AKTUALNIE W GŁOŚNIKACH: CZERWIEC 2026

/
0 Comments
AKTUALNIE W GŁOŚNIKACH: CZERWIEC 2026

Czerwcowa odsłona Aktualnie w Głośnikach w drugiej połowie lipca? Cóż, niewiele zabrakło, bym zupełnie zrezygnował z jej tworzenia z uwagi na napięte w ostatnim czasie koncertowe podróże (tu też sporo do nadrobienia na blogu), ale lista albumowych premier i muzycznych doświadczeń była zbyt imponująca i ważna w kontekście całego roku, by ją zignorować. Fenomenalny trzeci album Olivii Rodrigo, najlepsze od dwóch dekad dzieło Muse, na swój pokrętny sposób magiczni Coals, electropopowe bangery Madeona, rozkoszny album Ryana Beatty'ego, świetny indie-rockowy debiut Overpass oraz obiecujące EP-ki Tooth, THEATRE, Angel Egg i Leyli Ebrahimi. No i mamy kolejny piękny muzyczny zestaw w tym roku! 
 
Czekaliście i tak już zbyt długo, więc pozostaje mi tylko zaprosić do lektury i odsłuchów, z nadzieją, że wylany pot i nerwy przy tworzeniu tej odsłony nie pójdą mimo tak późnej pory publikacji na marne... 


ALBUMY

 

OLIVIA RODRIGO – "YOU SEEM PRETTY SAD FOR A GIRL SO IN LOVE"


 
Olivia Rodrigo na swoim trzecim albumie "you seem pretty sad for a girl so in love" napisała kolejną ujmującą kronikę związku, podróżując emocjonalnie przez wszystkie etapy miłości: od zauroczenia, przez pożądanie, romantyczną relację, zazdrość, ból rozstania, żal, pogodzenie się ze złamanym serce... Lirycznie może nie odkrywa nowego terytorium, ale z pewnością pisze dojrzalej, z innych perspektyw, trafia ze swoimi opowieściami i refleksjami w sedno skomplikowanych sercowych spraw, ujmująco pokazuje, że miłość i smutek często idą ze sobą w parze, ale przede wszystkim rozwija swój zmysł do tworzenia hymnicznych popowych refrenów, tkliwych ballad i anielskich harmonii, nie unikając przy tym pop-punk-rockowej drapieżności (choć tej zdecydowanie w mniejszej ilości niż w poprzednich dziełach) i zręcznie odwołując się do klasyki gitarowego grania. Bo i może Olivia stała się gwiazdą mainstreamowego popu, ale w głębi jej duszyczki jednak kołacze miłość do alternatywnych gitar sprzed lat. Świadectwem tego stanu jest jej kolejne spotkanie z Robertem Smithem, które przekuwa na kompozycję "what's wrong with me" (jej pierwszy featuring w karierze i od razu jakiego legendarnego formatu!), wywołującą niebywały dreszczyk emocji (zazdroszczę primaverowiczom, którzy usłyszeli to na żywo – fomo wciąż żywe). A i właściwie mógłbym tak napisać o każdej pozostałej kompozycji, bo żadna nie pozostawiła mnie w stanie obojętności. 
 
