Podróże Muzyczne relacjonują: Lor w Warszawie, Klub Stodoła, 22.03.2026!

/
0 Comments
 

 Podróże Muzyczne relacjonują: Lor w Warszawie, Klub Stodoła, 22.03.2026!

 
 
Drugi i zarazem największy przystanek na trasie promującej album "pele-mele" kochanego Loru za nami! Warszawski Klub Stodoła po raz drugi w historii wypełnił się rozentuzjazmowanymi fanami krakowskiego zespołu! Zjechaliśmy z różnych części kraju, by świętować premierę czwartego dzieła sympatycznych dziewczyn, niemal po brzegi zapełniając salę koncertową! Co więcej, w kolejce po autografy i zdjęcia stała za mną nawet dziewczyna z zagranicy! Zawsze cieszy mnie też widoczna pod sceną wielopokoleniowość – dla tych najmłodszych trzeba było co prawda nieco nagiąć regulamin klubu, ale o tym ciii…
 
Spora część osób z tego wspaniałego fanbase'u Loru nie zawiodła także pod względem nieoficjalnego dress code'u. Nie brakowało cekinów, brokatu na twarzach, barwnych kostiumów w klimacie dawnych szkolnych dyskotek, a także dumnie prezentowanego merchu. Panowała iście euforyczna atmosfera, niczym w sylwestrowy wieczór! Zresztą już od początku ten koncert zapowiadany był jako wyjątkowa premiera ery "pele-mele", choć dziewczyny ostatecznie zdecydowały się na swoistą rozgrzewkę tydzień wcześniej we Wrocławiu. Jak już wiecie lub się domyślacie – w Zaklętych Rewirach również byłem obecny i przywiozłem stamtąd mnóstwo pozytywnych wrażeń, które opisałem w szczegółowej relacji na blogu.

Biorąc pod uwagę, że pod względem formuły i setlisty warszawski koncert nie różnił się fundamentalnie od tego wrocławskiego, to pozwólcie, że skupię się raczej głównie na wypunktowaniu pewnych zmian, różnic i ciekawostek. Zachęcam zatem do nadrobienia lektury z tamtego wieczoru. Gotowi? To zapraszam do kolejnego akapitu. 

Na początek chciałbym przywołać pewną historię, która mogła umknąć wielu osobom. Otóż koncert Loru w Stodole został w ostatniej chwili symbolicznie zapowiedziany w Radiowej Trójce przez niejakiego największego fana zespołu Sylwestra, który na minutę przejął antenę tej kultowej stacji i chwalił się dwudziestoma pięcioma spotkaniami z krakowskimi dziewczynami. Co za gość! Ekhm... tak, tak – chodzi o mnie. O loruniu, ale to był naprawdę szalony pomysł! 
 
Kilka dni wcześniej gruchnęła informacja, że w tę niedzielę po raz pierwszy od dekady Radiowa Trójka zorganizuje dzień otwarty dla słuchaczy. Przyjrzałem się uważnie atrakcjom i moją uwagę zwróciła szczególnie możliwość współtworzenia audycji "Rezydencja" z Justyną Grabarz. Postanowiłem zatem postarać się wbić w odpowiedni przedział czasowy... O mały włos się nie udało! Kolejka chętnych nieco przerosła me najśmielsze oczekiwania. By w ogóle przejść przez próg budynku przy Myśliwieckiej 357 czekałem ponad godzinę! A gdy już po piętnastej dostałem się do środka zmiękły mi nieco nogi, gdy oprowadzający nas dziennikarz Piotr Łodej rzekł, iż nasza wycieczka może potrwać nawet do dwóch godzin... Na szczęście przemierzanie korytarzy i kolejnych pomieszczeń naszej grupie szło całkiem sprawnie i idealnie zdążyliśmy wejść do studia na żywo w trakcie ostatnich dwudziestu pięciu minut nadawania audycji. Choć – jak przystało na introwertyka – ze śmiałością bywa u mnie różnie, tak gdy tylko pojawiła się jeszcze możliwość zapowiedzi wybranej przez siebie piosenki – zgłosiłem się natychmiastowo. Wybrałem kompozycję "twój tata nie płakał", pozdrowiłem fanów Loru i jeszcze spróbowałem zachęcić słuchaczy do spontanicznego zakupu biletu na koncert w Stodole. Niesamowita przygoda! I naprawdę nie dowierzałem, że ten mój niecny plan wypalił! Jakby tego mało, idealnie udało się przybyć pod klub na pół godziny przed otwarciem bramek. O okupowaniu barierek już nie było mowy, ale pozycja w drugim rzędzie zajęta już na luzie. I wtem zdarzyła się kolejna niespodziewana historia... 

