AKTUALNIE W GŁOŚNIKACH: WRZESIEŃ 2026

/
0 Comments


Od czasu do czasu rozmyślam o ograniczeniu formuły cyklu Aktualnie w Głośnikach, ale z drugiej strony, jak tu nie wyróżniać i nie polecać tylu świetnych premier z września: Lizzy McAlpine z pejzażem przepięknych indie-folkowych emocji, Nothing But Thieves z solidnym powrotem do rasowego rocka, Artur Rojek z introspektywnym, emocjonalnym nokautem, Misia Furtak z eklektyczną dawką piosenek dodających otuchy, Beabadoobee z bardziej rozbuchaną wersją swojego stylu na styku hałasu i słodkości, Oysterboy uciekający w nostalgię i niebanalne indie gitarowe tekstury, Gurriers z politycznymi przekazami wzmocnionymi niekiełznaną postpunkową siłą, Blondshell doskonaląca swój poetycki wymiar alt-rocka.

Do tego dwa fenomenalne debiuty: Keo z alt-rockowym uderzeniem o nirvanowskiej wrażliwości oraz duet Wasia Project, który zabiera w pasjonującą nocną podróż o zmiennej intensywności i wysmakowanym alt-popowym brzmieniu.

A także propozycje EP-ek: weterana emocjonalności Matta Berningera oraz Oly., ujmującej powrotem do prostodusznej i surowej formy singer-songwriterstwa.

Plus oczywiście dodatkowe wyróżnienia, single i playlista miesiąca!

Zapraszam!
 

ALBUMY

 

LIZZY MCALPINE – "ANGEL"


 
Będę szczery – dotychczas moja znajomość Lizzy McAlpine ograniczyła się wyłącznie do faktu, iż po prostu byłem świadomy istnienia tej amerykańskiej singer-songwriterki. Nie mam pojęcia, jakim cudem jej twórczość nie zabłąkała się do moich głośników w ostatnich latach. Na szczęście w lipcu dopłynął do mych uszu malowniczy, ujmujący, czarujący singiel "The Light In The Painting", który stanowił pierwszą zapowiedź jej nowego albumu "Angel". You are the light in the painting / That my eye is drawn to first – piękny obraz kiełkującego romansu. No i również między mną a Lizzy zaiskrzyło. Ten przepiękny utwór pociągnął mnie głębiej w jej twórczość i za sprawą jej czwartego albumu zanurzyłem się po uszy w świecie muzycznej wrażliwości Lizzy McAlpine. 

"Angel" to album osobisty, który wyrósł z dwóch lat intensywnego przyglądania się samej sobie – jako dojrzewającej artystce, przyjaciółce i osobie zakochanej. To opowieści o kwitnącej miłości i związanej z tym procesem euforii, ale również o utracie, samotności, żałobie i próbie poskładania siebie na nowo. O tym, jak bliskość drugiego człowieka potrafi nas zmienić, ale też jak wiele trzeba w sobie odnaleźć siły przetrwania, kiedy tej bliskości nagle zabraknie.

I choć punkt wyjścia może sugerować kolejną intymną, singer-songwriterską opowieść z gitarą lub pianinem na pierwszym planie jakich wiele, McAlpine wyraźnie pozwala piosenkom rozwinąć się w niemal filmowe, wielowarstwowe, zachwycające krajobrazy. Słychać tu korzenie folkowej tradycji (Lizzy nie ukrywa w wywiadach, że inspirowała się Joni Mitchell, a kompozycja "A Car Wash and a New Pair of Pants" nieświadomie stała się hołdem dla Nicka Drake'a), ale również subtelne echa współczesnego indie. Nie  brakuje także rozbudowanych harmonii, smyczków, syntezatorów i aranżacyjnego rozmachu rodem z twórczości Fleet Foxes, którzy swoją drogą wspierają Amerykankę w utworze "Soldier of the road". Wszystko to nie sprawia jednak wrażenia przypadkowego zlepku inspiracji. Przeciwnie – McAlpine z tych elementów pisze własną muzyczną poezję. Być może momentami zbyt jednorodną, ale koniec końców bardzo rozkoszną i balsamiczną dla duszy.  

Najbardziej imponujące jest to, jak naturalnie udaje się jej połączyć tę folkową skalę produkcyjną z kruchością własnego głosu. Lizzy potrafi śpiewać niemal szeptem, sprawiając wrażenie, jakby dzieliła się z nami czymś bardzo osobistym, a kilka chwil później pozwala, by wokół niej rozrosła się cała orkiestra dźwięków. Wtedy jej muzyka nabiera błogiego kinowego rozmachu, ale nigdy nie gubi tego, co najważniejsze – skomplikowanych emocji związanych z miłością, stratą, potrzebą drugiego człowieka obok siebie, samoakceptacją, które ubiera w uderzające bezpośrednio w tarczę serca proste słowa. To jest niezaprzeczalny urok "Angel".  

Na pewnym poziomie emocjonalnym i lirycznym (wszak tematy podobne, włącznie z opłakiwaniem śmierci własnych ojców) czułem powiązania "Angel" z "Lost Weekend" Phoebe Bridgers. Phoebe skręciła jednak bardziej w eksperymentalną ścieżkę folku i jej wyznania są bardziej wyostrzone, a Lizzy stawia jednak na bardziej tradycyjną formę tego gatunku i taką liryczną romantyczność. Niemniej oba albumy wspaniale w mym sercu egzystują obecnie obok siebie i jestem przekonany, że jeszcze długo będą moją ścieżką dźwiękową tej jesieni.




