Podróże Muzyczne relacjonują: Way Out West 2026!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Way Out West 2026!


Podróże Muzyczne relacjonują: Way Out West 2026! 





Szwedzki Way Out West po poprzednich niezapomnianych wizytach w 2024 i 2025 roku stał się dla mnie jednym z ulubionych festiwalowych azyli! Nie ukrywam, że duży wpływ ma na to nawiązana współpraca akredytacyjna, ale to oczywiście niejedyna zaleta tego wydarzenia. Przede wszystkim organizatorzy w ostatnich latach wyspecjalizowali się w budowaniu imponujących line-upów. Wystarczy tylko rzut oka na tegoroczny plakat, by od razu stwierdzić, że mieliśmy do czynienia z jednym z najbardziej ekscytujących programów festiwalowych tego sezonu! Oczywiście przy takim bogactwie nie sposób było zobaczyć wszystkich perełek i uniknąć bolesnych clashy, ale większość celów udało mi się odhaczyć. To też zasługa faktu, iż występy trwają od wczesnego popołudnia do późnych godzin nocnych, gdy festiwal z urokliwego, kompaktowego, zielonego parku Slottsskogen przenosi się do rozsianych po Goteborgu muzycznych klubów. W tym roku skorzystałem – a właściwie skorzystaliśmy, gdyż po raz drugi raz z rzędu tworzyliśmy z Podróżującym Michałem (pozdrawiam!) z ramienia redakcji Wspieramy Legalne Kupowanie Muzyki nieformalny polski media team – z akredytacyjnych przywilejów i zapewniałem sobie miejsce w klubowych przestrzeniach na podstawie listy gości. Dlaczego nie korzystałem z tej opcji w poprzednich latach (choć i tak zazwyczaj udawało się wbijać tu i ówdzie)? Może przez nieśmiałość, a raczej brak wiary, że randomowy polski bloger otrzyma taką szansę wejścia do tych obleganych miejsc. W tym roku jednak nadzwyczajnie bardzo pragnąłem zobaczyć pewne koncerty w legendarnym Pusterviku, gdzie zazwyczaj kolejki odstraszały od prób wejścia, więc stwierdziłem, że nie mam nic do stracenia. No i organizatorzy zaskoczyli mnie bardzo pozytywnie swoją przychylnością! Tym samym sympatia do festiwalu rozwinęła się u mnie już w niemal bezgraniczne miłosne uczucie. Gdyby jeszcze tylko ceny noclegów i jedzenia były tańsze... No ale takie już uroki Skandynawii, które trzeba brać pod rozwagę, planując wyprawę w te rejony. Niemniej nie żałuję niczego! O czym postaram się Was w dalszej części tekstu przekonać. Rozsiądźcie się zatem wygodnie, zaparzcie herbatkę/kawkę/kakao i posłuchajcie koncertowych opowieści mych... 


Czwartek, 13.08



W odróżnieniu od poprzednich lat do urzekającego mnie co roku swym małomiasteczkowym (choć to drugie, co do wielkości miasto w Szwecji) klimatem i slow-life vibem Goteborgu tym razem przyleciałem wcześniej, w nocy ze środy na czwartek, co pozwoliło mi przystąpić do tego maratonu koncertowego dnia pierwszego z większą ilością energii (choć znów na pograniczu przeziębienia) i przekroczyć bramki niemal dokładnie w momencie ich oficjalnego otwarcia. 

I tu od razu czekała na nas pierwsza i nie ostatnia tego dnia niespodzianka. Festiwalowiczów przywitał krótki występ wieloosobowego – zakładam, że lokalnego – chóru, po którym ochrona przepuściła gęstniejący tłum dalej w głąb festiwalowego terenu. Kilkadziesiąt minut później meldowałem się już pod sceną Höjden, mieszczącą się u stóp zalesionego wzniesienia, którą otworzył autor mojego ulubionego zeszłorocznego debiutanckiego albumu "Blizzard"...

Dove Ellis! 


Młody irlandzki bard wspierany przez czteroosobowy zespół zagrał porywający, ujmujący i wciągający indie-folk-rockowy koncert na miarę jego nieoczekiwanego rozbłysku talentu. Pod sceną, mimo tej wczesnej pory, zgromadził się już pokaźny tłum, w którym nie brakowało namiętnych fanów i tych, którzy zapewne pojawili się tu z czystej ciekawości, by przekonać się, kim tak doprawdy jest ten gość, który nie tylko wspierał na trasie Geese, ale którego zachwalany przez krytyków debiutancki album znalazł się wśród nominowanych płyt do prestiżowej nagrody Mercury Prize. Niezależnie od stopnia znajomości jego twórczości i przyświecających im celów, jestem przekonany, że każdemu twórczość Dove Ellisa wkradła się podczas tych czterdziestu pięciu minut w głąb serca i zostawiła tam swój ślad.

Ten chłopak bowiem od samego początku, od melancholijnej pieśni "Feathers, Cash" oraz dramaturgicznie wskakujących na folkowo-katartyczny poziom piosenek "Pale Song" i "When You Tie Your Hair Up", demonstrował nam nadzwyczajnie dojrzały songwriterski kunszt, duszę przepełnioną muzyczną pasją, intensywną i nadpobudliwą ekspresję ciała oraz mistrzowsko rozciągany wokal wędrujący przez różne emocjonalne odcienie – cierpienie, żałobę, refleksję, nadzieję. O takich się mówi, że to Artysta z duszą!

Zachwyciłby pewnie równie mocno, gdyby pojawił się na scenie sam z gitarą w dłoni, ale obecność zespołu była nieoceniona. Kolejne aranżacje wspierane były wyrafinowaną grą na dodatkowym akustyku, perkusji, basie, altówce, klarnecie i pianinku. Do tego ostatniego Dove sam usiadł przy fenomenalnym, nieco nawet improwizowanym fragmencie złożonym z piosenek "Do Doo Do", "Heaven Has No Wings" i "Marooning". Z zachwytem obserwowałem, jak totalnie zatraca się w tych wykonaniach.

Pierwszej i ostatniej kompozycji nie znajdziecie na streamingach – Dove, obok wspaniałych kawałków z debiutu, prezentował bowiem na scenie także nowości (wcześniej wybrzmiało także "Two Brothers Smoking"), które nie odbiegały poziomem i stylem od jego znanych dokonań. Niemniej oczywiście poziom euforycznych emocji piętrzył się u mnie przy tych blizzardowych piosenkach (piękny finał z "Little Left Hope" i "To The Sandals"), w których zasłuchiwałem się pewnej styczniowej nocy po odkryciu istnienia Dove Ellisa. Zabrakło mi tylko w repertuarze rewelacyjnego "Love Is".

No i w sumie może jednak szkoda, że organizatorzy nie umieścili Dove'a w klubach w ramach Stay Out West, gdyż pewnie tylko zyskałby na tym koncert pod względem klimatu. Ale i tak był wspaniały i przedstawił nam wyjątkowo zdolnego artystę!

PS Udało się wyprosić ze sceny setlistę i, korzystając z kameralnego otoczenia sceny, przyczaiłem się z Podróżującym Michałem przy bocznym wejściu na backstage, by spróbować zdobyć autograf od Dove'a. Nie było łatwo. Zespół, włącznie ze swym liderem, był zajęty sprzątaniem instrumentów i po półgodzinie niemal straciłem nadzieję (z ciekawostek: w międzyczasie z kulis wyłoniła się Jehnny Beth, by chyba ocenić scenerię, w której przyjdzie jej później występować, a także obok mnie przechodziła Alessi Rose – zabrakło jednak odwagi, by pochwalić ją za czerwcowy występ na Orange Warsaw Festival). W końcu jednak jeden z członków ekipy Dove'a dojrzał nas, wziął od nas setlisty i udał się na poszukiwania Ellisa. W końcu i on sam się odnalazł i przekazał nam podpisane zdobycze, zgodził się na fotki i był miło zaskoczony, że spotyka tu polskich fanów. Nie omieszkaliśmy oczywiście wspomnieć, że czekamy na jego występ w Łodzi podczas Great September (ten był przecudowny, ale o tym już w innej opowieści). 


      

Dalej skierowałem się w stronę namiotowej sceny Linné, gdzie grecka artystka Σtella (Stella Chronopoulou) prezentowała zgrabny, melodyjny pop wymieszany z subtelnym vibe'em rodzimego folkloru. Przyjemny występ, ale szczerze mojego serca nie podbiła i niczym szczególnym się według mnie nie wyróżniła. 


Iskierek euforii nie wzbudziła we mnie również... 

Lily Allen. 


Niewątpliwie jej jedna z nielicznych festiwalowych prezentacji głośnego albumu "West End Girl" była jedną z perełek programu Way Out West i, kierowany rozsądkiem, postanowiłem dać tej brytyjskiej artystce szansę. Od razu przyznaję się – nigdy nie byłem wkręcony w twórczość Lily Allen, a jej najnowsze dzieło, choć doceniam za bezczelnie szczerą i kąśliwą storytellingową koncepcję o miłosnym rozczarowaniu i zemście na byłym partnerze, nie podbiło moich głośników. Niemniej byłem ciekaw, jak czterdziestojednoletnia artystka przełoży swój emocjonalny manifest na warunki sceniczne.
 
 Otrzymaliśmy tu bardziej precyzyjnie zaplanowany jednoosobowy, melodramatyczny spektakl teatralny niż koncert. Niby wiedziałem czego się spodziewać, ale mimo wszystko doskwierał mi brak żywego zespołu na scenie. Aranżacje i wszystkie dodatkowe wokalizy w tle były po prostu puszczane z taśmy. Lily oczywiście dokładała do tego swój popisowy wokal, czasami delikatnie przetworzony, ale w zgodzie ze studyjnymi wersjami. Historię z "West End Girl" opowiedziała od samego początku do końca, zachowując kolejność piosenek. 
 
Zmieniająca się sceneria obrazowała dramaturgię kolejnych wykonań i przypominała teatralny anturaż. W głębi wisiała kotara, na której wyświetlane były różne wizualizacje, a przed nią znajdowały się choćby pojedyncze meble (łóżko, sofa, krzesło), lodówka, złota lampa w kształcie palmy. W pewnym momencie Lily Allen została nawet uniesiona w górę na szczycie gigantycznego tortu, który wyłonił się spod sceny – najbardziej efektowny moment występu. Nie zabrakło też wykorzystania pewnych grzesznych rekwizytów, czytaj zabawek erotycznych, które tylko wzmacniały ironiczną i szczerą do bólu narracją piosenek (świetne "Pussy Palace").
 
