Podróże Muzyczne relacjonują: Fontaines D.C. w Łodzi (Atlas Arena, 31.10.2026)!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Fontaines D.C. w Łodzi (Atlas Arena, 31.10.2026)!
 
 

Podróże Muzyczne relacjonują: Fontaines D.C. w Łodzi (Atlas Arena, 31.10.2026)!  

 
 
Fontaines D.C.! Powtarzałem to już wielokrotnie, ale nie zaszkodzi przypomnieć raz jeszcze – irlandzka formacja, która wyrosła na fali współczesnego postpunkowego odrodzenia, zafascynowała mnie już podczas swojego niespodziewanie piorunującego występu na Scenie Trójki OFF Festivalu w 2018 roku. Rok później Dublińczycy tylko utwierdzili mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z niezwykle utalentowanymi muzykami, mierzącymi naprawdę wysoko. Ich brawurowy debiut "Dogrel" zachwycił mnie surowością, bezkompromisowością i niezwykłą umiejętnością przekuwania ulicznej poezji w elektryzujące gitarowe hymny. My childhood was small, but I'm gonna be big – ten liryczny wers z kompozycji "Big" głęboko wrył mi się w pamięć, a ja uwierzyłem Dublińczykom na słowo! I, jak się okazało, miałem ku temu wszelkie powody. 
 
 
Kolejnymi znakomitymi wydawnictwami – mroczniejszym i bardziej introspektywnym "A Hero's Death" (2020), przejmującym, pełnym dusznej melancholii "Skinty Fia" (2022), z przełomowym singlem "I Love You" oraz wreszcie śmiałym i stylistycznie eklektycznym "Romance" (2024), którego bujna, melodyjna i porywająca alt-rockowa metamorfoza katapultowała ich do gitarowej Ligi Mistrzów – Fontaines D.C. cierpliwie, na własnych zasadach i bez oglądania się na zmieniające się trendy pisali kolejne rozdziały swojej ekscytującej historii. Z wiarą we własne możliwości, artystyczną odwagą i nieustannym przywiązaniem do emocjonalnej szczerości konsekwentnie poszerzali muzyczne horyzonty, a przy tym budowali wokół siebie coraz liczniejszą, oddaną społeczność. Nie było w tym przypadku ani drogi na skróty, ani rozpaczliwego poszukiwania przebojowej recepty na sukces. Była za to imponująca ewolucja zespołu, który z każdym kolejnym albumem udowadniał, że nie zamierza zadowalać się raz osiągniętym poziomem.

Moją fascynację Irlandczykami pogłębiały również kolejne koncertowe spotkania, dobitnie obrazujące ich nieustanny rozwój i rosnącą sceniczną renomę. Od berlińskiego Tempelhof Sounds w 2022 roku, przez niezapomniane klubowe szaleństwo w poznańskiej Tamie w 2024 roku, aż po zeszłoroczny, triumfalny festiwalowy tryptyk z „Romance” na Primaverze, OFF Festivalu i Way Out West! Szczególnie ten katowicki przystanek miał dla mnie wymiar symboliczny – historia zatoczyła koło, a zespół, który przed laty odkrywałem na Scenie Trójki, powrócił na OFF-a już jako jedna z największych gitarowych gwiazd światowego formatu. Ba, Irlandczycy zdążyli już przerosnąć festiwal, na którym stawiali swoje pierwsze kroki w naszym kraju. Żałuję jedynie, że z różnych względów ominęły mnie ich wcześniejsze, kameralne klubowe wizyty w krakowskim RE, warszawskim Pogłosie i Proximie. Dziś na podobne okazje nie ma już co liczyć. Czasy ciasnych klubów bezpowrotnie minęły!


