Podróże Muzyczne relacjonują: Festiwal NADA 2026!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Festiwal NADA 2026!

Podróże Muzyczne relacjonują: Festiwal NADA 2026! 


Po kilku latach przerwy wreszcie powróciłem na toruński Festiwal NADA! A ta perspektywa powrotu kusiła mnie już od 2024 roku, gdy organizatorzy tego kameralnego miejskiego wydarzenia postanowili wykorzystać zieloną przestrzeń przy Centrum Parkowym TARG i przekształcić go w pełnoprawny plenerowy festiwal, jakiego w Kujawsko-Pomorskim bardzo brakowało. Żałowałem zwłaszcza nieobecności w zeszłym roku, gdy do selekcji najpopularniejszych polskich artystów, nowych talentów, jazzowych rodzimych skarbów i lokalnych muzyków dołączyły również gwiazdy zagraniczne: Dry Cleaning i The Orielles. W Toruniu? Takie nazwy? Szok i niedowierzanie! Tym bardziej jako lokals z regionu zacząłem kibicować tej imprezie z większym zapałem i w tym roku nie szukałem już żadnych wymówek przed tą podróżą! A i sam line-up idealnie trafił w gusta doborem polskich artystów i kolejnych zagranicznych perełek. No i właśnie obecność tych ostatnich: Mild Orange i Kerali Dust była dla mnie opus magnum tegorocznej edycji. Goście z Nowej Zelandii i Wysp Brytyjskich nie zawiedli mych oczekiwań, ale oczywiście polscy artyści w większości również zadbali o pozytywne festiwalowe przeżycia. Przenieśmy się zatem nieco w czasie na początek września!

Piątek, 04.09

 


Na teren festiwalu przybyłem w momencie, gdy na głównej scenie ostatni kwadrans  grał Daniel Godson. Przyjemne alt-popowe dźwięki, ale raczej ponownie nie skradły mej uwagi, więc poświęciłem ten czas na zwiedzenie terenu. Festiwal NADA odbywa się na bardzo kompaktowej, zielonej przestrzeni. Dwie otwarte sceny ustawione naprzeciw siebie, przejście spod jednej pod drugą zajmowało dosłownie minutę, góra dwie. Pomiędzy nimi znajdowała się strefa chilloutu z licznymi leżaczkami, a w bocznych strefach i zakamarkach rozmieszczono food trucki, punkty z napojami wszelkiej maści, festiwalowy merch sprzedawany w kozacko odpicowanym kiosku, strefę Orlenu, miejsca do rekreacji oraz odpowiedniej wielkości strefę z toi-toiami. No niczego tu nie brakowało, a pod względem logistycznym wszystko było świetnie rozplanowane. Uwagę przede wszystkim zwracała spójna identyfikacja wizualna festiwalu. Już przekraczając bramkę, czułem, że to festiwal tworzony z pasją i dbałością o szczegóły. Tylko pogody nie udało się w tym roku zamówić, bo ten pierwszy weekend września był iście jesienny, chłodny, a niebo szykowało dla nas rozmaite niespodzianki (o nich później). Byłem jednak przygotowany na wszystko, więc pozostawało mi już tylko cieszyć się kolejnymi koncertami.
 
A pierwszy wyczekiwany przeze mnie koncert na mniejszej scenie zagrała trójmiejska formacja jazzowa...
 
Nene Heroine! 
 
