Phoebe Bridgers – Lost Weekend [recenzja]

/
0 Comments


Phoebe Bridgers – "Lost Weekend" [recenzja]

 
 

Phoebe, och Phoebe! 
 
Są artyści, których po prostu lubimy, są tacy, których twórczość szczerze podziwiamy, i są wreszcie tacy, którzy stają się dla nas kimś więcej. Idolami, których muzyka wplątuje się w nasze życie, obrasta wspomnieniami, przykleja się do konkretnych momentów, inspiruje, ratuje – jest życiowym kompasem. Wobec nich zwyczajnie przestajemy być tylko słuchaczami. Do tej ostatniej kategorii od dawna w moim muzycznym uniwersum należy właśnie Phoebe Bridgers.  

Sześć lat temu absolutnie zakochałem się w jej drugim albumie "Punisher", który pojawił się w ponurym czasie, gdy świat pogrążył się w pandemii, a ja sam przechodziłem przez jeden z tych dołujących okresów, gdy człowiek rozpaczliwie szuka koła ratunkowego. Phoebe stała się wówczas moją bohaterką. Muzyczną terapeutką. A "Punisher" okazał się swoistym schronieniem dla duszy i bezapelacyjnym Albumem Roku 2020. Krążkiem, do którego nieustannie wracałem i wciąż wracam, kiedy rzeczywistość staje się zbyt przytłaczająca, bo aksamitny, przejmujący głos Phoebe i jej mistrzowski storytelling zawsze potrafi skutecznie poukładać moje poszarpane emocje.  
 
 


Phoebe Bridgers jednakże już wcześniej dała mi się poznać jako jedna z najzdolniejszych młodych songwriterek. Najpierw odkryłem ją za sprawą cudownej EP-ki Boygenius – projektu współtworzonego z Julien Baker i Lucy Dacus, później z zachwytem nadrabiałem jej debiutancki album "Stranger in the Alps", doceniłem również współpracę z Conorem Oberstem w Better Oblivion Community Center. Ale to jednak dopiero "Punisher" sprawił, że straciłem dla niej głową i nawiązałem z jej muzyką tę szczególną, trudną do racjonalnego wytłumaczenia więź. Od momentu premiery niemal codziennie delektowałem się jej błogim, delikatnym wokalem, ocieplającym mroczne, wrażliwe, poruszające, osobiste historie, w które wkradały się echa jej lęków, problemów z depresją, rozpadających się relacji, rozczarowań, czułych refleksji. Niezwykle katartyczne dzieło!  
 
Trudno uwierzyć, że od tamtych wieczorów spędzanych z "Punisherem" minęło już sześć lat. Sześć długich lat oczekiwania na kolejne solowe piosenki Phoebe. Ale  oczywiście przez ten czas Bridgers nie próżnowała. W 2022 roku ruszyła w trasę ze swym ówczesnym opus magnum, które doczekało się rok wcześniej czterech nominacji do Grammy oraz przez wielu krytyków i fanów indie-folku zostało uznane za jedno z najlepszych dzieł ostatnich lat. Udało mi się wtedy po raz pierwszy zobaczyć Phoebe na żywo podczas Colours of Ostrava. Podróżująca Justyna mi świadkiem, że tonąłem wówczas w euforii szczęścia wymieszanego ze łzami wzruszenia. Tam też miał miejsce ikoniczny gościnny występ Bridgers na koncercie The Killers, gdy z Brandonem Flowersem w strugach deszczu zaśpiewała wspólne "Runaway Horses" z płyty "Pressure Machine". Tych współprac Phoebe z innymi artystami było zresztą w tamtym okresie zatrzęsienie. A wielu początkujących twórców zaczęło ją postrzegać jako idolkę. Phoebe była tego świadoma i w międzyczasie porwała się nawet na prowadzenie własnej wytwórni płytowej Saddest Factory pod skrzydłami Dead Oceans, by wypromować poszczególnych obiecujących faworytów. Gdy wydawało się, że kolejny solowy cios z jej strony jest kwestią czasu, to w 2023 roku ze swoimi przyjaciółkami, Julien Baker i Lucy Dacus zaskoczyła wszystkich, ogłaszając powrót Boygenius. Dziewczyny podbiły świat swoim debiutanckim albumem "the record", który sam okrzyknąłem ponadczasowym listem miłosnym i odą do szczerej, nieskazitelnej, ponadczasowej przyjaźni. Phoebe wraz z koleżankami wyniosła Boygenius do statusu jednej z najważniejszych supergrup swojego pokolenia, zdobyła trzy statuetki Grammy i umocniła swoją pozycję w centrum współczesnego indie, a właściwie przebiła się już na dobre do, jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, alternatywnego mainstreamu. Po intensywnej i wręcz hedonistycznej trasie koncertowej (miałem przyjemność przeżyć niebotycznie i dosłownie gorący koncert Boygenius w Berlinie!) zaczęła się nieco wycofywać z życia publicznego i medialnej aktywności. Tęsknota za jej solowym wszechświatem muzycznych emocji, który otulał i potrafił roztrzaskać człowieka na kawałki drobną linijką tekstu, z miesiąca na miesiąc niepokojąco we mnie narastała... 
 