 
Od kiedy złapałem koncertową zajawkę, marzyłem o tym, by przeżyć właśnie taką historię. Odkryć zespół u progu kariery, uwierzyć w jego potencjał, a następnie z fascynacją obserwować i na własnej skórze doświadczać kolejnych etapów jego rozwoju w drodze na muzyczny szczyt. Od obiecującego debiutu, przez klubowe sceny i coraz większe koncertowe obiekty, aż po headlinerskie występy na festiwalach i status – może to trochę naciągane, ale w tej alternatywo-rockowej bańce bez wątpienia – globalnego fenomenu. Fontaines D.C. właśnie napisali następny rozdział tej opowieści, przyjeżdżając do Łodzi na swój pierwszy halowy koncert w Polsce, który wyprzedał się w bodaj zaledwie dwa dni! Pretekstem ponownego ruszenia w trasę i do tego spotkania była promocja świeżutkiego albumu "Dopamine Chamber", na którym Dublińczycy ponownie nie bali się przekraczać artystycznych granic i poszukiwać nowych środków wyrazu. Gitary gubią się tu w mgle cure'owskiego mroku, chłodzie depeszowskich syntezatorów, niespokojnym massiveattackowym trip-hopowym napięciu, a poeta Grian Chatten podaje dłoń Cave'owi i odnajduje muzę w postaci Rosalíi. Narkotyczne dzieło, które zdołało mnie w ciągu zaledwie dwóch tygodni od premiery do tego koncertowego wieczoru w Halloween absolutnie uzależnić, a jego gęsta atmosfera rozlała się po mojej duszy i głęboko wsiąkła do mego serca. Nie mogłem więc przegapić tego kolejnego przełomowego koncertowego spotkania z uwielbianym przeze mnie zespołem, który wciąż ma ambicje, by zaskakiwać, rozwijać się i przesuwać własne granice. I na wszystkie straszydła świata – jakiż to był wielki i potężny w każdym aspekcie koncert! 
 

Grian Chatten, Conor Curley, Conor "Deego" Degan III, Tom Coll i Carlos O'Connel rozpoczęli swój występ monumentalnie, zanurzając halę w złowieszczym transie singla "Tongue". Nie był to może hitchcockowski rockowy wystrzał, lecz siła tej kompozycji tkwiła w stopniowo narastającym napięciu, niepokojącym trip-hopowym pulsie oraz gęstej, dusznej, niemal psychodelicznej atmosferze, która szczelnie mnie oplatała. Pięcioosobowa formacja z Dublina (wspierana scenicznie przez multiinstrumentalistę Alexandra "Chili" Jessona) już na samym początku nadała temu koncertowi odpowiedni dramaturgiczny ton, a kilkutysięczna publiczność – złożona zarówno z wieloletnich fanów, jak i, co mnie zarazem uderzyło i wielce radowało, w dużej mierze z przedstawicieli młodszego pokolenia – dała się bez reszty pochłonąć temu muzycznemu wymiarowi o sile przyciągania czarnej dziury! Zespół, pomimo charakterystycznego scenicznego wyobcowania, emanował niebotyczną dojrzałością i pewnością siebie, a Grian Chatten... Właściwie jeszcze przed pierwszymi dźwiękami wystarczyło, by uniósł ręce w górę, a publiczność w odpowiedzi wyzwoliła z siebie krzyk euforii. Lider zespołu był oczywiście w swoim stylu przez cały wieczór małomówny, ale nadrabiał to z nawiązką swoją sceniczną ekspresją. Nakręcał publiczność częstymi wypadami na krótki wybieg, gestykulacją swoich dłoni, a także kierowanym mikrofonem w stronę fanów. I tak już podczas "Tongue" całą Atlas Arenę ogarnęła fala podmuchu wspólnego, zainicjowanego przez niego falowania rąk. W ostatnie fazie kompozycji w Atlas Arenie rozhulało się już soniczne tornado agresywnego, oszałamiającego instrumentalnego crescenda, w którym znalazły ujście wszystkie piętrzące się od początku emocje.
 

Następnie łódzką halę przeciął ostry riff "Here's the Thing"! Za nim podążył mój głos i stadnie ruszyliśmy w pogo! Okej, może nie jakoś licznie, ale miałem przy swoim boku niezawodnych Podróżujących przyjaciół, którzy byli nakręceni na ten moment tak samo jak ja! A w ślad za nami dało się porwać jeszcze kilku innych śmiałków! Z prawej strony przed wybiegiem działy się sceny absolutne! Wyjątkowo szybko zaschło mi gardle i poczułem pierwsze rosnące siniaki na ciele... 