Michael Zismann (Michał Zienkowski, gitara), Peter Stanley Chester (Piotr Chęcki, saksofon, syntezatory), Tony Sadeky (Tomek Sadecki, gitara basowa), Stan Corazon (Sławek Koryzno, perkusja) wyszli na scenę z założonymi geometrycznymi, złotymi maskami, które były "wyjęte" wprost z ich okładki ostatniego, znakomitego albumu "4". W artykule na portalu Culture.pl Chęcki tłumaczył obecność masek następująco: "Te proste geometryczne formy mają symbolizować cztery żywioły i tę pierwotną słowiańską energię, która przejawia się choćby w rzewnych melodiach, przebijających się przez całą naszą twórczość". No i tej żywiołowej energii podczas ich niestety tylko czterdziestominutowego koncertu nie brakowało! W swoim stylu śmiało przekraczali ramy klasycznego jazzu, tworząc hipnotyczny pejzaż dźwięków na styku psychodelicznego rytuału, instrumentalnej nieprzewidywalności i rockowej żywiołowości. Zamiast tradycyjnej jazzowej degustacji, zaserwowali nam intensywne doświadczenie, które wręcz zmuszało ciało do żywiołowych reakcji. Nie ukrywam, że taka forma jazzu bardzo mi odpowiada! I tylko szkoda, że nie wykorzystano szansy na gościnny występ Kasi Lins, która później przejmowała tę drugą scenę we władanie. Być może jednak w tak krótkim secie chłopaki postanowili przede wszystkim wyeksponować swoje instrumentalne popisy i improwizacyjne umiejętności.



WaluśKraskaKryzys! 
 
Od mojego ostatniego spotkania ten niepokorny artysta zdążył wymienić cały zespół, ale nie wpłynęło to na koncertową jakość. Nowy zaciąg dotrzymywał tempa swojemu szefowi i ze sceny wylewała się gęsta, porywająca rockowa ściana dźwięków! Od początku na tyle hałaśliwa i magnetyczna, że aż przyciągnęła nad teren festiwalu atmosferyczny armagedon! Lunęło srogo akurat w momencie agresywnego rozwijania kompozycji "kawałek o zmianie stanu...!" i "ciąg dalszy kawałka o zmianie stanu...!" z albumu " +piekło+niebo+". No i dosłownie przywaliło nam z nieba deszczowym piekłem. Konieczne było błyskawiczne wyciągnięcie dodatkowej pelerynki! Ale nawet mając ją na sobie, czułem, że dosłownie w kilka minut przemokłem niemal do suchej nitki, a wilgoć zaczęła przenikać nawet do butów. Dwie trzecie publiczności spod sceny ewakuowało się w poszukiwaniu schronienia, ale ja, zaprawiony w koncertowych bojach, ani myślałem uciekać. Tym bardziej że Waluś z zespołem nieustępliwie i dzielnie krzesał ostre gitarowe riffy, mimo iż wokół muzyków techniczni w popłochu przesuwali sprzęt w głąb sceny, by uchronić elektronikę przed zalaniem. Na szczęście sceniczne gitarowe tornado szybko przewiało te deszczowe chmury! Waluś docenił osoby, które przetrwały tę nawałnicę, obiecując żartobliwie wejściówki na kolejną edycję Nady. Dalsza część koncertu przebiegła już na szczęście bez podobnych incydentów. Publiczność wróciła pod scenę i można było strzepywać z siebie krople deszczu w rytm takich rockowych strzałów jak "BROŃ/GOŃ", "TO, CO MIĘDZY NAMI", "NaNoże", "COŚ NIECOŚ" czy też "MUSZĘ ROBIĆ TE GŁUPOTY". Szkoda tylko, że pod sceną zabrakło potencjału na rozpętanie pogowego szaleństwa.

 
Kasia Lins! 
 
