Podróże Muzyczne wspominają: Bittersweet Festival 2025!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne wspominają: Bittersweet Festival 2025!

Podróże Muzyczne wspominają: Bittersweet Festival 2025!



Lepiej późno niż wcale! Przedstawiam Wam ostatnie wspominki festiwalowe z sezonu 2025! Przenosimy się tym razem do upalnego weekendu w połowie sierpnia i zielonej przestrzeni Parku Cytadeli w Poznaniu, w której odbyła się pierwsza edycja Bittersweet Festival organizowana przez Good Taste Production! Ambitny festiwalowy projekt zbudowany na nostalgicznych emocjach, starający się zapełnić sierpniową lukę po Fest Festivalu i stać się najpoważniejszym konkurentem dla Open'era. Czy te cele zostały spełnione? Czy jest w tej imprezie potencjał na przyszłość? Czy wybory programowe się wybroniły? Czy organizacyjnie został dowieziony? Czy zyskał już swoich oddanych fanów? Skupię się oczywiście na przywołaniu głównie koncertowych emocji, ale postaram się też przemycić odpowiedzi na te pytania i przywołać festiwalową atmosferę tego wydarzenia. Czekaliście i tak zdecydowanie już za długo (co prawda moje wrażenia na gorąco pojawiały się na social mediach w dość, jak na mnie, obszernych formach i tu biję się w pierś, iż nie zdołałem ich  przekuć w szybką, pełnowymiarową relację, ale cały czas inne priorytety pojawiały się na moim horyzoncie i odciągały mnie od tego zadania), więc zapraszam do mego wehikułu czasu!  

Czwartek, 14.08



Pierwsze wrażenia? Sprawna wymiana karnetu na opaskę, kolorowa festiwalowa brama, za którą stety niestety, by dotrzeć do Parku Cytadel, trzeba było wspiąć się po schodach, sprawna kontrola bezpieczeństwa i w witamy w festiwalowym raju! No dobra, z tym rajem to mnie poniosło, ale niewątpliwie teren Festu w pierwszym momencie budził raczej pozytywne wrażenia. Barwny, scenograficznie i wizualnie przemyślany, urokliwie zlokalizowany, na każdym kroku starający się być przystępny dla uczestnika. Nie da się ukryć, że dominował trochę tu vibe Fest Festivalu: mnóstwo dodatkowych światełek po zmroku, instagramowych spotów, nastawienie na imprezowy tryb festiwalowy, spora ilość – niestety hałaśliwych – stref sponsorskich... Te ostatnie z mojej perspektywy na tyłach terenu głównej sceny w ilości nieco przytłaczającej, ale z drugiej strony trzeba oddać, że organizatorzy zadbali również o wiele miejsc na złapanie wytchnienia. Początkowo też wydawało mi się, że jest zbyt mało foodtracków, ale z czasem odkryłem, że warto zbaczać z głównych alejek, by odkryć więcej z oferty gastro i trafić na dodatkowe atrakcje (choćby słabo promowane silent disco). Teren niemniej jednak był nieco mniej imponujący od Parku Śląskiego i w szczytowych momentach w kluczowych przejściach tworzyły się zatory. Szczególnie newralgicznym punktem było przejście spod Maina w stronę pozostałych scen po stosunkowo wąskich schodach – momentami zajmowało to dobrych kilka minut (z czasem decydowałem się na odwrót do niemal wyjścia i przejście okrężną ścieżką – taki life-hack na przyszłe edycje). No to tak z grubsza, a do pewnych może jeszcze charakterystycznych cech festiwalu może odwołam się jeszcze w trakcie dalszego tekstu. Przejdźmy już do tych stricte koncertowych emocji. I tu od razu przyznaję, że po tym pierwszym dniu opuszczałem teren festiwalu bez większego ładunku ekscytacji. 

