Podróże Muzyczne relacjonują: Florence and the Machine w Tauron Arenie Kraków, 07.03.2026!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Florence And The Machine w Tauron Arenie Kraków, 07.03.2026


Podróże Muzyczne relacjonują: Florence And The Machine w Tauron Arenie Kraków, 07.03.2026!



Koncert Florence and the Machine w Tauron Arenie Kraków był moim ósmym spotkaniem z tym brytyjskim zespołem pod wodzą charyzmatycznej Florence Welch i – zgodnie z oczekiwaniami – spośród wszystkich przeżytych występów, począwszy od 2013 roku na Coke Live Music Festival, był on najbardziej odmienny, teatralny, wiedźmowaty i zanurzony w dramaturgicznych, przejmujących, mrocznych, mistycznych i katartycznych emocjach. Przez lata Florence z koncertowym zespołem przyzwyczaiła mnie i nas wszystkich do koncertów niezwykle euforycznych, unoszących nad ziemią, czarujących, wypełnionych po brzegi czystą magią i baśniowym folklorem. Polski fandom w dodatku swoim zaangażowaniem wznosił te doświadczenia na wyższe poziomy ekstazy. Swego czasu tonęliśmy w brokacie (niezapomniana Łódź w 2015!), a Open'er Festival w 2016 przygotował nawet specjalną strefę do tworzenia wianków. W Tauron Arenie takich akcentów było mniej, ustąpiły one miejsca przede wszystkim czerwieni, symbolizującej ostatni album "Everybody Scream", który powstał na fundamencie traumatycznych wydarzeń z życia artystki, jej bólu straty i otarcia się o śmierć w momencie, gdy była najbliżej stworzenia życia. Publiczność akcentowała ten kolor swoimi – często fantazyjnymi – kostiumami (również postanowiłem się trzymać tego dresscode'u), a także rozświetlaniem hali latarkami przez czerwony filtr za pomocą rozdawanych folijek. Chapeau bas dla polskiego fanklubu za te koncertowe akcje. Z jednej strony czułem wśród publiczności ekstazę, wynikającą z dłuższej niż zwykle przerwy od ostatniego koncertu w Polsce na Orange Warsaw Festival w 2022 roku (nie mówiąc już o tym, że to był dopiero trzeci halowy występ FATM w Polsce), a z drugiej – powagę z faktu świadomości, iż czeka nas spotkanie z artystką, która nieomal zajrzała śmierci prosto w twarz i teraz pragnie nas zabrać w oczyszczającą, rytualną muzyczną podróż.   
 

Jak już wspomniałem, ostatnie lata dla Florence Welch były naznaczone tragicznymi zdarzeniami: ciążą pozamaciczną, poronieniem i związanymi z tymi komplikacjami zdrowotnymi, ostatnimi przed przerwą koncertami na granicy bólu i euforii, operacją ratującą życie, traumą, niepewnością o dalszą karierę... Dokładnie zresztą opowiadała o tych doświadczeniach w szczerym wywiadzie dla The Guardian tuż przed premierą albumu "Everybody Scream". Te wyznania całkowicie zmieniły postrzeganie zawartości tego znakomitego i poruszającego dzieła. Jego dramaturgia miała swoje przełożenie na aurę, przebieg i setlistę  występu w Krakowie. 

Zanim jednak bohaterka wieczoru zaprezentowała nam swój spektakl, do zaświatów wypełnionych nutkami magii wprowadziła nas swoim występem obiecująca brytyjska wokalistka...   
 

Paris Paloma!