Już chwytliwy singiel "drop dead" dosłownie wywołuje motylki w brzuchu związane ze stanem obsesyjnego, nierealnego zauroczenia się drugą osobą. Ten stan często prowadzi do irracjonalnych zachowań, co dobrze odzwierciedla atmosfera melodyjnie pop-rockowego "stupid song". Folk-popowe "honeybee" rozczula przede wszystkim subtelną aranżacją i miękkimi harmoniami, przywołując poczucie bezpieczeństwa, wynikające z obecności drugiej osoby przy swoim boku. Energetyczny rockowy puls powraca z kawałkiem "maggots for brains", w którym jednak kryje się drugie dno związane z miłosną obsesją, która zatruwa zdrowy rozsądek. Klasycznie popowe, niemal romantycznie przesłodzone "u + me = <3" kryje w sobie naiwne pokłady wiary w idealny związek, który jest gotów sprostać złu całego świata. Niemniej podczas rozwoju każdej relacji następuje jednak moment, w którym zaczynamy stawiać pewne granice własnej zależności i o tym traktuje charakterne, pop-punkowe "my way". Mroczne, pop-psychodeliczne "purple" z coraz większymi śladami narastającego niepokoju i purpurową melancholią mieszanych emocji zwiastuje zmianę nastroju albumu. W singlowej, ambitnej balladzie o filmowym rozmachu "the cure" Olivia zaczyna szukać lekarstwa na pierwsze oznaki złamanego serca. Ta chłodna kompozycja oparta na grze akustycznej gitary dramaturgicznie rozwija się w stronę finału, którego emocjonalny ciężar wywołuje niemal pęknięcia w płucach. Surowe "begged" z kolejnymi cudownymi harmoniami kontynuuje rozpaczliwy ton, gdy Rodrigo desperacko błaga o podstawowe oznaki miłości od drugiej osoby, nawet kiedy jest świadoma, że ta sytuacja wymyka się spod kontroli. Wspomniany wcześniej wyśmienity duet z Robertem Smithem w "what's wrong with me" przesiąknięty jest nocną, introspektywną, cure'owską atmosferą, która potęguje emocjonalne rozbicie Olivii i jej obwinianie się i analizowanie własnych błędów, przy braku odwagi do przyznania się, iż to sam w sobie toksyczny związek był problemem. Ostatnie trzy piosenki – delikatne, fortepianowe "less", łączące popową przebojowość z teatralnym chaosem "expectations", duszne dream-popowe, z pęczniejącą smyczkową dramaturgią "cigarette smoke" – to momenty emocjonalnego wypalania się, które prowadzą ostatecznie do odpuszczenia, samoakceptacji i pogodzenia się z miłosnym rozczarowaniem. 
 
Ten zbiór przejmujących piosenek Olivii Rodrigo to właściwie fascynująca biografia skomplikowanej miłości. Na "you seem pretty sad for a girl so in love" wszystkie gorzko-romantyczne pop-rockowe kropki są ze sobą po prostu doskonale połączone, a do tego ściskają w serduszku z przyjemności fenomenalne popisy wokalne Olivii. Uwielbiam tę dziewczynę i jej muzyczną wrażliwość!
  
 


        MUSE – "THE WOW! SIGNAL"

         
         
        Dla wielu fanów twórczość Muse na ekscytującym i godnym uwagi poziomie zatrzymała się na albumie "Black Holes and Revelations". Fakt – na kolejnych krążkach trio z Teignmouth potrafiło kosmicznie daleko odlecieć od brzmień stricte gitarowych, romansując odważniej choćby z elektroniką i popem.  Dla mnie jednak Muse, od pierwszego zetknięcia się z ich twórczością za sprawą koncertówki Live From Wembley 2007, sprawiał wrażenie zespołu o dążeniu tworzenia rockowej gigantomanii niczym Queen. Zatem kolejne ich próby przełamywania prostych gitarowych schematów przyjmowałem ze zrozumieniem, a nawet z poszczególnych albumów potrafiłem czerpać sporo przyjemności. Ba, "Simulation Theory" nieoczekiwanie dla mnie samego wdrapało się na podium moich ulubionych zagranicznych albumów w 2018 roku, a i nawet ich ostatni krążek "Will Of The People" otwierał dziesiątkę takiego zestawienia w 2022 roku. Cóż, pewnie niektórzy nie dowierzają, bo powszechnie te dwa albumy są uznawane za najsłabsze w dorobku Muse, ale może po prostu przemawiała przeze mnie wyjątkowa słabość do tego zespołu. Niemniej teraz te wspomniane ostatnie dokonania Muse totalnie zbladły w mej ocenie przy ich najnowszym – znów na wskroś gargantuicznym – dziele "The Wow! Signal"! 
         
