Podróże Muzyczne relacjonują: Wolf Alice w Poznaniu (Rockowizna Festiwal 2026)!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Wolf Alice w Poznaniu (Rockowizna Festiwal 2026)!

Podróże Muzyczne relacjonują: Wolf Alice w Poznaniu (Rockowizna Festiwal 2026)!  


Wolf Alice po triumfalnej zeszłorocznej trasie promującej znakomity album "The Clearing", która potwierdziła ich rozkwitającą karierę i znakomitą formę sceniczną (w pamięci kapitalny koncert w Berlinie!), nie spoczęli na laurach i postanowili kontynuować w tym roku swoją ekspansję, pojawiając się na licznych festiwalach i letnich wydarzeniach. U nas dość nieoczekiwanie trafiło na występ w ramach obwoźnego festiwalu Rockowizna, który stawia głównie na popularne rockowe nazwy z naszego podwórka, ale trzeba przyznać, że coraz śmielej poczynają sobie w sprowadzaniu zagranicznych artystów. Niemniej umieszczenie Wolf Alice w Poznaniu obok takich nazw, jak Zenek Grabowski, Pull The Wire, Acid Drinkers i Dżem wyglądało dość karykaturalnie. Obraz tego festiwalowego dnia (jednego z trzech: w czwartek headhlinerami byli Sex Pistols z Frankiem Carterem, w sobotę Within Temptation) nieco ratowała obecność szwedzkiego zespołu Royal Republic. Mimo wszystko lepszej okazji na zobaczenie tego minionego lata Wolf Alice nie miałem, a i zawsze to miło wspierać ten wspaniały band na polskiej ziemi w ramię w ramię z rodzimymi fanami (a to właściwie wcześniej wydarzyło się tylko raz: podczas Open'era 2025). A tych na szczęście pod sceną nie brakowało i nie odstraszyła ich deszczowa aura, która tego wieczoru nie oszczędziła Rockowizny. Lało rzęsiście, ale uśmiech podczas tego wieczoru nie schodził z twarzy i absolutnie warto było zmoknąć od ostatniej suchej nitki (serio!) dla tego kolejnego satysfakcjonującego spotkania z Wolf Alice – już siódmego!
 
Zanim jednak ono nastąpiło, to zameldowałem się wcześniej na stosunkowo kompaktowym terenie Lotniska Ławicy, by obczaić atmosferę tego wydarzenia oraz zobaczyć wcześniejsze koncerty Dżemu i Royal Republic. Jeśli chodzi o vibe festiwalu – przypominał mi on nieco moje podróże sprzed lat na Przystanek Woodstock. Oczywiście skala nieporównywalnie mniejsza, ale uroki podobne oraz unosił się tu nad tym festiwalem wszechogarniający klimat celebracji rock'n'rollowego życia. W kilka minut obszedłem całe miasteczko festiwalowe (niczym specjalnie się nie wyróżniało, ale wszystko, co potrzebne było), zajrzałem do merchu, a następnie podbiłem pod główną i jedyną scenę, by po raz kolejny odbyć sentymentalną podróż z zespołem...
 
 
 

Dżem!

 
Legenda polskiej sceny bluesowej wciąż w formie, a obecność Sebestiana Riedela za mikrofonem nadała temu spotkaniu nieco głębszego emocjonalnego wymiaru. Do pełni satysfakcji na scenie zabrakło z powodów zdrowotnych tylko basisty Beno Otręby. W repertuarze zaś piosenki z najnowszego albumu "Sobie potrzebni" nagranego ze synem nieodżałowanego Ryśka ("Dusza", kompozycja tytułowa i "Zanim"), które idealnie wkomponowały się w zestaw ponadczasowych i ponadpokoleniowych hymnów: "Naiwne pytania", "Czerwony jak cegła", "Wehikuł czasu", "Harley mój" i "Whiskey". Szkoda, że w setliście zabrakło miejsca dla "Snu o Victorii", ale zamiast tej kompozycji usłyszeliśmy nieco mniej oklepane "Poznałem go po czarnym kapeluszu" i "Mamy forsę, mamy czas". Nie twierdzę, że ten koncert mnie porwał, ale przywoływał wiele miłych, nostalgicznych wspomnień, bo muzyka Dżemu nieustannie przewijała się przez moje życie. Gdybym miał się do czegoś przyczepić, to tylko momentami Sebastian śpiewał dość niewyraźnie, ale też może taki urok jego wokalnej maniery odziedziczonej w genach. A przede wszystkim – dało się odczuć, że spora część publiczności przeżywała ten koncert z ogromnym zaangażowaniem. Niemniej poziom koncertowego szaleństwa wskoczył na wyższy poziom podczas wystrzałowego koncertu...
 