 
Podczas poprzednich halowych wizyt w naszym kraju Florence stawiała na dość kontrastujące – choć świetne – z jej muzyką supporty: Palma Violets i Young Fathers. Tym razem otrzymaliśmy muzyczną propozycję, która już nie szokowała, a wręcz z pewnością trafiła na podatny grunt tysiąca serc zgromadzonych w Tauron Arenie i dopełniała niemal idealnie ten wieczór. Paris muskała nasze dusze ładnymi kompozycjami, w których zręcznie łączyła nowoczesny pop z emocjonalnym indie-folkiem, baśniową estetyką, kobiecą narracją i odrobiną mroku. Przyznam się szczerze, że nie zagłębiałem się w jej twórczość wcześniej, choć docierały już do mnie dobre opinie od Podróżujących przyjaciół i od momentu jej ogłoszenia obecności w Krakowie, zacząłem nieco uważniej ją obserwować i wpuszczać do swoich głośników najnowsze single "Good Boy i "Good Girl", które również wybrzmiały na żywo i były z pewnością wyróżniającymi się punktami tego występu, Pierwszy zatopiony bardziej w pop-folkowym anturażu, drugi intensyfikujący doznania subtelnie pulsującą elektroniką. Przedpremierowo Paloma wykonała nadchodzący singiel "Miyazaki" – niezwykle euforyczny. Połowę repertuaru stanowiły piosenki z jej debiutanckiego albumu "Cacophony" na czele z finałowym, viralowym "labour", który został niezwykle chóralnie odśpiewany przez publiczność. Popularność tego feministycznego hymnu jakoś ominęła moją muzyczną orbitę, więc to wykonanie i zaangażowanie publiczności zrobiło na mnie wręcz kolosalne wrażenie. Cały występ miał swoje mniej lub bardziej angażujące momenty, ale potencjał w tej dziewczynie był wyczuwalny. Mocny wokal, śliczna ekspresja sceniczna, emanowanie aurą na styku wczesnej Florence i Aurory. Trochę jednak jeszcze na tym etapie przygniotła ją wielkość hali – z pewnością w klubowym wydaniu doznania byłyby intensywniejsze. A jestem przekonany, że Paris na takowy do nas powróci.  
 
 

Florence and The Machine!


W czasie przerwy długi na pół hali sceniczny wybieg został w całości zakryty zasłonami – okraszonymi olbrzymimi rycinami roślin – zawieszonymi na unoszącej się ponad nim prostokątnej konstrukcji ze światłami i telebimami. Wyczekiwanie na wyjście Florence w tym momencie osiągnęło elektryzujący pułap. W momencie, gdy puszczona w tle playlista (zmyślnie ułożona, budująca atmosferę popowego niepokoju) ucichła, światła hali przygasły, a za zasłonami pojawiły się cienie wyginających się sylwetek tancerzy z The Witch Choir – wszyscy wstrzymaliśmy oddech. Wtem upiorne wrzaski przeszyły przestrzeń hali, a zasłony dramatycznie opadły i wzniosły się w sufit w jednej chwili! Florence powolnym krokiem wyłoniła się spod wybiegu... Czerwona, Czerwona! Fani oszaleli na widok długiej, zwiewnej, wiktoriańskiej, czerwonej sukni ze zmysłowym wycięciem na nogę. 
 
 

Zjawiskowa, bosonoga Welch wzniosła teatralnie dłonie ku górze niczym kapłanka gotowa do przeprowadzenia ceremonii i rozpoczęła ten występ od epickiej wersji kompozycji "Everybody Scream"! Od sakralnego wstępu po egzorcystyczny refren i liryczne nawoływania Rudej Wiedźmy, którymi sprowokowała nas do wydobycia z czeluści swoich płuc okrzyków naznaczonych pierwotnym bólem istnienia. Na okrzyk Everybody Jump! też nie byliśmy głusi i po raz pierwszy i nie ostatni tego wieczoru uwalnialiśmy skumulowaną energię, złączeni w szalonych podskokach. Absolutnie wyzwalający i piorunujący początek tego widowiska! Poczucie uczestniczenia w mistycznym sabacie czarownic spotęgowało bardziej transowe wykonanie piosenki "Witch Dance", które w finale znów wykrzesało z nas ogłuszający krzyk spleciony z potężnym wokalem Florence, nasiąkniętym zarówno euforią, jak i rozpaczą. Już podczas tych dwóch kawałków uwagę zwracały również ekspresyjne, dramaturgiczne pozy czteroosobowego Chóru Czarownic. Tancerki plastyczną mimiką twarzy oraz wiciem się po scenie i wyginaniem swoich ciał, konstruowały formy, które przypominały kadry z choćby "Suspirii", czy też innych folk-horrorowych filmów. 

 
Nie było jednak w obecności The Witch Choir przesady i ich taneczne popisy nie odwracały uwagi od bohaterki wieczoru i muzycznej warstwy, lecz jedynie dopełniały teatralną formę tego spektaklu, jakiej wcześniej na koncertach Florence and the Machine nie doświadczaliśmy. Włącznie z klimatyczną grą świateł, pojawiającym się efektem dymu nisko unoszącego się nad wybiegiem i tworzącego iluzję kroczenia/biegania Florence po chmurach – byliśmy świadkami w Tauron Arenie przemyślanej w najdrobniejszych szczegółach wizualnej uczty. 

