Podróże Muzyczne relacjonują: Magdalena Bay w Berlinie, Columbiahalle, 22.02.2026!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Magdalena Bay w Berlinie, Columbiahalle, 22.02.2026!
 
 

 Podróże Muzyczne relacjonują: Magdalena Bay w Berlinie, Columbiahalle, 22.02.2026!

 
 
Po tym trzecim w ciągu roku spotkaniu z amerykańskim duetem Magdalena Bay czułem się tak, jakby mój mózg został wsadzony w kosmiczną kapsułę i katapultowany do nieziemskiego świata wykreowanego w bujnym śnie po zażyciu niebezpiecznej dawki psychodelików! Cóż to było za synth-popowe, barwne, wielowymiarowe i konceptualne audio-wizualne show w berlińskiej Columbiahalle! Chciałbym to przeżyć i przetańczyć jeszcze raz! No ale zacznijmy może jednak od początku... Jak to się stało, że zafiksowałem się na twórczości  Miki Tenenbaum i Matthewa Lewina i pokusiłem się o tę kolejną wyprawę do Berlina, mimo iż obiecywałem sobie ograniczanie podróży do stolicy Niemiec (to postanowienie to już właściwie się zdezaktualizowało)? 
 
Ten kalifornijski duet przez ostatni rok stopniowo zaskarbił moje serce swoją synth-popową wizją z przełomowego albumu "Imaginal Disk" z 2024 roku. Co prawda nie stało się to tak od razu – jakimś cudem ówczesne zachwyty nad tą futurystyczną muzyczną opowieścią o wszczepionym implancie (tytułowym dysku) w czoło wymyślonej postaci True Blue, który rozszerzył jej jaźń i świadomość, stopniowo zacierając granice między autentycznym "ja" a cyfrową symulacją, ominęły moją muzyczną orbitę. Moją uwagę przykuła dopiero ich obecność na plakatach wielu światowych festiwali, zaintrygował zjawiskowy telewizyjny występ w programie Jimmy Kimmel Live!, aż w końcu samemu było mi dane przeżyć tę popową baśń – w której szybko euforia metamorfozy przemieniła się w niepokój nad utratą kontroli, ostatecznym odrzuceniem przez bohaterkę dysku i poszukiwaniem na nowo człowieczeństwa – na Primaverze i Open'erze
 
To właśnie w Barcelonie już tak na serio zauroczyłem się tym duetem, który dostarczył bajeczny spektakl i zaraził mnie świeżą, ekstatyczną psych-popową energią. Żałowałem tylko, że wówczas tamten koncert na dużej plenerowej scenie oglądałem stosunkowo z daleka. Liczyłem, że powtórka na Open'erze pod namiotem Alter Stage zwielokrotni pobudzające doznania z Primavery, ale na przeszkodzie stanęło... nagłośnienie. Niestety intensywność ogłuszającego basu sprawiła, że moje bębenki uszne w drugiej połowie wywiesiły białą flagę. Te festiwalowe koncerty pozostawiły mnie zatem z niedosytem, który pęczniał we mnie w kolejnych miesiącach. Jakby tego mało, Magdalena Bay jesienią regularnie częstowali nas seriami wybitnych podwójnych singli, które tylko podsycały chęć uczestnictwa w ich Imaginal Mystery Tour. W końcu do ostatecznego kupna biletu popchnęła mnie Podróżująca Aga, która zwróciła moją uwagę na koncertowy potencjał ich wcześniejszego albumu "Mercurial World" i zaoferowała kluczową dla zachowania urlopu podróż do Berlina autkiem. No i stało się... 

 
Dotarliśmy w okolice Columbiahalle na dwie godziny przed otwarciem bramek i już wówczas zaskoczyły mnie widok pierwszych osób stojących w deszczu w kolejce pod obiektem. Z każdym kolejnym kwadransem ogonek wydłużał się niemal do rozmiarów Muru Chińskiego. Parkiet w środku sali wypełniał się błyskawicznie, a publiczność garnęła się pod scenę niczym ćmy do płomienia. Niby nie było sold outu, ale podejrzewam, że w kasie klubu pozostały pojedyncze wejściówki. No i przede wszystkim wśród tej licznie zgromadzonej publiczności wyczuwałem wyjątkową ekscytację, która objawiała się chociażby już przez same makijaże twarzy pomalowanych do połowy na niebiesko, nawiązując do postaci True Blue obrazowanej przez Mikę w teledyskach oraz ekstrawaganckie stroje inspirowane stylem zespołu. Od samego początku zapowiadało się na kosmiczny odlot! 
 