Kasia Lins powróciła do Torunia z projektem Obywatelka K.L. To właśnie w mieście Grzegorza Ciechowskiego i Republiki po raz pierwszy, jeszcze przed premierą albumu, zaprezentowała w zeszłym roku swoje nowe muzyczne oblicze. Byłem wówczas obecny w toruńskich Jordankach i gorliwie przyklaskiwałem tym zmysłowym, wypełnionym kobiecą perspektywą interpretacjom ponadczasowych piosenek autorstwa nieodżałowanego Ciechowskiego. W tym roku miałem już okazję ponownie obcować z tym projektem podczas Orange Warsaw Festival, a także na Open'erze, gdzie Kasia z zespołem wzięła na swoje barki ciężar występu na Main Stage. Jednak to właśnie tu, w Toruniu, te utwory smakują lepiej i nabierają innego wymiaru emocjonalnego. Nie inaczej było podczas tego koncertu. Co prawda rozpoczął się on z kilkuminutowym poślizgiem z powodu problemów technicznych, ale gdy już sceniczni Obywatele – Karol Łakomiec rzeźbiący riffy na gitarze, Wiktoria Jakubowska za perkusją, Aga Bigaj za klawiszami i Monia Muc dmuchająca w dęciaki – brawurowo wystartowali od piosenki "My lunatycy" (co mogło być dla części osób zaskoczeniem, ponieważ utwór ten nie znalazł się na płycie "Obywatelka K.L." i zagościł w setliście dopiero wraz z rozpoczęciem plenerowych koncertów), to wykreowana przez nich czarno-biała, republikańska atmosfera pochłonęła nas bez reszty! A już końcówka z pasjonująco i żarliwie wyśpiewaną kompozycją "Moja krew", grooviastą i porywającą "Śmiercią w bikini" oraz autorską, ale jakże idealnie wpisującą się w świat tekstów Ciechowskiego, "Trucizną" była z pewnością jednym z najbardziej zapadających w pamięć momentów całego festiwalu!

 

Myslovitz! 
 
Po absolutnie zaskakującym, fascynującym i porywającym  na wielu płaszczyznach koncercie Myslovitz w krakowskim Klubie Studio dwa lata temu w ramach świętowania 25-lecia płyty "Miłość w czasach popkultury" – jednej z tych polskich płyt, które pozostawiły najgłębszy ślad w mej duszy i sercu – ku memu zdumieniu zadomowiło się we mnie pragnienie ponownego spotkania z tym zespołem. Niby okazji nie brakowało, także tu w Toruniu, ale okoliczności i terminy ostatecznie nie sprzyjały. Aż do tej chwili. I cholera jasna – znów utwierdziłem się w przekonaniu, że absolutnie uwielbiam ten zespół, a jego twórczość zagnieździła się w mym sercu bardzo głęboko! Ba, poczułem nawet lekki wstyd, że było to dopiero moje drugie spotkanie z Myslovitz, choć oczywiście w przeszłości nie brakowało koncertowych spotkań z Arturem Rojkiem, podczas których też miałem okazję posmakować na żywo kilku kultowych piosenek z dyskografii kultowego śląskiego zespołu. Ale to inne historie, nie drążmy też tematu odejścia dawnego lidera. Nie ma to zresztą już najmniejszego sensu, gdyż Myslo przeżywają obecnie ewidentną drugą młodość, napędzani entuzjazmem publiczności, w której nie brakuje przedstawicieli młodego pokolenia. A Mateusz Parzymięso świetnie odnalazł się w roli wokalisty tej formacji i złapał znakomitą chemię ze starszymi kolegami z zespołu. I to wszystko było wyczuwalne podczas tego koncertu na Nadzie!
 