Panowie z zespołu Tempesst na drugiej co do wielkości plenerowej scenie Enea Stage ze swoim slowly alt-rockowym repertuarem wpisali się nieco w leniwe, słoneczne popołudnie, ale niekoniecznie mnie porwali. Studyjnie wyczuwałem tu większy potencjał w ich twórczości (coś jakby zmieszać Arctic Monkeys z Tame Impala), którego jednak nie zdołali według mnie wykrzesać na deskach sceny. Nie był to zły występ, ot solidnie zaprezentowany, według podręcznikowych standardów gitarowego grania, ale kompletnie nie czułem tu charyzmatycznego potencjału na przyszłość. Właściwie spoczywa on na dnie mojej pamięci. No trudno tu mówić o porywającym starcie festiwalu.
 
 
Godzinę później na tej  samej scenie przy powoli chowającym się słońcu za drzewami imprezę rozkręcała swoim DJ setem Melanie C. Zapodała standardowy przekrój sprawdzonych tanecznych, festiwalowych banerów od m.in. Madonny, Abby, Charli XCX, Justice, Yeah Yeah Yeahs, Empire of the Sun, czy też oczywiście Spice Girls. Tłumnie zgromadzona publika, nader roztańczona w słonecznym (trafił się najcieplejszy weekend tego lata!) festiwalowym klimacie, najwyraźniej jednak tego oczekiwała i potrzebowała. A i sama Melanie C zdawała się doskonale bawić przed konsoletą, euforycznie tańcząc. Ja tą radością nie zdołałem się w pełni zarazić, więc końcówkę seta odpuściłem i powędrowałem pod Bittersweet Stage, gdzie imprezowe tempo drum'n'basowymi rytmami podkręcał również didżejski set  Rudimental (awaryjnie w zastępstwie odwołanego z powodów zdrowotnych Rag'n'Bone Mana), od którego jednak dość szybko się odbiłem. Zdecydowanie jeśli już, to wolę ten projekt w wersji live. 
 
Pobłądziłem więc trochę po terenie festiwalu i zahaczyłem o występy Marcina Maseckiego & Boleros w dość skromnym i jedynym takim festiwalowym namiocie Eventim Stage (tu miały miejsce panele dyskusyjne, występy teatralne, czy też właśnie takie "antyfestiwalowe" koncerty w opozycji do dominującego muzycznego vibe'u na tej imprezie) i Wiktora Dyduły na malutkiej, ledwo zauważalnej scenie Next Fest Stage. Trudno tu z tych kilkuminutowych spotkań wyciągać jakieś wnioski. Ot, zbijałem tylko czas.   
 
 
W międzyczasie dotarło powiadomienie o przesunięcie koncertu Two Feeta o 15 minut, które ostatecznie rozwiązało mój dylemat dnia i z bólem serca, ale postanowiłem poświęcić występ tego amerykańskiego artysty (rok wcześniej zdołał mnie uwieść na Open'erze) na pełnowymiarowe spotkanie z...

Natashą Bedingfield! Czy to była dobra decyzja? Tu mam mieszane uczucia. Początek jej występu jednak był obiecujący. Utwory "Love Like This" i "Pocketful of Sunshine" emanowały przebojowością i dały tej 43-letniej angielskiej piosenkarce sporo przestrzeni do prezentacji swoich okazałych wokalnych możliwości, nawet jeśli odnosiłem wrażenie, że dźwiękowcy nie ułatwiali jej zadania. Natasha zachwycała jednak nie tylko wokalem, ale także sceniczną energią godną nastoletniego wieku. Uwagę zwracał też jej bardzo zmysłowy ubiór – czarny, półprzezroczysty koronkowy kostium z długimi rękawami i nogawkami oraz również czarny top i szorty z delikatnym połyskiem. Podczas jednak środkowej części występu artystka z marnym skutkiem ze studzienki swojej twórczości próbowała wyłowić absorbujące emocjonalnie i angażujące ciało kompozycje. Dynamikę koncertu ratowała długimi fragmentami, a wręcz całymi wykonami coverów. Wybory owszem całkiem ciekawe – "Lose Yourself" Eminema, "Birds of a Feather" Billie Eilish, moje kochane "Politik" Coldplay (jednak ta wersja do oryginału nie miała podjazdu), czy też najbardziej efektowne "Zombie" The Cranberries – ale jednak budziły u mnie mieszane uczucia. Na szczęście końcówka oddała. Wiadomo – wszyscy czekali na ikoniczne "Unwritten"! No i generalnie dla przeżycia i wyśpiewania z odkręconym na full gardłem tego przeboju było warto zjawić się pod sceną. Publiczność wytrysnęła w tym momencie czystą euforią i ten chóralny śpiew wzbudził autentyczne ciarki! No i właśnie przebojów o takim potencjale w dorobku Natashy jednak brakuje. Niemniej finałowe "These Words" w bardziej tanecznej, remixowej wersji zdołało jeszcze przez chwilę podtrzymać w nas ekstatyczne uniesienia. Solidny koncert ze świetnymi momentami wzbudzania zbiorowej radości.   