        Matt, Chris i Dominic odnaleźli na najnowszym dziele odpowiednie proporcje między hard rockową brawurą a space-rockowym rozmachem, unikając tandetnej kampowości i oddalając się od niebezpiecznej granicy parodiowania samych siebie. Odnajdziemy tu najlepsze elementy z ich całej twórczości, od progresywnego rocka, po stadionowy patos i elektroniczne eksperymenty, przekształcone w kosmiczne sygnały, który potencjalnie odebrane przez istotę pozaziemską, skłoniłby ją do zapisana w notatniku dopisku "WOW!" (to z mej strony oczywiste nawiązanie do genezy samego tytułu – słynnej historii astronoma Jerry'ego Ehmana i jego reakcji na nadzwyczaj silny 72-sekundowy sygnał radiowy odebrany w 1977 roku przez radioteleskop Big Ear). 
         
        Już otwierający ten album "The Dark Forest" uderza westernowym rozmachem rodem z "Knights of Cydonia" połączonym z orkiestralnością "Exogenesis". Epickość, wzbogacona dodatkowo chóralnymi łacińskimi hasłami, wylewa się z tej kompozycji z każdej nuty! Pulsujące disco-funkowym groovem "Nightshift Superstar" to najlepsza taneczna odsłona Muse! Linie basu Chrisa są tu przesoczyste! Porywa ten kawałek nie mniej niż największe bangery Daft Punk i Justice. "Shimmering Scars" to klasyczna fortepianowa balladowa odsłona Muse podbita dramaturgicznymi gitarowymi solówkami. "Cryogen" to jeden z niezaprzeczalnych highlightów tego krążka! Niemal dosłownie "Plug In Baby" w wersji 2.0! Fenomenalny gitarowy riff, desperacki wokal Matta, agresywny refren i ta miażdżąca końcówka, która skręca w metalowe klimaty! Sztos! Po drugiej muzycznej orbicie ląduje najbardziej popowe i przesiąknięte prostolinijną miłosną aurą "Be With You". Jako samodzielny singiel ta kompozycja budziła mieszane uczucia, ale w całym zestawie stanowi całkiem zgrabną odmianę. W "Hexagons" panowie wywołują kosmiczne tsunami. "The Sickness In You & I" porywa ciężkimi gitarami i chaosem rodem z "Psycho", czy też "Kill Or Be Killed" ale w zdecydowanie bardziej rozbudowanej i agresywnej formie, która łamie kości. Niemniej miażdżące "Unravelling" to sto procent progresywnego Muse w Muse. Nawet pozytywnie zaskakuje gościnny udział Ellie Goulding w "Hush". Wbrew początkowym obawom nie otrzymujemy tu popowej papki, a kolejne mięsiste, handbangingowe rockowe dzieło. A wokal Ellie idealnie odnajduje się w tych warunkach i znakomicie współbrzmi z barwą głosu Bellamy'ego. No i na finał kosmicznie przestrzenna ballada "Space Debris", która otacza monumentalną melancholią. Może i zarazem to najmniej przekonujący numer na tle całości, ale niezaprzeczalnie filmowo wieńczący ten imaxowy album.  
         
        Muse na ""The Wow! Signal" imponują samoświadomością swojego dziedzictwa. Cieszy przy tym przede wszystkim fakt, że znów pozwalają ostrym gitarowym riffom prowadzić kolejne kosmicznie przesadzone kompozycje. W efekcie otrzymaliśmy kapitalny i najlepszy od dwóch dekad album!
         



        COALS – "MAGIA"

          

        Na swoim czwartym albumie Kacha Kowalczyk i Łukasz "Lucassi" Rozmysłowski znów zapraszają nas do nieoczywistego i doprawdy na swój sposób magicznego świata art-indie-popowych emocji i melodii. I jak za każdym razem, począwszy od "Tamagotchi" z 2017 roku, jest to podróż przez niebanalne piosenkowe przystanki. I nigdy nie podążamy tymi samymi utartymi ścieżkami. 