 

 
Stąd też z wypiekami na twarzy obserwowałem pojawiające się w tym roku spontaniczne i niespodziewane ogłoszenia występów Phoebe Bridgers w niewielkich  amerykańskich miastach. Pierwszy odbył się w Roswell, a kolejne lokalizacje (powiązane z tematyką astronomii i UFO) były ujawniane niemal konspiracyjnie za pomocą plakatów i ulotek. Ponadto publiczność pozbawiana była telefonów za sprawą systemu etui Yondr. Aura tajemniczości wobec tego powrotu była zatem niezwykła, ale opinie fanów nie pozostawiały wątpliwości, iż nadchodzi kolejne bridgersowskie tornado katartycznych emocji: rozpaczy, gniewu, nostalgii i iskierek nadziei. Kulminacją tej trasy był koncert na Madison Square Garden 4 czerwca, również bez telefonów, z biletami za symbolicznego dolara. Dzień później Phoebe ku mej radości ogłosiła regularną trasę po Stanach i Europie (szkoda, że znów bez Polski, ale bilety na koncert w Berlinie i Sztokholmie zakupione!). Pod koniec miesiąca oficjalnie potwierdziła powrót z trzecim albumem "Lost Weekend", a pierwszym przedsmakiem nowego materiału okazał się zniewalający singiel...
 
 

 
"Lost Boys"! Ten z pozoru przebojowy utwór niesie w sobie typowy bridgersowski core. Sprężysty folkowo-popowy rytm, lekkość i lepka chwytliwość refrenu przywodzi na myśl nieco "Kyoto", ale oczywiście pod tą beztroską kryje się znacznie więcej. Lost boys / Never grow up, never go home – artystka wykorzystuje motyw Zagubionych Chłopców z Piotrusia Pana, by zobrazować swój przedziwny pociąg do mężczyzn, którzy nie potrafią emocjonalnie dorosnąć, są lekkomyślni, wiecznie uciekający przed odpowiedzialnością, podatni na wszelkie autodestrukcyjne zachowania. Phoebe wyraźnie fascynują takie męskie postawy, ale zarazem jest świadoma kroczącego za nimi tragizmu (This machine is killing me / I pretended it was make-believe). Mimo wszystko finalną prośbą Lost boys, come find me stawia sprawę jasno: jestem uzależniona od obecności takich mężczyzn w swoim życiu. Ja z kolei nałogowo od momentu premiery słucham tego wyznania, które zakrada się w głąb serca pod przykrywką przebojowej indie-pop-folkowej melodii, być może dlatego, iż sam w sobie widzę takiego wciąż zagubionego chłopca. Po przesłuchaniu całości staje się jednak jasne, kogo tak naprawdę Phoebe miała w tym, jak się również dość szybko okazuje, zwodniczym singlu na myśli...  
 