Postanowiłem już okupować dobre miejsce pod boczną barierką tuż za wybiegiem na najbardziej wyczekiwany tego wieczoru headlinerski występ... 

Nelly Furtado! Opus magnum zakupu karnetu na ten festiwal okazało się w smaku iście słodko-gorzkie. Kanadyjska piosenkarka dotarła ze swoim repertuarem best of do Polski po piętnastu latach od ostatniego występu w ramach Orange Warsaw Festival i dla wielu millenialsów, w tym mnie, była to niepowtarzalna szansa na spełnienie nastoletniego marzenia. I z jednej strony oczywiście zalewały mnie kolejne fale muzycznej nostalgii pod wypływem niekwestionowanych przebojów, ale z drugiej – czuć i słychać było, że to nie jest najlepszy dzień i forma samej Nelly. Znamienne już było 15-minutowe spóźnienie, a potem w trakcie występu tej sympatycznej artystce zdarzało się nie trafiać czysto wokalnie. Prawdopodobnie zmagała się z jakimś przeziębieniem, choć przy wykonywanym na początku niestety bez polotu "Give It to Me" też widocznie walczyła z odsłuchami. Niemniej mimo wszelkich przeciwności tego wieczoru, starała się z całym świetnym zespołem i tancerzami dowieźć to show. Uśmiech nie schodził z jej twarzy, nawiązywała kontakt z fanami, prowokowała do wokalnych wysiłków, które choćby w "Say It Right" w naszym wykonaniu z pewnością ją uskrzydlały. Z czasem Nelly rozgrzała swoje gardło i w drugiej połowie ten występ zmierzał już w kierunku tej popowej euforii, na którą czekałem, ale ostatecznie w ten ekstatyczny wymiar emocji mnie nie przeniosła. Oczywiście usłyszeć combo "All Good Things (Come to an End)" i niegdyś uwielbiane i katowane przeze mnie "Broken Strings" to była sprawa niebywała, choć jeszcze lepiej wypadło kultowe "I'm Like a Bird", które zostało przyjęte z niezwykłym zaangażowaniem i entuzjazmem publiczności. To był nawet taki moment przełomowy tego występu, w którym wreszcie dowierciliśmy się do źródła popowej radości. W tej drugiej części klimaty skręciły trochę w bardziej optymistyczne latynoskie kierunki ("Manos al aire", "Força", "Sexy movimiento"), w trakcie których Kanadyjka ku uciesze zagorzałych polskich fanów założyła na siebie białą koszulę z konturem mapy naszego kraju i napisem w środku "Nelly Furtado Poland". Całkiem nieźle wypadło też świeższe "Love Bites" z klubowym rytmem prowokującym do tańca i skakania, ale apogeum szaleństwa i stanu gorączki wśród publiki przypadło na finałowe, kozackie wykonania hitów "Promiscuous" i "Maneater"! Podczas tego pierwszego Nelly pozwoliła sobie na zejście z wybiegu i spacer przy barierkach, tuż obok mnie podpisała płytę, pozowała do zdjęć, zbijała piąteczki. No nie można jej było odmówić zaangażowania w ten występ! Efektownie wypadło "Meneater" w połączeniu w końcówce z brzmieniem "Satisfaction" Benny Benassiego i wystrzałami pirotechnicznych słupów ognia. Nastąpiło niemalże rave'owe wyzwolenie tanecznych emocji, które podniosło i tak już tropikalną temperaturę tej nocy!      
 
