osoby zgromadzone wokół po prawej stronie wybiegu pozytywną aurą, luzem i sympatyczną postawą zarażał Pat Smear – nie dziwię się, że w jednym z wywiadów Violet Grohl – pewnie z przymrużeniem oka, ale jednak – przyznała, że z całego zespołu Foo Fighters właśnie jego uwielbia najbardziej. Niemniej oczywiście cały zespół emanował ujmującą wdzięcznością i wytworzył bardzo kameralną, niemal rodzinną atmosferę za sprawą tego cudownego akustycznego seta na skraju wybiegu. 
 
W tym "ogniskowym" segmencie w pierwszej kolejności usłyszeliśmy emocjonalną wersję kompozycji "Wheels" (powrót do repertuaru po czterech latach nieobecności),  koncertowy klejnot w postaci "Marigold" – piosenki, która Dave napisał w 1990 roku krótko po dołączeniu do Nirvany, a której nie wykonywał na żywo od 16 lat (!) i wreszcie jeden z pierwszych przebojów Foo Fighters z 1995 roku – "Big Me"! I zwłaszcza wykonanie tego ostatniego za sprawą utrzymywanej w tajemnicy akcji fanów zapadnie wszystkim w pamięci na długo! Jeszcze przed zaśpiewaniem tej nieco przesłodzonej rockowej ballady Dave wspominał, że przez teledysk-parodię reklamy mentosów nie wykonywali jej  na żywo przez lata w obawie przed rzucaniem w nich tymi cukierkami. Polscy fani byli w nie uzbrojeni, ale okazało się, że opakowania mentosów były tylko przykrywką dla dmuchanych białych plażowych piłek, które nieoczekiwanie wystrzeliły w górę podczas pierwszych dźwięków "Big Me". Zespół na scenie nie krył w pierwszej chwili zaskoczenia i zdezorientowania, Dave aż głośno parsknął śmiechem, a reszta chłopaków szeroko się uśmiechała od ucha do ucha. Do śmiechu zaś nie było raczej ochronie i technicznej ekipie, którzy – widziałem to z bliska – byli wręcz zszokowani tą koncertową akcją i pomysłowym przemyceniem piłek. A panowie z Foo Fighters bawili się przy tym w najlepsze, cieszyli się nietypowym widokiem, odbijali piłki, a nawet Dave rzucił hasłem, że to my wygraliśmy tę trasę! Polska publiczność nigdy nie zawodzi! Dalej jeszcze w tym środkowym fragmencie Dave zaśpiewał solo piękne "Under You" oraz fragment niezmiennie od lat rozczulającego "Times Like These", który płynnie przerodził się w pełnowymiarową, epicką wersję ze wsparciem całego zespołu, wieńcząc tym samym ten akustyczny set. 


Drugą połowę koncertu na dobre otworzyła kompozycja "La Dee Da" (w tym przypadku wybór mógł być lepszy), a swoje zadziorne oblicze ukazał tytułowy singiel "Your Favorite Toy" z tegorocznego solidnego albumu. Panowie próbowali wrócić na odpowiednie rock'n'rollowe tory, ale dynamika koncertu zaczęła nam nieco falować. Sami sobie podnieśli poprzeczkę za wysoko tym piorunującym zestawem z samego początku. Niemniej wciąż ich rockowe rzemiosło było nienaganne, a po zapadnięciu zmroku ten występ zyskał na widowiskowości za sprawą oprawy świetlnej godnej największych stadionów. 
 