        NOTHING BUT THIEVES – "STRAY DOGS"


         
        Po całkiem udanym odświeżeniu brzmienia o synth-popowe inspiracje na poprzedniej płycie "Dead Club City" Nothing But Thieves wracają do swoich fundamentów gitarowego stylu. Już sam fakt, że nagrywali "Stray Dogs" w studiu, w którym powstawał ich debiutancki materiał, jest znamiennym drogowskazem zawartości ich piątego albumu.

        Wieloletni obserwatorzy bloga doskonale zdają sobie sprawę, że od czasu fenomenalnego drugiego albumu "Broken Machine" stałem się wielbicielem tej gitarowej formacji tworzonej przez Conora Masona, Joego Langridge-Browna, Dominica Craika, Philipa Blake'a oraz Jamesa Price'a. Z tego też względu cieszy mnie powrót chłopaków do bardziej bezpośredniego, wszechstronnego i surowego gitarowego brzmienia, ale z drugiej strony mam wrażenie, że nie wykorzystali w pełni swojego potencjału i momentami grają zbyt zachowawczo. A "Stray Dogs" zaczyna się niemal genialnie od tytułowej kompozycji, która świetnie buduje narastające gitarowe napięcie i wyzwala z siebie energię, która na koncertach powinna sprowokować do tworzenia moshpitów. Gniewny ton podtrzymują w dynamicznym "Testosterone", w którym szczególnie porywają żarliwie powtarzane okrzyki Yeah, Yeah, Yeah, Yeah. Pędzące niemal na złamanie karku "Evolution" brzmi równie temperamentnie i niezaprzeczalnie chwytliwie, ale jest już nieco pozbawione drapieżności. Ta zaś niemal całkowicie znika na rzecz przyjemnych, takich "radio-friendly", balladowych, ale niezbyt zapadających w pamięć kompozycji "Death In The Backseat", "#5" oraz "If You Don't Have Someone to Love". To zdecydowanie słabszy fragment albumu, temperatura doznań niebezpiecznie opada, choć wydźwięk emocjonalny, za sprawą teatralnie szczerego śpiewu Conora Masona, pozostaje na odpowiednim poziomie. W utworze "#5" celebracja drogi, jaką przebyli wspólnie przez czternaście lat grania, wybrzmiewa właściwie nawet całkiem ujmująco i wzruszająco. Ale ja oczekuję od Nothing But Thieves więcej iskierek szaleństwa i kreatywności.

        Panowie na szczęście rozpędzają się ponownie w "Baby Kool (Evelyn)", który nasączony jest latami 90., glam-rockiem i grunge'em, charakteryzuje się zmienną intensywnością, dawką bezpretensjonalnej gitarowej radości i wyrazistego rytmicznego groove'u – po prostu cool! Na wyższy poziom gitarowej inteligencji Nothing But Thieves wjeżdżają jednak w fenomenalnej kompozycji "AI.Jesus". Zaczepne, ostre partie gitarowe i nieokiełznane wokalne szarże Conora oszałamiają, a do tego uwagę zwraca ironiczna liryka o coraz mocniej wkraczającej sztucznej inteligencji w nasze przeżywanie sztuki i emocji, pogłębiającej jednocześnie poczucie wyobcowania. W trochę niepotrzebnym kontraście "I Needed You Then, I Need You Now" sięga po bardziej melancholijne, eksperymentalne, mgliste i pełne emocjonalnego bólu tony, osadzone w bardzo oszczędnej aranżacji opartej głównie na akustycznej gitarze i partiach smyczkowych. Na szczęście chwilę później chłopaki miło zaskakują potężnym i soczystym "American Confidence", w który wkrada się niemal nu-metalowa energia. W finale wracają do balladowego tonu, ale w swoim najlepszym możliwym stylu – z rosnącym dramaturgicznym napięciem gitarowych warstw i emocjonalnie wzniosłym śpiewem Masona. "A Different Kind of Happiness" po prostu pięknie zamyka ten album.

        "Stray Dogs" to solidny album, który uwypukla gitarową eklektyczność Nothing But Thieves oraz ich umiejętność tworzenia angażujących emocjonalnie piosenek, ujmujących melodii i wyostrzonych gitarowych riffów. No i jest napędzany przez kapitalną formę wokalną Conora Masona. Ale zarazem na tle całej dyskografii zespołu to pozycja, która wyróżnia się najsłabiej i wpada w bardzo bezpieczne dla nich strefy komfortu. Fani będą zadowoleni, ale wiem, że stać Nothing But Thieves na znacznie więcej.