Miesiąc wcześniej oglądałem stream z triumfalnego powrotu Myslovitz po latach na Pol'and'Rock Festival i choć oczywiście skala toruńskiego występu była nieporównywalnie mniejsza, to sam scenariusz koncertu pozostał niemal identyczny. Charakterystyczne uderzenia w gitarowe struny, zwiastujące utwór "Chłopcy", wywołały u mnie lekką gęsią skórkę. I te emocjonalne dreszcze oraz wzruszenia towarzyszyły mi już niemal nieustannie przez cały koncert. Zanim jednak na dobre rozkręcili karuzelę rockowych hymnów, zagrali nieco mniej oklepane utwory "Pakman" i "Zgond". A potem posypały się euforycznie przyjmowane klasyki: "Sprzedawcy marzeń", dynamiczne "Mieć czy być", rzewne "W deszczu maleńkich żółtych kwiatów", melancholijne "My", rozczulające "Chciałbym umrzeć z miłości" (piękny to był widok par przytulających się wokół mnie), gniewny i jak zawsze katartyczny dla mnie "Alexander", chóralnie odśpiewana "Długość dźwięku samotności", beztroski "Scenariusz dla moich sąsiadów", zaskakująca obecnością w setliście "Miłość" (tu właśnie nastąpiła zmiana względem setu z Pol'and'Rocka, podczas którego wybrzmiała "Nienawiść"), szlagierowe "Z twarzą Marilyn Monroe", rażące gitarową mocą "Peggy Brown" i na finał wzruszające "Dla Ciebie". Co tu więcej rozprawiać – zespół w formie (zwłaszcza ponownie moją uwagę przykuwała młodzieńcza postawa gitarzysty Wojtka Powagi), publiczność rozśpiewana i o to właśnie chodziło!


 
Mild Orange!  
 
I wreszcie przyszedł czas na pierwszą zagraniczną perełkę, która dotarła do Torunia aż z Nowej Zelandii! Skłamałbym, gdybym powiedział, że byłem zaznajomiony z ich twórczością przed ich ogłoszeniem na Nadzie, ale pogłoski o ich koncertowej jakości docierały do mej świadomości już wcześniej. No i jak się okazało – nie było w tych opiniach krzty fałszu, bo panowie z Mild Orange zabrali mnie w naprawdę błogą i hipnotyzującą podróż! Roztaczali przed nami gitarowe pejzaże, w których rozmarzony dream pop spotykał się z subtelną psychodelią, indie rockową wrażliwością i melodiami skąpanymi w nostalgicznych pogłosach. Ich muzyka przywoływała we mnie wspomnienia i emocje towarzyszące koncertowi The War On Drugs w Warszawie. Oczywiście to nie ten sam poziom gitarowego rzeźbienia melodyjnych form, płynące z kolejnych, cierpliwie rozwijanych kompozycji Nowozelandczyków poczucie przestrzeni i przyjemność obcowania z dźwiękami rozpływającymi się w uszach niczym rozgrzany miód były bardzo zbliżone. W tym ciepłym klimacie zatraciłem poczucie czasu, pozwalając myślom swobodnie odpłynąć w rajskie rejony. Mild Orange zafundowali nam muzyczny odpowiednik ciepłego kocyka, a ich rozświetlone melancholią kompozycje sprawiły, że nawet pochmurne niebo nad Toruniem zdawało się na moment rozstępować i odsłaniać rozgwieżdżony firmament. Takie koncertowe uniesienia chciałoby się aż zamknąć w słoiku i otwierać podczas najbardziej ponurych jesiennych wieczorów. Szkoda tylko, że ten zacny występ obserwowało stosunkowo niewiele osób, bo przecież nieczęsto mamy okazję gościć zespół tego formatu w naszym regionie.

 
Na fragment zamykającego pierwszy dzień festiwalu koncertu Kacperczyków spoglądałem z daleka i już tylko z umiarkowanym zaciekawieniem. Powód był prosty: w czerwcu widziałem ich występ w Poznaniu przed Two Door Cinema Club i tutaj, w Toruniu, po prostu nie mogli mnie już niczym szczególnym zaskoczyć. Niemniej upewniłem się, że dowożą odpowiednią energię koncertową – a tę sztukę opanowują z roku na rok coraz lepiej – po czym postanowiłem zachować więcej sił na festiwalową sobotę.
  

Sobota, 05.09

 
 
Festiwalowe przygody drugiego dnia Nady znów postanowiłem rozpocząć od obecnych w programie przedstawicieli młodego polskiego jazzu. A mowa o zespole...

Omasta!   
 