 

 
"Lost Weekend" wprost jest bowiem introspektywną, drobiazgową kroniką ostatnich sześciu lat życia Phoebe Bridgers, na który cień przede wszystkim rzuciły trzy wydarzenia: śmierć ojca Tony'ego w 2022 roku, z którym – nigdy tego nie ukrywała w wywiadach i między wierszami piosenek – łączyły ją skomplikowane relacje, rozpad romantycznego związku z Paulem Mescalem oraz narodziny nowej miłości z Bo Burnhamem. Phoebe z użyciem dobrze znanych elementów swojego języka – folkowej intymności, narracyjnej wnikliwości, melancholii, umiejętności przemycania humoru i lekkości do bolesnych opowieści – rozkłada na czynniki pierwsze swoje życie po tych przejściach i odsłania przed nami towarzyszące jej w tym okresie skrajne emocjonalne odcienie: żałobę, samotność, gniew, poczucie wyobcowania, próbę pogodzenia się z nieuniknionym, ale też ekscytację, zauroczenie i radość bycia z drugim człowiekiem. Te emocjonalne przeciwieństwa na tym dziele nieustannie na siebie wpadają z impetem i tworzą poruszający kolaż egzystencjalnych przeżyć. Phobe przygląda się tym wszystkim nieustannie drgającym emocjom w lustrze, które pod nadmiarem ich intensywności pęka. Nie ucieka od tego problemu i na nowo skleja te odłamki szkła – pragnie się odrodzić. Nie unika przy tym stosowania pewnych artystycznych niuansów, odkrywania nowych dźwiękowych terytoriów (country, bluegrass, ambient) oraz eksperymentów w stylu Bon Ivera, by lepiej zobrazować swoją chaotyczną intymną przestrzeń.  
 
Już otwierające "The Outside" daje wyraźny sygnał, że Phoebe nie zamierza po prostu odtworzyć formuły, którą sześć lat temu pokochałem ja i miłośnicy muzycznej alternatywy. Jest tu oczywiście obecna jej charakterystyczna singer-songwriterska melancholijna wrażliwość, ale opakowana w bardziej poszarpane, elektroniczne faktury, wokoder, ambientowe szumy i poczucie lekkiego odrealnienia. Na tym odświeżającym tle zestawia ze sobą dwie sceny ze swojego życia. Żal związany z pogrzebem i wspomnieniem przemocowości swojego ojca (Crying in a suit and tie / But you should see the other guy) oraz obraz koncertu w Ohio, podczas którego wykonuje crowdsurfing z zaciśniętą w górze pięścią, tą samą, którą chwilę wcześniej przebiła płytę gipsowo-kartonową. To zderzenie bólu, gniewu i niemal euforycznego wyzwolenia ustawia emocjonalny ton całej płyty. "The Outside" nie jest jedynie deklaracją muzycznej zmiany. Staje się początkiem opowieści o przyglądaniu się swojemu życiu z boku. Jakby Bridgers próbowała zrozumieć swoje przeżycia dopiero wtedy, gdy przestaje być ich bezpośrednią uczestniczką. Wyśpiewane w finale I am on the outside, watching staje się mottem dla całej płyty...
 
 
 

Kolejne fragmenty albumu potwierdzają niezwykłą zdolność Phoebe do ubierania swojego gigantycznego emocjonalnego rollercoasteru w zwyczajne proste zdania i detale, który momentalnie i diametralnie zmieniają dramaturgiczny ton poszczególnych historii. Najmocniej słychać to w utworach dotykających śmierci Tony'ego Bridgersa. Mimo zadedykowania tego albumu ku czci jego pamięci, Phoebe nie popełnia klasycznego żałobnego dzieła. Nie buduje swojemu ojcu pomnika ani nie próbuje wygładzać skomplikowanej z nim relacji rodzinnym sentymentalizmem. Szczególnie jest to widoczne na przykładzie bolesnego "Still Standing". Phoebe wraca do wspomnień z dzieciństwa, ale zamiast spokojnej nostalgii dostajemy pamięć pełną ran. Dewastujący wers I found her bleeding over the sink wywraca emocjonalne znaczenie tego utworu i pozostawia nas z obrazem w głowie, który powoduje odrętwienie. Jeszcze mocniej działa późniejsze wyznanie Feeling indifferent, wearing black. Bridgers nie udaje tutaj, że żałoba musi przyjmować jedyny słuszny kształt. Można kochać, można cierpieć, można nienawidzić, ale można też po prostu na samym końcu… nic nie odczuwać. A mimo to ostatecznie na końcu docenia obecność ojca w swoim życiu, wciąż próbując pogodzić się z jego odejściem: I can't imagine you dead / But you are every day / Thank you for everything...  Ta emocjonalna niejednoznaczność, przenikająca przez cały album, czyni go tak przeszywającym na wskroś. 
 