        Coals na "magii" po raz kolejny udowadniają, że są jednym z najciekawszych i najlepszych zespołów polskiej alternatywy. Doskonale rozwijają charakterystyczne dla siebie brzmienie, łącząc oniryczny alt-pop, mglisty synth-pop i subtelną elektronikę z folkową wrażliwością oraz hipnotycznym, nocnym klimatem. Te mgliste elektroakustyczne aranżacje i pulsujące bity tworzą bogate tło dla delikatnego, eterycznego i przejmującego wokalu Kachy. To niesamowite, jak z tych bliskich im od lat składników cały czas potrafią rzeźbić nowe, pokręcone, fascynujące muzyczne formy. 
         
        Największą siłą "magii" pozostają jednak teksty – pełne metafor, niedopowiedzeń i emocji, które budują własny, niejednoznaczny świat. To płyta, która nie narzuca interpretacji, lecz wciąga słuchacza do środka i pozwala odkrywać kolejne znaczenia z każdym odsłuchem. Doskonale słychać to w utworach "rosa", "fanga", "milion" czy nostalgicznym "pierrocie", które pokazują niezwykłą lekkość duetu w komponowaniu chwytliwych, a jednocześnie nieoczywistych piosenek. 
         
        "Magia" to album dopracowany w najdrobniejszych szczegółach i zarazem kolejny dowód na to, że Coals nie stoją w miejscu. Zamiast powielać sprawdzone rozwiązania, duet subtelnie poszerza swoje muzyczne horyzonty, zaprasza też do swojego uniwersum idealnie dopasowanych gości (Kasia Lins!), tworząc płytę hipnotyzującą, spójną, barwną i zostającą w pamięci na długo po wybrzmieniu ostatnich dźwięków. 




        MADEON – "VICTORY" 



         
        Madeon był dla mnie przez ostatnie lata postacią anonimową, ale na szczęście jego zeszłoroczne bangerowe single "Hi!" i "Car Crush Baby" znalazły drogę do moich głośników (zasługa nieocenionego Podróżującego Kuby!) i totalnie porwały mnie swoim energetycznym potencjałem. Obie kompozycje brawurowo otwierają jego trzeci album "Victory", który jest triumfem euforycznego electropopu, new rave'u oraz indie sleaze revivalu. Niewiele ponad trzydzieści minut intensywnej dawki zaraźliwych melodii, wstrząsających dropów, fenomenalnej produkcji, mocnych syntezatorów, nieustannie rytmicznego pulsu, klubowej zadziorności, stadionowego popu, a nawet przesterowanych gitar. Kompozycje zakorzenione we francuskiej szkole muzyki elektronicznej – od Daft Punk, przez Justice, aż po M83 i Phoenix – ale wszystkie te inspiracje przepuszczone są przez charakterystyczną dla Madeona słabość do wielkich melodii, syntezatorowego blasku i tanecznej energii. Może tylko końcówka płyty nieco traci wybuchowy impet, ale i tak na tym zwartym materiale banger goni banger! Z highlightów zwłaszcza warto wyróżnić kawałek "Fire Away" z udziałem wschodzącej gwiazdy Slayyyter. Wyobraźnia rysuje mi już epickie festiwalowe szaleństwa przy potencjalnych przyszłorocznych koncertach Madeona – oby tylko te wizje się spełniły! Efektowny i pełen elektronicznego rozmachu album! 
         