         


        ARTUR ROJEK – "CHCIAŁBYM URODZIĆ SIĘ ŻEBY LATAŁEM"


         
         
        Na kolejny solowy album Artura Rojka znów nam przyszło czekać sześć lat. Warto było, choć przyznam się szczerze, że pierwsze singlowe zapowiedzi niekoniecznie sprawiły, że jakoś szczególnie wyczekiwałem tego materiału. Oczywiście kompozycja "Gruby, mały" o poczuciu wstydu, kompleksach, gnębieniu z lat dziecięcych, bardzo osobista, a zarazem uniwersalnie opowiadająca o sytuacjach, z którymi pewnie mierzyła się większość z nas zwłaszcza w szkolnych korytarzach, znakomicie nadaje ton i kierunek temu albumowi, ale jako samodzielny utwór być może aż za bardzo rozdrapywała u mnie zakrzep z dawno zasklepionych ran. Wypuszczone wspólnie w jednym momencie piosenki "Yeti" z gościnnym udziałem Dawida Podsiadły oraz "W objęciach" przemknęły z kolei obok mojej muzycznej orbity dość niespostrzeżenie, dopiero ostatni zwiastun w postaci sentymentalnego, rozczulającego, w duchu włoskiej przygody "Mirafori" witałem w radioodbiorniku zawsze z uśmiechem. 
         
        W końcu jednak te wymienione kompozycje sklejone z pozostałą zawartością albumu o nietypowym tytule zaczerpniętym z pozoru niedbałej wypowiedzi własnego syna "Chciałbym urodzić się żeby latałem" układają się w spójną refleksję nad przeszłością. W wielu relacjach pojawiają się porównania odsłuchu tej płyty do uczuć związanych z przeglądaniem rodzinnego albumu. Przyłączam się do nich, bo właściwie trudno o inne wrażenie – ten album jest właśnie takim pamiętnikiem, który rozwija przed nami obrazy z życia byłego wokalisty Myslovitz i zagląda głęboko pod jego skórę w poszukiwaniu zalegających tam od lat kłujących emocji. Doprawdy te wszystkie introspektywne, samoświadome teksty Rojka, które nabierają ponadczasowych, ponadpokoleniowych znaczeń, są największą siłą jego dzieła.
         
        W parze z wybitnym lirycznym poziomem tego albumu idzie także muzyczna warstwa. Nienachalna, stonowana, płynąca spokojnym nurtem, balansująca pomiędzy melancholią, czułością, tęsknotą, pozbawiona gitarowej dynamiki. A przy tym instrumentalnie wielopłaszczyznowa, bogata w drobiazgi, wyłaniające się w tle orkiestralne pejzaże. Kapitalną i tytaniczną pracę na tym polu wykonał Olek Świerkot odpowiedzialny za produkcję i współtworzenie muzyki do większości kompozycji. Każdy instrumentalny detal wybrzmiewa tu idealnie, a na tym tle pięknie osadza się emocjonalny i pełen refleksyjnego tonu wokal Rojka. Zdążyłem się już także przekonać się do gościnnego wsparcia Podsiadły, który dorzuca trochę pogody ducha w połowie albumu, ale to wspólny utwór z Kortezem "Nauka tęsknoty" otulony aranżacją Zbigniewa Preisnera najbardziej podbija melodramatyczną stawkę tego albumu. Nie ma tu zresztą właściwie słabej kompozycji, choć taką osobistą perełką jest też dla mnie utwór "W dziale na S", w którym tekst dopisywał syn Rojka, Franek, a w harmonijnych chórkach w drugiej połowie śpiewają... dziewczyny z Lor! Co za miła niespodzianka! I pewnie tych ukrytych kolaboracji jest tu więcej, niemniej na pierwszym planie pozostają ujmujące i dotykające dna serca opowieści Artura Rojka.
         
        Doświadczony artysta po raz kolejny przypomniał nam, że kiedy śpiewa własnym głosem i własnymi słowami, potrafi emocjonalnie docierać naprawdę głęboko.




        MISIA FURTAK – "OTUCHY"



        Misia Furtak na albumie "Otuchy" porzuca polityczno-społeczne refleksje i obserwacje zewnętrznego świata, które zdominowały jej ostatni materiał "Wybory" na rzecz zagłębiania się we własną intymność, tożsamość, towarzyszące jej lęki, ograniczenia. A przy tym to także płyta o tym, że łatwiej przejść przez trudne chwile, kiedy nie musimy stawiać im czoła sami. 

        Misia w wywiadach mówi o "Otuchach" jako o pewnej kontynuacji myśli, która pojawiła się w niej podczas pandemii – potrzebie bycia razem w czymś trudnym, dzielenia ciężaru i wzajemnego dodawania sobie siły. I chyba właśnie dlatego ten album tak przyjemnie otula. Nie odrzuca smutku, ale kolejnymi piosenkami potrafi podnosić na duchu.

        A wszystko to dostaje bardzo interesującą muzyczną oprawę. Misia wraca tutaj momentami do bardziej gitarowego, alternatywnego oblicza, które pamiętam jeszcze z czasów Très.b (świetny koncert na Coke Live Music w 2013 roku), ale jednocześnie nie zamyka się w jednej formule. "Otuchy" potrafią być ciche, eteryczne i kruche, by chwilę później zaskoczyć drapieżnością. Szczególnie porywa rockowy gniew w "Gdzie mój rytm?", ale są też delikatniejsze momenty, jest trochę popowej wrażliwości i sporo przestrzeni. Eklektyzm tej płyty jest zresztą jednym z jej największych atutów.

