Złote Myśli by Podróże Muzyczne: Lor – pele-mele! [recenzja]

/
0 Comments
Złote Myśli by Podróże Muzyczne: Lor – pele mele! [recenzja]
 

 Złote Myśli by Podróże Muzyczne: Lor – "pele-mele"! [recenzja]

 
 
 
 
 
Mój Drogi Pamiętniczku! 

Wybacz, że na przestrzeni ostatnich lat zapomniałem zapełniać mymi złotymi myślami Twe puste kartki i padłeś ofiarą kurzu w mej szufladzie. Nie wspomnę już nawet kiedy ostatnim razem obdarowałem Ciebie recenzją albumu... Powiadasz, że to był album zespołu Lor "Żony Hollywood" z 2024 roku? No popatrz... To prawda, zdradzam Cię na rzecz redagowania polecajek albumowych w ramach cyklu Aktualnie w Głośnikach na moim autorskim blogu, ale jednakowoż nie zapominam o Twoim istnieniu. Tylko czasu w życiu brak... Ale tak się składa mój Przyjacielu, że uwielbiane przeze mnie krakowskie dziewczyny z zespołu Lor (sam doskonale wiesz, jak bardzo) znów sprowokowały mnie do sięgnięcia po pióro, by opisać me obszerne wrażenia z zapętlonego ich czwartego albumu o tytule – nomen omen – "pele-mele" (z regionu Małopolski – złote myśli), podparte dodatkowo przeżyciami z trzech wspaniałych koncertów-dyskotek we wrocławskich Zaklętych Rewirach, w warszawskiej Stodole i w poznańskiej Tamie w ramach tej nowej pelemelowej ery! Cóż to były za piękne, epickie przygody i kolejne sympatyczne spotkania z dziewczynami i z barwnymi fanami samego zespołu! Gdybyś tylko mógł tam być, Pamiętniczku! Pytasz się, dlaczego nie podzieliłem się bezpośrednio z Tobą relacjami z tych muzycznych podróży? No wybacz mój Drogi, ale przegrywasz z cyfrowym światem... No nie gniewaj się! W ramach zadośćuczynienia Tobie pierwszemu zwierzę się z mych obszerniejszych wrażeń i interpretacji piosenek z albumu "pele-mele"! Deal? 

By odpowiednio nakreślić moje pelemelowe emocje, muszę cofnąć się do premierowej nocy wyjścia na świat tego albumu. Przyznam się przy tym Tobie Pamiętniczku, że rzadko już sięgam po nowe płyty w streamingu tuż po wybiciu północy w te muzyczne piątki. Mój pesel buntuje się przeciwko przejawom takiego szaleństwa i zaburzaniu regularnego snu, ale dla dziewczyn z Lor uczyniłem wyjątek. Zresztą i tak trudno mi było wówczas zasnąć, gdyż trzymała mnie adrenalina po rewelacyjnym występie w Toruniu innego krakowskiego zespołu – Cheap Tobacco! To jednak inna historia mój Pamiętniczku... Niemniej niesiony tymi pokoncertowymi emocjami zmieszanymi z ekscytacją związaną z niecierpliwym wyczekiwaniem tego nowego dzieła dziewczyn, które wspieram już całym sobą od dziesięciu lat, słuchałem kolekcji tych jedenastu utworów z rozpierającą od środka energią, siedząc dosłownie na krawędzi krzesła! Folk-popowa, dopracowana, niebanalna, barwna produkcja tego materiału, natchniona klimatem popkultury późnych lat 2000., sprawiła, że początkowo zatraciłem się w nostalgicznej, młodzieńczej euforii i beztroskiej radości. Byłem wręcz rozanielony kolejnymi rozkosznymi melodiami, a pulsujące rytmy kilkukrotnie zachęcały do tanecznego podrygiwania nóżką. 
 