         

        RYAN BEATTY – "SWEET FORTUNE"


         
        Pod koniec 2023 roku przy tradycyjnym nadrabianiu albumowych zaległości objawiła mi się złożona z pięknych, subtelnych, intymnych, folk-popowych kompozycji płyta "Calico" amerykańskiego piosenkarza Ryana Beatty'ego. Zauroczyłem się wówczas zwłaszcza duchowym kawałkiem "Little Faith". Niemniej przy tym jakoś niefortunnie zapomniałem zaobserwować tego artystę i niemal umknął mi fakt, iż powrócił z nowym albumem "Sweet Fortune". A byłoby szkoda! Bo "Sweet Fortune" to zacne rozwinięcie emocji i introspektywnego stylu znanego z poprzedniej płyty, wzbogacone o dyskretne wpływy country, jazzu i popu. Choć Ryan śpiewa tu o wielu przyziemnych sprawach (miłości, radości, akceptacji, życiowych poświęceniach), to wydźwięk tego stonowanego materiału jest niemal niebiański. Oszczędnie aranżacje połączone z ciepłym wokalem Beatty'ego wywołują poczucie obcowania z rajską przyjemnością. Ponadto drugoplanową bohaterką tego albumu jest... Clairo! Artystka emanująca podobną wrażliwością była nieocenionym wsparciem dla Ryana w procesie twórczym, ale przede wszystkim słyszymy jej wokal w kilku chórkach na tym albumie. Szczególnie jej udział jest słyszalny w tytułowej kompozycji oraz następującej po niej piosence "Too Many Ways", gdy tworzy bajeczne harmonie z Ryanem. W creditsach również inni znajomi: choćby Ethan Gruska, Rob Moose, Christian Lee Hutson, Marshal Voore. Efekty tych wszystkich współprac i reinterpretowania śladów przeszłości w folku, popie i country są zdumiewające wspaniałe. "Sweet Fortune" to spójna, oszczędna i emocjonalna płyta, na której osobiste wyznania oraz muzyczna oprawa tworzą własny, ponadczasowy język. Ryan zaś udowadnia, że jest jednym z najbardziej wrażliwych i utalentowanych muzyków swojego pokolenia. Powiem więcej: gdybym był kobietą, to Beatty potencjalnie byłby moim crushem tak jak obecnie Phoebe Bridgers.      
         

         
        ➖ 
         

        DEBIUTY


        OVERPASS – "ELSHWHERE, ALWAYS"



        Zespół Overpass dowiózł świetny debiutancki longplay "Elsewhere, Always"! Ależ tego materiału słucha się z przyjemnością! Młodzi (chciałem dopisać chłopcy, ale w składzie na basie gra India Armstrong) z Birmingham doskonale hołdują tradycjom wyspiarskiego indie-rocka i britpopu, ale te inspiracje przekuwają na bardzo nośne i melodyjne kompozycje z własnym charakterkiem. Charyzmatyczny wokal, świetne partie gitar, porywające refreny, aranżacje skrojone pod koncertowe emocje i jakiś taki uzależniający indie klimat. Niby nic rewolucyjnego, ale uszy podskakują z radości i chciałoby się zobaczyć ich live. Początek albumu z czołowym singlem "Union Station" uderza w mocne rockowe rejestry i generalnie nadaje ton temu albumowi. Dalej właściwie banger za bangerem (szczególnie chwytliwe "Is This Real?"!), w środku lekka zadyszka i spowolnienie tempa (choć akustyczne "Bonnie & Clyde pt. 2" urokliwe), ale ostatnia faza tego krążka odzyskuje odpowiedni rockowy wigor (prześwietne "Spinning", wyróżniające się "Get Up!", odpowiednio epickie na finał "Heaven"). Doprawdy jakościowy, instynktowny, pełen pasji brytyjski indie rock!
         