 
 

Royal Republic!

 
Od pierwszego bezpardonowego numeru "My House" czuć i widać było, że szwedzcy mistrzowie rockowego power–disco wychowali sobie publiczność Rockowizny poprzednimi wizytami na tym festiwalu. Kolejne piorunujące swą dance-rock'n'rollową energią piosenki porywały za moimi plecami publiczność do tanecznego szaleństwa w kręconych moshpitach, a także prowokowały do uprawiania licznych crodwsurfingów. Osobiście jednak nie potrafiłem się totalnie oddać tej beztroskiej zabawie, chyba jednak to nie był gitarowy klimat w me gusta (choć może przy innym nastawieniu tudzież procentach we krwi...), wypłaszczone nagłośnienie też nie przekonywało, ale koniec końców nie przeczę temu, iż ubrani w skórzane kurtki panowie z Royal Republic dostarczyli multum pozytywnej scenicznej energii i idealnie ich rozrywkowa twórczość korespondowała z klimatem festiwalu. Grali na swój sposób iście hive'owsko i efektownie. Nie zabrakło ich największych bangerów na czele z "Getting Along", "Baby", wykonanego ujmująco akustycznie i odśpiewanego przez wszystkich członków zespołu "Boomerang",  "Tommy-Gun", czy finałowego, przaśnego "RATA-TATA". Do autorskich piosenek dołożyli jeszcze iście porywające wersje "Venus" Shocking Blue oraz "Battery" Metalliki. No nieprzypadkowo ich koncertom towarzyszy zawsze symbol pioruna. Burzowej pogody na szczęście nie przywołali, choć wiszące nad nami ciemne chmury nie szczędziły nam deszczowych doznań. Te zaś stopniowo do poziomu istnej ulewy nasilały się podczas najbardziej wyczekiwanego koncertu... 
 
 
 

Wolf Alice!

 
Czy zatem warto było totalnie moknąć dla tego kolejnego spotkania z Wolf Alice? Och! Jeszcze jak! 
 
Obserwowanie rozwoju obecnie jednego z mych ulubionych brytyjskich zespołu od początków ery "The Clearing" nieustannie mnie zdumiewało i wprawiało w absolutny zachwyt! Tym koncertem w Poznaniu Ellie Rowsell (wokal), Joff Oddie (gitara), Theo Ellis (bas), Joel Amey (perkusja) oraz wspierający ich od lat Ryan Malcolm (klawisze) potwierdzili, że utrzymują wspaniałą, wręcz monstrualną formę i przekonująco zawładnęli sceną. Lśnili wręcz blaskiem wytłoczonej gwiazdy na efektownie mieniącej się cekinowej kurtynie z frędzlami, która tradycyjnie dla tej koncertowe ery zespołu zawisła w głębi sceny. 
 
 
Zderzenie gitarowego marzycielstwa i nieokiełznanego chaosu Wolf Alice ze ścianą deszczu okazało się dla mnie iście oczyszczające! Już od pierwszych kompozycji z ostatniego albumu "Bloom Baby Bloom" oraz "White Horses", które spektakularnie otworzyły ten występ, czułem takie, powiedzmy,  magiczne zespolenie z naturą i z zespołem! Oczywiście warunki mimo wszystko uprzykrzały nieco wspieranie zespołu spod barierki – kusiło już przy takim drapieżnym "Formidable Cool" rozpętać większe szaleństwo wśród publiczności, to jednak te zmagania z deszczową aurą nie tworzyły do tego odpowiedniej przestrzeni. Niemniej fani, w tym ja, dawali z siebie tyle, na ile natura tylko pozwalała! Trudno wszakże było ustać w spokoju przy jak zawsze porywającym do wyskoków "How Can I Make It OK?". Zespół ze sceny doceniał nasze zaangażowanie, a kradnąca naszą uwagę i nokautująca swoją wszechstronną wokalną ekspresją rockstar Ellie Rowsell zeszła nawet odważnie do fanek w pierwszym rzędzię pod barierką w trakcie "Just Two Girls"! To był jeden z bardziej pamiętnych momentów tego koncertu! 
 