 
 

Ten dreszcz jest wyczuwalny w chyba jeszcze mocniej uderzającym utworze "Never Going Back". Ten prosty manifest odzyskiwania siebie, o triumfalnym odcięciu się od przeszłości oparty na żywej, przestrzennej gitarze akustycznej, pędzącym rytmie i powtarzanym jak mantra Never going back again / The way it used to be is not the way that it is w pewnym momencie zatrzymuje się i na tle wyłaniającego się banjo słyszymy nagraną pocztę głosową jej zmarłego ojca.... 
 
Hey Phoebе, it's your dad
Uh, I know you're busy
Being a rock star takes up a lot of your time, I'm guessing
Hahaha, you're everywhere, dude
Anyway, give me a call if you get a chance
Love you 

To nie jest ckliwe zagranie, to po prostu subtelny, wrażliwy gest, który zarazem stanowi najbardziej, dezorientujący, bezlitosny, słodko-gorzki moment tej płyty, po którym pojawiają się pęknięcia biegnące przez całe serce. 
 
 

 
Śmiertelność jest również osią onirycznego, ambientowego pejzażu dźwiękowego "Panoramy" – Phoebe maluje tu obraz metafizycznej "kostuchy" pukającej do hotelowych drzwi pokoju, który miał być schronieniem, a okazuje się kolejnym odbiciem życiowego bałaganu. 
 
Jeszcze mocniej motyw śmierci wybrzmiewa w jednej z najbardziej poruszających kompozycji albumu – "Kill Me". Utwór długo pozostaje w charakterystycznym dla Bridgers intymnym folkowym półmroku, by z czasem przeobrazić się w nieprzewidywalne, dramatyczne crescendo, dodatkowo podbite charakterystycznym wokalem Camerona Wintera, który ukrył się pod pseudonimem Son-John Johnson. Tekst świetnie oddaje paradoks zakochania: stan, który jednocześnie fascynuje (Bobby, you taught me that I know nothing) oraz przeraża świadomością własnej kruchości oraz obawą, że znowu pojawia się coś do stracenia, wywołując desperackie pragnienie zatrzymania czasu (This is gonna kill me / Wait). Powracające w finale Tamám Shud (po persku "koniec") oraz Let's go missing można odczytać jako odniesienie do symbolicznego przewrotu w życiu Phoebe, gdy "zabiła" jedną romantyczną relację, by całkowicie zanurzyć się w nowej miłości, znikając wspólnie z Bobbym ze świata social mediów, by skupić się łączącym ich uczuciu.  
 
 

 
To właśnie miłosne przygody Phoebe stanowią kolejny liryczny fundament "Lost Weekend". Tytułowy utwór trzydziestodwuletnia artystka rozpoczyna od wspomnienia rozpadającego się związku z Paulem Mescalem i bez żadnego pudrowania przyznaje: I'm supposed to be married, but I called it off. To zdanie ociera się niemal o pudelkowy nagłówek, ale u niej nie staje się tanią sensacją. Ważniejsze bowiem od tego, z kim i dlaczego coś się skończyło, jest to, co zostaje później – poczucie zagubienia, rozczarowanie własnymi wyobrażeniami i próba zrozumienia, co właściwie poszło nie tak. A kiedy muzyka zaczyna narastać w stronę kosmicznej kakofonii, cały ten emocjonalny bałagan przeistacza się w coś niemal oczyszczającego. 
 