        ➖ 

        EP-KI / MINIALBUMY

         

        TOOTH – "RESTLESS IN BLOOM"



        Na londyńską formację Tooth mam już nadstawione uszy od dawna – właściwie nawet od pierwszego singla. Na Wyspach w tym roku z dnia na dzień o nich głośniej, a ich renoma koncertowa zatacza coraz szersze kręgi. EP-ka "Restless In Bloom" wieńczy to pierwsze pasmo sukcesów i stanowi świetny przystanek w ich nieuniknionym rozwoju. Każdy numer z tej pięcioutworowej kolekcji jest przeładowany pasjonującymi młodzieńczymi emocjami, ulokowanymi nawet gdzieś na styku midwest emo i garażowego indie rocka. Wokal Toma Pollocka ma zaś w sobie tę nieokreśloną, szarpiącą serce ekspresję i prawdę, która nie pozostawia obojętnym na jego barwne opowieści. Poszczególne kompozycje są odpowiednio klimatyczne, natarczywe, gwałtowne, energiczne, unikające szablonowości – po prostu znakomicie wyrzeźbione! Tooth mają to coś i jestem pewien, że szybko nam urosną! Utwierdził mnie w tym ich występ przed  Sunny Day Real Estate w Londynie!

         
         


        THEATRE – "INCARNATE"



        Przenosimy się do Irlandii, bo tam objawił się kolejny ekscytujący zespół. Brzmienie THEATRE charakteryzuje się mroczną, niepokojącą, gęstą atmosferą, balansującą między shoegaze'em, dream popem i gotyckim rockiem. Kwintent tworzy doprawdy hipnotyzujące, muskularne pejzaże dźwiękowe, nad którymi unosi się eteryczny, delikatny, uwodzący wokal Maeve O'Shea. EP-ka "Incarnate" niebywale wciąga w swój świat chłodnej melancholii i emocji przesiąkniętych dreszczykiem mglistego napięcia. Mimo wszystko nie podążamy z zespołem na dno mrocznej otchłani, gdyż zalewają nas fale oczyszczającej energii. Pod tą intrygującą warstwą muzyczną tli się wyjątkowy potencjał, który może w niedalekiej przyszłości eksplodować. Warto mieć ten zespół na swoim radarze! 
         
         


        ANGEL EGG – "BLUE LIGHTS – EP" 


         
        Warszawska formacja aspiruje do tegorocznego objawienia na naszej rodzimej niezależnej, undergroundowej scenie. Właściwie trudno po przesłuchaniu tej skromnej EP-ki uwierzyć, że mamy do czynienia z debiutantami. Zajawkę trip-hopem i brudnym alt-rockiem przekuwają w doprawdy hipnotyczne, atmosferyczne i wciągające w nietuzinkowe przestrzenie kompozycje. W aranżacjach pobrzmiewają też shoegaze'owe, dream popowe i postpunkowe echa. A cały ten eklektyzm rodem z lat 90. spajany jest eterycznym i przenikliwym wokalem Aleksandry Kmiecik. Obiecujący i fascynujący debiut!    
         
         


        LEYLA EBRAHIMI – "PLANET YOU FORGOT ME"


         
        "Planet You Forgot Me" to naprawdę imponujący debiut Leyli Ebrahimi, która z dużą swobodą porusza się między szeroko pojętym alt-popem, indie rockiem i emocjonalnymi balladami. Siłą tej EP-ki są nieprzewidywalne kompozycje – utwory rzadko trzymają się klasycznej struktury, zamiast tego konsekwentnie budują napięcie, zaskakują zmienną wielogatunkową dynamiką i prowadzą do efektownych, ale w pełni uzasadnionych kulminacji. Nowojorska artystka o o irańskich korzeniach łączy intymne teksty o stracie, tęsknocie i kruchości z odważnymi aranżacjami, w których subtelność płynnie przechodzi w gitarowe eksplozje i cięższe brzmienia. Mimo wyraźnych inspiracji współczesnym alt-indie-popem, artystka zachowuje własny język muzyczny i unika oczywistych rozwiązań. To spójna, dojrzała, niejednoznaczna (z każdym kolejnym odsłuchem kolejne piosenki odkrywają nowe warstwy) i emocjonalnie angażująca EP-ka, która potwierdza, że Leyla Ebrahimi jest nazwiskiem, które warto mieć na radarze. 