        Bardzo ważną postacią w budowaniu tego brzmienia był Michał Drozd – obecny partner Misi, ale przede wszystkim jej muzyczny współtowarzysz procesu pisania i produkowania tego albumu, stając się jego niejako drugim filarem. To wspólne dzielenie emocji, doświadczeń, wrażliwości, przekładające się na ostateczną formę "Otuch", doskonale obrazuje subtelnie podsuwane morały tej płyty. 

        Nie brakuje zresztą tu kolejnych bliskich spotkań z innymi artystami. Daria ze Śląska wspaniale wkomponowała się w wyborny utwór "Przed siebie", Katarzyna Nosowska swoim głosem wzmacnia "Nie bój się", sam Fink pomógł domknąć ostateczny kształt singla "Czuję", a utalentowane pianistki Hania Derej i Yana Couto zostawiają w kilku piosenkach własne ślady, jak niegdyś Hania Rani na płycie "Co przyjdzie?". Dzięki tym współpracom ten album nabiera też takiego inspirującego wymiaru międzyludzkiego. 
         
        "Otuchy" to nie jest płyta, która daje proste odpowiedzi na nieustannie napotykane przeszkody i przeżywane trudy, ale sprawia, że otula swym emocjonalnym, lirycznym i dźwiękowym wymiarem, dzięki czemu przez chwilę czujemy się z tymi życiowymi ciężarami trochę mniej samotni. Po prostu – dodaje otuchy! 
         



        BEABADOOBEE – "PYLON"




        Dwa lata temu na swoim trzecim albumie Beabadoobee wyniosła charakterystyczne połączenie przesłodzonego dream-popu, gitarowego przybrudzenia i emocjonalnej introspekcji na dojrzały poziom. "This Is How Tomorrow Moves" zachwycało mnie wówczas subtelnością, kruchymi melodiami i wysmakowanym, niemal krystalicznie błogim brzmieniem, ale Beatrice Kristi od początku kariery pod tą pozorną delikatnością ukrywała również rockowy pazur. Na "Pylon" w końcu kilka razy nim mnie drasnęła.

        Czwarty album Beabadoobee jest bowiem materiałem bardziej rozbuchanym, przestrzennym i pełnym kontrastów. Słodkie, charakterystyczne dla niej wokale spotykają się tutaj z gitarami, które potrafią być zarówno melodyjne, jak i zdecydowanie bardziej zgrzytliwe, nerwowe czy wręcz chaotyczne. 

        W tej całej gitarowej zawierusze nie ginie jednak emocjonalny rdzeń twórczości Beabadoobee. Choćby w świetnym "Memories" zanurza się w nostalgii i tęsknocie za chwilami, które bezpowrotnie minęły, a ciepło kompozycji sprawia, że ten smutek staje się jeszcze bardziej dotkliwy. Beatrice nie musi przy tym wyciskać z każdej nuty całego emocjonalnego ciężaru – jej głos sam potrafi przekazać wystarczająco dużo. To właśnie ta umiejętność zachowania intymności nawet wtedy, gdy muzyka zaczyna rosnąć do większych rozmiarów, jest jednym z największych atutów tego albumu.

        Beabadoobee nie stroniła od kolaboracji z całkiem imponującymi nazwiskami. Matty Healy i George Daniel ponownie ją wsparli i wspomogli produkcję kawałka "Write Me A Letter", Hayley Williams dołączyła w "Nothing To Prove", a Brendan Yates z Turnstile dołożył swoją ekspresję wokalną w "Powerlines". Nie przyćmiewają jednak głównej bohaterki. Beabadoobee brzmi jak artystka coraz pewniejsza własnych możliwości i coraz chętniej eksperymentująca z formą – raz wybiera słodycz, raz hałas, innym razem próbuje po prostu sprawdzić, jak daleko może rozciągnąć własną melodyjność.

        A kiedy na finał pojawia się "Satellite" (w wokalnym tle pojawia się Chino Moreno z Deftones), Beabadoobee pokazuje, że jej muzyka może osiągać wstrząsający, katartyczny poziom, nie tracąc przy tym tej charakterystycznej emocjonalnej bliskości. I właśnie w tym według mnie  tkwi największa siła "Pylon". To album większy, głośniejszy i bardziej rozedrgany, ale pod kolejnymi warstwami gitar i produkcyjnych eksperymentów wciąż odnajdujemy tę samą Beabadoobee, której melodie potrafią subtelnie chwycić za serducho. Czy jednak na tyle przełomowy, by twórczość filipińsko-brytyjskiej artystki wkradła się w świadomość bardziej masowego odbiorcy muzyki? To chyba jeszcze nie ten moment, ale kariera tej artystki zmierza w słuszną stronę, by kiedyś ten cel osiągnąć. 



         

        OYSTERBOY – "ESKAPIZM"


         
        Po domknięciu rozdziału związanego z macierzystym zespołem Terrific Sunday w formie albumu "Wzloty bez upadków" (znakomitym, ale niestety niedocenionym) w 2024 roku, Piotr Kołodyński w pełni poświęcił się swojemu solowemu projektowi Oysterboy i powrócił z drugim albumem "Eskapizm", który wybrzmiewa jako naturalne rozwinięcie świata gitarowej nostalgii z "Ody do letnich dni" sprzed trzech lat, ale też odsłania nam nowe oblicze tego artysty.  
         