To był koncert, przy którym naprawdę miałem ochotę zanurzyć się głęboko w nostalgii i dobrze się bawić i takowe momenty następowały, ale generalnie czułem, że częściej oszukuję sam siebie. Osobiście miałem też nieco inny problem, gdy wciąż w pamięci unosiły się świeże wrażenia po fantastycznym show Chappell Roan na Way Out West, gdzie popowe, wszechogarniające flow zostało wyniesione na kosmiczny poziom i tak wysoko zawieszonej poprzeczki Nelly Furtado nie zdołała przeskoczyć. Niemniej częściowo moje nastoletnie sny zostały spełnione.   
 

Jeśli komuś jeszcze brakowało tanecznych uniesień, to mógł rozbujać się przy secie Duke'a Dumonta na Enea Stage. Chętnych nie brakowało, ale ja nie poczułem tego vibe'u. No ten pierwszy dzień okazał się nieco rozczarowujący, ale na szczęście piątek przyniósł już zgoła inne emocje... 


Piątek, 15.0

 
Piątkowe, znów upalne, festiwalowe popołudnie upłynęło mi na wędrowaniu między Enea Stage a Next Fest Stage i zaliczyłem same miłe odkrycia. 
 
Dużo pozytywnej energii i słonecznego psych-popowego ciepełka z nutką intymnej wrażliwości wlał w serducho brytyjski kumpel Dodie i Orli Gartland – Martin Luke Brown, rewelacyjny i wybuchowy ładunek buntowniczej pop-rockowej energii połączonej ze szczerymi i emocjonalnymi tekstami oraz chwytliwymi refrenami dowiozła niezwykle charyzmatyczna, urodzona w Egipcie, ale mieszkająca od ósmego roku życia w Manchesterze Nxdia (idealnie trafiła w me gusta i czuję, że będzie o niej głośno, zresztą pod barierką zagorzałych fanów nie brakowało, a jej jesienne klubowe koncerty w Warszawie i Katowicach zostały szybko wyprzedane), francuskie trio Roszalie nawiązało do najlepszych rodzimych tradycji muzyki elektronicznej i porwało do tanecznych podrygów eleganckim, narkotycznym połączeniem pulsującej żywej perkusji z syntezatorami, gitarą i okazjonalnym śpiewem – przy odrobinie szczęścia mają szansę wypłynąć na szerokie festiwalowe wody, a urodzona w Birmingham Rubii przeniosła mnie w stan chilloutu swoim łagodnym wokalem i rapowanymi nawijkami finezyjnie połączonymi z neo-soulowymi, R&B bitami i żywym saksofonem. Wszystkie te koncerty (ze szczególnym wskazaniem na Nxdię i Roszalie) skutecznie ładowały moje życiowe baterie. Wpadłem w odpowiedni stan festiwalowego rytmu i byłem w pełni rozgrzany na highlighty piątku, które po zapadnięciu zmroku rozegrały się na głównej scenie. 
 