 
Set generalnie toczył się dalej według doskonale znanej mi dramaturgii i scenicznych sztuczek, ale nie czułem w związku z tym przesytu. Naprawdę z głęboką satysfakcją przeżywałem brawurowo prezentowany przez Wolf Alice imponujący wachlarz alt-rockowych umiejętności od rozmarzonego "Leaning Against the Wall", przez nostalgiczne "Bros", urzekającą, filmową balladę "The Sofa", teatralne "Bread Butter Tea Sugar", czy też iście punkową agresję "Yuk Foo" oraz "Play the Greatest Hits"! Przy tych dwóch ostatnich trudno już było mi zapanować nad impulsywnymi reakcjami mego ciała. No poskakałoby się w pogo, ale gdzieś ta iskierka w tłumie gaszona była przez kurtynę deszczu, która sprawiła, że moja kurtka przeciwdeszczowa doszczętnie przemokła. Już nie mówię o tym, że dopiero w końcówce, gdy czułem, że przemakają mi już w całości nogawki spodni, wpadłem na ten genialny pomysł, by założyć trzymaną w odwodzie pelerynkę. No brawo ja...
 
 
Wolf Alice w ostatnim akcie tego koncertu sięgnęli po kolejne perełki z "Blue Weekend": śmiałe i ekspansywne gitarowe brzmienie "Smile" i dawno nie słyszane przeze mnie na żywo, rozpływające się w sercu "Lipstick on the Glass". Jeszcze większym zaskoczeniem dla mnie okazała się obecność monumentalnego "Visions of a Life"! Podczas ostatnich poprzednich spotkań Wolf Alice unikali tego kawałka, a jest on iście ich wizytówką ponad siedmiominutową gitarowej kreatywności: od hipnotycznych, psychodelicznych pasaży i shoegaze'owych przestrzeni, przez narastające napięcie, zagęszczoną atmosferę, nieoczywiste zmiany tempa, aż po eksplozję gitarowej furii, w której melancholia ustąpiła miejsca niemal nieokiełznanemu chaosowi, gitarowemu kataklizmowi, a Ellie balansowała między błogim śpiewem a pełnymi desperacji krzykami i wzmacniała ścianę dźwięku grą na gitarze. Katartyczny punkt kulminacyjny! Ale tak jak deszcz nie zamierzał już tej nocy ustąpić, tak nie był to jeszcze koniec euforycznych doznań serwowanych przez Wolf Alice.  
 
Ścisły finał tego koncertu należał do głaszczącej serce, kołyszącej, balsamicznej, rozczulającej ballady "The Last Man on Earth" (cudownie, bo w Berlinie ją zaskakująco pominęli), a potem nastąpił powrót do nieustępliwego rockowego temperamentu za sprawą indie hymnu "Don't Delete the Kisses" oraz hałaśliwego, brudnego, garażowego, agresywnego, ozdobionego potężnym gitarowym riffem "Giant Peach"! Miazga! 
 
 
Czy z perspektywy czasu był to jednak koncert za gatunku TYCH? No niekoniecznie. Jasne, był wspaniały, zespół nie zawiódł oczekiwań, deszczowa aura wzmagała ten oczyszczający duchowo wymiar ich nieustannie przepoczwarzającej się gitarowej twórczości Wolf Alice, ale to poprzednie spotkanie z nimi w Berlinie pozostanie na pierwszym miejscu mojego prywatnego rankingu z ery "The Clearing". No i mimo wszystko Rockowizna nie była tym idealnym festiwalowym miejscem na powrót Wolf Alice do naszego kraju, ale dobrze, że ono nastąpiło! Nie żałuję ani chwili spędzonej pod sceną, nawet jeśli oznaczało to całkowite utonięcie w strugach i kałużach deszczu!  A właściwie – nie tyle tonąłem w deszczu, ile w zachwytach nad Wolf Alice!
 
PS Pozdrowienia dla moknących wspólnie ze mną Podróżujących!  
 
 

Fotorelacja

 
 
 
 
 
Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne 
11.10.2026 


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.