          ➖ 

        SINGLE

         

        PHOEBE BRIDGERS – "LOST BOYS"

        Singiel roku! I zarazem zapowiedź trzeciego album Phoebe Bridgers "Lost Weekend", który ukaże się 14 sierpnia! Wszystko tu się zgadza! Catchy melodia, aksamitny wokal Phoebe, charakterystyczne dla niej wielowarstwowe brzmienie, współudział jej wielu przyjaciół oraz fascynujący liryczny motyw, nawiązujący do chłopców Piotrusia Pana.  
         
         

        ROSE GRAY – "CLUB TO YOUR ARMS"

        Banger!




        BEABADOOBEE – "SUN HAS SET"

        Zapowiedź nowego albumu "Pylon", który ukaże się 18 października
         



        EDITORS – "THE RUSH"

        Pierwszy przedsmak albumu "Surface, Echo & Sound", który ukaże się 30 października. Idealnie na dwa tygodnie przed Inside Seaside! 




        FENNE LILY – "UH HUH"

        Przyjemność! Nowy album "Win Win" ukaże się 23 października!
         


        EWA KOC – "ZABIERZ MNIE"

        Niecierpliwię wyczekiwałem pierwszego singla Ewy Koc od momentu rewelacyjnego premierowego koncertu tego projektu Błażeja Króla i Dawida Tyszkowskiego podczas Next Festa. Było warto! 



        CHARLI XCX – "WINK WINK"

        Krótki singiel, ale skutecznie chwytliwy! I do tego ten niegrzeczny teledysk... Nowa albumowa era "Music, Fashion, Film" w pełni rozpocznie się już 24 lipca!




        BLAUKA – "EVEREST"

        Dream indie-popowa rozkosz. 




        THE BIG MOON – "GRAVITY"

        Dziewczyny powracają i zapowiadają album "Forever", który ukaże się 30 października! 




        ANTONY SZMIEREK – "SEMINAL"

        Banger w jego stylu! 
         



        WYDARZENIA MIESIĄCA



        RELACJE KONCERTOWE


        Na blogu pojawiły się relacje z koncertów:
        Za mną także koncerty Foo Fighters na Narodowym, Kings of Leon w Łodzi, Of Monsters And Men w Warszawie, przygody na Metronome Festival, Beirut oraz Pulp w Berlinie, Two Door Cinema Club w ramach Malta Festival, intesywny Open'er Festival i weekend w Londynie z The Maccabees, My Chemical Romance, Lewisem Capaldim i Sunny Day Real Estate! Wrażenia na gorąco z tych wydarzeń znajdziecie na moich social mediach (polecam przegląd profilu na instagramie), a pełnowymiarowe relacje na blogu postaram się w najbliższym czasie sukcesywnie nadrabiać. Przynajmniej mam taką nadzieję... 
         
           
          OGŁOSZENIA KONCERTOWE
           
          Wybrane festiwalowe newsy:
           
           
          Great September z ogłoszeniem Los Bitchos! Plus pozostałe nazwy z plakatu:
           
          ➖ 

          PLAYLISTA MIESIĄCA


           
          I oczywiście na koniec zapraszam Was do przejrzenia i przesłuchania mojej tradycyjnej playlisty, którą na bieżąco uzupełniałem przez cały miesiąc! Przypominam, że w pierwszej kolejności wyszczególniam albumy i EP-ki (maksymalnie 5 utworów z poszczególnych pozycji), a w dalszej kolejności prezentuję single, w tym te, które nie załapały się w moich powyższych wyróżnieniach, a które również są warte sprawdzenia! Wybory oczywiście skrajnie subiektywne!
           
           
           

          Sylwester Zarębski
          Podróże Muzyczne 
          19.07.2026


          Polecane

          Brak komentarzy:

          Obsługiwane przez usługę Blogger.