 

 
"The Governor's Waltz" jest kolejnym przykładem jej niezwykłego talentu do pisania o rozpadzie miłości z unikaniem ckliwego melodramatyzmu i dowodem na to, że własne życiowe katastrofy potrafi przedstawiać z charakterystycznym dystansem i czarnym humorem.  Zamiast klasycznej ballady o złamanym sercu dostajemy groteskowe, trochę surrealistyczne, teatralne obrazy z jej życia (I was the belle of the Governor's Ball / Hiding in the bathroom like Shelley Duvall), samouświadamiające ją, że tkwiła w niezbyt szczerym związku (Two kids in a trench coat living alone / I was too happy to feel at home), choć mimo wszystko nie uniknęła przypływu zazdrości – w finale aż namacalnie czuć wbijaną szpileczkę w Gracie Abrams, która zajęła jej miejsce przy boku Mescala, genialnie kąśliwym wersem: And she can pretend to be me / Since she took my place in my bed on that stage. Przewrotność tej historii wynika z faktu, iż Gracie od młodości deklarowała fascynację twórczością Phoebe, a z czasem obie nawiązały nawet przyjacielską relację. Odniesienie do "mojego łóżka" jest zresztą nieprzypadkowe. Bridgers lata temu dała się poznać jako miłośniczka kołdry z wizerunkami rakiet. Jako jej młodsza fanka Gracie również takową zakupiła i chwaliła się nią publicznie, a nawet wykorzystała ją na trasie "Secret Of Us", gdy na B-stage odtworzyła własną sypialnię... Cały ten komentarz Phoebe nabiera zatem podwójnego znaczenia, ale znów zręcznie unika wywołania skandalu, łagodząc tę wypowiedź kolejnymi wersami, które pokazują pewną obojętność, a nawet ciągle istniejącą empatię do Abrams (I have not lost any sleep / Being myself wasn't easy / Do it for me).  
 
 

 
"Lost Weekend" na szczęście nie pogrąża się jedynie w żałobie i bólu złamanego serca – nadzieję niesie w sobie miłosny wątek z Bo Burnhamem. Jego obecność jest tu szczególnie istotna – nie tylko przewija się lirycznie przez cały album, ale również współtworzył aż siedem piosenek oraz tu i ówdzie słychać jego subtelne wsparcie wokalne. Pierwszy raz pojawia się już we wspomnianym "Kill Me", ale najpiękniej Phoebe swój zachwyt nad relacją z nowym partnerem rozwija w nadzwyczajnie pogodnym i tonącym w romantycznej błogości utworze "Bobby". Promienne, rozedrgane i euforyczne emocje niesione są tu przez najbardziej żywe i brawurowe gitarowe porywy (odpowiedzialni za nie są Justin Broadrick znany z choćby Godflesh i Mike Kinsella z American Football) na całym albumie. To nieskazitelny i żarliwy love song z kolejnymi znakomitymi, bezpośrednimi wersami pokroju Now I don't know if I can make it tonight / But what are you doing the rest of my life, Bobby?, czy choćby czułym i zarazem komicznym wyznaniem: And if you didn't like either one of my friends / I’d kill them, I'd kill them. 
 
 

 
Podobną żywą, zespołową i koncertową energią emanuje "Liberty Tree", w którym Phoebe rozwija wątek miłości jako życiowego azylu. Wyśpiewane czule Don't die, Bobby, before I die wybrzmiewa absurdalnie romantycznie i rozbrajająco. Zarazem Phoebe uwypukla przewijający się przez "Lost Weekend" paradoks:  im więcej szczęścia znajduje, tym bardziej świadoma staje się jego ulotności. Kluczowe zdanie And the past is lookin' brighter all the time zwraca zaś uwagę na fakt, iż nawet jeśli wspomnienia z przeszłości nadal potrafią boleć, to przy nabraniu odpowiedniego dystansu i poprzez budowanie świeżych radosnych wspomnień, patrzymy na nie z innej perspektywy i ich ciężar przestaje być uwierający. Miłość zaś jest najlepszą formą wsparcia przy tej próbie pogodzenia się z własnymi demonami przeszłości. 
 