Dalej o podłogę hali wytarła mnie noisowa ściana gitar odurzającej kompozycji "Nabakov", a surowa, postpunkowa zadziorność "Boys in the Better Land" – niestety jedynego tego wieczoru reprezentanta debiutanckiego albumu – porwała do kolejnych dynamicznych harców w pogowym szaleństwie! W tym momencie zostałem już totalnie spętany bezgraniczną euforią! I być może ten fakt sprawił, że mój umysł popadł w stan koncertowej nietrzeźwości i nie rejestrował pewnych mankamentów wokalnych i problemów z odsłuchem Griana w trakcie wyczekiwanego singla "Marianne", o których w relacji pisali koledzy z portalu Koncerty w Polsce (pozdro!) oraz opowiadał dziennikarz Radia 357 Marcin Cichoński na swoim kanale YouTube. Ja jednak kompletnie ich nie słyszałem. Ten niezwykle nośny, iście stadionowy utwór wybrzmiał w moich uszach bez zarzutu, a wszelkie ewentualne potknięcia zostały po prostu przykryte przez potężny, trzęsący fasadami hali śpiew rozemocjonowanej publiczności. Głośno odśpiewane zostały również wersy sprężystego, rozbrajająco przebojowego "Jackie Down the Line"! Skryta mroczna narracja o toksycznych relacjach i tożsamościowej destrukcji zamieniła się w jeden z najbardziej radosnych i wystrzałowych momentów koncertu. Znów poniosło w pogowe tango! Do do do! La la la!
 

Swoją niemal filmową, słodko-gorzką, romantyczną aurą ujął pierwszy niesinglowy wybór z "Dopamine Chamber" – "You Miss Me". Zdumiewająca była popisowa znajomość tekstu tego numeru wśród zgromadzonych fanów. Ewidentnie dało się odczuć, że fani błyskawicznie rozkochują się w piątym albumie Dublińczyków. W tym bardziej kołyszącym, melancholijnym stanie podtrzymało nas "Roman Holiday", a nerwowe "A Hero's Death" ponownie wezwało pod sztandary emocjonalnego wyzwolenia. Z żarliwością wyrzucałem z ust powtarzany niczym mantra wers Life ain't always empty! 
 
Ukojenie i wytchnienie przyniosło z kolei magiczne i poruszające wykonanie "In the Modern World". W pierwszej fazie utworu głos Griana, wyeksponowany na tle akustycznej gitary, wybrzmiewał taaak niezwykle czysto (generalnie nagłośnienie całego koncertu imponowało!) – niemal jakby ciął mi serce żyletką! Publiczność w tym czasie rozświetliła Atlas Arenę odpalonymi latarkami w telefonach i przejmującym śpiewem wsparła swojego idola. Zazwyczaj oszczędzam baterię na koncertach, ale w tym przypadku nie było o tym mowy! To było przecudowne, wywołujące gęsią skórkę na całym ciele wykonanie tej rozmarzonej, onirycznej ballady! Swoją drogą przy pierwszych akordach gitary akustycznej obok mnie ktoś żartobliwie stwierdził, że czas na "Kołysankę dla nieznajomej" Perfectu i właściwie coś w tym było. ;)  
 
 
"Happy For You" z kolei drastycznie zmieniło klimat na cure'owski, rozmyty chłód przecinany przez sejsmiczne pasma gitarowych wzburzeń. Zgodnie z moimi oczekiwaniami ten utwór w wersji live wyprowadzał nokautujące ciosy! A fani znów niespodziewanie i bezbłędnie wyręczali Griana w śpiewie! Gitary wagi ciężkiej zdominowały miażdżącą wersję "Big Shot", a kumulujący się gitarowy chaos w "Death Kink" targał mym ciałem i ponownie rzucił mnie w samo epicentrum naszego skromnego moshpitu. Shit, shit, shit, battered! 

Wyróżniającą się perełką na tle całego repertuaru okazało się wykonanie synth-popowego "Mimesis"! Wow! Uzależniająca próbka trochę poptymistycznego, trochę depeszowskiego klimatu, który instynktownie popychał ciało do tanecznego ruchu. Migoczące syntezatory z kolei aż prosiły się o chóralne wyśpiewywanie linii melodycznej tej piosenki! No i powiem tak: przez ten kawałek dzień po koncercie ssałem tabletkę na ból gardła! Nie żałuję jednak niczego! Z Podróżującą Ekipą wręcz torturowaliśmy własne struny głosowe! Ten chóralny, szantowy śpiew po zakończeniu tej piosenki to nasze dzieło! Osoby wokół nas błyskawicznie podchwyciły ten stadionowy potencjał urokliwego La-la-la-la-la, la-la-la-la-la, la-la-la-la-la, la, które epicko poniosło się na całą halę! Niczym "Viva La Vida" Coldplay. A jakby jeszcze emocji mało, to w tym momencie na płycie odnalazł nas zaginiony w akcji kolejny Podróżujący wariat, podnosząc poziom radości naszej sympatycznej koncertowej grupki. Ach! Powiem może za dużo, ale to był chyba jeden z tych koncertowych momentów, którego nie zapomnę do końca życia! 
 