 
Niemniej na pierwszym planie pozostawała oczywiście muzyka. Pogrążona przeważająco w ciemności, którą ku naszej euforii Florence z całym zespołem – przez wybieg nieco schowanym w cieniu głębi sceny, ale harującym perfekcyjnie – oświetlała podczas tego wieczoru snopami świateł nadziei i ulotnej magii. I takim właśnie pierwszym przebłyskiem było cudne wykonanie "Shake It Out". W 2019 roku w Atlas Arenie ta kompozycja z przytupem wieńczyła koncert, a tu właściwie rozpoczynała u Flo proces ponownego otwierania się na życiodajną energię publiczności i oczyszczania swojej duszy.

 
By jednak trzymać się narracji ostatniego albumu i ostatecznie obdarzyć nas pełnowymiarowym katharsis 39-letnia Brytyjka wciągała nas w zaułki powodujące autentyczne dreszcze. W tym celu powróciła do kilku niezwykłych perełek ze swojej dyskografii. Ciąg czterech utopionych w dramaturgii piosenek rozpoczęło wykonanie kompozycji "Seven Devils" z albumu "Ceremonials", której to fani nie słyszeli na trasach od 2012 roku! Scena pogrążyła się w czerwieni, a sam kawałek z dramatycznym wokalem Florence wybrzmiał iście demonicznie, niczym apokaliptyczny soundtrack do wędrówki przez dziewięć kręgów piekła. Napiętą emocjonalnie atmosferę pogłębiało niezmiennie poruszające "Big God". Gdy w kulminacyjnym momencie Florence z załamanym głosem wyśpiewała Jesus Christ, Jesus Christ, it hurts i przy wtórze symfonicznego crescenda wzniosła dłonie i wzrok ku niebu, pewnej dziewczynie obok mnie na całe gardło wyrwało się głośne O kurwa! (słychać to w moich nagraniach wrzuconych na Instagramie – polecam!), które dosadnie odzwierciedliło emocje kłębiące się w tym momencie w każdym z nas. Chwilę później Welch jakby przygnieciona tym ciężarem poszukiwania i błagania Boga o miłość padła teatralnie na deski wybiegu. A ja w tym momencie po raz kolejny w życiu padłem na kolana przed charyzmą i ciarkogenną skalą wokalu Florence.

 
Jeszcze większe wrażenie zrobiło na mnie combo piosenek "Daffodil" oraz "Which Witch". Rudowłosa artystka początkowo przeciągniętym napięciem wciągała nas w kolejny plemienny mroczny rytuał, by w kulminacyjnym finale niczym Nick Cave przenieść się na podest i stanąć nad publicznością tuż za końcem wybiegu (to było zdecydowanie najlepsze miejsce do przeżywania tego show) i bezpośrednio czerpać nieziemską energię ze wspólnego śpiewu oraz kontaktu wzrokowego i cielesnego. Flo w tym fragmencie emanowała szamańską władzą nad fanami! Mistyczne cave'owskie doznania i formę budowania napięcia z publicznością podtrzymało płynne przejście w rzadko grywane, bonustrackowe "Which Witch" z wersji deluxe albumu "How Big, How Blue, How Beautiful", które w 2015 roku jakimś cudem wyprosiliśmy w Łodzi. Jakiż to jest monumentalny utwór! Te momenty, gdy Florence kierowała w stronę tłumu mikrofon, prowokując nas do chóralnego śpiewania z żarem płomieni na ustach! Polscy fani nie zawiedli! A potem to narastanie ekspresyjnego, niemal orkiestrowego napięcia... Po prostu WOW!      


Ten emocjonalny wstrząs płynący z tych czterech epicko-gotyckich piosenek został delikatnie złagodzony przez subtelną melodię na harfie, finezyjnie zagraną przez wieloletniego zaklinacza tego instrumentu Toma Mongera. Stworzyła ona odpowiednią przestrzeń dla eterycznej i uwielbianej przez wszystkich pieśni "Cosmic Love" z płyty "Lungs". Ten powrót koncertowej, pozytywnej euforii został przez Florence podtrzymany i spotęgowany za sprawą tanecznego vibe'u "Spectrum"! Florence biegała od głębi sceny do skraju wybiegu tam i z powrotem, rozpościerając szeroko swoje ramiona nad publicznością zatraconą w tańcu! A pewnym momencie złapała jeszcze rzuconą tęczową flagę, czym wzbudziła dodatkowe pokłady ekstazy! We are shining /And we will never be afraid again!  wszelkie stany lękowe zostały pochowane po kątachLiczyła się tylko celebracja chwili i życia! 