        Na "Eskapizmie" Piotr odrzuca zawiłe metaforyczne zasłony i stawia na bezpośrednią szczerość. To płyta o samotności, dorastaniu, relacjach, samoakceptacji i wychodzeniu z trudniejszych momentów, ale opowiedziana już z perspektywy człowieka, który pozostawił za sobą ciemne chmury i coraz śmielej spogląda w stronę promieni słonecznych. Ten liryczny ton (wspierany przez znakomite pióro Kathii) albumu zwiastował kapitalny singiel "Kiedyś Mi Przejdzie" – swoisty manifest odzyskiwania życiowego optymizmu, który zastąpił mrok w życiu Piotra. Choć ten drugi oczywiście wciąż retrospektywnie się przewija w rozmarzonych opowieściach Oysterboya, ale stanowi tylko za pewne punkty odniesienia.   
         
        Oysterboy tę pozytywną energię przemyca też w pociągającej warstwie muzycznej. Gitary, syntezatory, subtelna elektronika i niebanalnie nowoczesna produkcja splatają się w charakterystyczny dla niego wymiar indie popu, alternatywy i bedroom popu. Pojawiają się momenty bardzo intymne i delikatne, ale dominują te bardziej skoczne, zawiłe, pędzące do przodu, z chwytliwymi refrenami, które aż proszą się o koncertowe doznania. 
         
        "Eskapizm" to zatem album o ucieczce, która nie stała się kapitulacją. Bardziej o szukaniu schronienia, ale nie przed życiem – tylko w tym, co pozwala nam to życie kreatywniej przeżywać. W muzyce, sztuce, miłości, nostalgii, wyobraźni. W prostych historiach, z którymi łatwo się utożsamiać. Tych na tym drugim dziele Oysterboya nie brakuje i są podane w pięknie wyrafinowanych indie melodiach. Wystarczy tylko się w tym materiale zanurzyć, do czego zachęcam!  
         



        GURRIERS – "NOBODY'S COMING TO SAVE YOU" 


         
        To wprost niebywałe, że gitarowe tętno nieustannie od kilku lat bije najmocniej w Irlandii i zespoły z tego regionu dostarczają nam regularnie ekscytujące i emocjonalnie szczere post-punkowe i alt-rockowe dzieła. Drugim album "Nobody's Coming To Save You" dublińskiego Gurrieres jest tego kolejnym przykładem. 
         
        Zespół mam na uwadze od czasu ogłoszenia ich na OFF Festivalu w 2023 roku. Wówczas jednak zamiast nich, wybrałem koncert The Staples Jr. Singers, ale nie byłem głuchy na opinie, które wskazywały, że Gurriers zagrali jeden z najlepszych gitarowych koncertów tamtej edycji. Rok później jednak nie straciłem głowy dla ich debiutanckiego albumu "Come And See". Dopiero single zapowiadające ich drugą płytę zaczęły mocniej oddziaływać na moją wyobraźnię, tkwiącym w nich potencjałem do wywoływania koncertowych mosh-pitów. I cały materiał okazał się postpunkowym materiałem wybuchowym o nokautującej sile rażenia! 
         
        Irlandczycy podwoili poziom gitarowej intensywności, nie wzbraniając się przy tym przed inspirującymi poszukiwaniami: słychać tu choćby echa zgrzytliwego industrialu, noise'owych sztormów, shoegaze'owych przestrzeni, punk-rockowej dynamiki. Ich gitarowy chaos dodatkowo napędzany jest strumieniami niepokoju, rozedrgania, emocjonalnego wykrwawiania się, cierpienia – atmosfera jednocześnie dusi, przygniata i fascynuje. A przy tym jeszcze głębiej i odważniej grzebią w polityczno-społecznym zgiełku i mroku, starając się dokopać do resztek traconej w tym współczesnym klimacie nadziei. 
         
        Na całym albumie Gurriers pokazują, że polityczność nie jest dla nich efekciarskim dodatkiem, lecz naturalną potrzebą, a nawet koniecznością, gdyż przenika przez wszystkie aspekty życia, włącznie ze sztuką. Czynią to z imponującą muzyczną siłą – bezkompromisowo, nihilistycznie i z pazurem, ale zamiast pogrążać nas w beznadziei, zmuszają do otwarcia oczu i uważniejszego spojrzenia na otaczający nas świat. Umacniają samych siebie jako jeden z mocniejszych głosów we współczesnym post-punku.



          

        BLONDSHELL – "VIOLINS"



        Debiutancki album Blondshell sprzed trzech lat od razu zwrócił moją uwagę bezpośrednio uderzającym grunge'owym i alt-rockowym brzmieniem rodem z lat 90., ale równie mocno fascynowała mnie emocjonalna bezpośredniość, kryjącej się pod tą przykrywką Sabriny Teitelbaum. Na zeszłorocznym "If You Asked For A Picture" artystka zaczęła poszerzać swój muzyczny język, wpuszczając do niego więcej przestrzeni, melodii i melancholii, jednocześnie nie rezygnując z gitarowego pazura. "Violins" jest kolejnym śmiałym krokiem tej ewolucji i artystycznego dojrzewania.