Studyjny poziom jakości z "Dopamine Chamber" przeskoczył także brawurowo zagrany, z odpowiednim gitarowym natężeniem "Demolition", który idealnie skomponował się ze wcześniej zagranymi "Bug" i "Favourite" (podnoszące na duchu, rockowe hymny pokolenia z „Romance”, a zwłaszcza ten drugi), a przy okazji odpowiednio nakręcił nas przed zabójczym „Starburster”! Co też się działo przy tym ostatnim kawałku, to głowa mała! Już pierwsze dźwięki sprawiły, że na płycie otworzyły się moshpitowe kółeczka! Niczym wiry na oceanie, z których większość została ostatecznie wchłonięta przez to największe, centralne. W momencie, gdy rozkręcaliśmy własne kółeczko w naszym gronie, kątem oka dostrzegłem, że tuż obok narodził się znacznie konkretniejszy moshpit. Legendarnym przesmykiem poprowadziłem więc za sobą mych współtowarzyszy pogowania prosto w największe epicentrum szaleństwa i... Bitwy z "Iliady" Homera bledły przy poziomie epickości naszej koncertowej frenezji! Tego szaleństwa nie da się oddać w słowach! Poziom dopaminy wystrzelił ponad wszelkie normy! Gitarowa demolka, wręcz anihilacja! Doprawdy z trudem łapałem oddech, gdy zespół schodził na krótką przerwę przed bisami. 
 

Moje ciało podskórnie cieszyło się, że ostatnią część koncertu Fontaines D.C. rozpoczęli od przyjemnego, chyba najbardziej popowego w ich dorobku kawałka "Japan". W porównaniu ze "Starbusterem" ten utwór określiłbym mianem "aniołeczka". Nie ma jednak w moim tonie wypowiedzi zgryźliwości. To naprawdę bardzo ładna, melodyjna, rozczulająca kompozycja, który rozpływała się w mym serduszku. Po raz kolejny tego wieczora falowałem rękami w anielskim uniesieniu. Mimo wszystko chyba zamieniłbym ją z kolejnością z następującym po niej "Six Shot Morning", który ma w sobie niezaprzeczalny introwy potencjał. Ta kompozycja rozwijała się niespiesznie, ale konsekwentnie zwiększała swój rozmach oraz dystopijne natężenie przestrzennych, chłodnych syntezatorów, które przenosiły nas w obezwładniający wymiar rodem z mrocznego filmu science fiction pokroju "Blade Runner". Hipnotyczny i potężnie brzmiący twór!
 

Kulminacją bisów okazało się oczywiście wyczekiwane "I Love You"! Autentyczne emocjonalne katharsis, w którym miłość do ojczyzny, ból, frustracja i bezsilność zderzyły się z siłą prawdziwego rockowego manifestu! Buzujący gniew skryty pod tęskną warstwą tej kompozycji powiódł blogera-pogera i jego kompanów w kolejną taneczną szarżę. Znów otworzyliśmy moshpit, a biegając po jego obrzeżach, starałem się natchnąć wszystkich wokół do całkowitego upustu emocji! W kluczowym momencie z moimi Podróżującymi świrami złapaliśmy się w objęcia i skakaliśmy we wspólnym kółeczku do utraty tchu i świadomości! Totalne wzruszenie!  

Oczy zaszkliły mi się także przy finałowej kompozycji "Where Is Gone?" o iście bondowskim rozmachu. Doprawdy Fontaines D.C. dołożyli do swojego już i tak bogatego katalogu poruszającą balladę na miarę ikonicznego "Where the Wild Roses Grow" Nicka Cave'a i Kylie Minogue. I brak Rosalíi z oryginalnej wersji o dziwo nie był wcale odczuwalny, a nawet spotkałem się z opiniami, że działał na korzyść tej piosenki. Całkiem spora w tym zasługa drugoplanowego wokalu basisty Conora Deegana III, ale to oczywiście Grian dźwigał emocjonalny ciężar na swym ujmującym barytonie. Moja dłoń w trakcie tego kojącego utworu samowolnie kierowała się ku rozdartemu sercu. Rozglądałem się także wokół siebie, wypatrując reakcji publiczności i uśmiechnąłem się szerzej na widok grupki młodych osób, wymalowanych z okazji Halloween, przeżywających tę pieśń we wspólnym uścisku. To był odważny wybór, by zakończyć ten wieczór taką muzyczną snują, ale jakże przepiękną, dającą takie wytchnienie po emocjonalnym rollercoasterze i rockowych wybuchach, choć fundamentalnie zatopioną w smutku, bólu i stracie, które są nieodłączną częścią naszego życia. It's just the start of another show to hurt you / And make you feel alive – z taką właśnie gorzką refleksją pozostawili nas Grian i jego koledzy... 
 