Jak przystało na gwiazdę pop, dostojnie prezentująca się i emanująca kobiecą pewnością siebie Lily zmieniała swoje stroje podczas tego koncertu, z których najwięcej emocji budził wśród publiki kuchenny szlafrok z wyszywanym napisem "Cuck". Niewątpliwie Lily z determinacją zmieniła złamane serce, miłosną dewastację i ból zdrady w niekonwencjonalny pokaz sztuki, ale... No nie była to moja bajka. Nie potrafiłem tu znaleźć wspólnej emocjonalnej płaszczyzny z Allen i po prostu nie czułem się tym "koncertem" porwany. Daleko też mi do teatralnego konesera... 
 
Żałuję, że w trakcie nie ulotniłem się na punkowy koncert Jehnny Beth – tam, mając w pamięci ostrą końcówkę jej występu na Open'erze, z pewnością odnalazłbym się lepiej. Głupi ja. No ale tak to czasami u mnie bywa, że mimo świadomości błędu popadam w pewien wyborczy marazm podczas festiwali. A mogłem właściwie też wcześniej udać się na show... 


Oklou! 


Szybkim krokiem zmierzając w stronę namiotu Linné, drżałem trochę z obaw, czy zdążę na jej drugą, bardziej przebojową połowę koncertu. Udało się! Pod scenę wparowałem idealnie w momencie pierwszych dźwięków ikonicznego już w moim mniemaniu instrumentalnego intra do bangera "Harvest Sky"! Kilka dni wcześniej z zachwytem wsiąkłem w jej niezwykłą, zmysłową, marzycielską i intymną, transową przestrzeń, którą wytworzyła na OFF Festivalu. Tutaj, mimo krótszego kontaktu oraz zgoła innych warunków otoczenia, moja więź sympatii do tej uroczej francuskiej artystki została tylko pogłębiona! Może to już nawet miłość?
 
Oklou nie potrzebowała wiele czasu, by ponownie wciągnąć mnie do swojego świata – wystarczyło kilka pierwszych dźwięków i zdążyłem już zapomnieć o szarej rzeczywistości, skacząc ramię w ramię z publicznością przy strzelistym refrenie wspomnianego "Harvest Sky". Dalej ten pulsujący elektroniczny ton był podawany przez magnetycznie urokliwą francuską artystkę w bardziej subtelnych formach, wyłaniających się z jej charakterystycznej popowej eteryczności w takich piosenkach jak rozmarzone "god’s chariots", euforyczne "dance 2" ze śpiewanym chóralnie Da-da-da-da-da-da, glitchowe "fall" w remixowej wersji A.G. Cooka oraz bajecznie płynnie rozwijających się w klubowy żywioł utworach "choke enough" oraz "ict".

Zamiast kolejnego pełnego koncertowego zanurzenia się w fascynujący świat Oklou dostałem tu tylko jego fragment, ale na tyle znów pociągający i intensywny, by utwierdzić mnie w przekonaniu, że Oklou to jedna z tych artystek, do których będę w przyszłości wracał.
 


Dalej powróciłem w okolice dwóch głównych, stojących naprzeciw siebie, festiwalowych scen. Bardziej z myślą, by pilnować dobrego miejsca przed wyczekiwanym koncertem Moby'ego, ale nie omieszkałem z oddali zobaczyć fragment jednego z najgorętszych show tego festiwalowego sezonu w wykonaniu Zary Larrson. 
 
Jedyny taki letni krajowy występ szwedzkiej gwiazdy popu zgromadził pod scenę Flamingo okazały i rozentuzjazmowany tłum. Mnie osobiście ten generyczny pop skrojony pod komercyjne stacje radiowe Zary nigdy specjalnie nie przypadał do gustu, podczas Colours Of Ostrava w 2024 jej show nie zmieniło mojego nastawienia i raczej sceptycznie obserwowałem jej obecny wybuch popularności. 
 
Muszę jednak oddać tej artystce, że pod względem scenicznym zaliczyła progres. Widać było gołym okiem, że ostatnio święcone sukcesy, cały jej team przekuł  na zbudowanie imponującego, barwnego festiwalowego widowiska. W zderzeniu z wcześniejszym show Lily Allen, to festiwalowo bardziej kupuję popowe oblicze w wykonaniu Zary. Nie ulega wątpliwości i ten koncert przed własną publicznością tylko to potwierdził, że ta artystka znajduje w życiowym momencie swojej kariery. Niemniej pragnę  raz jeszcze podkreślić, że spoglądałem na to show ze sporym dystansem i Zara raczej nie stanie się moją popową idolką. Za to od wielu lat w gronie moich idoli znajduje się... 



Moby! 


Richard Melville Hall wyśmienitym headlinerskim koncertem podczas Orange Warsaw Festival 2011 otworzył mój umysł i serce na inne gatunki muzyczne niż tylko rock i komercyjny pop, ale przez kolejne lata nie kwapił się do tras koncertowych. Właściwie z czasem niemal już zgasła we mnie nadzieja, że kiedykolwiek zobaczę go ponownie. Przełom nastąpił w 2024, gdy menadżer trochę podstępem namówił go do kilku charytatywnych koncertów w Europie. Show w berlińskim Velodromie było kapitalne! No i najwyraźniej u Moby'ego powrócił ten głód scenicznych doznań, gdyż w tym roku ku memu zaskoczeniu zdecydował się na bardzo intensywną europejską trasę po festiwalach i plenerowych obiektach. Wiedziałem, że tej kolejnej szansy nie mogę przegapić! Kusił oczywiście jego nostalgiczny powrót do Warszawy na solowy gig w ramach programu Letniej Sceny Progresji, ale ostatecznie poprzestałem tylko na tym przejęciu przez Moby'ego sceny Azalea. Liczyłem się z tym, że będzie to krótszy festiwalowy set i częściowo jeszcze grany za dnia (choć przez dłuższy czas raczej obstawiałem, że to on, a nie The xx zamknie ten pierwszy dzień w parku), ale zarazem byłem przekonany, że ten wszechstronny amerykański artysta poradzi sobie w każdych warunkach i swoją energią oraz ponadczasowymi klasykami zdoła porwać szwedzką publiczność. Nie spodziewałem się jednak, że otrzymam akurat w tym miejscu coś więcej...

Zanim jednak to nastąpiło, Moby, wspierany przez wyśmienity zespół (dwie urocze panie tworzące sekcję smyczkową, perkusistę, znakomite wokalistki: Nadia Christine Duggin i India Carney oraz Jonathan Nesvadb za klawiszami i konsolą DJ-ską), rozpoczął swój set brawurowo od electro-rockowego dynamitu w postaci "Bodyrock". Już od pierwszych dźwięków rozpierała go energia, z gitarą w dłoni biegał od lewego do prawego telebimu i nerwowo szarpał za struny, zachęcał prostymi gestami publikę do wzmożonego wsparcia. Następnie rozpędzony rytm zadedykowanego Davidowi Lynchowi "Go", podbijany przez Moby'ego intensywnymi uderzeniami dłońmi w conga, na tle pejzażu malowanego przez wiolonczelistkę i skrzypaczkę wprowadził tłum w hipnotyczny trans. Wyrwani z tego stanu zostaliśmy przez piorunującą wersję "Next Is the E" z mashupem fragmentu "Without Me" Eminema: Nobody listens to techno. To żartobliwe wyśmianie tekstu amerykańskiego rapera wywołało furorę wśród publiki.

Dalej żelazne klasyki: błogie i zarazem emocjonalne "In This World", bardziej taneczna wersja "We Are All Made of Stars" czy też wzruszające "Why Does My Heart Feel So Bad?", poprzedzone nagraną wcześniej przemową Jane Goodall z apelem o wyzwolenie zwierząt i ochronę środowiska. Aktywistyczne zaangażowanie Moby'ego jest znane od lat i idealnie korelowało ono z prowadzoną od lat wegańską polityką tego szwedzkiego festiwalu.

Wracając jednak do przebiegu koncertu... Perełeczką było wykonanie dynamicznego "Raining Again", które tylko pogłębiło bardziej i celowo dyskotekowy charakter tego festiwalowego seta. Szkoda, że pominięte zostało "Disco Lies" w remixowej wersji, które wolałbym usłyszeć w miejscu "Honey". Nie mogło z kolei zabraknąć kultowego "Lift Me Up". Gorzej, że Moby dalej uczepił się tej bardziej synth-rockowej wersji tego utworu z koncertowego reunionu w 2024 roku. Oczywiście dalej na żywo ten banger skutecznie prowokuje mnie do skocznej zabawy, ale nie ma w sobie tej lekkości oryginału. Innej aranżacji doczekało się również "Extreme Ways" – tutaj wjechały klimaty już dosadnie rave'owe za sprawą wykorzystania remixu Armina van Buurena. Tu też me serce pozostało bliższe studyjnej wersji, ale nie przeczę – elektroniczne crescenda niosły mnie do tanecznego harcowania.

Oddech zaś złapałem przy szybującym w nieboskłon "Porcelain", a potem Moby zaskoczył tak, iż dosłownie gacie z wrażenia mi opadły. Kompletnie nieoczekiwanie zaprosił na scenę genialnego wokalistę Jacoba Luska! Skąd takie emocje u mnie? Otóż siłę tej kolaboracji Moby'ego i Luska poczułem w tym roku już wcześniej podczas oglądania streamingu z tegorocznej Coachelli. No ale wiecie – dzieliły mnie tysiące kilometrów od Kalifornii i szkło ekranu, więc mogłem tylko zazdrościć Amerykanom tego doświadczenia. Aż do tej chwili! No, kilkukrotnie przecierałem oczy ze zdumienia, a moje bębenki w uszach oszalały ze szczęścia, słysząc najpierw nastrojowe, uduchowione "When It's Cold I'd Like to Die", które stanowiło mocny kontrast do całego show, ale później taneczna energia na styku gospelowej euforii powróciła za sprawą fenomenalnego – również przearanżowanego w bardziej taneczny sposób – "Natural Blues". Jacob dźwignął ten kawałek wokalnie z siłą godną mitycznego Thora! Pozamiatał swym nieziemskim wokalem!

W tej ekstazie Moby utrzymał nas jeszcze za sprawą finałowego, obłąkanego, breakbeatowego, rave'owego rytmu "Feeling So Real"! Sztos! Oczywiście szkoda, że ten set nie był bardziej rozbudowany (i zderzony w czasie z Anną von Hausswolff), ale obecność Luska wynagrodziła wszystko! Warto było!