Od razu przyznaję szczerze, że wcześniej nie miałem styczności z twórczością Omasty, choć zachwyty nad zespołem i wszelkie opinie określające go mianem jednej z najbardziej ekscytujących jazzowych formacji docierały do mnie niemal z każdej strony muzycznego eteru. Z zaciekawieniem chłonąłem brzmienie tego krakowskiego kolektywu, poddając się hipnotycznemu transowi jego muzyki. W odróżnieniu od Nene Heroine Omasta zderzała jazzową tradycję z hip-hopowym groovem i kulturą uliczną. Bliżej mi jednak do stylu trójmiejskiego zespołu, który przekracza granice jazzu w kierunku progresywnego i psychodelicznego rocka. Niemniej melodyjne partie oparte na brzmieniu fortepianu, trąbki, saksofonu, fletu, basu i perkusji miały w sobie nieodparty, koneserski urok. Przede wszystkim należą się organizatorom brawa za to, że dbają o obecność tej inspirującej nowej fali polskiego jazzu na swoim festiwalu.


 
Livka! 

Nad tym slotem na głównej scenie ciążyło jakieś fatum, bo znów zjawiska pogodowe wysuwały się na pierwszy plan. Tym razem jednak były to zjawiska całkiem urokliwe. Jasne, dalej padało, ale z czasem strugi deszczu ustępowały miejsca zjawiskowemu zachodowi słońca i tęczy, która malowniczo wzniosła się tuż nad sceną (choć z perspektywy spod sceny nie miałem świadomości jej obecności i dostrzegłem ją dopiero później na oficjalnych zdjęciach). Równie piękne emocje płynęły ze sceny, na której Livka prezentowała nam szeroki wachlarz swoich wokalnych możliwości oraz muzycznych inspiracji. Podobnie jak podczas tegorocznego koncertu na Orange Warsaw Festival (ten miał oczywiście przewagę pod względem klimatu i kumulacji energii pod dachem festiwalowego namiotu), balladowe kompozycje z debiutanckiej płyty "z papieru" na żywo przybrały bardziej porywające, pop-rockowe aranżacje, wspierane przez świetnie spisujący się zespół. Porywająco wypadło zwłaszcza "epicentrum", skutecznie prowokując publiczność do wykrzykiwania powtarzanego wersu To już nie mój problem. Euforycznie przyjęty został również utwór "Bez stresu" z płyty Taco Hemingwaya "Latarnie Wszędzie Dawno Zgasły", który stał się swoistym boosterem popularności Livki. Nie zabrakło w setliście również wakacyjnego bangera "Chcę Więcej", nagranego z Fukajem, oraz najnowszego, dynamicznego i świetnego singla "poza Tobą nic".

No przezdolna bestyjka z tej Livki! Zaraża pozytywną energią, zachwyca wokalem, ujmuje wrażliwością, a charyzmy również jej nie brakuje. Szczególnie młodsza część publiczności chłonęła ten występ całym serduchem, żywiołowo reagując na kolejne utwory i nie szczędząc Livce entuzjastycznego dopingu. Powtórzę tezę z relacji z Orange Warsaw Festival: piękna, świetlista przyszłość przed tą dziewczyną!


 

Kasia Sienkiewicz! 
 