 
 

Przy wyliczaniu tych bardziej świetlistych momentów płyty nie można  pominąć bluegrassowej piosenki "Haunted", na której przestrzeni Bridgers nabiera wiary w to, iż złamane serce może jednak ponownie w pełni się odrodzić. Radosna country'owa melodia, elektryczna gitara stalowa, skrzypce, harmonijka i wokalne wsparcie przyjaciółek Julien Baker oraz Lucy Dacus (ich wokalna harmonia przypomina, dlaczego Boygenius było tak wyjątkowym projektem) sprawiają, że utwór brzmi niemal jak hymniczna, wakacyjna piosenka drogi. Bije z niej pragnienie ucieczki, spotkania ze starymi znajomymi, zostawienia za sobą tego, co bolało. Ale oczywiście u Phoebe nawet podróż przed siebie nie oznacza całkowitego odcięcia od przeszłości, które czyha na tylnym siedzeniu i tylko czeka, aż przypomnimy sobie o jej obecności. Przynajmniej jeszcze nie w tym momencie płyty... 
 
 

 
I ten emocjonalny chaos dotkliwych wspomnień zderzanych z odzyskiwaniem wiary w siebie znów przybiera na sile w ostatnich fragmentach tego albumu. 
 
Z minimalistycznego "Others Plans" wypływa pełen żalu aksamitny głos Phoebe zwisający nad marzycielskim strumieniem dźwięku, wypływającym z uderzeń w klawisze elektroakustycznego fortepianu CP80. Our love, our love had other plans for us –  spoglądając wstecz na relację, która potoczyła się zupełnie inaczej, niż planowała, Bridgers uświadamia sobie, że miłość – pełna chaosu, magii i nieprzewidywalności – odebrała jej część kontroli nad własnym życiem i pozostawiła po sobie zarazem cierpienie, ale także mimo wszystko osobliwe poczucie wdzięczności za wspólnie przeżyty czas. Choć to tylko jedna z wielu możliwych interpretacji tej dość niejednoznacznej, skromnej, krótkiej, ale pięknej piosenki.  
 
 

 
Dalej instrumentalne interludium "Lost Parade" z wykorzystaniem melodycznych motywów poprzednich piosenek tylko pogłębia poczucie ponownej podróży w przeszłość i płynnie wprowadza do jednej z najbardziej ekspansywnych i nieobliczalnych kompozycji "Lost Weekend" – "I Can't Wait". Więcej tu elektroniki, syntezatorów i automatu perkusyjnego, choć folkowa faktura, harmonijka i stal pedałowa wciąż mocno zakotwiczają utwór w świecie Phoebe. Lirycznie to piosenka o napiętym i wypełnionym wątpliwościami oczekiwaniu na zmiany (I can't wait, but I'm waiting / I'm still up, but I'm fading), ale przede wszystkim o próbie pogodzenia sprzecznych części własnej osobowości i zaakceptowania, że można jednocześnie być pełnym nadziei i lęku, czekać na przyszłość i wciąż zmagać się z przeszłością. Świetnie oddaje to głęboko metaforyczny i poruszający fragment wyśpiewany ponownie z wokalnym wsparciem Camerona Wintera (może w przyszłości jakiś wspólny projekt?): 
 
All my life
Side by side
Hyde Jekyll Hyde
Finally together
You can change your mind
But you can't change mine
Hyde Jekyll Hyde
You and I forever 
 
Wreszcie słyszymy na tym albumie Phoebe Bridgers pogodzoną z wewnętrznym chaosem, z nutą pewności siebie, nieoglądającą się wstecz, tylko spoglądającą z wiarą w przyszłość. 
 
 

 
Ta pewność przenika przez wokalny popis w autorefleksyjnym "As Above" o kosmicznym, ambient-folkowym rozmachu. Phoebe, którą znamy przede wszystkim z charakterystycznego półszeptu, zaczyna tutaj stopniowo zwiększać ekspresję i emocjonalną temperaturę. Jej głos nie jest już wyłącznie kruchym narzędziem do opowiadania o wielowymiarowym smutku. Nabiera ciarkogennego rozmachu, wybrzmiewa potężnie, wściekle i rozpaczliwie. Jakby wszystkie emocje dotyczące przeszłości, teraźniejszości i przyszłości oraz lawirujące między żałobą a miłością, które wcześniej tak skrupulatnie chowała pomiędzy wersami, w końcu znalazły tu swoje katartyczne ujście. You won’t have to believe in magic / Leave it to me and I’ll make it happen. 
 