Nie było jednak czasu na zbyt długie oklaskiwanie Moby'ego. Tuż po ostatnim dźwięku gwałtownie się odwróciłem i zacząłem przedzierać się przez tłum w kierunku sceny Flamingo, by z równie bliskiej perspektywy delektować się koncertem...


The xx! 


A że Romy Madley Croft, Oliver Sim i Jamie xx zaserwują mi wykwintną ucztę na styku charakterystycznego, podszytego nostalgią intymnego indie-popu i euforycznej alternatywnej elektroniki, wiedziałem już po koncertowych uniesieniach z ich triumfalnego występu na Open’erze. Trio wróciło po ośmiu latach spędzonych na solowych muzycznych poszukiwaniach do swojej macierzystej formacji w chwale, emanując pewnością siebie większą niż kiedykolwiek wcześniej! Zdecydowanie ostatnie lata dla całej trójki były bardzo wartościowe pod względem artystycznego rozwoju. Nie przekuli tego jeszcze na prezentację nowych kompozycji, ale to jedyny zarzut, jaki można im na ten moment zarzucić (choć coś tam z pewnością gotują...). Pod względem tworzenia przejmującego i dopracowanego produkcyjnie (klimatyczna gra świateł – mistrzostwo!) koncertowego widowiska wskoczyli już doprawdy na headlinerską półkę. I tak, ten koncert na Way Out West był równie pod każdym względem krystalicznie piękny jak ten open'erowy. Z tą tylko istotną dla mnie różnicą, iż w Gdyni z bólem serca opuszczałem ich końcówkę seta, by zdążyć na Davida Byrne'a, a tu mogłem odpływać i tanecznie się kołysać od początku do końca! 

Pierwsza część ich występu to totalne zaproszenie do zanurzenia się w nostalgii, która wywoływała gęsią skórkę. Już otwierającym ten koncert "Crystalised" udowodnili, że są wirtuozami intymnej i zmysłowej atmosfery. Ale już "Say Something Loving" dobitnie pokazywało ich drugie oblicze szukające euforii podszytej subtelną przebojowością. I tak te dwa strumienie twórczości The xx pięknie się ze sobą przez cały występ przenikały. Nostalgiczny cios z "Islands", wzruszające "Angels", "Night Time" płynnie przechodzące w "Sunset", "Fiction" z kapitalnym outrem w formie "I'll Take Care of U" Gil Scott-Herona i Jamie'ego xx, hipnotyczne "Shelter", ciarkogennie narastające napięcie w "Infinity", krzepiące "VCR"... Totalna magia! Wokalne dialogi Romy i Olivera zapierały dech w piersi, gitarowe melodie unosiły ponad ziemię i wkradały się w głębokie zakamarki serca, a Jamie xx swoimi beatami nadawał wszystkiemu odpowiednio intensywny puls. Ten zaś nabrał impetu w drugiej części koncertu, gdy dotychczasowa dość melancholijna atmosfera przemieniła się w klubową ekstazę za sprawą zręcznie wplecionych solowych dokonań każdego z członków tria. Pomysł nieco ryzykowny, ale obronili się! Najpierw kultowe już i barwne jak zawsze "Loud Places" Jamie'ego xx, dalej poziom festiwalowej beztroski podniosła Romy, śpiewając swój banger "Enjoy Your Life", po czym Jamie xx podgrzał atmosferę masywnymi elektronicznymi fragmentami piosenek "Wanna" i "Treat Each Other Right " ze swojej ostatniej płyty "In Waves" i na finał tego solowego kolażu Oliver Sim wykonał na swój sposób hedonistyczne "GMT", tańcząc pośród tłumu. Warto przy tym nadmienić, że nad tymi solowymi popisami wciąż unosił się duch zespołowej pracy. 
 
No i wreszcie ten ostatni akt koncertu, który pominąłem na Open'erze. Porywające i promienne wykonania "On Hold" oraz "I Dare You" z ich ostatniego wspólnego albumu "I See You", a na finał przewrotny powrót do debiutu za sprawą genialnego "Intra"! Wow! Intymne i zarazem emocjonalnie potężne zakończenie tego magnetycznego koncertu!


Moją radość po tym koncertowym maratonie w parku podbił mail z potwierdzoną wejściówką na klubowy upragniony set Ninajirachi, więc ta noc jeszcze trwała... 


Stay Out West: Freak Slug, Ninajirachi! 


Zanim jednak przekroczyłem próg legendarnego Pusterviku, postanowiłem jeszcze odstać w kolejce do pobliskiego i znanego mi już doskonale z poprzednich edycji Folkteatren, by spróbować załapać się na występ obiecującej brytyjskiej artystki Xenyi Genovese, ukrywającej się pod scenicznym pseudonimem Freak Slug. Udało mi się mniej więcej zahaczyć o drugą połowę tego koncertu. I od razu zostałem wciągnięty przez tę artystkę z Manchesteru w świat przesterowanego, przydymionego alt-rocka z nutą namiętności do lat 90., grunge’u i shoegaze’u. Niewielka koncertowa sala Folkteatren wypełniła się doprawdy solidnym, surowym, gitarowym brzmieniem, a drobnej postury Freak Slug, z gitarą w dłoni i świetnym zespołem wokół siebie, intrygowała aurą pewnej tajemniczości. To poczucie pogłębiało również minimalistyczne oświetlenie sceny.

Xenya prezentowała zarówno piosenki z wówczas jeszcze nadchodzącego albumu "Amulet" (w momencie publikacji już dostępny, polecajka!), jak i sięgała oczywiście po "starsze" utwory z zeszłorocznych wydawnictw: EP-ki "Loose Tooth And A Short Skirt" (choćby brawurowe "Honest Man") oraz debiutanckiej płyty "I Blow Out Big Candles" (na finał przebojowe "Spells", w którym intensywność gitarowego chaosu wyraźnie rosła, a Brytyjka odłożyła gitarę i sama dała się porwać tej energii). Tym krótkim fragmentem koncertu Freak Slug sprawiła, że nabrałem jeszcze większej ochoty, by bliżej poznać jej twórczość.

 

Doskonale za to wiedziałem, czego spodziewać się po secie australijskiej DJ-ce Ninajirachi w Pusterviku. Wszak kilka dni wcześniej dzięki niej przeżyłem jedną z najlepszych elektronicznych imprez w swoim życiu pod namiotem Sceny Trójki na OFF Festivalu! To było wręcz legendarne przeżycie! Te taneczne moshpity, w które wskakiwałem w totalnym amoku... Wszechogarniająca ekstaza rozpalonego tłumu... Niemal stadionowe hymny jej autorskich bangerów... Pragnąłem to przeżyć jeszcze raz! Tym bardziej że to była zapewne jedna z ostatnich szans na zobaczenie jej w tak ciasnym i zatłoczonym klubie. No i oczywiście swym intensywnym godzinnym setem niemal rozniosła tę przestrzeń! Pot lał się ze mnie niczym strumienie wody z Niagary! Doprawdy trzy dni później pakowałem do plecaka wciąż mokrą koszulkę... Co prawda może ostatecznie zabawa nie wskoczyła na tak szalony pułap, jak ten na OFFie, ale było blisko... Pod koniec już ocieraliśmy się o stan pogowania. Gdyby tylko ten set (co ciekawe, z odmienną dynamiką od offowego, ale z zachowanymi wszystkimi najmocniejszymi przebojami) był ciut dłuższy, to jestem przekonany, że bylibyśmy świadkami podobnych moshpitowych scen jak w Katowicach. Niemniej i tak znów z fascynacją obserwowałem publiczność, która od samego początku głośno wspierała Ninę i wpadła w obłąkany taneczny stan! Sam straciłem głos i ledwo potem doczłapałem się do hotelu. 
 
To narodziny absolutnego muzycznego fenomenu! Wieszczę tej dziewczynie w najbliższej przyszłości największe festiwalowe sceny!  


Piątek, 14.08


Cztery, pięć godzin regeneracyjnego snu, obfite śniadanie w hotelu i już przed godziną dziesiątą ruszyłem w kierunku winylowego sklepu Bengans, by uczcić premierę albumu "Lost Weekend" Phoebe Bridgers. Nie żałuję niczego, choć przez to ominęła mnie inna fajna atrakcja – pop up store Thie Hives w Hard Rock Cafe, podczas którego pojawił się cały zespół, spotykając się z fanami i podpisując płyty i wszelkie inne gadżety. Miłość do Phoebe była jednak górą. Po odsłuchaniu jej trzeciego albumu zdążyłem jeszcze na dosłownie pięć minut wrócić do hotelu, zostawić zakupiony winyl i wróciłem na przystanek tramwajowy, by już po godzinie dwunastej przekroczyć festiwalową bramę... Tak, Way Out West to gwarancja niewielkich dawek snu i istnych maratonów muzycznych doznań. A ten dzień był istną tego kwintesencją... 

Już o 12:45 pierwszy wyczekiwany koncert pod namiotem Linné zagrał..

Bonnie "Prince" Billie! 

Nie mam pojęcia, ilu jeszcze takich zacnych przedstawicieli folk-rocka kryje przede mną ten świat. Kompletnie nie słyszałem wcześniej o twórczości tego amerykańskiego weterana folkowego songwriterstwa, aż do tego roku i pięknego albumu "We Are Together Again". Moje zwrócenie uwagi na to dzieło zbiegło się jakoś właśnie z ogłoszeniem jego obecności na Way Out West. I to był właściwie jeden z dwóch festiwalowych przystanków na jego trasie po Europie. I warto było pojawić się dla niego tak wcześnie.

Choć w pierwszym kontakcie nastąpiła u mnie pewna konsternacja, gdyż ten występ Billie rozpoczął wtopiony w zespół, a wersy coveru "Lord I Hope This Day Is Good" śpiewał niejaki Oscar Parsons. Przy kolejnej interpretacji cudzego dzieła, "Draw Something Beautiful" Ganavayi, której koncert zresztą rok temu widziałem również podczas tego festiwalu, William Oldham (bo tak naprawdę brzmi jego imię i nazwisko) wysunął się jednak już na front i mogliśmy w pełnej krasie obserwować jego bardzo wyrazistą sceniczną charyzmę i uroczy brokacik pod oczami. Gdyby Rockstar Games kiedyś tworzyło GTA w świecie muzycznej branży, to – tak czułem – ten gość mógłby być jedną z barwniejszych postaci w scenariuszu.