Wcześniej jednak idealną rozgrzewkę zanurzoną w synth-popowej aurze zapewniła nam...

Allie X! 


Kanadyjska artystka ubrana w gotycką, czarną suknię i podkreślająca oczy ciemnym makijażem, dostarczyła nam swoim one-woman-show synth-, indie-, avant-popowe melodie skąpanie w osobliwej, irracjonalnej, mrocznej aurze, ale mimo cmentarnego chłodu niepozbawione tanecznej przebojowości i lirycznej oryginalności. Puszczone z taśmy synth-popowe warstwy rodem z lat 80. hipnotyzowały przestrzennością i skutecznie swoją dynamiką prowokowały nóżki do rytmicznego tupania, a Allie X dokładała do tego organiczne akordy grane na syntezatorze i przede wszystkim niosła kolejne kompozycje z przekroju jej twórczości swoim zjawiskowym, niesamowitym wokalem. Jej popisy i szarże wysokim tonem wokalnym były wręcz zdumiewające! Magnetyzowała również teatralną sceniczną ekspresją, Za jej plecami na białej płachcie wyświetlane zaś były klimatyczne czarn-białe wizualizacje z projektora. W tej dark-popowej przebojowości nie zabrakło też nieco bardziej nastrojowego i przejmującego momentu za sprawą kompozycji "Susie Save Your Love" stworzonej kilka lat temu z Mitski, ale mimo wszystko Allie X stawiała przede wszystkim na ekspansywne, taneczne melodie, z których wyróżniało się trio świetnych piosenek "Black Eye", "Super Duper Party People" i wypełnione ostrym humorem "Off With Her Tits". Pociągająco i triumfalnie na finał wybrzmiało zaś poptymistyczne "Girl of the Year". A z pierwszej części tego półgodzinnego koncertu wyróżniało się otwierające ten występ, temperamentne "Bitch" oraz "7th Floor" z fajnym motywem gwizdania. Dla lepszego zobrazowania dodam, że właśnie w takim stylu zawsze wyobrażałem sobie klubowe imprezy w uniwersum Rodzinny Addamsów. Ten występ Allie X okazał się mega pozytywnym zaskoczeniem. 



Magdalena Bay!

 
Pół godziny później lekkim krokiem na scenę wkroczyła ubrana w niebieski kostium – z obowiązkowym, połowicznie niebieskim makijażem twarzy – Mika Tenenbaum. Tuż za nią Matthew Lewin w czerwonym kombinezonie, a na podeście w głębi sceny za klawiszami/syntezatorami oraz perkusją zameldowali się ich tour pomagierzy i wraz z tą całą czwórką przenieśliśmy się w krainę psychodelicznych snów. Granice wyobraźni rozszerzała już sama scenografia sceny – nieporównywalnie bogatsza od festiwalowych setów. Z naszej perspektywy, po prawej stronie, postawiono efektowne magiczne lustro wkomponowane w kamienną rzeźbę wystylizowaną na mitologiczne skrzydła, które rozświetliło się w środku fantazyjnymi wizualizacjami, tworzącymi niemal wrażenie portalu do innego świata. Te obrazy były wyświetlane również po lewej stronie w oknie z zasłonami na czerwonej ścianie. Ten fragment sceny tworzył wrażenie domowego kąta z wintydżowym krzesłem, które kilkukrotnie wykorzystywała Mica do podkreślenia teatralnej ekspresji i nastroju poszczególnych kompozycji. Poza tym na scenie widoczne były również inne organiczne rzeźby o skalnej fakturze, z których wyróżniał się szczególnie statyw na klawisze Lewina w formie gałki ocznej, z której boków wyrastały anielskie skrzydła. Oniryczny, tajemniczy klimat potęgowały również zawieszone w tle chmurki i sceniczna mgła, która wypełniała głębię sceny. No i jeszcze na jej skraju postawiono wysoki, trzystopniowy, piramidalny podest, na który niezliczoną ilość razy wskakiwała Mica, dodatkowo dynamizując ten spektakl. 