 
Za serce ścisnęło nastrojowe wyśpiewanie przywróconej do łask w 2022 roku – po dekadzie niechęci jej wykonywania – piosenki "Never Let Me Go". Ten moment, gdy w końcówce publiczność w zapętleniu paradoksalnie głośno szeptała tytułowe wersy... Tauron Arena emocjonalnie pękła niczym balon za dotknięciem igły. Coś absolutnie magicznego! Majestatycznie z pulsującą dynamiką i jednocześnie urokliwie powściągliwą energią wybrzmiało piękne "Hunger", a po tym utworze zauroczyło akustyczne, stonowane, konfesyjne – w duchu lat 70. – "Buckle" z najnowszej płyty. Może tylko temperatura w tym momencie dla mnie delikatnie za mocno opadła, ale o przypływ fali płomiennych reakcji zadbał utwór "King"! Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jakie emocje targają Florence przy śpiewaniu wersów I am no mother, I am no bride, I am King po jej tragicznych doświadczeniach. W tej rozpaczy jednak kiełkowała wiara w siłę własnego "ja". I za tym przesłaniem wszyscy podążaliśmy, wznosząc kilkukrotnie triumfalnie w górę zaciśnięte pięści. I ta górnolotnie wzniesiona wokaliza Florence tuż przed wyciszającym finałem tej pieśni... Kolejny dostarczony tego wieczoru przez nią dowód, że jej wokal wciąż brzmi przepotężnie i wszechogarniająco! 


Przy "The Old Religion" ponownie zanurzyliśmy się głęboko się w folkowo-mistycznej stylistyce, gęstej i napiętej emocjonalnie aranżacji oraz w duchowej tajemniczości. Ten kontemplacyjny utwór był jednak w mojej ocenie najmniej wyróżniającym się fragmentem tego koncertu. W opozycji stanęła jednak kolejna dyskograficzna perełka – "Howl" z debiutanckiego albumu! Skrytą w tym świetnym kawałku rockową dzikość obrazowały najbardziej widowiskowe tego wieczoru ekscentryczne popisy tancerek Chóru Czarownic, które z wściekłością szarpały za swoje pofałdowane białe halki. Idealnie z folk-horrorową dramaturgia tego utworu skomponowało się obłędnie metafizyczne, władcze (Flo kontrolująca ruchem dłoni ciała tancerzy) i wypełnione gniewem (Flo "strzelająca" z dłoni!) wykonanie "Heaven Is Here". Zasadniczą część koncertu zespół Florence and The Machine zakończył zaś pokrzepiającą nutą i zawoalowaną czystą magią i czarostwem w piosence "Sympathy Magic". Pod koniec Florence znów zeszła do pierwszych rzędów ściskając dłonie fanów, wymieniając się cząstkami wzajemnej wdzięczności i wyśpiewując im prosto w twarze So come on, come on, I can take it / Give me everything you got  / What else, what else, what else, what else. Platonicznie wszyscy ściskaliśmy Florence, tak serdecznie, jak miał przyjemność to uczynić jeden z fanów, w trakcie jej długiej przechadzki przy barierkach.   


Bis rozpoczął gitarzysta Harry Fausing Smith od mocnych i chrupiących szarpnięć za struny elektryka, które wypełniły przestrzeń hali garażową surowością, a na jej tle Florence wyśpiewała pierwsze wersy wspaniałego i symbolicznego w przekazach poematu o cenie wielkości – "One of the Greats", kontynuując spacer w fosie przy pierwszych rzędach fanów. Utwór nabierał z każdą kolejną nutą rozmachu, a głos Welch zderzał się gitarą, odzwierciedlając odwieczną walkę kobiety z mężczyzną i konfrontując swój artystyczny status, nie szczędząc gorzkiej krytyki wszechobecnemu seksizmowi i mizoginistycznej branży muzycznej. Gdy w finale wzniosła triumfalnie ramiona w górę na skraju sceny nikt obecny na sali nie miał wątpliwości, że to Wielka Kompozycja śpiewana przez Wielką Artystkę. Jedną z największych mojego/naszego pokolenia millenialsów, którą za kilkanaście lat zdecydowanie młodsi od nas fani muzyki będą odkrywać i traktować od razu jak ikonę, tak jak choćby przykładowo ja kilka lat temu odkrywałem – weźmy pierwszą z brzegu – Patti Smith. Ach, prawie zapomniałem – w trakcie tej pieśni miała miejsce kolejna akcja koncertowa, podczas której fanklub zachęcał do założenia czarnych okularów, symbolizujących w popkulturze czystą, bezkompromisową epickość. I ja się włączyłem w tę zabawę, ale na niewiele zdały się me przeciwsłoneczne binokle, gdyż blask wielkości Florence i tak mnie oślepiał. 