A już tak serio – to był naprawdę bardzo przyjemny koncert, utkany z sielankowych, przytulnych, kojących, niespiesznych, intymnych folkowych melodii (wyróżniała się obecność saksofonu, liczne wokalne harmonie, finezyjnie jazzowa gra perkusisty) obejmujących przekrój całej dyskografii "Prince'a" (z nowego materiału wybrzmiało tylko "They Keep Trying to Find You") i starannie dobranych coverów. Idealnie mięciutki start dnia, ale niemniej w pewnym momencie drugiej połowy koncertu poczułem, że jednak o tej wczesnej porze potrzebuję dawki kofeinowej energii. Doskonale widziałem, gdzie jej szukać. Skierowałem się w stronę sceny Höjden, którą we władanie przejęli Meksykanie z zespołu...


Son Rompe Pera! 


Trzy lata temu podczas OFF Festivalu ta szalona formacja zafundowała mi niewyobrażalny wstrząs energetyczny, porywając sceniczną nadpobudliwością, punkowym zacięciem i wybuchowym połączeniem sensualnej cumbii z niemal ognistym, hard-punk-rockowym brzmieniem. Tym razem zabrakło może nieco tamtego nocnego klimatu i charakterystycznego dla namiotowej sceny poczucia, że energia kumuluje się pod sufitem, ale Meksykanie i tak po raz kolejny skutecznie zarazili mnie swoją unikalną energią!

Znów z niedowierzaniem obserwowałem choćby skalę intensywności, z jaką dwaj członkowie zespołu wspólnie wyczyniali cuda na marimbie. Na twarzy niemal od razu zagościł szeroki uśmiech, a ciało – jakby zupełnie niezależnie od rozumu – samo wpadło w taneczny trans. Son Rompe Pera mają ten rzadki dar, by z pozornie odległych muzycznych światów stworzyć coś absolutnie własnego, żywiołowego i niepodrabialnego. Fajnie było znów zanurzyć się w ich szalonym, pulsującym świecie.


Krótka przerwa na nawodnienie się w ten słoneczny dzień i dalej zameldowałem się z ciekawością pod główną sceną Flamingo, by sprawdzić, kto to ten...

Jalen Ngonda! 

Pewne zachwyty nad twórczością tego soulowego artysty do mnie docierały, ale szczerze mówiąc, nie zagłębiałem się w jego dokonania. Tym bardziej potęgowało to moje zdumienie jego fenomenalnym występem! Ten trzydziestodwuletni amerykański artysta (mieszkający jednakże w Anglii) emanował wręcz niewiarygodną, zaraźliwą pasją do soulu z czasów jego złotej ery, do dzieł wytwórni Motown, Marvina Gaye'a czy też Curtisa Mayfielda, a także do bluesowych korzeni. W tej stylistyce retro, którą prezentował z całym zespołem na scenie, nie wyczułem jednak żerowania na cudzych osiągnięciach czy też nut jakiegoś fałszu bądź nadmiernego epatowania perfekcjonizmem i swoim talentem. A ten ostatni ten gość ma niewyobrażalny! Szczególnie jego popisy falsetem robiły na mnie ogromne wrażenie. Z niesamowitą swobodą demonstrował swoje kosmiczne możliwości w płynnych przejściach od kruchego do silnego tonu wokalnego. Głos ma po prostu magnetyczny! Niemniej nie przesadzał z jego wykorzystaniem – idealnie splatał go z promiennymi melodiami i doskonale podkreślał nim emocjonalność kolejnych lirycznych fraz. Po prostu było czuć to, co najważniejsze w muzyce soulowej – duszę artysty! A do tego naprawdę zgrabne harmonie, pulsujące rytmy, zaczepne gitarowe solówki, miękkie brzmienie klawiszy – ta muzyka płynęła szerokim strumieniem zachwytu! I ten był wyczuwalny wśród publiczności, która choćby entuzjastycznie wsparła swoimi wokalami finałowe wykonanie spektakularnej kompozycji "If You Don't Want My Love".

Koncert Jalena okazał się dla mnie jednym z największych objawień tegorocznej edycji!


To było na tyle, jeśli chodzi o koncertową rozgrzewkę tego dnia. Okej, jeszcze spoglądałem chwilkę na występ Ravyn Lenae, ale o ile końcówka jej występu na Open'erze 2025 mnie porwała, tak tutaj początek tego show na Azalei powiewał nieco nudą. A może po prostu myślami już byłem pod namiotem Linné na wyczekiwanym koncercie... 

Geese! 


Chyba nie muszę specjalnie tłumaczyć, jakim fenomenem stała się ta amerykańska formacja w ciągu ostatnich miesięcy. Również wsiadłem w ten hype train po premierze ich zeszłorocznego albumu "Getting Killed", który wywołał u mnie fascynujący bałagan w umyśle za sprawą wielowarstwowej, nonszalanckiej, art-rockowej maestrii połączonej z nieprzewidywalnym, pociągającym wokalem charyzmatycznego lidera Camerona Wintera. Wyobraźnia tego zespołu wprost zdumiewała! Nie udało mi się wyrwać biletu na ich wiosenną klubową trasę, podróż na Primaverę nie doszła do skutku, do Polski też nikt ich nie zdołał zaprosić, ale na szczęście poratowali mnie organizatorzy Way Out West! Tylko to wrzucenie Geese pod namiot Linné – kontrowersyjne. Jasne, otoczka wzmocniła klimat i kumulowała energię, ale od samego początku było jasne, że będzie cholernie ciasno. Stąd też strategicznie wpakowałem się pod namiot już na czterdzieści pięć minut przed startem koncertu, w momencie, gdy część publiczności opuszczała tę przestrzeń po występie szwedzkiej rockowej formacji Nektar (na nich też namiot był wypchany po brzegi). Udało się idealnie wbić w centralne miejsce pod sceną. I tłum z minuty na minutę błyskawicznie gęstniał. W powietrzu unosiła się wyczuwalna ekscytacja. Obok mnie młode dziewczyny głośno podśpiewywały "Au Pays du Cocaine", wzbudzając wokół szerokie uśmiechy na twarzach fanów. W końcu w tle na telebimie wyświetliła się trójwymiarowa nazwa zespołu (i tak tam pozostała do końca koncertu, powoli się tylko obracając wokół własnej osi), a wkraczający na scenę członkowie zostali gromko przywitani niczym wikińscy herosi!

Pięcioosobowe grono utalentowanych i obdarzonych niespożytą wyobraźnią muzyków z Brooklynu rozpoczęło swoje eksperymenty na ciele klasycznego rocka od powolnie snującego się w surrealistycznym pejzażu "Husbands". Leniwe zabawy Emily Green z gitarowym riffem i żałobny, tajemniczo cierpiący wokal Wintera były jednak zwodniczym wstępem do tego bombowego koncertu. Potężne bębny ekspresyjne Maxa Bassina wybuchły już od pierwszych dźwięków tytułowego "Getting Killed"! A publiczność pod sceną wyrzuciła z siebie kumulowaną energię i ruszyła w szarżę taneczną, w pogo! Ten pospolity zryw poniósł również mnie! To było istne, potliwe szaleństwo! Mosh pity na poziomie intensywności największych wikińskich bitew rozstawialiśmy choćby podczas rock'n'rollowego "Crusades", nieokiełznanej gitarowej furii "2122" z wplecionym fragmentem "Interstellar Overdrive" Pink Floyd, popędliwego "100 Horses", brawurowego "Cowboy Nudes" czy też trzymającego w napięciu "Bow Down". Dalej cały Goteborg chyba słyszał nasze chóralne, wyjące głosy, śpiewające hymniczne "Au Pays du Cocaine". W finale ekstatyczne "Texas" znów sprowokowało do wręcz katartycznego uwolnienia z siebie energii i euforycznych wspólnych wyskoków, a duszne, bagniste, przesterowane "Trinidad" z wykrzyczanymi żarliwie wersami There's a bomb in my car okazało się swoistym odpaleniem lontu gitarowego dynamitu pod naszymi stopami! W tej końcówce traciłem już chyba świadomość istnienia. Właściwie do dziś przetwarzam w umyśle ten szalony koncert... Takich szalonych zbawców gitarowej muzy ten świat potrzebuje, co tylko potwierdzała liczna obecność przedstawicieli młodszego pokolenia pod sceną.


Godzinę później na scenie Flamingo wiarę w zbawienną moc rock'n'rolla podtrzymali szwedzcy weterani z...

The Hives!  


Mimo mocnej obsady w tym festiwalowym slocie na innych scenach — Dijon na Linné i Fcukers na Höjden — nie wyobrażałem sobie przepuścić okazji do zabawy z The Hives na ich rodzimej ziemi i wśród ich szwedzkich fanów! Kolejnym argumentem był fakt, że ostatni raz widziałem ich dziesięć lat temu na Przystanku Woodstock. Zdecydowanie zbyt długo odkładałem to drugie spotkanie z tymi wariatami (do dziś szkoda mi koncertu w Progresji)!

Nie spodziewałem się po The Hives niczego innego, ale i tak wciąż zdumiewające jest to, że mimo upływu lat oni nadal na scenie — obowiązkowo odziani w swoje stylowe uniformy — emanują tym samym młodzieńczym entuzjazmem i sceniczną brawurą. Było to słychać już od pierwszych dźwięków żarliwego "Enough Is Enough" z ich ostatniej, kapitalnej płyty "The Hives Forever Forever The Hives". Zresztą ten album miał w tym secie zdecydowanie najliczniejszą reprezentację – aż sześć utworów – co było z jednej strony zrozumiałe, a z drugiej po prostu słuszne.

Szkoda tylko, że początkowo z zaraźliwą energią zespołu nie szło w parze nagłośnienie. W tej królewskiej rock’n’rollowej uczcie serwowanej przez The Hives brakowało przez pierwsze numery trochę soczystości i odpowiedniego uderzenia. Do tego zabrakło mi jakiegoś absolutnego klasycznego bangera, który już na starcie wznieciłby większy żar pod sceną. Przez chwilę więc nie potrafiłem wejść w ten gig całym sobą. Aż w połowie seta pojawiły się "Bogus Operandi" i "Hate to Say I Told You So". Te dwa strzały chwyciły mnie za kark i rzuciły prosto w epicentrum rozrastającego się pogo! Od tego momentu był już dokładnie ten poziom szaleństwa, na który liczyłem. Ba, momentami działy się tutaj rzeczy, które nie pojawiały się nawet w moich najśmielszych snach!