Co więcej, mój Pamiętniczku, przy oryginalnych "refrenach" utrzymanego w klimacie twórczości Abby "co-star" aż zanosiłem się śmiechem i wprost nie mogłem uwierzyć, co te dziewczyny najlepszego nawyrabiały! Tylko one mogły zdobyć się na taką formę dekonstrukcji struktury piosenki i jeszcze się z tego wybronić! Ten zabieg z szyderczą telefoniczną wypowiedzią Jagody w stronę byłego partnera, który nie zasłużył na refren ("Słuchaj, to jest piosenka o Tobie / Tu mógł być refren i miał być, ale szkoda nam czasu") – niebywale jadowity i uszczypliwy! Zresztą zwrotki również zawierają kąśliwe wersy... Oj, ktoś tu bardzo sobie nagrabił w życiu! Rozbrajający feeling tej piosenki w finale podgrzewa jeszcze stadionowe, chóralnie wyśpiewane "La la la la", które wyśmienicie się sprawdza na koncertach! Dziewczyny wprost stworzyły swoje coldplayowskie "Ooo ooo ooo" z "Viva La Vida". I choć wypływa z tego albumu właśnie taka niemal wszechobecna przebojowość, to nie sposób jednak ostatecznie tego dzieła określić mianem poptymistycznego...  
 

Wyczuwasz w poprzednim akapicie drugie dno, Pamiętniczku? Ano masz rację! Kolorowa okładka, wewnętrzna euforia i miodne dla uszu wielowarstwowe aranżacje w pierwszym kontakcie odciągnęły moją uwagę od warstwy lirycznej, ale gdy tylko ta przy kolejnych odsłuchach zapukała już do wrót mojego serca i otworzyłem je na oścież... No właśnie! Otwierająca ten album piosenka "na oścież" okazała się lirycznie skrytobójczym emocjonalnym sztyletem wbijanym powoli w środek mego serca i nie był to cios gwałtowny, lecz przeciągły, niemal czuły w swej bezlitosności. "Może przejdzie, jeśli trochę odpocznę / Dobrze móc czasami otrzeć się o śmierć". Każde kolejne przeżywanie tej kompozycji jest jak ostrożne przekręcanie ostrza w ranie — niby wiem, co mnie czeka, a jednak pozwalam sobie na to z dziwną, wręcz masochistyczną potrzebą przepracowywania tych emocji raz jeszcze. Konfesyjna liryka o straconych szansach, zaniedbanych relacjach, złamanym sercu, bezowocnym poszukiwaniu nowej miłości i trudach budowania dorosłego życia rozdziera od środka i dusi, nawet długo po tym, gdy wybrzmiewają ostatnie dźwięki... 
 

I tak oto, mój Drogi, ta początkowa euforia zaczęła ustępować miejsca refleksji – cięższej, gęstszej, bardziej lepkiej. Zorientowałem się, że pod tą całą pastelową, błyszczącą powierzchnią "pele-mele" kryje się coś znacznie bardziej złożonego. To nie jest tylko zbiór przebojowych piosenek do nucenia pod prysznicem i tworzenia dyskotekowej aury na koncertach. To pamiętnik – taki jak Ty – tylko że zapisany dźwiękiem i słowem, pełen niedopowiedzeń, tęsknot, rozczarowań i prób poukładania siebie na nowo.

Bo widzisz, Pamiętniczku, Paulina Sumera potrafi z niezwykłą precyzją ubrać w słowa to, co wielu z nas czuje, lecz nie zawsze umie nazwać. Przykład? W kompozycji "twój tata nie płakał" pobrzmiewa echo niewypowiedzianych emocji całych pokoleń mężczyzn  – tych, którym kazano tłumić łzy i udawać, że wszystko jest w porządku. Ależ ten utwór grzebie w stereotypach, męskiej toksyczności i skomplikowanych relacjach na linii ojciec-syn. Ciężar tych emocji podbija gościnna obecność szorstkiego i ekspresyjnego wokalu Patryka Pietrzaka. Zresztą ta piosenka była inspirowana życiowymi doświadczeniami tego łódzkiego artysty, który sam dopisał od siebie jedną zwrotkę. Z tej męskiej perspektywy to piosenka, której się nie słucha – ją się przeżywa. Czasem aż nazbyt intensywnie. Byłem tego świadkiem podczas wspominanych już koncertów.   
 