 
I po wybrzmieniu ostatnich dźwięków plułem sobie w brodę, że pokpiłem sprawę i nie zakupiłem biletu na ogłoszony zaledwie kilka dni wcześniej drugi halowy koncert Fontaines D.C., który odbędzie się w maju na warszawskim Torwarze (wyprzedany w niecałą dobę). Noż cholera! Byłem święcie przekonany, że łódzki występ w pełni mnie usatysfakcjonuje i w przyszłym roku wystarczy mi już festiwalowe spotkanie z Irlandczykami na Primaverze. I owszem, ten koncert przyniósł mi ogromną satysfakcję, a zarazem przepełnił dumą z możliwości śledzenia muzycznej drogi, jaką zespół przebył od niemal samego początku. Jednocześnie jednak obudził we mnie silne pragnienie, by przeżyć te emocje raz jeszcze, właśnie w takich halowych warunkach.

Bo występ w Atlas Arenie okazał się totalnym triumfem koncertowych umiejętności dublińskiej formacji i utwierdził mnie w przekonaniu, że hale były im po prostu pisane. W Łodzi wszystko ze sobą zagrało! Mistrzowska forma zespołu, który na scenie przeistaczał się w płynny, nieustannie zmieniający konfigurację koncertowy organizm. Prosta, ale efektowna oprawa koncertu: klimatyczna i dynamiczna gra świateł, które odbijały się na srebrzystej kurtynie w głębi sceny, a ślad za nimi swoje kolory zmieniało także zawieszone nad zespołem logo "FDC". Do tego praca kamerzysty, dzięki któremu mogliśmy poczuć się tak, jakbyśmy znaleźli się tuż obok zespołu na scenie (popularny obecnie trend). Potężne nagłośnienie, które momentami dosłownie zwalało z nóg. Wreszcie odpowiednio dobrany, świetnie zbalansowany i zdynamizowany repertuar (do pełni szczęścia zabrakło mi jedynie "Big"), w którym świeżutkie kompozycje z "Dopamine Chamber" idealnie współgrały ze starszymi utworami. Reakcje dowodziły zaś, że fani z entuzjazmem podążają za zespołem w kolejnym rozdziale jego muzycznej opowieści. Ba! Mam przeczucie, że z takim hype'em już niedługo Fontaines D.C. będą wypełniać stadiony (zresztą na Wyspach wydarzy to się już latem).
 
No właśnie – fani. Podkreślę to raz jeszcze: byłem totalnie pod wrażeniem, a momentami wręcz wzruszony ilością młodych wielbicieli, którzy popisywali się doskonałą znajomością twórczości Fontaines D.C. i przeżywali ten koncert równie emocjonalnie jak ja! Cóż to za przekraczający najśmielsze oczekiwania fenomen wytworzył się wokół tego zespołu – nie mam pytań! A panowie swoją dojrzałą i ekspansywną grą tylko potwierdzali, że zasługują na takie uwielbienie! Tu zbędne były fajerwerki i przemowy – wystarczyła tylko ta ich irlandzka rockowa poezja podszyta romantyzmem i mrokiem oraz proste gesty Griana, na które reakcje były ekstatyczne! Liczyła się tylko gęsta muzyczna treść i to było w tym najpiękniejsze! Fontaines D.C. pokazali tym obłędnie doskonałym koncertem, że znajdują się w najlepszej możliwej aktualnie formie (czy to był ich szczyt? Wierzę, że wespną się jeszcze wyżej!), konsekwentnie poszerzając artystyczne horyzonty i podważając schematy, którymi rządzi się współczesny przemysł muzyczny. Są po prostu Wielcy! Kocham ich jak Irlandię!
 