Przykłady? Jeden gość pełzał niczym wąż przez kółeczko mosh pitu, a dwójka innych chwyciła swojego kolegę na ramiona i przebiegła z nim z jednego krańca tłumu na drugi, udając lot kamikaze’owym samolotem! Szwedzi kolokwialnie odpięli wrotki! I najwyraźniej nie zamierzali ich już przypinać do końca koncertu. The Hives zresztą również nieustannie podkręcali tempo. Nie zabrakło charakterystycznego dla ich koncertów numeru z zastyganiem sylwetek w czasie, a podczas wystrzałowego "Tick Tick Boom" pełen wigoru Pelle Almqvist zszedł w sam środek tłumu. Miałem to szczęście znaleźć się bardzo blisko tej brawurowej akcji niezmordowanego wokalisty!

Popisy lidera i pozostałych członków zespołu niezwykle dynamicznie przenosił na telebimy kamerzysta ubrany w strój à la ninja. W pewnym momencie, nie wypuszczając sprzętu z rąk, sam porwał się nawet na crowdsurfing, żeby jak najlepiej uchwycić i pokazać na ekranach tę wrzącą energię koncertu. To był jeden z tych momentów, w których nie było wiadomo już, kto bardziej szaleje – zespół, publiczność czy osobnik odpowiedzialny za pokazanie tego wszystkiego na telebimach.

Przy finałowych „Walk Idiot Walk” i oczywistym „The Hives Forever Forever The Hives” moje taneczne, rock’n’rollowe popisy nie znały już żadnych granic śmiałości. Po zachowawczym początku i kilku technicznych problemach The Hives nie tylko rozkręcili ten koncert, ale ostatecznie rozpętali prawdziwe rock’n’rollowe zawody wyczynowe i zakończyli go triumfalnie. Dokładnie takiego spotkania z nimi na ich własnym podwórku potrzebowałem! 




Nie było czasu na złapanie oddechu, gdyż od razu skierowałem się w stronę Azalei, by znaleźć się jak najbliżej Mistrza! Tak, oto przyszedł czas na trzecie tegoroczne spotkanie z...

Nick Cave & The Bad Seeds! 


W czerwcu po raz pierwszy delektowałem się tym tegorocznym festiwalowym setem australijskiego Dzikiego Boga i jego Złych Nasion z dalszej perspektywy podczas Metronome Prague, w lipcu ścisnąłem z nim dłoń w trakcie genialnego koncertu na Open'erze (kiedyś wspomnieniami wrócę i do tamtych chwil) i na dokładkę otrzymałem to misterium w Parku Slottsskogen . Znów niestety przeżywane z dalszej odległości od sceny, ale byłem świadomy tej konsekwencji zabawy do utraty tchu na The Hives. A oczywiście koncert Cave'a spod barierki, gdy mamy tego Kaznodzieję na wyciągnięcie dłoni, a podziwiany z oddali, to zupełnie inne wymiary doświadczeń. Niemniej po ogółem ośmiu spotkaniach z Cave'em w ciągu ostatnich trzynastu lat wytworzyła się między nami taka więź, iż niezależnie od okoliczności zawsze czuję, że jest on blisko mej duszy. Nie inaczej było podczas tego dwugodzinnego koncertu. Koncertu, który rozpoczął się jednak od technicznego falstartu. 
 
Nick Cave, jak zawsze wspierany przez perfekcyjny wieloosobowy zespół, pragnął ten występ (nawet nieco przed czasem) rozpocząć w iście spektakularny sposób za sprawą wołającego na sztandary miłości "Get Ready for Love". Na przeszkodzie stanęła jednak awaria mikrofonu, który ostatecznie "zginął" i z widoczną frustracją został przez Cave'a wyrzucony w głąb sceny. Dał sygnał swoim kompanom, by wstrzymać rozwijanie tego utworu. Na szczęście błyskawicznie został mu przekazany sprawny mikrofon i mógł już bez przeszkód zatracić się w tym utworze, a za nim w ten muzyczny ogień podążyła publiczność. Przy "From Her to Eternity" Cave, z pewnością nakręcony feralną sytuacją z początku, był już całkowicie w swoim żywiole, spędzając niemal cały utwór w swoim żywiołowym stylu na podeście przy pierwszych rzędach, które na jego zbliżającą się obecność wznosiły dłonie w górę. A on łaknął tego kontaktu i co jakiś czas rzucał się z impetem i zaufaniem w tłum. Chwytał się za ręce, wspinał na ramiona, z gracją balansował, torował sobie drogę coraz dalej wśród dziesiątek tysięcy ludzi. W jednej chwili był na scenie, a w drugiej już nurkował w morze swoich fanów. I nawet jeśli czasami grawitacja była górą i pojawiały się obawy, że za chwilę stracimy jednego z headlinerów tego dnia, to zawsze tłum pomaga mu zachować równowagę i górować nad sobą. Ten jego kontakt z fanami jest za każdym razem fascynujący oraz imponujący. Zapewne rozwinę ten wątek przy wspomnieniach z Open'era (zapewne pojawią się zimą), gdy ta więź z Nickiem była u mnie namacalna. Tu pozostało mi tylko pozazdrościć innym.

Wraz Cavem rozpędzał się również zespół The Bad Seeds na czele z nieocenionym Warrenem Ellisem, który to znów torturował smyczki i struny skrzypiec, wskakiwał na krzesełko, szarpał gwałtownie ciałem – opętany wirtuoz! W pewnym momencie z rozmachem rzucił smyczek tak daleko w tłum (jeszcze w takiej formie go nie widziałem!), aż Cave żartobliwie i czule skwitował to, że powinien bardziej dbać o instrumenty. Zresztą nie on jeden nie oszczędzał swoich instrumentów. The Bad Seeds tworzyli swoją grą prawdziwe grzmoty i trzęsienia ziemi. "Train Long-Suffering", "Tupelo", "The Mercy Seat", "Papa Won't Leave You, Henry", "Red Right Hand" – sejsmiczne, złowrogie, erupcyjne, miażdżące porywy koncertowej siły Nicka Cave & The Bad Seeds. Choć oczywiście na szczyt swoich możliwości wspięli się przy huraganowym "Jubilee Street"! Znów tym piekielnie mocnym utworem wpędzili mnie w hipnotyczny trans katartycznych drgawek ciała. Odleciałem totalnie! 

Obok jednak tych wzniecanych koncertowych płomieni (zabrakło tylko fenomenalnego połączenia "Hiding All Away" i "White Elephant" z tej trasy), Cave oferował również momenty czystej, kojącej i poruszającej magii. "O Children", "Carnage", "Joy", "Rings of Saturn", "Henry Lee" w duecie z chórzystką Janet Ramus, odważne kilkuminutowe "Hollywood", czy też wreszcie wykonane solo przez Nicka przy współudziale chóralnego śpiewu tłumu, zawsze czarująco łagodzące całą tę wyboistą emocjonalną podróż, "Into My Arms". 

Monumentalnie piękny koncert! Szczerze współczułem obecnym wokół mnie fanom The Cure, gdyż widziałem na wielu twarzach niezdecydowanie – czy, a jeśli już, to w którym momencie opuszczać ten wciągający w swój nieziemski wymiar koncert Cave'a. Ja powiem tak: problemu osobiście z tym faktem nie miałem, bowiem przez półtorej godziny występu australijskiego Szamana byłem przekonany, że zgodnie z pierwotnym planem bez presji odpuszczę pierwszą połowę koncertu Roberta Smitha i jego kompanów na rzecz drugiego spotkania w tym roku z Lykke Li. Ale im bliżej koncert Cave'a zmierzał ku końcowi, tym bardziej budziło się we mnie przekonanie, że byłoby chyba jednak głupotą odpuścić takie combo dwóch legend. Zajrzałem jeszcze ukradkiem z ciekawości do ostatnich setlist The Cure i widok piosenek z ich ostatniego albumu "Songs of a Lost World" w repertuarze przesądził sprawę. Co ciekawe, sam Nick Cave z całą swoją ekipą z desek Azalei obserwował i przeżywał później koncert The Cure na przeciwnej scenie Flamingo! W sieci znajdziecie sympatyczne nagrania dokumentujące tę legendarną sytuację!



A więc na finał piątkowych przygód w parku...

The Cure!

Rozpoczęli swój występ w sposób przeze mnie wymarzony, od "Alone" z ich genialnej ostatniej płyty! Okej, tu muszę od razu się przyznać, że, choć doceniam i szanuję, to jestem niedzielnym fanem The Cure i ich twórczość na żadnym etapie życia ani przez chwilę nie stanowiła emocjonalnego soundtracku, aż właśnie do czasu wydanego w 2024 roku albumu "Songs of a Lost World", który totalnie mnie pochłonął swym klimatem! I w przypadku ich koncertu na Open'erze miałem właśnie do nich zarzut i żal o to, że kompletnie pominęli tę pozycję w swojej setliście. Koncert oczywiście był z gatunku tych wielkich i dramaturgicznych (swoje do klimatu dołożyła również ulewa), ale jednak niedosyt pozostał... No i tutaj już pierwszymi dźwiękami instrumentalnego intra, które zdawały się rozciągać w nieskończoność, brytyjska legenda rocka wywołała u mnie gęsią skórkę na całym ciele. A gdy wreszcie Robert Smith posłał w powietrze tym swoim zdumiewająco niezmiennym od lat, charakterystycznym wokalem frazę This is the end of every song that we sing – wszystkie atomy w powietrzu zamarły. 

I tak ta zasadnicza część koncertu snuła się poprzez mroczne, posępne, powolne, ale zarazem potężne, przekonujące, subtelnie momentami podszyte popową euforią kompozycje z przekroju całej dyskografii zespołu. Nie było tu gonitwy za poklaskiem publiczności, choć ta oczywiście od samego początku była świadomie zespolona z atmosferą tego występu. Po prostu The Cure nikomu niczego nie muszą udowadniać i dają szansę swojej szlachetnie smutnej muzyce płynąć i wypełniać przestrzeń gęstym klimatem. Nie zabrakło oczywiście masywnych przystanków w postaci takich kultowych piosenek jak wywołujące jęk zachwytu "Pictures of You", rozczulające "Lovesong", hipnotyzujące "Fascination Street", nośne "Just Like Heaven", czy też "A Forest". Zwłaszcza ten ostatni numer wybrzmiał niezwykle przejmująco. Soczysty bas, narastające warstwy gitar, ta ponadczasowa melancholia w głosie Smitha. Czułem, że drzewa w parku ożyły i zaczęły zmierzać w kierunku sceny, tworząc niezwykle intymną, kameralną przestrzeń. Pomiędzy wymienionymi wcześniej utworami The Cure oczywiście zagrali mnóstwo perełek, aż w końcu tę pierwszą część koncertu zwieńczyli drugim (i niestety ostatnim, chciałoby się więcej!) kolosalnym utworem z ich ostatniej płyty – "Endsong"! Dziesięciominutowa epopeja muzycznego mroku z apokaliptycznie grzmiącym wokalem Roberta i ciarkogenną solówką Reevesa Gabrelsa. It's all gone, it's all gone...