Kulminacją tego koncertu okazało się kultowe i przebojowe "Dog Days Are Over"! W trakcie, jak to ma miejsce od lat, Florence poprosiła nas o pozostawienie telefonów w kieszeniach i wspólną celebrację koncertowej euforii! Tauron Arena odleciała w kosmos! Wybuch ekstazy ogarnął bez wyjątku wszystkich! Pojedyncze nagrania z trybun, dokumentujące widok skaczących jak jeden organizm osób z płyty na całej jej szerokości i długości robią kolosalne wrażenia! Związaliśmy się we wspólnym akcie doświadczenia ostatecznego, katartycznego uniesienia. Nie oznaczało to bynajmniej końca tego koncertu. Florence And The Machine jeszcze za sprawą zwiewnego i wyzwalającego "Free" oraz subtelnego, rozświetlonego latarkami "And Love", z szeptanym jak mantra przesłaniem Peace is coming, peace is coming, zapewnili balsamiczny masaż naszych serc i dusz. Finał łagodny, bez przytupu, ale jakże wskazany po tym wielowymiarowym rytuale przepracowania bólu straty, żałoby, wygrzebania się spod piachu śmierci, odzyskania wiary i życiowej energii. Przy tych założeniach ten koncert był dla mnie czystą poezją. 

 
Oczywiście można utyskiwać, że zasadniczo Florence pominęła na tej trasie uwielbiany przez fanów i także przeze mnie darzony wyjątkowym uczuciem album "How Big, How Blue, How Beautiful", ale z drugiej strony doskonale rozumiem i akceptuję stojące za tym wyborem narracyjne intencje artystki. Bez obaw, przyjdzie jeszcze kiedyś ten czas, gdy ponownie potańczymy do przebojów z tamtego albumu. W zamian jednak wieloletni fani mieli szansę usłyszeć kilka wcześniej wspomnianych dawno nieprezentowanych na żywo perełek, które tego wieczoru wypadły olśniewająco. Zaś kompozycje z "Everybody Scream" zdały sceniczny egzamin dojrzałości i stanowiły kręgosłup tej koncertowej koncepcji oraz swoistej grupowej terapii. Przy tym zręcznie dynamika i aura tego koncertu została wyważona przez klasyki z pierwszych albumów i świeższe kompozycje z "Dance Fever". Florence swoją charyzmą i zniewalającym wokalem po raz kolejny udowodniła, że jest Artystką, która zmierza ścieżką ku galerii muzycznych legend. Darem z niebios! 
 
Oddałem Wam tę relację kilka dni po koncercie, gdy mój umysł nieco ochłonął, ale nadal podtrzymuję zdanie, że ten koncert w swej odmienności, unikalnej dramaturgii i teatralnej widowiskowości ociera się w moim osobistym rankingu o podium przeżyć związanych z Florence and the Machine. Tuż za euforycznym występem w Atlas Arenie w 2015 roku (tego już chyba nie da się pobić), zjawiskowym headline show przy zachodzącym słońcu na berlińskim Tempelhofie i wspominanym z nostalgią pierwszym spotkaniu podczas Coke Live Music Festival 2013. A może te krakowskie koncerty powinny znaleźć się na tej trzeciej pozycji ex-aequo? Mniejsza z tym – takie rankingi mają tylko symboliczne znaczenie, a tak naprawdę każde spotkanie z Florence Welch i jej zespołem było, jest i będzie muzycznym świętem i portalem do najpiękniejszych, euforycznych, magicznych, katartycznych emocji!     


PS I pozdrawiam moją florence'ową Ekipę Podróżujących, z którymi przeżywanie tego koncertu było czystą przyjemnością! Prawda też taka, iż gdyby nie koncert Florence w Łodzi w 2015 roku i spotkanie po nim w pustym przedziale w pociągu Podróżującej Justyny, to być może nie spędzalibyśmy tego wieczoru w takim zacnym gronie! Wiele zawdzięczam(y) Florence! Zatem – byle do następnego jej koncertu!  

 

Fotorelacja



Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne
13.03.2026


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.