 
To właśnie z tego miejsca, górując nad publicznością Tenenbaum swym świetlistym wokalem wyśpiewała pierwsze wersy otwierającej ten występ piosenki "She Looked Like Me!", unoszącej nas swą eterycznością w kosmiczną przestrzeń. Miarowe, druzgoczące uderzenia w perkusję przełamywały powolną, hipnotyczną rytmikę i pobudzały do pierwszych ryków euforii ze strony wyraźnie nahajpowanej publiczności. To wsparcie jeszcze wyraźniej dało o sobie znak przy bardziej zintensyfikowanym, tanecznym beacie numeru "Killing Time". Finałowe spiętrzenie melancholii i euforii przerodziło się w prawdziwą detonację emocji, która wywołała falę chóralnych śpiewów. Nie sposób przy tym było oderwać wzroku od Miki, która całkowicie zawładnęła przestrzenią sceniczną. Ekstatycznie tańczyła, a wręcz unosiła się nad deskami sceny niczym piórko niesione podmuchem wiatru i wchodziła w interakcje z lustrem, choćby imponując synchronicznym śpiewaniem z wyświetlanym w jego wnętrzu odbiciem swojej twarzy. Następnie przy okazji przerywnikowego monologu "True Blue Interlude", tworzącego podwaliny pod fabularną koncepcję "Imaginal Disk", słodko przywitała się z berlińską publicznością. Płynne przejście do jednego z highlightów ich ostatniej płyty, czyli bangera "Image" wzbudziło okrzyk wszechogarniającej radości! W końcówce spotęgowana, niemal monumentalna ściana dźwięku rzuciła wyzwanie moim nogom – parkiet dosłownie zapłonął od skoków i tanecznego szaleństwa. A to był dopiero początek intensywnej zabawy tego wieczoru. So hot!  

 
Początek tego koncertu odpowiadał oczywiście trackliście "Imaginal Disk", ale w odróżnieniu od setlist festiwalowych tym razem Mag Bay zdecydowali się na odstępstwa i urozmaicenie tej baśniowej historii wybranymi piosenkami z pozostałej swojej dyskografii. Działało to oczywiście na korzyść dynamiki tego show, czego potwierdzeniem był żywiołowo przyjęty dalszy fragment tego występu. Zmysłowo wypadł neonowy singiel "Secrets (Your Fire)" z pierwszego longplaya "Merciural World", podczas którego wyróżniała się soczysta linia basowa grana przez Matta (przez cały wieczór w zależności od potrzeb sięgał właśnie albo po gitarę basową albo elektryczną), ale w końcówce ponownie musiał ustąpić miejsca Mice, która poczęstowała nas promienną melodią wygrywaną na ogromnym – niemal przytłaczającym jej drobną sylwetkę – keytarze. Pozostaliśmy jeszcze przy debiutanckim materiale za sprawą rewelacyjnego "You Lose!" – najbardziej rockowy moment tego wieczoru zapewnił sejsmiczny wstrząs pod sceną! Pozwoliłem sobie wtedy na całkowite uwolnienie skumulowanej energii – to był moment czystego, nieskrępowanego katharsis! Następnie kalifornijski duet sięgnął po dwie piosenki z wydawanych jesienią singli: urokliwie, wzruszająco rozmyte w shoegaze’owych gitarowych mgławicach "Nice Day" oraz czarujące wokalną i syntezatorową słodyczą "This Is The World (I Made It For You)". W tym drugim Mika z imponującą swobodą łączyła krystaliczny śpiew z dynamiczną grą na keytarze, utrzymując napięcie i lekkość jednocześnie.   

 
Po tej odskoczni duet powrócił do "Imaginal Disk" z ciągiem kolejnych pięciu kompozycji. Niepohamowany okrzyk zachwytu wzbudziły charakterystyczne akordy klawiszy zagrany przez Matta, zwiastująca kolejne opus magnum tego albumu, czyli "Death & Romance"!  Strzelisty refren tej piosenki totalnie obezwładniał w euforycznych uniesieniach, porywał do masywnych śpiewów i wspólnego falowania rękami. Finałowe crescendo podparte spektakularną gitarową solówką Matta, miało w sobie coś z emocjonalnego trzęsienia ziemi! Dramatyczne "Fear, Sex" — liryczna przestroga przed dehumanizacją w erze technologii – zyskało dodatkowy wymiar dzięki teatralnej inscenizacji. Matt założył na siebie czerwoną maskę – wyglądał niczym kosmiczna, spersonifikowana rozgwiazda – i symbolicznie "wszczepił" dysk z nową tożsamością w płat czoła Miki. Ta pierwsza przemiana osobowości została zobrazowana przez Tenenbaum nałożeniem na swoją twarz opaski z liści słonecznika i wyśpiewaniem dream-popowej ballady "Vampire in the Corner".  Jednak w kulminacyjnej połowie piosenki odrzuciła nakrycie głowy i wróciła do stanu domyślnego True Blue, jakby walcząc i odrzucając tymczasową tożsamość. Na zakończenie tego aktu przeżywaliśmy emanujące filmowym rozmachem "Watching T.V." oraz okraszone niebanalnymi synth-popowymi, glitchowatyymi teksturami "Tunnel Vision", które w końcówce nabrało rozmachu za sprawą solowego popisu perkusisty, przetworzonych i złowieszczych wokaliz Miki – na krótko w żółtej masce potwora – oraz transowej instrumentalnej psychodelii. 
 