Ten koncert być mnie nie oddziaływałby na mnie tak głęboko emocjonalnie, gdyby też nie obecność przy boku Ekipy Podróżujących! Byliśmy iskierkami, które rozpalały tłum w Atlas Arenie! Jestem wdzięczny losowi, że mam takich koncertowych wariatów wokół siebie! Dzięki Wam przeżywanie takich koncertów to zupełnie inny wymiar! Kłaniam się nisko! 
 
 
Na koniec jeszcze parę zdań o supporcie! 
 
Zanim Fontaines D.C. przejęli we władanie scenę Atlas Areny, zadanie rozgrzania publiczności przypadło duetowi Chalk (na scenie jako trio z perkusistą) z Belfastu. I trzeba przyznać, że chłopaki mieli na tę okazję całkiem przewrotny pomysł! Korzystając z halloweenowej atmosfery, postanowili nieco zabawić się konwencją i po intrze "Smells Like Teen Spirit" Nirvany wkroczyli na scenę w stylizacjach na legendarnych muzyków grunge'owej formacji. Szczególnie wokalista Ross Cullen, występujący w blond peruce, łudząco przypominał Kurta Cobaina. Grunge'owa szorstkość rzeczywiście pobrzmiewała momentami w ich muzyce, ale jej właściwy charakter zdecydowanie bliższy był industrialnym rejonom Nine Inch Nails.
 
 
Podobnie jak na intensywnym debiucie "Crystalpunk", Chalk zaprosili nas bowiem do dźwiękowego świata, w którym punkowa wrażliwość ścierała się z transowymi, elektronicznymi i darkwave'owymi bodźcami. Pulsujące, hipnotyczne rytmy stopniowo wypełniały przestrzeń areny, nadając jej atmosferę bardziej przypominającą klub nocny niż tradycyjny rockowy koncert. Pod sceną z utworu na utwór notowałem coraz liczniejszy handbanging i nie mogłem pozbyć się myśli, że w bardziej kameralnych, klubowych warunkach ten materiał wywołałby niezłą koncertową rozróbę. Słyszałem zresztą pozytywne relacje z ich występu na tegorocznym OFF Festivalu, gdzie ta mieszanka podobno skutecznie rozkręciła moshpitową zabawę. W Łodzi publiczność pozostawała jednak nieco bardziej powściągliwa. Co prawda stojący przy mym ramieniu Podróżujący Kuba rozeznany w ich twórczości próbował zachęcić otoczenie do większej aktywności, ale tym razem jego wysiłki nie przyniosły spektakularnych rezultatów. No takie już uroku halowych supportów. 
 

Nie oznacza to jednak, że Chalk nie potrafili odnaleźć się w tej halowej przestrzeni. Ich brzmienie zachowało odpowiednią moc i nie rozpłynęło się w akustycznych odmętach Atlas Areny. Szczególnie dobrze wypadła środkowa część występu ("Get Fucked"!), kiedy muzycy wyraźnie złapali koncertowy wiatr w żagle i zaczęli coraz śmielej i dynamiczniej budować napięcie. W końcówce nieco niepotrzebnie spuścili z tonu, ale finałowy utwór "Conditions" ponownie przybrał muskularne kształty, prowokując publiczność do tłumnej reakcji w postaci rytmicznych oklasków. Przyznam też, że przed występem miałem pewne obawy związane z wykorzystaniem autotune'a przez wokalistę, o którym słyszałem w kontekście ich koncertów. Na szczęście ten efekt nie zdominował jego partii wokalnych i nie odebrał całości surowego, bezkompromisowego charakteru.

Chalk nie rozkręcili więc pod sceną takiego piekła, jakie podobno udało im się wywołać w Katowicach, ale zaserwowali nam intrygującą, pełną electro-punkowej energii rozgrzewkę. I przede wszystkim pozostawili mnie z przekonaniem, że ich muzyka może jeszcze znacznie mocniej zapłonąć w odpowiednich, bardziej sprzyjających warunkach. 
 
 
Nie mam już nic więcej do dodania – to był niezapomniany rockowy wieczór w Łodzi! Najlepsze Halloween w moim życiu! 
 
Poniżej jeszcze zbiór nagrań z występu Fontaines D.C. plus obszerniejsza fotorelacja mego autorstwa! 
 
 
 

Fotorelacja 

 
 
 
 
Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne 
06.11.2026 


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.