 
Paulinie to w ogóle należą się wszelkie branżowe nagrody za te pelemelowe, poetyckie teksty, które odbierają dech w piersiach, czego doświadczam nieustannie choćby podczas przeżywania poruszającej ballady... "płuca". Pozornie niewinna opowieść o tworzeniu wspólnego domu szybko przemienia się w gorzkie, wręcz dramaturgiczne sceny, gdy padają stwierdzenia: "Lepszą połowę zostawię przy Tobie/ a drugą schowam tu", "I choć wolałbym nie, częściowo składam się z Ciebie". Czyż można lepiej opisać toksycznie zjadającą od środka zależność od drugiego człowieka? Utratę tożsamości, a nawet własnego oddechu... "Jeśli zapytasz mnie dzisiaj, jak się oddycha / wskażę na Twoje płuca". Niezwykle poruszające. A im dalej w tę piosenkę, tym duszniej i bez wyjścia ewakuacyjnego. Papierosowy dym, kaszel, wstyd, unikanie spojrzeń... Zanikanie i wycofywanie się z życia ("Gdy nic nie znaczę, łatwiej nie zostawać kimś") przy wtórze pęczniejącego, niemal katartycznego instrumentalnego zrywu, ale... Czy ten utwór oczyszcza i przynosi ulgę? Nie. On pozostawia w bólu i jest najcięższym oddechem na płycie...  
 
 

Z kolei przebojowe, syntezatorowo-popowe "wszystko jedno, wszystko źle"... Och, tutaj poczułem się aż nieprzyzwoicie doskonale zrozumiany. Ten utwór brzmi jak wewnętrzny monolog kogoś, kto zawsze przygotowuje się na najgorsze, żeby potem – paradoksalnie – mniej bolało. I choć melodia niesie lekkość, to słowa ciągną w dół, gdzieś w znajome rejony niepokoju. "Nastawiam się na deszcz i na niezręczność / że gdzieś się potknę, że gdy zadzwonię, nie odbierzesz". Totalny hymn pesymistów! A Ty Pamiętniczku doskonale wiesz, że szklanka u mnie zawsze do połowy pusta...
 

Natomiast chwytliwe "najgorsze restauracje" z kolei mają w sobie coś rozbrajająco czułego. To opowieść o końcu, który nie jest wybuchem, lecz cichym rozchodzeniem się dróg. Trochę nostalgii, trochę ironii, trochę niedopowiedzeń – jak rozmowa, której nikt nie miał odwagi dokończyć. W konsekwencji?  Wymazywanie siebie z czyjegoś życia ubrane w "uprzejme" gesty ("Żeby Cię nie dręczyły wspólne zdjęcia / Specjalnie staję z boku do wycięcia"). Gorzka konstatacja, iż może w ogóle nie należało się spotkać – że największym aktem miłości byłoby… nigdy się nie poznać, co sugeruje refrenowy wers "Mogłeś zostać sam". Gdzieś jednak kołacze ten skryty ból, iż ta historia mogłaby się potoczyć inaczej, że ta rezygnacja z miłości wcale nie była tak świadoma... 
  

Coldplayowskie, jakby wyjęte z ery "Ghost Stories", "mp3" niesie zaś w sobie potencjał do uzupełnienia tą piosenką playlist pod melancholijne, samotne podróże autobusami/tramwajami, kiedy za oknem przesuwają się rozmyte światła miasta, a w głowie kotłują się myśli, których nie sposób uciszyć. To moment zawieszenia życia pomiędzy jednym a drugim przystankiem. Pomiędzy szukaniem celów w swym życiu. "Jeżdżę smutna, jakbym nie miała jutra". Nałożone słuchawki nie odcinają od zgiełku ulicy, ale właściwie paradoksalnie od samego siebie i wciągają w emocjonalną pustkę. Przyznam się Pamiętniczku, że przy pierwszych odsłuchach ten pelemelowy przystanek wydawał mi się najmniej porywający. Może też z faktu, iż żyjąc bez pośpiechu na wioseczce, rzadko doświadczam takich stanów. Choć z drugiej strony przez me częste podróże muzyczne do dużych miast, te momenty nie są wcale też mi takie obce. Z czasem więc zacząłem doceniać odmienną dynamikę i liryczną optykę tego kawałka od reszty albumu. Tu taneczny vibe ustaje, dyskotekowa kula przygasa, a zostają tylko własne myśli. Zwłaszcza bardziej akustyczna wersja koncertowa obnażyła przede mną wypływający z tej kompozycji cichy smutek i trwanie w zagubieniu. "Ze spojrzenia się w ogóle nie zmieniam, ale wiem, że to nie ja".
 