 
Gęstniejącą atmosferę Magdalena Bay rozluźnili za sprawą dwóch piosenek z "mini mix vol. 3". Po zabawnym, ironicznym, chwytliwym "Top Dog" – okraszonym słodkimi wizualizacjami piesków na ekranach – aż człowiek zapragnął zaszczekać/zawyć z radości. Wibrujące "Tonguetwister" zaś oplatało błyszczącą, futurystyczno-nostalgiczną synth-popową melodią niczym wąż swoją ofiarę. W końcówce z cienia Miki wyłonił się Matt, który wskoczył na piramidalny podest i z tego pierwszego planu zniewolił nas żarliwie wyrzeźbioną gitarową solówką!  
 

Thank you, we love you – rzuciła kokieteryjnie Mika i wtem wybrzmiało "Love Is Everywhere" z ostatniego krążka, które rozczuliło mnie swoim chillwave'owym vibem, scementowało jedność z publicznością i prowokowało do wysyłania zespołowi oznak miłości za pomocą złączonych dłoni w kształcie serduszka. W tym momencie koncertowy klawiszowiec został doceniony przez Mikę i miał swoje pięć minut – jego finezyjne, niemal jazzowe pasaże nadały temu utworowi lekkości i elegancji. Nie mniejszą zresztą rolę odegrał on w kreowaniu ślicznej i czarującej melodii singlowego "Paint Me A Picture", dialogując z mistrzowską grą Lewina na basie. Niemniej nie pogniewałbym się, gdyby w to miejsce w setliście wskoczyło "Human Happens", które swą epicką najntisową nutą i uroczym Da-da-da-da w mej ocenie ma większy potencjał koncertowy. Może innym razem będzie dane nam to przeżyć. 
 
 
Dalej Matt z kolegami z zespołu na fundamencie przerywnikowego "Feeling DiskInserted?" wykreowali nam instrumentalną, space-rockową przestrzeń, a w tym czasie na backstage'u Mika zmieniła swój kostium. Przy wtórze owacji powróciła na scenę w czerwonym kombinezonie pokrytym przypiętymi... planetami! Wyglądała kosmicznie i zjawiskowo. Ale jeszcze bardziej uwodziła swoją wokalną słodyczą w bangerowej, choć podszytej poruszającym poczuciem winy piosence "Chaeri" z "Mercurial World". Chaeri, please / You're killing me – przy tych wersach refrenu ściskało za serduszko. W drugiej połowie w snop reflektora i na szczyt podestu ponownie wskoczył Matt częstując nas elektryzującą gitarową solówkę, a chwilę później Mica zachęciła wszystkich do chóralnego skandowania powtarzanych linijek tekstu Three, four, down to the floor / Lose control!. W finale nawet zdobyła się na szczyptę szaleństwa i z impetem zeskoczyła do pierwszych rzędów publiczności! Całkowitą kontrolę nad sobą jednak straciłem przy kolejnej – cwanie to sobie ułożyli – wielowarstwowej i gnającej przed siebie petardzie "That's My Floor"! Co za numer! Wyobraźcie sobie rockowy pierwiastek surfujący po synth-popowej fali! Chropowate faktury, kolejna miażdżąca solówa Lewina, ekspresyjny wokal Micki, krzyczącej w ekstazie Give me more Berlin! Dziewczyno! W tym momencie oddałbym za ciebie życie! 
 
 
Tenenbaum podczas arcywspaniałej, ujmująco melodramatycznej kompozycji "Cry for Me" w klimacie futurystycznej Abby urozmaiciła swój strój o baśniową, przeźroczyście tęczową pelerynę o wysokich kołnierzach, przypominających płomienie. Ktoś tu aspiruje do Oscara za najlepsze kostiumy! Cuuudo! Następnie przycupnęła na podeście, by odśpiewać bardziej stonowane "Wandering Eyes" z "mini mix vol. 3". Oczywiście długo w tej pozycji nie wytrzymała, gdyż napięcie tej piosenki stopniowo narastało, zmuszając ją niejako do kulminacyjnego wspięcia się na wokalny szczyt możliwości. Dla podkreślenia lekkiej, niebiańskiej aury piosenki "Angel on a Satellite" opartej na subtelnej grze Matta na klawiszach, Mica niespostrzeżenie szybciutko przebrała się w zwiewny kostium anielskiej baletnicy. Ba, zresztą pod koniec numeru założyła na siebie skrzydła anioła i na zakończenie podstawowej części wybrzmiało wzniosłe i triumfalne – Bang-bang! – "The Ballad of Matt & Mica". Kolejny wyróżniający się moment tego wieczoru, gdy wnętrze mej duszy zalewał strumień czystej, nieskrępowanej ekstazy!    
 