The Cure nie zostawili nas jednak w upiornej atmosferze (która swoją drogą nawet na moment przyciągnęła krótkotrwały, przelotny deszcz, choć żadna z prognoz tego nie zapowiadała). Z mroku wyłonili się z bardzo barwnymi i przebojowymi bisami. Majestatyczne "Lullaby", przyspieszające tempo "The Walk" z wyraźnie rozluźnionym Smithem, przesympatyczne i figlarne "The Lovecats", bangerowe "Friday I'm in Love", pominięte na Opene'rze z powodu oberwania chmur "Close To Me" z totalnie już rozbrykanym wokalnie i tanecznie Robertem i pędzące dynamicznie do przodu "Why Can't I Be You?" oraz na finał ponadczasowe "Boys Don't Cry"! 

Choć ledwo już stałem na nogach, to ten zaledwie dwugodzinny set (umieszczenie obok siebie dwóch legend musiało się tak skończyć, ale organizatorzy i tak wyjątkowo przedłużyli ten festiwalowy dzień do pierwszej w nocy) The Cure dostarczył mi o wiele więcej satysfakcji niż ten open'erowy. Choć dziś wiem, że gdybym po "Alone" wyskoczył na koncert Lykke Li, to i tak spokojnie zdążyłbym na "Endsong"... Nie ma jednak już sensu płakać nad rozlanym mlekiem. Mimo wszystko warto było po raz trzeci zobaczyć i usłyszeć jak Robert Smith z kompanami zamieniają smutek w czyste piękno.


Stay Out West: Radio Free Alice!

Mimo przyspieszonego kroku nie udało mi się dotrzeć nawet na końcówkę występu Melody's Echo Chambers w Pusterviku, ale skoro już tu trafiłem, to zostałem na koncercie australijskiej post-punkowej formacji Radio Free Alice. Przed wylotem na festiwal pobieżnie zapoznawałem się z ich twórczością, więc generalnie przystępowałem do tego spotkania bez większych oczekiwań, ale z otwartym umysłem i sercem. No i chłopaki z Melbourne zagrali tak, iż chciałem krzyknąć na cały klub: gdzieście się Wy tak długo skrywali przed światem?! Choć biorąc pod uwagę skalę zaangażowania szwedzkiej publiczności w ten występ, to jednak wcale tacy anonimowi nie są. Niemniej tym intensywnym, pełnym scenicznej świadomości, gitarowej pasji i brawury koncertem pokazali, że zasługują na większy rozgłos i że unieśliby spokojnie na swoich barkach, tudzież chwytliwych melodiach, ciężar większych scen. No dłonie same składały się do oklaskiwania ich ekscytującego przekładania ostrych, nostalgicznych gitarowych riffów i napędzających rytmów nowej fali lat 80. (z dodatkami wzniosłego saksofonu) na pełną dynamiki i wybuchową energię sceniczną. Ich imponującym orężem jest również wokalista Noah Learmonth. Jego sceniczna ekspresja i charakterystyczny, gardłowy wokal były wręcz magnetyczne! Urodzony rockowy lider!

Od samego początku ten koncert nie tracił tempa, a właściwie tylko kolejne kompozycje, na czele z choćby "Paris is Gone", "Look What You’ve Done", "Crying With You", "I Gotta (Fall in Love)", "Waste of Space", nieustannie podnosiły temperaturę w klubie i doprowadzały do żywiołowych reakcji zachwyconej publiczności! Za umieszczenie takich muzycznych pereł w klubowym programie uwielbiam Way Out West! A bookerzy choćby OFF Festivalu czy Inside Seaside powinni zapisać sobie nazwę Radio Free Alice w swoich notatnikach!

Tuż po koncercie w Pusterviku rozpoczęła się jeszcze impreza w duchu największych indie-alt-rockowych bangerów, ale niestety już opadałem z sił...


Sobota, 15.08


W ostatni festiwalowy dzień pozwoliłem sobie na trochę dłuższy odpoczynek, bo i pierwszy wyczekiwany koncert zaplanowany był "dopiero" na godzinę szesnastą. Przybyłem oczywiście nieco wcześniej, więc chwilę zerknąłem na występ jamajskiej piosenkarki Lili Iké. Ze sceny Flamingo starała się rozgrzać publiczność dość już rzadko spotykanymi na takich festiwalach rytmami reggae. Sympatyczne brzmienie, ładny wokal, ale ten dzień tak naprawdę rozpoczęła dla mnie... 
  

Celeste! 

Cztery lata temu ta brytyjska artystka podczas On Air Festival wprawiła mnie w osłupienie swoim olśniewającym, potężnym wokalem, charyzmą i bezczelną samoświadomością własnego, nieprzeciętnego talentu. Porwała ognistym połączeniem soulu i R&B z elementami jazzu, a także rozczulała nastrojowymi balladami. Była na dobrej drodze do podboju największych festiwalowych scen i powinna dziś być wymieniana jednym tchem obok Raye i Olivii Dean. Niestety, w ostatnich latach jej kariera i życie prywatne wpadły w turbulencje, a słuch niemal o niej zaginął.

Wróciła jednak w poprzednim roku z emocjonalnym albumem "Woman Of Faces" – boleśnie intymnym, dźgającym w serce, surowym i autentycznym. I na scenie również prezentowała nieco inne oblicze artystki niż to, które widziałem w 2022 roku. Pozornie (także ze względu na swój barwny ubiór) wyglądała na zagubioną hipiskę, poszukującą dawnej pewności siebie, potrzebującą czerpać siłę z reakcji publiczności. Stąd też nieustannie skracała sceniczny dystans. Właściwie większość czasu spędzała z pierwszymi rzędami pod barierką, wspinała się na odsłuchy pod sceną, zatrzymywała się bądź przysiadała często w połowie zejścia schodkowego, a nawet w pewnym momencie wskoczyła w środek publiczności, prowokując nas do wspólnego śpiewu i żywiołowego skakania podczas bardziej rockowego porywu.

W tym wspomnianym wcześniej nieznanym mi kawałku przekonująco zaśpiewała Don't worry about me. I jeśli faktycznie przy pierwszym kontakcie można było snuć pewne obawy o jej obecną formę, to z każdym kolejnym utworem odzyskiwała wiarę w siebie. Jej talent znów oślepiająco rozbłyskiwał, fenomenalny wokal wspinał się na wyżyny ludzkich możliwości, a swoimi dramaturgicznymi opowieściami i melodiami Celeste chwytała za serce.

Odarła jednak swoje piosenki ze studyjnej filmowości i orkiestralnego anturażu. Podczas koncertu na On Air wspierał ją rozbudowany band z sekcją dętą, wiolonczelą i dodatkowymi perkusjonaliami. Tu w tle były tylko gitara, bas, perkusja i klawisze. A do tego żadnych wizualizacji. Bardzo oszczędne podejście do kreacji tego show na dużej scenie Azalei – scena namiotowa w tym przypadku chyba sprawdziłaby się lepiej – ale zarazem dzięki temu Celeste kierowała całą uwagę tłumu na swoje emocje.

Te zaś, wykorzystując do tego wybrane piosenki z obu dotychczasowych albumów oraz zaskakując nieopublikowanym materiałem, momentami wyrzucała z siebie z żarliwą energią ocierającą się o rockową stylistykę, ale znacznie częściej zanurzała się w melancholijnym i balladowym nurcie. Znamienne, że nie zdecydowała się zaśpiewać nośnego przeboju "Stop This Flame". Tu celem była mimo wszystko duchowa dewastacja i poszukiwanie na nowo własnej tożsamości scenicznej.

Końcówka jej występu szczególnie ścisnęła za gardło: poruszające, introspektywne, bondowskie "This Is Who I Am", a na bis ciarkogennie zaśpiewana przy akompaniamencie samego pianina jej najpopularniejsza ballada "Strange". Emocjonalnie wbiła gwóźdź w serce.

Wspaniały koncert! I warto o tej artystce wciąż pamiętać. Jeśli otrzyma odpowiednie wsparcie, wierzę, że wróci na właściwe tory swojej muzycznej kariery!


Dalszy plan zakładał, że zmierzę się po raz pierwszy z uznaną z rockową formacją Wilco, ale wcześniej zatrzymałem się przy scenie Flamingo i tak już tam pozostałem, ciesząc się jak dziecko koncertem zespołu...  
  

Ezra Collective!  


Brytyjski kwintet swoim tanecznym i energicznym jazzem imponująco od pierwszych minut rozhuśtał tłum i sprawił, że na twarzach zagościły szerokie uśmiechy. Ja również natychmiast przepadłem w tym festiwalowym pulsie pozytywnej energii. No nie potrafiłem się wyrwać z tej beztroskiej instrumentalnej nonszalancji i afrobeatowego ciepła, jakie serwował nam ten zacny band. A dodatkowe mieli dla nas przygotowane niespodzianki! 

W utworze "Ego Killah" grą na melodyce wsparł ich sam... Damon Albarn! Z kolei w utworze "Well Organised" (z wówczas dopiero nadchodzącej nowej płyty "Here Because of Hope") swoje oryginalne partie zaśpiewała wcześniej wspomniana Lila Iké. Zaś w finale, podczas euforycznego "God Gave Me Feet for Dancing" pojawiła się wokalistka Yazmin Lacey. 

Ze strony samego zespołu nie brakowało nieustannego stosowania sztuczek, by wciągać publiczność w żywiołową zabawę. Był zatem wspólny wyskok w górę z pozycji kucnięcia, zsynchronizowane machanie rękoma, wspieranie rytmicznymi oklaskami, szalone zejście głęboko w tłum basisty i saksofonisty, aż w końcu Ezra Collective sprowokowali tłum do stworzenia... tanecznych mosh pitów! Te natychmiast wyrosły niczym grzyby po rzęsistym jesiennym deszczu! Naprawdę – spoglądałem w prawo, w lewo, obracałem się za siebie, wspinałem się palce stóp, by dojrzeć przód tłumu – wszędzie kółeczka, w których co śmielsi fani prezentowali swoje nieprzeciętne taneczne umiejętności! Pojawił się nawet dylemat, do którego tu kręgu dołączyć! Ach! Niesamowity widok! A i szwedzka publiczność sama z siebie potrafiła zaskoczyć, tworząc już na samym początku koncertowy wężyk! Taneczna zabawa godna karnawałowego poziomu ekscytacji! 
 