 

 
W końcu w finale subtelnie atmosferyczne i wyciszone "Lost Weekend (Reprise)" domyka proces żałoby i pogodzenia się z przeszłością. He's not comin' back as a bird / He's not coming back. Brutalna i wypowiedziana wprost prawda. Wreszcie jakby Phoebe wyzbyła się wszelkich złudzeń: pewnych ludzi, pewnych relacji, pewnych wersji siebie nie odzyskamy. Koniec metafor, koniec oszukiwania rzeczywistości, koniec fantazjowania. Ale "Lost Weekend" nie kończy się rozpaczą, a wiarą w sprawczą siłę miłości. But we're gonna be alright, me and you / You love me and I won't еver let you forget, not yеt. Nawet jeśli przeszłość zraniła, nawet jeśli wymarzona rzeczywistość spowodowała utratę pewnych utopijnych iluzji, nawet jeśli przyszłość nie zawsze będzie spokojna, wciąż warto żyć dla miłości oraz przyjaźni, które potrafią wykrzesać iskierki ekscytacji, euforii, śmiechu, zachwytu, nadziei. 
 
 


I właśnie za tę umiejętność odnajdywania iskierek światła w miejscach duszy, gdzie powinno być już tylko ciemno, pokochałem przed laty Phoebe Bridgers. Na "Lost Weekend" tej umiejętności nie tylko nie utraciła, ale uczyniła z niej jeszcze dojrzalszą sztukę. Ten album jest nieprzewidywalny, bardziej otwarty brzmieniowo, momentami dziwniejszy, ale też pełen tej samej niezwykłej czułości, dzięki której lata temu Phoebe wygodnie rozgościła się głęboko w moim sercu.

Jak już wspominałem we wstępie, poprzednie dzieło tej wybitnej singer-songwriterki okazało się kojącym schronieniem dla duszy i zapewne dalej będę się w nim skrywał, gdy rzeczywistość zacznie przytłaczać, ale "Lost Weekend" podszeptuje mi coś więcej, zachęca do wyjścia z bezpiecznego azylu, pokazuje świat po niszczycielskiej burzy i udowadnia, że z ruin i gruzów można zbudować nowy dom. 

Sześć lat temu Phoebe zatem pomogła mi przetrwać świat zanurzony w pandemicznej apokalipsie. Dziś, sama przechodząc przez żałobę, złamane serce, zakochanie i pogodzenie się z własnymi wewnętrznymi sprzecznościami, przypomina, że przetrwanie nie oznacza końca historii. Można stracić ukochane osoby i przyjacielskie relacje, dawne wyobrażenia o sobie i wymarzoną przyszłość, a mimo wszystko dalej żyć, wstać, otrzepać z siebie kurz, spojrzeć przed siebie i powiedzieć: But I am still standing. I chyba właśnie dlatego "Lost Weekend" tak mocno mnie porusza. Bo Phoebe Bridgers po raz kolejny nie próbuje wmówić mi, że będzie dobrze. Ona pokazuje, jak i gdzie odnaleźć światło, kiedy samemu zabrnie się w najbardziej mroczne egzystencjalne zaułki. Jest moją/naszą życiową pochodnią. 
 

OCENA: 10/10 

 
 