Na bis otrzymaliśmy dwa celne strzały w środek tarczy mego serca! Najpierw jeden z mych top ulubionych zeszłorocznych singli, czyli kreatywnie świrnięte "Second Sleep"! Szczypta soulowego ciepła, jazzowy polot, sinusoidalna intensywność, tnące niskie i wysokie wokale Miki (wyjątkowo tym razem chwyciła również za gitarę), urokliwie i zachęcające do wspólnego śpiewu La-la-la-la – sztos! I na zakończenie tego show – ironicznie – "The Begining"! Ten bezpośredni dance'owy hit z "Mercurial World" rozkręcił nam najlepszą możliwą ekstatyczną, niemal katartyczną finałową potańcówkę! Totalnie zatraciłem się w koncertowej adrenalinie, podskokach i tańcu, a z czoła spływały niezliczone strużki potu! Szaleństwo! 
 
Jak przystało na koncertowych weteranów, z Podróżującą Agą zgarnęliśmy setlistę i opuszczaliśmy Columbiahalle w wybornych nastrojach – absolutnie niesieni kosmiczną energią tego art-popowego widowiska!   
 
 

Podsumowanie!

Ten berliński koncert pokazał duet Magdalena Bay chyba w momencie kluczowego przełomu: są już zbyt wielcy na ciasne klubowe cztery ściany, ale wciąż pozostają wystarczająco blisko publiczności, by zachować wśród nas aurę wtajemniczonej wspólnoty fanów, którzy są przekonani, że odkryli muzyczny klejnot, który ma wszelkie predyspozycje do tego, by w przyszłości oślepiać swym blaskiem cały eter naszego globu! 

Teatralny przepych, którego byliśmy świadkami jasno sugerował, że ten duet jest gotowy na tworzenie być może nawet widowisk o rozmachu największych produkcji popowych. Chyba w tym momencie tylko koszta produkcji ograniczają ich wyobraźnię. Jednocześnie wciąż emanują przy tym mieszanką kreatywnej ambicji i młodzieńczej, szczerej energii, która stanowi dziś ich niezaprzeczalną siłę.

Jak wcześniej wspominałem, występy na Primaverze i Open'erze zostawiały u mnie lekki niedosyt – festiwalowy format nie pozwalał im w pełni rozwinąć skrzydeł. W Columbiahalle wszystko zagrało idealnie. Różnorodna, świetnie wyważona setlista, rozwinięta fabularna koncepcja, bogata, barwna i nieziemska scenografia, perfekcyjne nagłośnienie i rozgrzana od samego początku do czerwoności publiczność. 

Show kradła oczywiście hipnotyzująca Mica – jej sceniczna, anielska ekspresja, fantazyjne kostiumy i wokalne popisy były czystą magią. Matt z kolei z wyczuciem wyłaniał się z cienia jej gwiazdorstwa, dorzucając gitarowe sola tam, gdzie napięcie potrzebowało dodatkowego impulsu albo trzymając dynamiczny rytm soczystymi liniami basu. Była w tym wszystkim szczypta mistycznej teatralności, były bangery eksplodujące pod stopami i były momenty bardziej nastrojowe, pozwalające złapać oddech – proporcje idealne.

Jak celnie podsumował twórca peja DreamStream – i największy w Polsce fan tego duetu (polecam jeśli chcecie się zakochać w Mag Bay i pozdrawiam!) – Mica i Matt PRZYMAGBEJOWALI!  

Do dziś czuję w sobie kosmiczną ekstazę na wspomnienie tego show i chciałbym to przeżyć jeszcze raz! Zauroczenie tym kalifornijskim duetem przerodziło się w gorączkową miłość.

Jeśli utrzymają tempo rozwoju i twórczej płodności, naprawdę mogą nie tylko wyjść poza status kultowego zespołu swojego pokolenia, ale zacząć definiować muzykę pop w najbliższych latach. Headlinerowe statusy są im pisane! Rzekłem! W przyszłości najwyżej rozliczycie mnie za te słowa ;) 



Fotorelacja

 
 
 
Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne 
04.03.2026


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.