 
W pierwszej kolejności na Bittersweet Stage kosmiczny spektakl zaprezentował australijski duet Empire of the Sun! A właściwie połowa tego duetu, gdyż Nick Littlemore zrezygnował z udziału w trasie, ale ciężar lidera znakomicie wziął na siebie Luke Steele, który emanował charyzmą szamana nurtu futurystycznej mieszanki indie, synth, electro, alt popu. Wraz z całym zespołem dostarczył nam euforyczne widowisko! W swej stylistyce retrofuturystycznej, nieco inspirowanej japońską kulturą, wręcz kampowe i przekraczające wszelkie granice wyobraźni. Co tu się nie działo! Przedziwne stroje, psychodeliczne wizualizacje, teatralne inscenizacje, a w pewnym momencie nawet tańczył dla nas przybysz z kosmosu, który przypominał... obieranego kartofla. Czyste szaleństwo podzielone na kilka aktów! Najważniejsze jednak, że pod tymi warstwami teatralno-wizualnymi nie zagubiły się świetnie, perfekcyjnie i żywiołowo odgrywane kompozycje o tanecznym sznycie, które porywały do zakręcenia nóżką i wspólnego skakania. Sceniczny egzamin zdawały nowe kompozycje, ale oczywiście najbardziej publiczność pobudzały największe, nostalgiczne przeboje Empire of the Sun na czele z "We Are The People", "High and Low", "Walking on a Dream", "Alive" – no sztosy! Przed całkowitym zatraceniem się w ten wszechogarniający radością koncert wstrzymywała mnie tylko niezwykle upalna i duszna aura. Niemniej to było znakomite barwne show idealnie skrojone pod wyzwalanie festiwalowej, beztroskiej euforii. Wydawało mi się, że Luke Steele tego dnia pozamiatał, ale niespodziewanie...
 
 
Szczerze zachwycił mnie Post Malone! Twórczość Posty'ego omijałem raczej szerokim łukiem, choć nie powiem, zaskoczył mnie świetnym koncertem online w hołdzie dla Nirvany w 2020 roku, a w ostatnim czasie zaintrygował zwrotem w kierunku stylistyki country. Niemniej po obejrzeniu streamu z jego headlinerskiego show podczas tegorocznej Coachelli miałem mieszane uczucia i byłem sceptycznie nastawiony przed tym występem w Poznaniu, a tu taka niespodzianka! Otrzymaliśmy widowiskowe i szczere muzyczne emocje godne headlinera, ciągnącego w pierwszej linii ten line-upowy zaprzęg! Od samego początku zachwycała efektowna oprawa wizualna i scenograficzna, przenosząca nas w głąb Ameryki. Efekty "wow" podbijały zaś liczne pirotechniczne bajery. Produkcja iście hollywoodzka. Ale przede wszystkim ten koncert bronił się muzycznie. Amerykańskiemu artyście towarzyszył znakomity, kilkuosobowy live band, który zgrabnie łączył melodyjne, ocierające się momentami o popowe uniesienia country melodie ze złagodzonym rapowym vibe'em. Takie kompozycje jak "Better Now", "Wrong Ones", "I Fall Apart", "Losers", radiowe "Circles", "Pour Me a Drinke", "Rockstar", "Sunflower", "Congratulations" pięknie i przestrzennie niosły się po terenie Parku Cytadeli, porywając tłum do żywiołowych reakcji i dostarczając nam szczyptę wzruszeń i momentów czystego delektowania się muzyką.    
 
Doprawdy nie sądziłem, że muza Posty'ego i jego fenomenalny, chropowaty wokal (bez zbędnego auto-tune'a, a jeśli już to w śladowych ilościach) zdoła dotknąć tak głęboko osadzonych emocjonalnych zakamarków w mej duszy. A przy tym bohater wieczoru emanował taką niesamowitą i nieustannie posyłaną w stronę publiczności wdzięcznością. Z założoną koszulką z biało-czerwoną flagą i napisem "Poland" większość koncertu spędził na wybiegu, często schodził do fanów, częstował alkoholem, rzucił paczkę papierosów w tłum (tych sam wypalił niezliczoną ilość), ekstatycznie tańczył, wygłaszał płomienne, coachingowe przemowy… I nie czułem w tym zaplanowanej kokieterii! Gość po prostu sprawiał wrażenie, jakby dostał od życia drugą szansę i nawrócił się duchowo! Cieszył się chwilą w sposób niezwykle zaraźliwy. Aż nabrałem nawet ochoty Posty'ego przytulić za to perfekcyjne i autentyczne show, które chłonąłem z niemałym podziwem! Takie country-popowe wcielenie Post Malone'a po prostu niezwykle mi siadło! Choć zapewne część fanów mogła poczuć się tą przemianą swojego ulubionego artysty nieco zdezorientowana. Dla mnie sztos! 
 