        Na przestrzeni jedenastu utworów Teitelbaum wciąż potrafi przyłożyć ciężarem gitar, ale równie dobrze czuje się w bardziej czułych, intymnych momentach. Jej muzyka nadal oscyluje więc między brudem alternatywnego rocka a kruchością osobistej opowieści, a przemyślany, poetycki liryzm spotyka się tu z produkcją większą i odważniejszą. To wciąż Blondshell, którą polubiłem za emocjonalną szczerość, ale wyraźnie pewniejsza siebie i coraz lepiej świadoma tego, jak wykorzystać cały wachlarz drzemiących w niej możliwości. Zdecydowanie takich rockowych bohaterek ten świat potrzebuje! 


        ➖ ➖ ➖ 
         

        DEBIUTY


        KEO – "PUT A SMILE ON FOR ME"



        Brytyjski rockowy zespół Keo zwrócił w ostatnich miesiącach moją uwagę rosnącą pozycją na festiwalowych plakatach oraz docierającymi pozytywnymi relacjami z ich koncertów. Debiutancki album "Put A Smile On For Me" to zaś z ich strony krok w stronę chyba zacznie czegoś większego. 
         
        To surowe, głośne, emocjonalne, nieokrzesane dzieło londyńskiej formacji powinno dotrzeć i zachwycić masowych odbiorców gitarowej sztuki, gdyż odbijają się tu echa świetności grunge'u i alternatywnego rocka z lat 90. pod patronatem Nirvany, Pearl Jamu, czy też choćby Alice In Chains. A zarazem chłopcy nie ograniczają się od odkurzania płyt z tamtej gitarowej ery, tylko przekształcają te inspiracje w rockowy strumień autentycznej pasji i emocjonalności. Jest w ich muzyce coś niepokojącego i niejednoznacznego, sporo otwartych gitarowych przestrzeni, zawieszonych akordów i ciekawie wijących się melodii. A nad tym wszystkim góruje Finn Keogh z wokalem, którego nie próbuje się na siłę wygładzać – zachrypniętym, pękającym, czasem niemal bolesnym. Dzięki temu "Put A Smile On For Me" ma w sobie tę cudowną niedoskonałość, która sprawia, że nie mam poczucia obcowania z kolejną wypolerowaną rockową płytą. 
         
        I choć początek albumu potrafi naprawdę przyłożyć – "Be Happy" i "That's Me" mają w sobie ten rodzaj koncertowej energii, który aż prosi się o tłum wykrzykujący każde słowo – najciekawiej robi się wtedy, gdy Keo, zamiast dokładać kolejne warstwy hałasu, pozwala swoim piosenkom oddychać. "Best I Can Do", "Black Dress" i "Blue Song" otwierają drugą, znacznie bardziej melancholijną twarz zespołu. Pojawia się więcej mroku, gitarowego smutku i emocjonalnego ciężaru, a Keogh zamiast być klasycznym rockowym frontmanem staje się kimś znacznie bardziej bezbronnym. Szczególnie "Fly" pokazuje, jak pięknie ich surowość może spotkać się z ogromną melodyjnością. To właśnie w tych mniej oczywistych momentach Keo najbardziej wymykają się szufladkom i pokazują, że pod całą gitarową nostalgiczną furią kryją znacznie więcej pomysłów i wrażliwości. Jest tu miłość, toksyczność, samotność, żal, poczucie zagubienia i próby rozprawienia się z własnymi demonami. Czasem te emocje przybierają formę rockowych hymnów, czasami są to tylko dramaturgiczne szepty. 
         
        To gitarowy debiut z gatunku właściwie niemal idealnych: wykonuje ukłon w stronę nostalgicznej przeszłości, ale kipi w nim przede wszystkim młodzieńcza energia, wybrzmiewa koncertowa bezczelność i wypływa z niego bardzo współczesna, szczera emocjonalność. No i Keo mają przede wszystkim Finna Keogha – urodzonego lidera z przekonującym wokalem. To, co wcześniej buzowało pod scenami Wielkiej Brytanii, przekształciło się teraz potężną formę albumową, która być może wkrótce rozleje się na cały świat. Jest na to potencjał.   
         



        WASIA PROJECT – "NOCTURNE"



        Utalentowany i czarujący duet rodzeństwa Williama Gao i Olivii Hardy dwa lata temu chwycił mnie za serce pięknymi indiepopowymi kompozycjami doprawionymi szczyptą jazzowej wrażliwości na swojej drugiej EP-ce "Isotope", a teraz wreszcie zadebiutowali pełnoprawnym albumem, który rozwija ich artystyczną wizję oraz gruntuje pozycję Wasia Project jako jednego z najbardziej ekscytujących młodych muzycznych projektów.    
         