Powiem tak: doprawdy czułem, że bóg dał mi stopy, bym tego wieczoru tańczył do utraty tchu! Ezra Collective po raz kolejny (wcześniej na Inside Seaside w 2023 roku) udowodnili mi, że są po prostu gwarancją najlepszych możliwych festiwalowych uniesień! No i dawka premierowych kawałków na czele ze "Sweet Echo" i "Jubilee Feeling" kazała dopisać wykrzyknik w kalendarzu premier przy ich najnowszym albumie! Świetny koncert!


Na koncert Wilco pod namiotem Linné zdążyłem na ostatnie piętnaście minut. Ale ten krótki czas wystarczył, by śmiało postawić tezę, że zapewnili publiczności doskonały pokaz staroszkolnego rocka. Finałowe "Spiders (Kidsmoke)" wybrzmiało bardzo zacnie i porywająco! Ach, te trudne festiwalowe wybory... Może jeszcze kiedyś powtórzy się okazja do pełnowymiarowego doświadczenia ich występu. 


Odpuściłem już występy Smerz (dziewczyny widziałem w czerwcu na Metronome Prague) i fragment Maribou State (zaliczeni w zeszłym roku na Open'erze), chwilę odpocząłem i w końcu ponownie zameldowałem się w okolicach sceny Flamingo (strategicznie i celowo nieco dalej, choć była szansa na bliskie miejsce pod barierkami), którą zawładnął...  

Sombr! 

 
Młody amerykański wokalista i songwriter w ostatnim czasie błyskawicznie przebił się do światowego mainstreamu za sprawą niesamowicie chwytliwych i viralowych pop-rockowych piosenek i niewątpliwie był jedną z czołowych gwiazd tej festiwalowej soboty. Pierwszą połowę jego koncertu spędziłem w okolicach reżyserki, drugą już spod sceny naprzeciwko w oczekiwaniu na Lorde. Niezależnie od miejsca – wszyscy nucili głośno jego przeboje! A tych bangerów na tak wczesnym etapie kariery, z wyłącznie debiutanckim albumem "I Barely Know Her" na swoim koncie, ma po prostu bez liku! Sam byłem zdumiony, że od samego początku każdy kolejny muzyczny as z jego rękawa był przeze mnie momentalnie rozpoznawalny. Efekt codziennego bombardowania jego numerami w radiu RMF24, którego chcąc nie chcąc słucham w pracy, był tutaj aż nadto widoczny. No ale nie mogę mu odmówić smykałki do tworzenia chwytliwych refrenów. A przede wszystkim to urodzony sceniczny performer! Z glam-rockową ekspresją zjednywał ze sobą i porywał licznie zgromadzony tłum. Nigdy dwa razy nie musiał prosić (właściwie w ogóle nie musiał), by publiczność zdzierała z nim gardła przy kolejnych wersach o stadionowym potencjale i rytmicznie skakała do strzelistych pop-rockowych melodii. Zaangażowanie fanów budziło we mnie respekt. Sam zresztą czułem napływającą dobrą energię do wnętrza ciała i duszy. Świetnie na scenie prezentował się również cały zespół Sombra – swoimi instrumentalnymi popisami i nieustannym ruchem generowali poziom energii zdolny zasilić elektrownię jądrową. To show słuchało i oglądało się z przyjemnością! 

Wcześniej natykałem się na mieszane opinie o wokalnych możliwościach Sombra i fakt – specyficznie przetwarza swój głos, ale moim zdaniem wokalnie dźwigał ten występ i brzmiał przekonująco. 

Krótko mówiąc: przede mną objawił się headliner festiwali na kolejne lata! Czy tego chcecie, czy też nie. Z chęcią powtórzę jego show w przyszłości. I taka szansa zresztą pojawi się na przyszłorocznym Open'erze, gdzie nomen omen będzie jednym z kilku headlinerów. 


Niemniej mimo pozytywnych odczuć względem Sombra trzymałem się pierwotnego planu i wyrwałem się znacznie wcześniej kolejkować na wyczekiwany koncert...

Lorde! 


Och Lorde! Lata temu koncert tej nowozelandzkiej artystki na Open'erze pozostawił mnie z niedosytem, era "Solar Power" pozostawiła zaś obojętnym, ale już zeszłoroczny powrót z albumem "Virgin" rozbudził ochotę na danie jej drugiej szansy live. Koncert w Łodzi kusił, ale trochę pokpiłem sprawę i potem totalnie żałowałem... Dlatego też tej festiwalowej szansy na zobaczenie Lorde nie mogłem zmarnować! Co prawda artystka zmieniła swoje show na ten tour po letnich wydarzeniach (nie doświadczyłem więc choćby jej ikonicznego treningu na stacjonarnej bieżni), ale nie miało to dla mnie większego znaczenia, bowiem koniec końców i tak dowiozła spektakularne, bodźcujące widowisko na najwyższym poziomie!      

Występ rozpoczął się od ujęcia zza backstage'u, gdzie Lorde przypinała sobie monitory tętna do klatki piersiowej – pierwszy zwiastun tego, że czeka nas intensywne doświadczenie na granicy fizycznej i emocjonalnej wytrzymałości. W końcu artystka wyłoniła zza kulis, ubrana w przeciwdeszczową kurtkę, i przystanęła przy instrumentalnym stanowisku z prawej strony sceny, a ciszę przecięły pulsujące bity, zniekształcone syntezatory i jej wokale, układające się w dwuminutowy nieznany utwór, który pełnił funkcję intra. W tym czasie na tylnym ekranie obserwowaliśmy wyniki jej paratemtrów życiowych, które od czasu do czasu przewijały się przez całe to show. 

Następnie Lorde chwyciła za pustą butelkę na wodę i skierowała się żwawym krokiem na drugą stronę sceny, gdzie czekał na nią kran z wodą. W czasie, gdy napełniała bidon, na scenie zainstalował się cały zespół i wybrzmiały pierwsze dźwięki przeboju "Royals", który uczynił ją w 2013 roku nastoletnią gwiazdą i sprowokował Davida Bowiego do namaszczenia jej kariery przyszłością muzyki. Może to za duże słowa, ale z pewnością Lorde stała się jednym z najważniejszych głosów swojego pokolenia. Ogłuszająco, wręcz rytualnie wyśpiewywane wersy jej kultowego hitu tylko to potwierdzały. Z nostalgicznej przeszłości płynnie przeskoczyła do ekscytującej teraźniejszości w postaci przebojowego czołowego singla "What Was That" z ostatniego albumu! Wow! Potężny, nie pozostawiający żadnych złudzeń co do formy Lorde, początek tego koncertu! Nowozelandka od razu wrzuciła szósty bieg, a intensywne tempo podkręcały stroboskopowe efekty i dynamiczne wizualizacje wyświetlane na mobilnej multimedialnej skrzyni. Temperatura rosła dalej przy "Broken Glass", aż Lorde zdecydowała się pozbyć kurtki, odsłaniając przezroczysty, czerwony longsleeve, a na scenie dołączyła do niej dwójka tancerzy. Potem kolejny celny strzał w postaci klubowej gorączki "Perfect Places" i dalsze przemodelowanie sceny, na której stanęły już dwa pudła, "strzelające" do siebie wiązkami laserów. Tak, produkcja cały czas się rozrastała i wyglądała kozacko! W pulsującym "Shapeshifter" Lorde wspięła się na jedną z tych skrzyń i w pewnym momencie całym ciałem upadła na jej powierzchnię, ujawniając efektownie ukrytą kamerę, która rzuciła na telebimy efektowne zbliżenie na artystkę, totalnie zatracającą się w tym show i w swoich emocjonalnych opowieściach. "Buzzcut Season", "Favorite Daughter" czy też "The Louvre" to były kolejne efektowne połączenia popowej melodyjności, sztuki tańca, wizualnych efektów i nieokiełznanego żywiołu samej bohaterki tego show. W trakcie tego ostatniego utworu zaczęła się wznosić w górę na szczycie jednego ze scenograficznych pudeł. I tak górująca nad publicznością i sceną Lorde wyśpiewała potem jeszcze ekspresyjne "Current Affairs". 

Po zejściu na sceniczną podłogę postanowiła nieco zwolnić tempo i rozczulić nas subtelną, intymną balladą "Liability", mając za sobą wzniesioną barwną kurtynę z laserów, a na jej ciele rzutowane były urocze i poruszające projekcje nagrań z jej życia. To był idealny moment na złapanie oddechu, bo dalej Lorde zaczęła rozkręcać już hedonistyczną imprezę za sprawą oszałamiającego, eksplozywnego "Hammer" oraz wystrzałowego "Supercut", podczas którego puls Lorde znacznie przyspieszył! Mój także! Wraz z tłumem pod sceną zatraciłem się w tanecznym chaosie! Kolejne nostalgiczne euforyczne uniesienia przyniósł magnetyczny refren "Team", a dramaturgię podbiło bardziej surowe, hipnotyczne "Man of the Year", z kolejnym efektownym ficzerem w postaci nałożonej przez Lorde kurtki, z której strzelały laserowe wiązki. Następnie nastąpił wybuch iście rave'owej energii za sprawą coveru "Girl, so confusing" Charli XCX, a taneczna ekstaza osiągnęła swój szczyt przy niezaprzeczalnym koncertowym killerze "Green Light"! Wszyscy skakali, jakby jutra nie miało być! Lorde po tym szaleństwie pozbyła się swojej przewiewnej koszulki i padł na nią snop świetlistego światła, gdy śpiewała drżącym wokalem oszczędną w swojej formie bolesną kompozycję "David". W jej trakcie nad publicznością został rozwinięty ogromny transparent  z nawiązującym do tekstu piosenki symbolicznym napisem I Don't Belong to Anyone. 