W tłumie wypatrzyła mnie Madzia – menadżerka Loru, którą serdecznie pozdrawiam! – i złożyła propozycję nie do odrzucenia: występ przed kamerą Dzień Dobry TVN! Co tu się...! Ekipa tego programu śniadaniowego tworzyła podczas tego wieczoru reportaż związany z koncertem i fenomenem zespołu Lor. Absolutnie nie zakładałem, że będzie to aż tak medialny dzień w moim wykonaniu! Materiał chyba jeszcze się montuje, więc czekamy na efekty, a jeśli pojawi się w sieci, to z pewnością będę o nim informował i zaktualizuję tę relację.
 

Moje przygody jednak odłóżmy już na bok i skupmy się na właściwych bohaterkach – i bohaterach! – tego wieczoru!  

Jagoda Kudlińska, Julia Skiba, Paulina Sumera i Julia Błachuta zaskoczyły już od momentu wejścia na scenę swoimi nowymi kostiumami. Spodziewałem się że pozostaną przy prezentowanych we Wrocławiu olśniewających cekinowych stylizacjach znanych z teledysku do "jet lag", a tu dziewczyny nieoczekiwanie zachwyciły zjawiskowymi sukniami, których nie powstydziłby się księżniczki z bajek Disneya! Wyglądały bosko! Niemniej przede wszystkim ponownie zachwycały sceniczną formą! Z mojej perspektywy grały zdecydowanie pewniej niż we Wrocławiu. Nie da się ukryć, że tydzień wcześniej dopiero "docierały się" z tym "pele-mele" show i nowymi aranżacjami. Na scenicznych deskach Stodoły tryskały wszechogarniającą i zaraźliwą energią. 
 
Julia Skiba ujarzmiła keyboard Norda, Jagoda częstowała nas krystalicznym wokalem i wręcz fruwała nad sceną z szerokim uśmiechem na twarzy, Julia Błachuta z maestrią dokładała smyczkowe warstwy i solówki, a Paulina Sumera ze skupieniem dzierżyła w dłoniach bas i znakomicie opiekowała się dodatkowym syntezatorem. Można było odnieść wrażenie, że dziewczyny grają koncert życia. 
 
A ten doprawdy był niesamowicie dynamiczny (świetne przejście między wybranymi piosenkami), iście "pod jedną i drugą nóżkę", nawet jeśli pod tą entuzjastyczną folk-popową warstwą kryły się łamiące serce emocje. Nie doskwierały problemy techniczne (a rok temu, na dziesięcioleciu Loru, problematyczne były sprzężenia na wokalu Jagody), nagłośnienie wprawiało atomy mojego ciała w odpowiednie drgania, a barwne oświetlenie w połączeniu z licznymi pomponami zawieszonymi w tle i nad sceną budowało odpowiedni klimat i potęgowało radosny vibe. Perfekcyjnie przygotowane show!
 