        Na "Nocturne" Wasia Project biorą swoje klasyczne wykształcenie, fortepian, skrzypce i zamiłowanie do pięknych melodii, dorzucają do tego puls berlińskich klubów, oniryczną elektronikę i popową przebojowość, a następnie wrzucają wszystko w jeden strumień muzycznego doznania. Pierwszymi dynamicznymi utworami "2515" i "Vogue" rozświetlają parkiet, ale pod tą taneczną powierzchnią cały czas czai się coś niepokojącego, melancholijnego i bardzo emocjonalnego – słychać to choćby w następującym po tym spektakularnym początku, rozmarzonym, przestrzennym niczym ocean "Whale Call", w którym syreni śpiew Olivii wprawia w absolutny zachwyt. Taneczny puls jednak za chwilę powraca w "Bleeding Gold", który ma w sobie tę przebojową popową esencją, która skutecznie prowokuje do podśpiewywania melodii. Ale już "Voices In My Head" znów duet rozpościera przed nami delikatną, niemal ambientową przestrzeń, którą wypełnia poruszający wokal Hardy, prowadzący do filmowego crescenda. To właśnie te obecne kontrasty są największą siłą tej płyty. Dzięki fundamentalnie aksamitnej i wypolerowanej produkcji przenikają one jednak przez siebie bardzo płynnie. Wasia Project rozwijają każdy utwór w sposób magiczny, umiejętnie budując napięcie, przechodząc zwiewnie od klubowych beatów do melancholijnych partii smyczków i pianina oraz tworząc oddychające przestrzenie, który wynoszą oszałamiający głos Olivii (wspierany czasami przez Williama) na ponadziemski poziom. 
         
        "Nocturne" to pięknie przemyślana, płynąca jak nocny sen opowieść – od pulsującej energii wyjścia z domu, ku stopniowemu wyciszaniu się i zanurzaniu w stonowanych, kojących emocjach i kołysankowych melodiach ("Moon Goddes", "Stay", "Nightingale"). I gdy po ostatnich dźwiękach "Wildfire", kompozycji stanowiącej dla mnie kwintesencję różnych obliczy tego dzieła, ta nocna wędrówka cichnie, a emocje opadają – w sercu pozostaje głęboka satysfakcja z tej podróży, w którą zabrali mnie Wasia Project tym przepięknym, wysmakowanym debiutem. 
         

        ➖ ➖ ➖ 

        EP-KI / MINIALBUMY

         

        MATT BERNINGER – "TYPE IT UP"



        Matt Berninger postanowił do zeszłorocznej solowej płyty "Get Skunk" dopisać zacne postscriptum w postaci EP-ki, która wprost wyłoniła się z energii towarzyszącej mu podczas trasy koncertowej. 
         
        "Type It Up" otwiera nadzwyczajnie energiczny, jak na dotychczasowe solowe dokonania Matta, singiel "Martini Me Fatso", który wybrzmiał iście porywająco podczas tegorocznego Open'era. Gitarową werwę utrzymuje "Ask of Water", ale wkrada się w ten utwór już zdecydowanie więcej urzekającej, nationalowskiej melancholii. Ta zaś w pełni dominuje w stonowanej, tytułowej kompozycji, ale jej aranżacja niespecjalnie ujmuje. Materiał uzupełniają covery: przekonująca, dynamiczna wersja "Blue Monday" New Order i nieco mniej ekscytująca interpretacja "Who Loves the Sun" The Velvet Underground z gościnnym wsparciem Rosanne Cash. 
         
        Mimo że poziom EP-ki nie jest do końca wyrównany, stanowi ona bardzo solidne uzupełnienie dyskografii Matta Berningera i potwierdza, że artysta wciąż znajduje się w twórczo bardzo dobrej formie.
         
         


        OLY. – "INCREDIBLY SOFT SPOONS"

         


        Nieco ponad dekadę temu na polskiej scenie muzycznej pojawiało się sporo ujmujących indie-folkowych dzieł opieranych na kameralnej formie przekazywania emocji i angielskim języku. Między innymi debiuty Lor, Fismolla, Kari, Lilly Hates Roses, Peter J. Bircha, początki projektu Sonia Pisze Piosenki... Różnie losy tych artystów dalej się toczyły. Porzucany był stopniowo szekspirowski język, jedni skręcili w bardziej folk-popowe rejony (sami wiecie kto), inni z czasem ograniczyli swą aktywność, a i niektórzy zakończyli historie swoich projektów. 
         
        Do grona tamtych artystów i albumów zaliczyć należy też Oly. z daughterowskim albumem "Home" z 2015 roku, choć szczerze nie zagłębiałem się wówczas w jej dokonania. Dziś odkrywam, że  w 2018 roku również próbowała nieco zmienić bieg swojej kariery za sprawą bardziej różnorodnego stylistycznie i językowo albumu "Rzeczy których nie mówię kiedy jestem dorosła", a swoje muzyczne poszukiwania kontynuowała cztery lata później na EP-ce "sentimental.wav". W ostatnich latach jednak ukrywająca się pod tym pseudonimem Aleksandra Komsta zamilkła, a nawet rozważała całkowite porzucenie muzycznej pasji. Na całe szczęście znalazła w życiu impuls, by powrócić do wyrażania emocji za pomocą dźwięków i przede wszystkim sięgnąć do swoich songwriterskich korzeni, dzieląc się z nami skromną, ale przepiękną EP-ką "Incredibly Soft Spoons", nad produkcją którą czuwał doskonale czujący taki osobisty folk Kamil Durski (wszak współtworzył Lilly Hates Roses). 
         
        Minimalistyczne, stonowane, ze surowymi aranżacjami opartymi na melodiach gitary akustycznej bądź przestrzennym brzmieniu elektryka, pozbawione perkusyjnego rytmu i wszelkich zbędnych dodatków, kojące wokalem – to wydawnictwo brzmi zarazem nostalgicznie, ale i odświeżająco, bo w ostatnim czasie na naszym muzycznym podwórku takiego bezpośredniego singer-songwriterskiego kreowania szczerych emocji po prostu szalenie brakowało. Za to bardzo doceniam ten powrót Oly. 
         