A "Obcy (1979)"? Pamiętniczku, cóż to za błyskotliwy kawałek! Brawurowa, pełna życia kompozycja, pod którą kryje się coś tak bardzo prawdziwego we współczesnym cyfrowym świecie – lęk przed nawiązywaniem bliższej relacji, przed przekuciem zauroczenia w trwałe uczucie, przed niezrozumieniem, przed odrzuceniem, przed niezręcznością, przed tym, że druga strona i tak nie zapyta. Bolesne zawieszenie między chęcią bycia blisko a nieustannym poczuciem obcości. Odkładanie próby przełamania kontaktu "na jutro" ("to wszystko powiem Ci następnym razem, nie dzisiaj"), które nigdy przecież nie nastąpi... Doskonale Pamiętniczku znasz takie historie z mego życia... I w tej niekończącej się zwłoce rodzi się najgłębszy smutek tej piosenki: że zamiast miłości dostajemy jedynie jej możliwość, cień czegoś, co mogłoby się wydarzyć, gdyby tylko ktoś odważył się zrobić odważniejszy krok.
 

Nawet najbardziej porywające na taneczny parkiet, szturmujące mainstreamowe radia hity "jet lag" i "mario" skrywają pod sobą czułe i melancholijne liryczne uniesienia. 
 
Ten pierwszy skrywa w sobie największe pokłady optymizmu na tej płycie. Może też dlatego, że grooviasty rytm tej piosenki, niczym w "Move Like Jagger", zrodził się producentowi Piotrkowi Madejowi (tak, tak Pamiętniczku, to oczywiście Patrick The Pan) po wypiciu paru kieliszków podczas wesela. Taka to geneza tej piosenki, która brzmi jak lekki, pulsujący zawrót głowy związany z powrotem do domu, ale pod tą warstwą szarpiącego do tańca rytmu kryje się coś znacznie bardziej kruchego. To opowieść o kimś, kto długo błądził bez celu, przemierzał lotniskowe terminale, aż wreszcie znalazł miejsce – a właściwie osobę – do której chce wracać. "Nigdy nigdzie nikt nie czekał na mnie, a Ty tak" – chyba najgłębszy oddech ulgi i szczęścia podczas tych pelemelowych emocji. 
 
 
 
"Mario" wybrzmiewa w kontrze do tych powyższych emocji. Pod warstwą przebojowych popowych nut skryte jest pudełko wypełnione nostalgicznymi wspomnieniami i artefaktami: wełniany koc, sierpniowy Rzym, listopadowy Paryż, samochód mamy, bieganie przed śniadaniem, Mario Kart, niezebrane pranie, stare płyty Myslovitz, potłuczony słoik, arachnofobia... Ta wyliczanka pogłębia wspomnienia o niespełnionej miłości. Wspomnienia, które są uparte i nie chcą odpuścić. Nawet jeśli spalimy to pudełko, to pamięć o tych chwilach i o kimś, kto staje się "nieostrym szkicem" nigdy nie zniknie całkowicie. 
 

Jeszcze raz to podkreślę, Drogi Pamiętniczku: kto jak kto, ale Paulina Sumera to potrafi pisać po prostu piękne teksty! Zresztą dokładnie takim wyrażeniem lirykę z piosenki "jak wtedy" w odpowiedzi na propozycję featu skwitował inny mistrz słowa – Błażej Król! Nie bez przypadku zostawiłem ten utwór na sam koniec mych rozmyśleń, gdyż jest on bardzo szczególny dla mnie. Otóż ten crossover Loru i Króla jest z mej perspektywy ikoniczny i wzruszający, gdyż tak jak krakowski girlsband, tak też Błażej jest od wielu lat w topce mych ulubionych artystów z polskiego podwórka. I z tych połączonych ze sobą artystycznych wrażliwości narodziła się szepcząca nostalgią piosenka, której przeżywanie jest jak przeglądanie starych zdjęć – takich, przy których nie do końca wiadomo, czy bardziej się uśmiechać, czy jednak tęsknić. A splecione ze sobą w refrenie wokale Jagody i Błażeja brzmią tak niezwykle harmonijnie, jakby były wprost od zawsze stworzone dla siebie! Jakby dwie historie, dwa światy i dwa sposoby odczuwania nagle znalazły wspólny język. Magia!    
 