 
Przez ten ponad półtoragodzinny koncert dało się wyraźnie odczuć, że dziewczyny z Lor są niesione euforyczną atmosferą spod sceny i żarliwym dopingiem fanów. Już przy pierwszym fragmencie złożonym z piosenek "na oścież", "wszystko jedno, wszystko źle", "jet lag" i "najgorsze restauracje" znajomość tekstów prezentowana przez publiczność była wręcz skandalicznie bezbłędna! Tłum zafalował w tańcu i wypełniał przestrzeń Stodoły chóralnymi śpiewami! Poziom ekstazy rósł przy hitach z albumów "Panny Młode" i "Żony Hollywood"! "Trafalgar Square", "Nikt", "Przedwczoraj", "my, artyści", "fanfiction", "PAM PAM PAM", "niczego nie rozumiem" i wreszcie na bisie przebój nad przebojami "$hrek 2" – te piosenki sprawiały, że Stodoła stawała w płomieniach pęczniejącej ekstazy! Energia tłumu była wręcz kosmiczna! 
 
Nie tylko wsparcie fanów zasługuje jednak na osobną wzmiankę...      
 
Dużo radości sprawił powrót do składu gitarzysty Jacka Długosza! Brzmi to tak, jakby nie było go całe wieki, a właściwie zabrakło go tylko we Wrocławiu, gdzie godnie zastąpiła go Joanna Purzycka. Ten wieczór w Stodole pokazał, jak wspaniale wkomponował się w zespół. Czerpał z tego występu tak ogromną radość, iż poniosło go do zaprezentowania nam... akrobatycznej gwiazdy! I to wykonanej dwukrotnie! Oceny jurorów: 10/10! Ryzykował życiem, ale został nagrodzony takim ferworem braw, iż pewnie będzie mu się to śniło po nocach do końca życia. Ta scena z jego udziałem przeszła już do lorowych legend. Ponadto z ogromnym zapałem grał na gitarach i banjo (którego brakowało we Wrocławiu), fizjoterapeutycznie podpierał plecki Sumery i Błachuty przy swoich śmiałych zeskokach z podestu i wyprawach w głąb sceny, a także dostąpił zaszczytu zaśpiewania ostatnich wersów piosenki "my, artyści"!  
 
 
Energią wtórował mu po drugiej stronie sceny Czort Adam za bębnami! Nie wiem, czym się naraził, ale tym razem został "zamknięty" za przezroczystymi akustycznymi parawanami i był skazany na widok odbijającej się w nich własnej twarzy... Najwyraźniej jednak sprawiało mu to dużo radości, a tradycyjne wybuczenie jego obecności na scenie z naszej strony zadziałało niczym solidny łyk energetyka, gdyż przez cały wieczór Adam trzymał brawurowy taneczny puls i groove. Ale że nikt z publiki nie wyznał tego wieczoru miłości Adamowi? Podejrzane... 
 
To nie byli jedyni męscy bohaterowie tego wieczoru, gdyż show swoją obecnością wzbogacili wspaniali i znani wokaliści – Patryk Pietrzak znany z łódzkiej formacji Ted Nemeth i solowej twórczości oraz Dawid Mędrzak z zespołu Sonbird! 
 
Patryk ubrany w bluzę Loru (polecam swoją drogą – jakościowa, komfortowa i mega przytulna!) wyśpiewał oczywiście swój feat z – grzebiącej w męskiej toksyczności i opowiadającej o trudnych relacjach na linii ojciec-syn – piosenki "twój tata nie płakał". Historie Patryka stanowiły zresztą pewną inspirację dla dziewczyn do napisania tej poruszającej kompozycji, a i on sam dopisał tutaj kluczową, introspektywną zwrotkę. I na scenie totalnie całym sobą zaangażował się w to wykonanie. Jego struny głosowe napinały się niemal do granic odczuwalnego emocjonalnego bólu. No i ta końcówka, gdy żeńska część sali wraz z Jagodą śpiewała wers Nie płaczesz, nie wypada Ci, a panowie wraz Pietrzakiem w odpowiedzi wykrzykiwali Nie płaczę, nie płaczę!. Wow! Do mojej duszy wtargnął emocjonalny buldożer! 
 
