Coachella 2016 okiem PM - dzień trzeci

/
0 Comments


Dla mnie to najsłabszy dzień tegorocznej Coachelli, ale parę zespołów z ciekawości podejrzałem. 

Zaczynamy od The 1975. Fanem nie jestem, ale odsłuchałem ich ostatni album. I muszę przyznać, że całkiem niezła koncepcja i jeśli wyrzucimy z głowy, że to typowy zespół gitarowy, może się podobać. A na żywo? Ech, nie mogłem patrzeć na wokalistę. Muzycznie całkiem nieźle, ale wizerunkowo blado w moich oczach. Baardzo mieszane uczucia. Na Open'erze zapewne ominę ten występ. 

Najbardziej byłem ciekaw występu zespołu Edward Sharpe and the Magnetic Zeros. Tutaj też, mimo szerokiego składu, na pierwszy plan wysuwał się lider zespołu - Alex Ebert. Scena należała do niego, często również schodził do publiczności, dyrygował całym zespołem. Początkowo miałem mieszane uczucia, czegoś mi brakowało. Z czasem jednak koncert nabierał kolorytu. Momentami było naprawdę nieźle, publiczność bawiła się dobrze. Punktem kulminacyjnym był ich największy hit - "Home". Publiczność chóralnie i głośno śpiewała, był klimat. W trakcie wykonywania tego utworu, Alex zszedł do publiki i poprosił dwójkę uczestników, by opowiedzieli krótką historię związaną z Coachellą. Trafił na gościa, który 10 lat wcześniej z nim rozmawiał na temat muzyki i wgl. Moment zupełnie nie planowany - wyszło magicznie. Ale do całości mam ponownie mieszane uczucia i jakiś niedosyt.


Major Lazor - jedna wielka impreza, zarówno na scenie jak i wśród publiki. Na końcu pojawiła się MO, by oczywiście odśpiewać przebojowe "Lean On". 

Sia - przeglądałem tylko krótkie fragmenty. Gdy inne zespoły stawiały głównie na wielkie produkcje, tutaj mieliśmy do czynienia z minimalizmem. Sia przez cały czas śpiewała w jednej pozie na podeście. Jej głowa niemal w całości zakryta czarno-białą peruką. Istniał właściwie tylko jej wokal. Oczywiście to nie wszystko, bo głównym elementem show byli tancerze, którzy każdą piosenkę, wręcz teatralnie interpretowali. To oni byli tym elementem, który przykuwał najwięcej uwagi. Krótko: wysmakowane widowisko, które będziemy mogli zobaczyć podczas Kraków Live Festival.


Ostatnim headlinerem był Calvin Harris. Dla mnie to był totalnie nijaki występ. Moja mina przy oglądaniu tego musiała być bezcenna. Majro Lazer sto razy lepiej!  Dlatego też, szybko się przełączyłem na Flume. I tu już było znacznie, znacznie ciekawiej. Wielkim fanem elektroniki nie jestem, ale nie pomylę się jeśli powiem, że Flume robi niesamowitą robotę. Ma talent do tworzenia nie dość, że przebojowych, to niebanalnych elektronicznych dźwięków.

Z ciekawości zobaczyłem też Miike Snowa. I to był fajny koncert. Coraz bardziej podoba mi się ta formacja, którą też zawsze pomijałem. Uderzam się w pierś, będę czujniej obserwował poczynania Snowa ;)




Z retransmisji nadrobiłem The Heavy. Koncert petarda. Istny sceniczny żywioł. Z pewnością kojarzycie ich hit "How You Like Me Now". Ten utwór to esencja tego wszystkiego co oferują live. Jest w tym moc. 




Czekałem też na Meg Myers. Tę dziewczynę już jakiś czas temu też odkryłem poprzez jakiś streaming. Ma bardzo ciekawy zespół, grają taki pop-rock, ale potrafią też odlecieć w lekką psychodelię i alternatywę. Meg zresztą chyba cierpli na lekką nadpobudliwość, ale wygląda i śpiewa (a czasami i zagra na basie) bardzo przyzwoicie.  Jest niebanalnie, warto dać tej dziewczynie szansę.



Bardzo energiczny koncert na głównej scenie dał duet Matt and Kim. Nie znani mi wcześniej, a tu się okazuje, że są całkiem popularni w Ameryce i dają niezłe koncerty! Tylko pozazdrościć energii Kim, grającej na perkusji. Nic wybitnego, ale dali czadu.

Crystal Fighters - co tu dużo mówić, jak zawsze świetny występ!



Wolf Alice - bardzo solidny, rockowy występ. Nie ma do czego się przyczepić, grupa daje radę na żywo. Może brakuje oryginalności, ale poza tym ich muza brzmi dobrze, wręcz podręcznikowo. Tak ja być powinno.  

I tak się kończy ten pierwszy weekend Coachelli, który mogliśmy obserwować przez livestreaming. Fajnie jest tam w tej Kalifornii. Co prawda, trochę to wydarzenie jest festiwalem mody i lansu niż muzyki, co było widać po reakcjach publiki podczas koncertów. No ale, jest to również dla nas świetna okazja do podejrzenia zespołów, które już za chwilę wylądują na naszych festiwalowych scenach :) Ja już cieszę się na myśl zobaczenia LCD Soundsytem, The Last Shadow Puppets, Chvrches, Foals czy M83.  Fani OFF-a z pewnością cieszy fakt, że The Kills w nadzwyczaj dobrej formie. Sia, tak jak powyżej pisałem, zaczaruje głosem i tańcem w Krakowie. Zawiodła trochę Grimes, choć energii scenicznej odmówić jej nie można. Dla mnie najlepszy występ jaki widziałem podczas tych dni to Sufjan Stevens! Nie mogłem oderwać oczu od tego co się dzieje na scenie. Niesamowity koncert. Oczywiście, można narzekać, że nie zagrał spokojnego, folkowego koncertu z piosenkami z ostatniej, genialnej płyty, ale... Jest to gość o tak szerokich horyzontach, że mógł sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa. Tym bardziej, że na tym kalifornijskim festiwalu głównie chodzi o dobrą zabawę. Fragmenty z koncertu Sufjana możecie obejrzeć tutaj.
Poza tym organizatorzy Coachelli zapowiadają, że jeszcze w tym roku chcą zrobić festiwal prawdziwych legend. Na jednym wydarzeniu: Paul McCartney, The Rolling Stones, Rogers Waters, The Who, Bob Dylan, Neil Young! Jeśli naprawdę uda im się to zorganizować... Brakuje słów, nic tylko trzymać za tę inicjatywę kciuki i za ewentualny streaming :D 




 PM




Przeczytaj również

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.