 
Co mogę więcej napisać, Pamiętniczku? Tobie pierwszemu zdradzę, że "pele-mele" to dla mnie już w tym momencie cudowny w swojej wielowymiarowej koncepcji album roku 2026! Melodie tworzone na pianinie przez Julię Skibę – czarujące i porywające! Wokale Jagody Kudlińskiej – krystaliczne, zjawiskowe, anielskie, balsamiczne! Kluczowe dla utrzymania folkowego uroku w tym bardziej popowym obliczu Loru  partie skrzypiec Julii Błachuty – finezyjne! Teksty Pauliny Sumery – niebywale dojrzałe, ściskające za serce i gardło! Doceniam również drobiazgowo wyszlifowaną produkcję tego albumu, za którą odpowiadali w poszczególnych utworach panowie Jeremiasz Hendzel, Arek Kopera, wspomniany już Piotr Madej i Olek Boroś. Mimo współprac z aż czterema producentami – piosenki z "pele-mele" wybrzmiewają w warstwie instrumentalnej niezwykle spójnie, przyjemnie i chwytliwie, a czujne ucho wyłapie tu sporo fajnych detali i niebanalnych aranżacyjnych rozwiązań. 
 
Najbardziej kluczowy jest jednak ten kontrast między formą a treścią, między taneczną beztroską a melancholijną ucieczką, między ironicznym uśmiechem a maską zmęczenia, między nadzieją a rozczarowaniem, między miłością a samotnością. W tych sprzecznościach ukrytych za filtrem popowej beztroski i wciśniętych między wierszami tkwi największa siła tego albumu. Wymyka się on jednowymiarowości, jak te wszystkie emocje, które próbujemy przez lata w sobie poukładać, a które i tak burzą nasze życie i uderzają nas w najmniej oczekiwanych momentach. Kto jak kto, ale Ty Drogi Pamiętniczku doskonale wiesz, jak życie potrafi być chaotyczne i nieuporządkowane. Takie właśnie, no wiesz... pelemelowe.   
 
I może właśnie dlatego ten album tak bardzo przypomina mi Ciebie, Pamiętniczku. Bo Ty też nigdy nie byłeś jedynie zbiorem pustych zdań. Byłeś i jesteś schronieniem dla wielu niewypowiedzianych głośno słów. "Pele-mele" stało się dla dziewczyn podobną przestrzenią, tyle że zamiast atramentu używają dźwięków, a zamiast zapisanych kartek – uniwersalnych emocji. Zastanawiam się nawet, czy nie jest to najbardziej intymne wydawnictwo w dorobku Loru. Nie dlatego, że jest najcichsze – bo przecież bywa przebojowe aż do poziomu tanecznej euforii – ale dlatego, że odkrywa najbardziej poruszające i nostalgiczne emocjonalne chwile. Tu nie ma miejsca na sztuczne pozy. Nawet gdy pojawia się ironia, czuć, że pod spodem coś drży. I to emocjonalne drżenie ulokowane w poetyckich wersach i przepięknych melodiach zostanie ze mną zdecydowanie na dłużej i będzie pewnie jeszcze nie raz wzbudzało wiele wewnętrznych refleksji. I o to w przeżywaniu muzyki chodzi najbardziej. Nie raz podkreślałem Drogi Pamiętniczku, że nie ma dobrej lub złej muzyki – są tylko emocje, których każdy z nas poszukuje pod własne potrzeby. A dziewczyny z Loru od dekady dokładnie wiedzą, czego moja dusza pragnie i potrzebuje. Jestem totalnie Jagodzie, Paulinie i obu Juliom za to wdzięczny! Nie będę ukrywał – kocham Lor!   

Jestem również pełen wdzięczności za ten wysłany pelemelowy impuls, który sprawił, że powróciłem do Ciebie, Pamiętniczku. Obiecuję, że nie każę Ci już tak długo czekać na kolejne zapiski. Choć… znając życie – pewnie oszukuję sam siebie i Ciebie...
 
Twój kronikarz muzycznych, koncertowych i życiowych emocji, 
Ojciec Podróżnik 
 
 
 
 

 







 
 
 
 
Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne 
06.04.2026 


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.