 
Podbudowany pozytywną koncertową energią, która zmyła mieszane wrażenia z piątku, postanowiłem jeszcze na finał potańczyć przy secie japońskiego DJ-a Yousuke Yukimatsu. Temperamentnym i zacnym! Za wplątywanie choćby Freda Againa.., czy Romy propsy! Nieprzypadkowo ten producent zyskuje w ostatnim czasie na popularności.  
 
Krótko: rewelacyjny festiwalowy piątek!  

Sobota, 16.08


Ostatni festiwalowy dzień na Bittersweet rozpocząłem dość późno, bo dopiero od koncertu...
 
Hurts na Mainie! No i jakże mnie ten występ urzekł! Brytyjski duet, a właściwie jego połowa, bo obecnie na scenie reprezentowany jest tylko przez charyzmatycznego Theo Hutchcrafta, absolutnie chwytał za serce nostalgicznymi balladami i, ku memu zaskoczeniu, także porywał do żywiołowych reakcji sporą porcją dynamicznych synth-popowych kompozycji. A do tej pory nosiłem w sobie jakieś wyobrażenie, że Hurts to zespół tylko od smutasów. No to tu się totalnie zaskoczyłem, bo nie brakowało momentów, gdy publiczność bywała pobudzana do żarliwych oklasków i nawet porywała się do tanecznego podrygiwania i wyskakania emocji choćby za sprawą takich kawałków jak dynamiczne "Some Kind of Heaven", wibrujące "Ready to Go", uderzające ścianą dźwięku "Rolling Stone", "Voices", "Sunday", pulsujące klubowym rytmem i oszałamiającym euforycznym refrenem "Nothing Will Be Bigger Than Us", które zostało poprawione EDM-owym "Under Control" ze współpracy z Calvinem Harrisem. We współpracy z cudnie zachodzącym słońcem Hurts również roztapiali serduszko w koncertowej rozkoszy i melancholii "Miracle", wzruszającego "Somebody to Die For", czy też oczywistych najbardziej rozpoznawalnych "Wonderful Life" i zagranego na finał "Stay"! No niesamowicie chwycił mnie ten koncert za serduszko i wywoływał przyjemne skurcze! 
 
Do tej pory jakoś moje ścieżki nie zbiegały się z twórczością Hurts i tym pięknym występem Theo z całym zespołem przekonał mnie, że to był błąd. Moje pierwsze koncertowe spotkanie z nimi zaliczam do zdecydowanie więcej niż udanych. 

 

Ostatnie zdanie mogę również przypisać do wrażeń z koncertu szwedzkich wariatów z Viagra Boys. Takich gitarowych petard brakowało na tym festiwalu, ale też trzeba uczciwie powiedzieć, że postpunkowe brzmienia nie były wyczekiwane przez target uczestników tej imprezy. Niemniej pod sceną zebrała się grupa fanów, która niosła ten występ na swoich barkach bezkompromisową zabawą w pogo. Zaś sami Szwedzi na czele z wytatuowanym, wyluzowanym frontmanem Sebastianem Murphym nie czuli się zrażeni puchami pod sceną i grali bez pardonu, bez litości i z pełnym zaangażowaniem. Co prawda sam osobiście nie odpaliłem się na miarę zyskanego miana blogera pogera, ale tu po prostu mam ten sam case, co z Idles – ja po prostu twórczości Viagry nie słucham w warunkach domowych i to nie są do końca te postpunkowe emocje, których poszukuje moje serducho, ale nie zmienia to faktu, że rock'n'rollowo i tak momentami potańczyłem zdrowo, a i same szaleństwa fanów obserwowałem z szerokim uśmiechem na twarzy. Viagra Boys dowieźli surowe, hałaśliwe, chaotyczne i sejsmiczne gitarowe show, na jakie Bittersweet (nie)zasługiwał! 