          
          ➖ ➖ ➖ 

        DODATKOWE WYRÓŻNIENIA


        Pozostałe interesujące wydawnictwa w telegraficznym skrócie: 
         
        Dla pragnących solidnych alt-rockowych uniesień: FREAK SLUG – "AMULET".
         
        Dla poszukujących totalnie jesieniarskiego albumu: BECK – "RIDE LONSOME".  
         
        Dla złaknionych urzekającego indie popu: SOFT LOFT – "THROW A DICE"
         
        Dla wyczekujących porywającego afrobeatowego jazzu: EZRA COLLECTIVE – "HERE BECAUSE OF HOPE".
         
        Dla poszukujących ciepłego, romantycznego, filmowego indie folku: ANGUS & JULIA STONE – "KARAOKE BAR".
         
        Dla fanów dopracowanego, ujmującego folk-indie-popu i balsamicznego żeńskiego wokalu: MATILDA MANN – "KISMET".
         
        Dla wypatrujących podróży w stronę Dzikiego Zachodu: ORVILLE PECK – "MULE". 

          ➖ ➖ ➖ 

        SINGLE

         

        PHOEBE BRIDGERS – "ON VIDEO"

        Fenomenalna kompozycja Phoebe Bridgers, która zdobi ścieżkę dźwiękową filmu "Primetime", w którym to zresztą zalicza swój aktorski debiut! 
         
         


        CHVRCHES – "ROSES"

        Chvrches powracają w imponującym, mrocznym, antypolitycznym stylu! Któż by wszakże spodziewał się rapującej Lauren? 




        THE WAR ON DRUGS – "WHO'S THAT"

        Miód dla uszu!




        EX:RE – "RADIO STATION"

        Wokalistka Daughter Elena Tonra zapowiedziała swój drugi solowy album "Save As", który ukaże się 30 października! Szykuje się dawka intensywnie nastrojowych melodii! 




        FONTAINES D.C. – "TONGUE"


        Kolejny masywny singiel mych ulubionych Irlandczyków! 
         



        KUBA FOLWARCZNY – "NIE POWIESZ NIC?"

        Przyszłość polskiego rocka! 




        PILLOW QUEENS – "KISS KISS"

        Słabość do dziewczyn z Pillow Queens nie ustaje! 




        ROSE GRAY – "BLINK TWICE"

        Banger!




        LAMBRINI GIRLS – "BANG BANG BANG"

        Wystrzałowa zapowiedź drugiego albumu "No Refunds". Premiera 15 stycznia! 




        HOLLY HUMBERSTONE – "TOO CUTE TO BE LONELY"

        Urocza zapowiedź wersji deluxe albumu "Cruel World".
         



        YANA – "BREATHS"

        Kojąco!




        HEIDI CURTIS – "SUMMON"

        Dziewczyna z rockową jakością i drapieżnością – warto obserwować! 




        REMI WOLF – "I WON'T CRY"

        Kolejny perfekcyjny singiel! A album "Mud" już 9 października!


           

        U2 – "SILENCIO"

        Nadzwyczajnie udany i porywający singiel U2, który zapowiada ich szesnasty album "Carnaval De Luz". Premiera 13 listopada! 


        ➖ ➖ ➖

        WYDARZENIA MIESIĄCA



        RELACJE KONCERTOWE


        Na blogu pojawiła się obszerna relacja z:
           
          OGŁOSZENIA KONCERTOWE
           
          Wybrane festiwalowe newsy:
           
          Open'er Festival: Sombr, Raye, The Neighbourhood, Patti Smith, The Chemical Brothers, Adéla, Underscores, 5 Seconds of Summer, Ellie Goulding.

          Mystic Festival: Faith No More!
           
          Primavera Sound:
           
           

           
          Wybrane pozostałe ogłoszenia:

          Lizzie McAlpine, Klub Stodoła, Warszawa, 15.03.2027
           
          Florence Road, Hydrozagadka, Warszawa, 05.05.2027 
            
          Archive, Archive, ICE Kraków, 07.10.2027 / A2 – Centrum Koncertowe, Wrocław, 08.10.2027 / Klub Stodoła, Warszawa, 09.10.2027 / Poznań Congress Center, Poznań, 12.10.2027 / Stary Maneż, Gdańsk, 13.10.2027
            
          ➖ ➖ ➖ 

          PLAYLISTA MIESIĄCA

           
          I oczywiście na koniec zapraszam Was do przejrzenia i przesłuchania mojej tradycyjnej playlisty, którą na bieżąco uzupełniałem przez cały miesiąc! Przypominam, że w pierwszej kolejności wyszczególniam albumy i EP-ki (maksymalnie 5 utworów z poszczególnych pozycji), a w dalszej kolejności prezentuję single, w tym te, które nie załapały się w moich powyższych wyróżnieniach, a które również są warte sprawdzenia! Wybory oczywiście skrajnie subiektywne!
           
           


          Sylwester Zarębski
          Podróże Muzyczne 
          08.10.2026


          Polecane

          Brak komentarzy:

          Obsługiwane przez usługę Blogger.