Do twórczości rodzeństwa Kasi i Jacka Sienkiewiczów z Kwiatu Jabłoni od samego początku miałem słabość, choć nie ukrywam, że z perspektywy czasu najbardziej cenię sobie ich pierwsze kameralne koncerty grane w duecie (do dziś miło wspominam ten w toruńskim NRD w 2018 roku) Niemniej wraz z rozwojem kariery i wzrostem popularności zrozumiale zaczęli stawiać na rozmach, rozbudowany zespół towarzyszący im na scenie i bogate w folk-popowe dźwięki aranżacje. Podobną drogą, korzystając z przerwy w działalności Kwiatu Jabłoni, podąża w swojej solowej twórczości Kasia Sienkiewicz, choć jeszcze mocniej przechyla wajchę w stronę estradowego popu. Do Torunia przywiozła ze sobą imponujący, jedenastoosobowy skład z sekcją dętą i żeńskimi chórkami. Sama na scenie prezentowała się iście promieniście w kremowej sukni. Wszystko sprawiało piękne wrażenie, ale gorzej było już z brzmieniem. Miks nagłośnienia całego zespołu wydawał mi się bardzo nienaturalny. Dźwięk był jakiś taki niesamowicie wypłaszczony, a przecież ten koncert powinien pulsować i oddychać dzięki bogactwu wykorzystanego instrumentarium. Trudno jednak było oprzeć się magnetycznemu urokowi i uśmiechowi Kasi. Zaprezentowała swoje dotychczasowe, energiczne i prostoduszne single "To nie o mnie", "Zimne ognie" oraz "Były momenty". Sięgnęła również po wspólny utwór nagrany z Wiktorem Dydułą "Nie mówię tak, nie mówię nie", zaskoczyła osobliwą interpretacją "Słodkiego miłego życia" Kombi, a także uchylała rąbka tajemnicy związanego z solowym debiutem, prezentując przedpremierowe kompozycje. No, bywało milutko, ale ostatecznie był to dla mnie najsłabszy koncert tego festiwalu, szczególnie pod względem realizacji dźwięku. Wysokich oczekiwań nie zawiodła zaś z kolei...



Coma! 
 
Łódzki zespół przejechał przez publiczność niczym walec i zaprezentował miażdżący set, potwierdzający ich doskonale znaną koncertową klasę! Niezaprzeczalnie zgromadzili największą publiczność podczas tego weekendu, ale nie ma się też co dziwić – na Kujawach ostatni raz grali bodaj siedem lat temu. Miałem wcześniej w planach wybrać się na jeden z ich spektakularnych koncertów podczas ostatniej halowej trasy, ale niestety ostatecznie się nie udało. Dobre i takie spotkanie z Piotrem Roguckim i jego kompanią. Wiadomo – bez produkcyjnych fajerwerków, ale może dzięki temu cała uwaga skupiła się na warstwie muzycznej i formie zespołu. Panowie zadawali konkretne rockowe ciosy, które targały ciałem i wywoływały emocjonalne dreszcze. Rozgrzewkowy "Ekhart", masywnie wykrzyczany przez wszystkich wers Wielka wiara tłumi lęk z "Pierwszego wyjścia z mroku", lżejsze "Proste decyzje", wyskakane "Skaczemy", mięsista "Transfuzja", dystopijne "Za chwilę przestaniemy świecić", mocarna "Wola istnienia", podnoszące morale, nośne "Los Cebula i Krokodyle Łzy" i na finał poruszające "Sto tysięcy jednakowych miast". Może występ był nieco zbyt krótki (ta godzina to było zdecydowanie za mało!), ale stanowił intensywne i zacne zwieńczenie plenerowej trasy tej naszej rockowej legendy. Na kolejną szansę, by zobaczyć Comę na żywo, nieco poczekamy, bo przed wykonaniem ostatniej kompozycji Rogucki zapowiedział przerwę zespołu w 2027 roku.
 

 
Kerala Dust! 
 