 
Skoro na scenie pojawił się Patryk Pietrzak, to po cichu liczyłem, że może usłyszymy również Króla w piosence "jak wtedy", ale niestety – nie tym razem. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło! Wszak crossover pałających do siebie przyjaźnią Dawida Mędrzaka i Loru od lat był przeze mnie wyczekiwany. Wokalista Sonbird – przywitany odgłosami mew (nie wiem, kto był taki uzdolniony, ale jako wielbiciel tego gatunku – szanuję!) – rewelacyjnie poradził sobie z partiami Błażeja, dodając od siebie bardziej rockową ekspresję. Szczególnie w finale tej piosenki popisał się scenicznym doświadczeniem i rock'n'rollową iskrą, gdy skutecznie sprowokował nas do głośniejszego wykrzykiwania tytułowego jak wtedy
 
Świetne, porywające wykonanie!         
 
 
Ten wieczór miał jeszcze jednego bohater... Stefana! Pluszowego wielbiciela Loru! Jego obecność była ikoniczna! Kto był, ten wie! Właściwie obawiam się, że moja sława najbardziej rozpoznawalnego fana talentu dziewczyn jest zagrożona...  
 

Wydarzyła się tylko jedna "wpadka" podczas tego koncertu. Jagoda podczas nieszablonowego pierwszego refrenu "co-star" tak zaabsorbowała się podziękowaniami dla wszystkich, iż przegapiła kluczowy fragment odliczania do startu drugiej zwrotki... Ach! Szkoda! Bo ten moment we Wrocławiu wypadł genialnie, a tutaj w Warszawie był potencjał, by wybrzmieć wręcz oszałamiająco głośno! Ale nadrobiliśmy to później rozradowanym i chóralnym wyśpiewywaniem urokliwiej melodii La la la la la la, przy której zespół wraz z gośćmi żegnał się ze sceną tanecznym krokiem i podniesionymi kartkami ze swoimi imionami. Nie zabrakło oczywiście w repertuarze pozostałych piosenek z "pele-mele": hyżo wybrzmiał "obcy (1979)", efektownie przebojowe "mario", znów rozczuliła bardziej akustyczna aranżacja "mp3" i emocjonalnie zdewastowały balladowe "płuca"! No i oczywiście na finał tego spektakularnego show powrócił potężny hicior "jet lag"! 
 
 
Skalę miłości fanów do Loru obrazowała gigantycznych rozmiarów kolejka do pokoncertowego spotkania z dziewczynami. I ja w tym miejscu serdecznie pozdrawiam wszystkich znajomych Podróżujących oraz nowo poznanych, przemiłych wielbicieli krakowskiego girlsbandu! Kocham pozytywną energię, jaką na każdym koncercie generuje nasz fanbase! Dzięki za wszystkie rozmowy i do zobaczenia na kolejnych koncertach Loru! 
 
Właściwie w momencie publikacji tego tekstu pakuję plecak przed jutrzejszą podróżą do Poznania i koncertem w Tamie! Pewnie będzie trudno przebić wrażenia ze Stodoły i z mojego dwudziestego szóstego spotkania z dziewczynami (kłaniam się jak zawsze nisko!), ale... Kto wie? Wszak koncerty Loru w stolicy Wielkopolski nigdy mnie nie zawodziły!   
 
 
PS Jeszcze jeden istotny fakt! Ze sceny z ust Pauliny Sumery padła deklaracja i zapowiedź, że fani starszego materiału zespołu mogą się spodziewać specjalnego koncertu... Raczej nie w tym roku, ale... Ziarenko nadziei na usłyszenie w niedalekiej przyszłości "Aquariusa" zostało zasiane! 
 


Fotorelacja

 
 
Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne
27.03.2026 


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.