No i na finał oczywiście przeżywająca swoją drugą młodość piosenka "Ribs" z "Pure Heroine". Ba, ona właśnie zapewnia euforyczny wspólnotowy moment, w którym publiczność przypomina sobie albo celebruje własną młodość! I ja też czułem, że wiek przestaje mieć znaczenie! Szkoda tylko, że na Way Out West nie zdecydowano się na rozstawienie w głębi tłumu mniejszej sceny B, na którą Lorde w tym momencie przemieszczała się podczas większości solowych i festiwalowych koncertów, by jeszcze bardziej zespolić się z rozpaloną, żywą i ludzką energią swoich fanów. Tu zarówno ona, jak i sama publiczność musieli zadowolić się zejściem do pierwszych rzędów. Niemniej i tak było to epickie zamknięcie koncertu pełnego popowego rozmachu, kruchej emocjonalności, niezapomnianych doświadczeń, zaraźliwej energii i potężnego wokalu niesamowitej Lorde. Właściwie aż paradoksalnie powróciło do mnie FOMO związane z jej zeszłorocznym koncertem w Łodzi… 

Po takim show trudno było chcieć od tego wieczoru czegokolwiek więcej. A jednak czekał na nas jeszcze koncert... 


Gorillaz! 

Generał-dyktator Damon Albarn ze swoją wieloosobową, doświadczoną brygadą Gorillaz podczas tegorocznej kampanii festiwalowej nie mógł pominąć ofensywy na Way Out West. Trzy lata temu zameldował się zresztą na tej samej scenie z formacją Blur (żałuję, że to właśnie od tamtej edycji nie zaczęła się moja przygoda z tym festiwalem), więc teren miał już doskonale rozpoznany. Gdy zatem nadszedł czas operacji pod nazwą "godny finał festiwalu", stanął dumnie wyprostowany na froncie sceny i spojrzał przenikliwym wzrokiem na zaciąg nowych rekrutów zahipnotyzowanych mistycznymi, czerpiącymi z indyjskiego folkloru dźwiękami kompozycji "The Mountain" na czele z melodyjnym i ciepłym brzmieniem bansuri (rodzaj fletu poprzecznego z Indii). Słysząc zapał wśród swojej nowej armii, zasalutował i przejął dowodzenie nad tą zaplanowaną na blisko półtorej godziny brawurową akcją podbicia terenu parku Slottsskogen ostrzałem euforycznych, wielowymiarowych i wielogatunkowych piosenek. 

Gorillaz iście bombardowało zestawem świeżych dźwięków ze słyszalnymi transcendentalnymi wpływami Bliskiego Wschodu, ale w ich amunicji nie zabrakło wykorzystywanych wielokrotnie w przeszłości, zawsze skutecznych przebojów miksujących elektronikę, hip-hop, dub, rock, soul i pop. Ten barwny, żywy, pulsujący kolaż zapewnił przekonującą demonstrację mocy oraz poszczególnych umiejętności najbliższych muzycznych współpracowników Generała Damona. Ten jednak postanowił chuchać i dmuchać na zimne, przygotowując potajemne eskapady bohaterów służb specjalnych. I tak bangerowy pocisk "Orange County" został wzmocniony przez Kary Jackson i grą na sitarze Anoushki Shankar. Zwerbował również lokalną liderkę formacji Little Dragon, Yukimi, która wokalnie wsparła "Empire Ants" i "To Binge". Hip-hopową energię do "Stylo" i "Damascus" wstrzykiwał Yasiin Bey, ale chwilę później raperskim rajdem przyćmił go Bootie Brown w "Dirty Harry". Nie zabrakło też legendy pola walki, świętującego swoje zbliżające się urodziny, Posdnuosa z formacji De La Soul! Ten rzecz jasna precyzyjnie strzelał kolejnymi frazami masywnego "Feel Good Inc.". Ten ostrzał w połączeniu z kolejnym bombowym wybuchem za sprawą kultowego "Clint Eastwood" dokonał dzieła całkowitego  triumfu! 

No prawie całkowitego, bo raporty wskazały, że wśród rekrutów znalazł się taki jeden o pseudonimie Ojciec Podróżnik, który tęsknił za Blur i nie czuł aż tak bardzo porwany do wspierania misji Gorillaz, a ponadto nieodparcie miał wrażenie, że Generał Damon wykazywał subtelne oznaki zmęczenia intensywną festiwalową kampanią, mimo nawet tego, że dwa razy porwał się na zejście do armii swoich zwolenników i koniec końców udźwignął na swoich barkach dowodzenie rozhasanymi członkami wybitnego zespołu, nie tracąc przy tym swoich strun głosowych. 

Tak czy owak, niezależnie od oceny pojedynczej jednostki, śmiem stwierdzić, że Gorillaz zrealizowało tego wieczoru wszystkie wyznaczone cele i już nie było czego zbierać po tegorocznej edycji Way Out West!     


Organizatorzy byli jednak przygotowani na obecność wciąż nienasyconych festiwalowiczów i przygotowali zacne bonusy w swoim klubowym programie Stay Out West. Szkoda mi nieco było koncertu Iceage, ale zdecydowanie bardziej intrygował mnie zestaw dwóch zespołów w Folkteatern...  
 

Stay Out West: Bleech 9:3 i Westside Cowboy! 


Ostatnie klubowe przygody tegorocznej odsłony Stay Out West rozpocząłem od zderzenia się z twórczością dublińskiego Bleech 9:3. 

Młodzi Irlandczycy początkowo nieco przerazili mnie swoją punkową prezencją (no nie chciałbym spotkać takich typów nocą na ulicy), ale później szybko przekonywali do siebie gwałtownymi gitarowymi melodiami, w których przenikały się ze sobą chrupiące tekstury, miażdżące przestery i linie basowe, ostre riffy, grunge'owa emocjonalność i echa emo z lat 90. Świetnie z tym brzmieniem komponował się szorstki głos wokalisty i gitarzysty Barry'ego "Baza" Quinlana. Przeszywał on nas przenikliwym wzrokiem, a nawet raz wskoczył w środek publiki, prezentując z bliska napinające się z gniewu żyły w gardle. Koledzy z zespołu również starali się popisywać efektowną i ekspresyjną sceniczną postawą. Miałem jednak pod sam koniec wrażenie, że Bleech 9:3 nie zdołali się jednak w pełni rozkręcić, ale potencjał na tworzenie w przyszłości niezapomnianych koncertowych doświadczeń oraz chaotycznych rozrób jest u nich silny. Przykładem świeciła choćby rewelacyjna finałowa kompozycja "Ceiling", która wybrzmiała niczym zaginiony klejnot gitarowej alternatywy schyłku poprzedniego wieku. Kolejny irlandzki zespół, który warto obserwować! 
 
 
Zdecydowanie jednak bardziej wyczekiwałem mojego drugiego spotkania z manchesterskim Westside Cowboy!

Jimmy Bradbury (gitara), Reuben Haycocks (gitara), Aoife Anson-O'Connell (bas), Paddy Murphy (perkusja) fascynowali mnie już od dłuższego czasu, a dobry miesiąc wcześniej obserwowałem z iskierką w oku ich występ w Londynie przed The Maccabees, ale dopiero w tych kameralnych warunkach klubu Folkteatern i przed niezwykle liczną i świadomą publicznością zostawili hamulce za sceną i zabrali nas w odurzającą swym pędem gitarową podróż przez ekscytujące pejzaże amerykańskiego alt-country, brytyjskiego indie-rocka i folkowej wrażliwości. 

Od samego początku i fenomenalnego, natarczywego "Kick Stones (The Boys)" wykazywali się umiejętnością gry z nadprzyrodzoną intensywnością! Popisywali się karkołomnymi, ale zarazem melodyjnymi i przede wszystkim porywającymi aranżacjami oraz żarliwie lawirującymi w tej przestrzeni partiami wokalnymi, które dzielą między sobą. Zagrali aż sześć brawurowych kompozycji ze swojego debiutanckiego albumu "It Goes On", tydzień przed jego premierą. I zdecydowanie wyczuwalna była u nich ekscytacja tym zbliżającym się wydarzeniem. Niemniej nie zapomnieli o przeszłości i zaprezentowali również sporą reprezentację równie świetnych i kreatywnych piosenek ze swoich EP-ek "So Much Country ’Till We Get There" i "This Better Be Something Great". Ten koncert nie miał właściwie słabego momentu! Okej, zdarzyła się jedna mała wpadka, gdy perkusista (jego tempo gry było obłędne!) nie wszedł odpowiednio w rytm, ale była ona w gruncie rzeczy urocza, gdyż potwierdziła, że członkowie zespołu są jednak ludźmi z krwi i kości, a nie muzycznymi kosmitami. No i zarazem takżeewidentnie łączą ich wyjątkowe więzi przyjaźni. Ta chemia między nimi była wyczuwalna na niespotykanym poziomie!  
 
To był energetyczny pokaz totalnie porywającego i ujmującego rollercoasteru indie-alt-rockowej pasji! Westside Cowboy ma przed sobą świetlistą przyszłość!
 


Podsumowanie 


Ach! Cóż to były za intesywne i fantastyczne trzy dni! Jeden z najbardziej ekscytujących w tym roku festiwalowych line-upów nie zawiódł mych oczekiwań! Nie jestem nawet w stanie wyłonić takiego koncertowego TOP 3, gdyż poziom większości koncertów stał na wyrównanym, doskonałym poziomie! Weterani nie zawiedli, a przy tym nie zabrakło wielu muzycznych objawień! Co koncert to inna historia, inne emocje, inny poziom szaleństwa/wrażliwości – najważniejsze, że koncertowy pamiętnik po tej podróży wypełnił się kolejnymi niezapomnianymi wspomnieniami, do których z przyjemnością zresztą w tym obszernym tekście powróciłem! 
 
Przybijam wirtualną piątkę za wspólną przygodę i nieocenione towarzystwo Podróżującemu Michałowi, a także cieplutko pozdrawiam Podróżujących zamieszkujących szwedzką ziemię, czyli Kamilę i Johana!
 
Dziękuję organizatorom Way Out West za zaproszenie i stworzenie kolejnego tak kosmicznego line-upu! 
 
Dość powiedzieć, że gdy po zakończeniu koncertu Gorillaz na telebimach ukazała się zapowiedź kolejnej, jubileuszowej 20. edycji festiwalu (12-14.08) natychmiast odpaliłem aplikację booking i zarezerwowałem sobie wstępnie nocleg w hotelu. Do tego miejsca chce się po prostu wracać! 
 
 PS Liczne nagrania koncertowe znajdziecie na moim profilu na Instagramie!
 
 

Fotorelacja: 





























Sylwester Zarębski 
Podróże Muzyczne 
29.09.2026 


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.