Nie zabrakło tradycyjnego, dość długiego (niemal piętnaście minut) przedstawienia przez Dave'a swoich kolegów z zespołu. Zazwyczaj przy tej okazji panowie wykonywali covery ponadczasowych standardów rocka, ale tym razem całkiem fajnym pomysłem okazało się sięgnięcie po utwory z przeszłych/innych formacji poszczególnych muzyków. Chris Shiflett zaprezentował punkowe "Invincible" No Use for a Name, basista Nate Mendel przywołał emo wrażliwość za sprawą kultowego "Seven" Sunny Day Real Estate, klawiszowiec Rami Jaffee postawił na "One Headlight" The Wallflowers, Pat Smear powrócił zaś do repertuaru współtworzonego punk-rockowego The Germs za sprawą "Manimal". Wisienką na torcie był pięć minut dla nowego zespołowego narybka – perkusisty Ilana Rubina. Zamienił się on instrumentami z Grohlem i wyrzeźbił wyśmienite solówki "Tap Dancing in a Minefield" ze swojego solowego projektu The New Regime. No i przy tym miło było zobaczyć Dave w swoim mimo wszystko naturalnym środowisku za bębnami – jak zawsze popisał się niekiełznanym żywiołem! Niemniej skoro już o tym mowa, to trzeba jasno stwierdzić, że Ilan również tego wieczoru fenomenalnie testował wytrzymałość perkusyjnego zestawu i ten głośny transfer bębniarzy na linii Foo Fighters – Nine Inch Nails wszystkim służy. Jasne, Josh Freese technicznie jest wybitnym instrumentalistą, ale to Ilan swoją nieposkromioną ekspresją zdecydowanie bardziej pasuje mi do natury Foo Fighters. Niemniej charyzmy nieodżałowanego Hawkinsa nikt nigdy w pełni nie zastąpi… Poświęcona mu w dalszej części koncertu, nasiąknięta melancholią, piosenka "Aurora" ścisnęła w gardle. 
 

Wcześniej Foo Fighters jednak udanie sprowokowali publiczność do zaognienia podscenicznej zabawy. Eksplozja nieskrępowanej niczym rockowego szaleństwa "Monkey Wrench", okraszonego perkusyjnym solo Rubina, uwolniła na płycie potencjał do tworzenia moshpitów. Tuż obok mnie zagęściło się od takiego rockowego szaleństwa, ale tym razem nieco powstrzymałem swoje pogowe zapędy, mimo iż w oczach pojawił się już blask diablików. Do czasu... Dzika energia powoli narastała we mnie choćby za sprawą takich rewelacyjnych oldschoolowych strzałów, jak bardzo wyczekiwane na tej trasie "Hey, Johnny Park!" oraz pełne rockowej surowości "I'll Stick Around". Oba kawałki rozdzielone przez żarliwie wyśpiewane (tak swoją drogą Dave  był przez cały wieczór w bardzo dobrej formie wokalnej!) "Nothing at All" z przedostatniej płyty. Panowie jeszcze raz i niestety ostatni sięgnęli po najnowszy album, z którego z potężną, drapieżną mocą wybrzmiało "Caught in the Echo". Na finał tej podstawowej części zaś stadionowy hymn – "Best of You"! I to był zdecydowanie jeden z najlepszych momentów tego występu! Totalnie zatraciłem się w tym nośnym kawałku, "tonąc" dodatkowo w strugach oczyszczającego, przelotnego deszczu! Ależ tu zdarłem gardło! Odlot! 
 

Po krótkiej przerwie zespół wrócił na bis, a Dave Grohl dzierżył w swoich dłoniach gitarę z podwójnym gryfem. Tak uzbrojony porwał się z kolegami na dziesięciominutowy psych-rockowy odjazd z utworem "The Teacher"! Szalenie ryzykowny wybór w takim momencie koncertu, ale jakże ostatecznie satysfakcjonujący i pieczętujący poczucie obcowania z niezwykle kolektywnym zespołem. Utwór przetyrał moje umysłowe zwoje, ale w takim pozytywnym sensie! Wpadłem w totalny trans, z którego z hukiem przebudził mnie nieoczekiwany szybki łomot w postaci starusieńkiego "Exhausted". Grande finale mogło już tylko należeć do jednego przeboju – "Everlong"! Tu już nie było u mnie zahamowań! Bezzwłocznie wkroczyłem w pogo i totalnie się odpaliłem w niczym nieskrępowanej rocko'n'rollowej zabawie! Piękny to był stempel pod tym wspaniałym występem Foo Fighters!  
 