Headlinerski koncert Taco Hemingwaya dla mnie bez historii. Odegrany w całości "Trójkąt Warszawski", gościnnie Bedoes, popisy tancerzy, "Nostalgia" na bicie – później też odśpiewanym fragmencie – "Bird Of A Feather" Billie Eilish i tyle z ciekawostek. U mnie zero pobudzonych emocji, bo szczerze do twórczości Filipa Szcześniak nigdy nie poczułem jakieś silniejszej więzi. To po prostu nie są moje historie, więc nie będę tu się wysilał na ocenę tego występu.


Na finał festiwalu oczywiście już tylko elektroniczne propozycje. O dziwo świetnie się bawiłem na Peggy Gou. Może to była po prostu kwestia chłodniejszego wieczoru od poprzednich (a głupi ja nie zabrałem ze sobą bluzy), który prowokował mnie do rozgrzewania ciała, ale niemniej wkręciłem się w ten klubowy vibe i przepadłem w serwowanych house'owych, transowych rytmach. Choć nie mogłem uciec od wrażenia, że bardziej mieliśmy tu do czynienia z dj setem (brakowało autorskich bangerów), a i psychodeliczne wizualizacje w tle stały się z czasem nieco męczące. Niemniej co potańczyłem, to moje! 


Świetne wrażenie pozostawił po sobie też zamykający festiwal na Enea Stage Apashe, który łączył elektronikę z żywą, kilkuosobową sekcją dętą. Wykręcał swój set w różnorodne stylistyczne strony, od tych bardziej klubowych, po dubstep, kinematograficzny klimat i rozmach, a nawet hip-hopowe fragmenty (także z gościnnym udziałem rapera). Ocierało się to momentami o epickie, a co najmniej intrygujące doświadczenia. Choć czasami dyskutowałem ze sobą wewnętrznie, czy nie był to lekki przerost formy nad treścią. Niemniej jako koncert zamknięcia festiwalu – widowiskowy! 


Podsumowanie 

 
Czy pierwsza edycja Bittersweet Festival zdała egzamin? Miejsce urokliwie, pogoda dopisała idealnie, organizacja sprawna, a pod względem muzycznego programu było mniej lub bardziej ekscytująco, z momentami, które zostaną w pamięci na dłużej – z pewnością został wylany twardy fundament pod przyszłość. I to widzimy już w tym momencie po pierwszych ogłoszeniach na tegoroczną edycję. Gorillaz i Lorde jednego dnia? Szok. Twenty One Pilots? Grubo. Tom Odell, Parcels, Faithless, Major Lazer, Rita Ora, Paul Kalkbrenner, Chet Faker, Meute, Becky Hill, Charlotte Cardin, Ashnikko, Alok – doprawdy ten skład, jak na dopiero drugą edycję, wygląda imponująco. A przecież jeszcze nie wszystkie karty, włącznie z trzecim headlinerem, zostały odkryte. Organizatorzy wydają się być totalnie pewni swej festiwalowej wizji i misji. Sam podczas tego zeszłorocznego weekendu doceniałem ogrom pracy i serducho włożone w to wydarzenie. Jak to z pierwszymi razami – nie wszystko jeszcze było doskonałe i idealnie dopracowane, ale rysował nam się obraz festiwalu z potencjałem, który swoim podejściem marketingowym tworzy wokół siebie grono oddanych i zaangażowanych wielbicieli. Tuż po zakończeniu imprezy w zeszłym roku podkreślałem, że ten tutejszy "festfestowy" vibe to nie do końca moje klimaty i kluczowe dla moich przyszłych obecności w tym miejscu będą line-upowe wybory organizatorów. No i w tym momencie naprawdę jestem pozytywnie podbudowany kierunkiem festiwalu i gdyby tylko ta tegoroczna edycja nie pokrywała się z zaprzyjaźnionym Way Out West, którego line-up wyrasta na mojego faworyta tego sezonu, to z pewnością ponownie zameldowałbym się na Bittersweet. 


Fotorelacja

 
Sylwester Zarębski
Podróże Muzyczne
18.03.2026


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.