I wreszcie najbardziej wyczekiwany przeze mnie koncert tegorocznej edycji – taneczna impreza rozkręcana przez brytyjską formację Kerala Dust! Dwa lata temu zagrali świetny koncert na Inside Seaside, zaskakując mnie swoim scenicznym progresem oraz skutecznie zachęcając do beztroskiego harcowania z ferajną Podróżujących osób przy boku. W Toruniu byłem zdany na samotny taniec (niemniej pozdrawiam mijanych Podróżujących – widziałem Was!), ale nie miałem zamiaru się oszczędzać! No właściwie nie byłem aż taki osamotniony, bo jednak pod sceną zgromadził się dość liczny tłum (zdecydowanie więcej osób niż poprzedniego dnia na Mild Orange), a i z czasem miałem wrażenie, że Kerela Dust swoim wciągającym, motorycznym, elektronicznym pulsem przecinanym przez bluesowe solówki i uwodzicielski niski, zmysłowy wokal Edmunda Kenny’ego skutecznie wabili pozostałą toruńską publiczność. To był fantastycznie zdynamizowany set!  Zespół z rozmysłem zanurzał nas w powtarzalnych, hipnotycznych przestrzeniach, by stopniowo budowane napięcie mogło rażąco eksplodować instrumentalnymi kulminacjami pełnymi żywych dźwięków. Edmund jak zwykle oddawał się scenicznemu opętaniu i wyrzucał z siebie energię za pomocą spazmatycznych ruchów rąk. A ja, stojąc pod sceną, sam dałem się porwać tej ekspresji i próbowałem naśladować jego ruchy!
 
Wpadłem w  totalny trans indie elektronicznej euforii! I nie tylko ja! W ten chłodny wieczór wszyscy potrzebowaliśmy takiego rozgrzewającego, wprost zajebistego koncertu! Nieprzypadkowo Brytyjczycy otrzymali zgodę na bis. Zabrakło mi tylko w repertuarze "I Remember You A Dancer" z ich zeszłorocznej płyty, ale i tak ten set był kozacki! Występy Kerala Dust to po prostu gwarancja rozpętania tanecznego żywiołu, który potrafi porwać cały festiwalowy tłum!


 
Igo! 
 
Na finał wystąpił w swoim solowym wcieleniu Igor Walaszek! Po raz kolejny (poprzednim razem w zeszłym roku na Open'erze) utwierdził mnie w przekonaniu, że jego alt-pop-rockowa twórczość na żywo sporo zyskuje. To zasługa świetnej pracy zespołu, ale tez nie od dziś wiadomo, że Igo niezaprzeczalnie posiada jedną najbardziej charakterystycznych barw wokalnych na naszym muzycznym podwórku i na żywo w pełni rozwija swój potencjał. Podobały mi się zwłaszcza te niesinglowe, bardziej rytmiczne, funkowe momenty tego seta ("Tornado", "Styl"!), ale oczywiście to te największe, często goszczące w komercyjnych radiach przeboje były przyjmowane przez publiczność z największym entuzjazmem: "Bruce", "Cud", "Wiatr", świeższy "Stumilowy Las", czy też finałowa "Helena". W międzyczasie Igo sięgnął również oczywiście po przebojowe "Supermoce" z Orkiestry Męskiego Grania. Bardzo sympatyczny koncert wzbogacony dodatkowo o anegdotki Igora związane z toruńskimi przygodami i tanim winem z czasów Clock Machine oraz z historie z Piotrem Roguckim i Comą. Nie był to może wystrzałowy finał, ale generalnie stanowił bardzo ładne i przyjemne zakończenie niezwykle udanej tegorocznej edycji Festiwalu Nada!  
 
 
 
Świetna i sprawna organizacja, różnorodny gatunkowo line-up, mieszający młodą muzyczną krew z weteranami sceny, zagraniczne perełki, niezła lokalizacja, klimatyczna i spójna identyfikacja wizualna – to festiwal tworzony z wyczuwalną pasją! Gratuluję Krizowi Wachowiakowi, kierownikowi całego tego zamieszania, odwagi w realizacji tego przedsięwzięcia i trzymam kciuki za dalszy rozwój Nady oraz kolejne udane bookingi! Dzięki za zaproszenie! Z przyjemnością wrócę tu w przyszłości!
 
 
PS Nagrania z koncertów znajdziecie na moim profilu na Instagramie, a poniżej fotorelacja mego autorstwa! 
 

FOTORELACJA:  

 
 
 
 
Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne 
14.11.2026


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.