PS Jest jeszcze jedna rzecz, o której przy "Lost Weekend" naprawdę nie można nie wspomnieć – Phoebe nie stworzyła tej płyty w studyjnej próżni. Za jej ostateczny kształt odpowiada cała plejada muzyków i producentów, z którymi artystka spotkała się na różnych etapach swojej drogi. I to słychać. W tych aranżacjach jest mnóstwo drobnych decyzji, nieoczywistych faktur i detali, które sprawiają, że album odkrywa się warstwa po warstwie. To właśnie dzięki temu jej trzeci krążek nie brzmi jak dzieło samotnej songwriterki z gitarą, ale jak żywy, pulsujący organizm, w którym folk, indie rock, elektronika, ambientowe przestrzenie i studyjne eksperymenty funkcjonują obok siebie. Phoebe pozostaje oczywiście sercem tego projektu, ale tym razem szczególnie warto docenić również osoby, które pomogły jej zbudować ten muzyczny świat. Wspominałem już o kluczowej roli Bo Burnhama, wsparciu przyjaciółek Lucy Dacus i Julien Baker oraz o wokalnym coming oucie Camerona Wintera. Za produkcję z kolei ponownie odpowiadają Tony Berg i Ethan Gruska, czyli ludzie, którzy współtworzyli brzmienie "Punishera", ale do tego grona dołączyli  popularny Jack Antonoff i Alex G. Ten pierwszy otwiera drzwi do większego, bardziej popowego rozmachu, ten drugi wpuszcza trochę kontrolowanego chaosu i dziwności. Obaj jednak nie przykrywają osobowości i stylu głównej bohaterki tego albumu. Nie brakuje tu również obecności kolejnych osób z bliskiego kręgu przyjaciół, m.in. Christiana Lee Hutsona, Conora Obersta, Marshalla Vore'a, Blake'a Millsa i wielu innych! Ba, w "Lost Weekend (Reprise)" sprawne ucho usłyszy również w tle szczekanie kochanego czarnego mopsa Phoebe, Maxine! 

Każdy z tej bogatej listy gości dokłada do albumu coś swojego, ale mimo wszystko nikt nie odbiera Phoebe jej własnego głosu.

PS 2  Na fizycznych wydaniach płyty Phoebe zostawiła nam jeszcze jeden sekret – utwór "Best Dressed"!  Senny, duszny, hipnotyczny, lekko niepokojący, z rozmytymi syntezatorami i gitarową przestrzennością Justina Broadricka, a przede wszystkim z niezwykle ciekawym kontrastem między szeptem Phoebe a lekko chropowatym i nerwowym głosem... Isaaca Wooda! Były wokalista Black Country, New Road śpiewa tu nawet całą zwrotkę, zanim zderza się z wokalem Bridgers.
 
Ten kawałek nie przypomina klasycznego bonus tracka dorzuconego ot tak na dokładkę. Przeciwnie – wybrzmiewa jak tajne przejście do jeszcze jednej, bardziej surrealistycznej, odrealnionej części świata "Lost Weekend" i zarazem jest ostatnim spojrzeniem Phoebe wstecz, zanim naprawdę pozwoli przeszłości zostać przeszłością. I know I don't get to miss you / But that's what's happening – mamy tu powrót do odczuwania bolesnej tęsknoty, ale ta kompozycja nie okazuje się prostą opowieścią o samym rozstaniu, ile  o pamięci po nim, o świadomości, że relacja była skazana na rozpad, a jednak pozostawiła po sobie momenty prawdziwej bliskości. We were hopeless / But we had our moments idealnie podsumowuje tę ambiwalencję: nie wybiela przeszłości, ale też nie odbiera jej znaczenia – idealnie wpisuję się filozofię i morał "Lost Weekend". 
 
Pewnie z czasem "Best Dressed" zagości na streamingach (choć odnajdziecie też jej nieoficjalny zapis na YouTube), ale warto dla tej (i nie tylko!) kompozycji nabyć fizyczną wersję tego wspaniałego arcydzieła!

PS 3 Poniżej podsyłam jeszcze fotorelację z tego, jak świętowałem dzień premiery "Lost Weekend" w Göteborgu podczas festiwalu Way Out West! W piątek byłem jednym z pierwszych klientów muzycznego sklepu Bengans, w którym z głośników wybrzmiewały przez cały dzień kompozycje z trzeciego albumu Phoebe. Nie omieszkałem zaopatrzyć się od razu w winyl, do którego bonusowo otrzymałem latarkę. W pierwszej chwili poczułem rozczarowanie takim gadżetem, ale później okazało się, że jest ona ultrafioletowa, a ta wersja winyla potrafi świecić w ciemności! Sztos!   









 
Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne
18.09.2026


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.