Przybyłem tego dnia do Warszawy z naprawdę niskimi oczekiwaniami, nastawiając się raczej na porażkę Foo Fighters w zderzeniu z naszą narodową studnią i frekwencyjną wtopą, a tu proszę – panowie niczym niezrażeni weszli na scenę z takim wigorem, jakby mieli podbijać wypełnione do ostatniego miejsca Wembley! Doprawdy należało im się za to podejście i to niemal trzygodzinne rockowe show gromkie brawa i las dłoni ułożonych w charakterystyczny rockowy gest. Foo Fighters udowodnili, że dalej z godnością niosą sztandar starej szkoły rock'n'rolla i pozostają jednym z tych nielicznych gitarowych bandów starszego pokolenia, które wciąż potrafią sprostać stadionowej monumentalności. No i po takim koncercie człowiek zapomniał również o ostatnich życiowych rysach, które pojawiły się na dotąd niemal nieskazitelnym wizerunku rockowego frontmana Dave'a Grohla. Na scenie wciąż jest tym samym cool gościem, którego naczelną misją jest fakt, by nikt nie wyszedł z koncertu Foo Fighters rozczarowany. Po raz kolejny w moim przypadku mu to się udało! I nie tylko jemu, bo doceniam wysiłek całego zespołu tych sympatycznych ancymonów, którzy tworzą prawdziwy, jednolity rock'n'rollowy organizm! Niech tętni on rockowym pulsem jak najdłużej!     




     
Jeszcze kilka słów o supportach! Wieczór otworzyły fascynujące Japonki z Otoboke Beaver! Niemal metalowe łojenie zderzało się tu z egzotyczną ekspresją wokalną (także licznymi growlami!) i sceniczną. Dziewczyny – towarzyszył im na scenie dmuchany bóbr! – ubrane w barwne stroje grały tak, jakby tego wieczoru świat miał przestać istnieć. Nie zachęciły mnie do tego, by śledzić ich karierę, ale zderzenie się z ich nieposkromioną energią było doświadczeniem... No nietuzinkowym! Z przymrużeniem oka nawet wyrwało mi się z ust, że lepiej tu się bawię niż na Metallice... Może wcale nie tak ironicznie... Ekhm, zostawmy to na boku. 
 
 


Bardziej wyczekiwane przeze mnie było drugie spotkanie z australijskim duetem Royel Otis! W zeszłym roku z umiarkowanym sukcesem zmierzyli się z rolą headlinera na Inside Seaside, a tu... No obawiałem się, że poniosą sromotną porażkę w starciu ze Stadionem Narodowym, ale poradzili sobie z tymi warunkami całkiem nieźle! Może to fakt mej dobrej miejscówki, która zapewniała optymalne doznania akustyczne, może to również zasługa obniżonych oczekiwań, ale naprawdę z przyjemnością vibowałem do ich występu! Otrzymali dość spory zapas czasu, więc udało im się zmieścić aż siedemnaście utworów. Sięgali po najlepsze i sprawdzone w koncertowych bojach bangery ze wszystkich dzieł ze swojej dyskografii, ale niestety dalej w ich wyborach przeważał drugi album "hickey". Piszę niestety, bo osobiście jednak jestem bardziej fanem beztroskiej energii skumulowanej na ich debiutanckim "PRATTS & PAIN", z którego wybrzmiały ostatecznie trzy kompozycje. Nie zabrakło z ich strony również popisowych coverów "Murder on the Dancefloor" oraz "Linger". Ten pierwszy nieśmiało roztańczył, a ten drugi odpowiednio rozśpiewał gromadzącą się publiczność. Jak na support – w mojej ocenie bardzo przyjemny występ! 
 
 

Fotorelacja

 
Sylwester Zarębski 
Podróże Muzyczne 
23.07.2026 


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.