Podróże Muzyczne relacjonują: Sprints w Warszawie, VooDoo Club, 20.03.2026!

/
0 Comments
Podróże Muzyczne relacjonują: Sprints w Warszawie, VooDoo Club, 20.03.2026!

Podróże Muzyczne relacjonują: Sprints w Warszawie, VooDoo Club, 20.03.2026! 



Uwielbiam współczesną irlandzką scenę muzyczną, która od kilku lat dostarcza nam mnóstwo młodych, ekscytujących, gniewnych, gitarowych zespołów. Na początku 2024 roku do mych faworytów z tego rejonu świata (na szczycie niezmiennie od lat Fontaines D.C., gdyby ktoś pytał) szturmem wtargnął dubliński zespół Sprints swoim wstrząsającym debiutanckim albumem "Letter to Self"! To był nokaut! Kapitalny miks między innymi garażowego rocka, noise-punka, grunge'u, post-punka podany w bardzo gotyckim, dusznym klimacie – niby nic odkrywczego, ale czuć było w tym materiale i zespole tyle euforycznego i emocjonalnego zaangażowania (porażająca wokalna furia Karli Chubb!), iż za każdym razem to dzieło wywoływało u mnie porywcze, katartyczne uniesienia i dosłownie eksplodowało w słuchawkach. Kilka miesięcy później Sprints utwierdzili mnie w przekonaniu, że obcuję z jednym z najbardziej brawurowych gitarowych debiutów od lat, swoim kapitalnym i żywiołowym koncertem podczas Inside Seaside. Mimo intensywnych tras i dokonanej w międzyczasie roszady w składzie (odszedł gitarzysta-założyciel Colm O'Relly, zastąpiony przez Zaca Stephensona) pozostali na rozpędzonym kursie i postanowili w zeszłym roku zadać błyskawiczny drugi cios w postaci albumu "All That Is Over". Mimo nieco zniuansowanego brzmienia, momentami bardziej powściągliwego – wciąż ten materiał kipiał od obłąkanego, namacalnego, oczyszczającego gitarowego gniewu. Irlandzka grupa w swym – nomen omen – sprincie w stronę gitarowej czołówki nie zatrzymała się i ruszyła w kolejną koncertową trasę, docierając na szczęście także ponownie do naszego kraju. Pierwszego headline show dla polskiej publiczności w warszawskim Voodoo Club wprost nie mogłem przegapić! I cóż to był za szalony wieczór!
 

Sprints w ciasnych czterech ścianach jednej z dwóch scen VooDoo Club wygenerowali tajfun rockowego szaleństwa! Odprawili nad nami hałaśliwy i niezwykle brutalny postpunkowy, garage rockowy egzorcyzm, który powiódł wielu z obecnych do obłąkanej zabawy w pogo! I ja również zatraciłem się w tym fenomenalnym koncercie całym sobą! Co prawda po wejściu do tej niewielkiej koncertowej sali z nisko zawieszonym sufitem, nieokupowane przez nikogo barierki zadziałały na mnie jak magnes i uznałem, iż  pierwszy kawałek – według poprzednich setlist – "Something's Gonna Happen" mogę poświęcić na ten bliższy kontakt z zespołem, cyknięcie kilku fotek do relacji, a później wycofam się w tłum. A tu zaskoczenie! Karla Chubb z chłopakami z zespołu – Zac Stephenson na gitarze, Jack Callan za bębnami i nieznany mi z imienia i nazwiska basista, który godnie zastąpił nieobecnego na trasie Sama McCanna – postanowili w Warszawie nieco zamieszać w setliście i bezpardonowo rozpoczęli ten występ od... piekielnie mocnego "Descartes" z ostatniego albumu! Tu nie było miękkiej gry wstępnej. Od razu zostaliśmy rzuceni w wir ostrych riffów, łomoczącej perkusji, mięsistego basu i wokalu przesiąkniętego punkowym gniewem. Oszołomiło mnie! Totalnie nieregulaminowy wymierzony cios na ringu przed gongiem. Moje zamroczenie pod barierką pogłębiła jeszcze natarczywa wersja samodzielnego singla "Feast". Otrząsnąłem się przy narastającym napięciu kawałka "Beg". Wycofałem się kilka kroków w tył i wpadłem w rozkręcane pogo! W epicentrum publiczności zawrzało jak w ulu pełnym rozjuszonych os. Ludzie kotłowali się, wpadali na siebie i odbijali, niesieni dziką, niekontrolowaną siłą! Kilka chwil później wziąłem na siebie ciężar pogowego wodzireja i ustawiałem pierwsze tego wieczoru kółeczko... 
 
 
Prawdziwą królową tego nieokiełznanego ula była jednak oczywiście Karla Chubb, która swoją ekspresyjną dzikością i nieustępliwą charyzmą zarażała nas i prowokowała do nieustannego zwiększania intensywności szaleństwa. Wykrzykiwane przez nią wersy "Shadow of a Doubt" z debiutanckiego krążka wybrzmiewały niczym wezwania do stawienia się w pierwszej linii muru tarcz przed brutalną średniowieczną bitwą. Z delikatnie łagodniejszymi gitarowymi porywami i zatopionymi w mrocznych odcieniach emocjami "Coming Alive" trzymało jeszcze przy życiu, ale już "Literary Mind", szczególnie w elektryzującej końcówce, wiodło mnie do bojowych krzyków, których nie powstydziliby się najwięksi wikingowie. Do wspólnego rytmicznego podskakiwania zachęcało zawadiackie, najbardziej indie-rockowe tego wieczoru "How Does the Story Go?" z EP-ki "A Modern Job". Nasze głosy zaś podążały chóralną siłą za niezwykle chwytliwym gitarowym riffem tego kawałka. Dopiero w środku tego seta Sprints sięgnęli po wspomniane już "Something's Gonna Happen" – na rozgrzaną publiczność ten numer zadziałał jak czerwona płachta na byka. Staranowani zaś zostaliśmy potężną kompozycją "Heavy"! W ślad za wykrzykiwanym wersem It goes one, two, three, it goes one, two, three podążały odliczające do trzech place dłoni, a przy powtarzanym jak mantra Do you ever feel like the room is heavy? iście odczuwało się, że ściany kurczą się, a sufit opada jeszcze niżej... Tylko wygenerowanie rozpierającej energii mogło nas w tamtej chwili uratować i tak też się zadziało! Przy dusznym i zmiatającym wszelkie pajęczyny w klubie"Cathedral" osobom stojącym z boku pozostało tylko modlić się za tych, którzy oddali się szatańskiej zabawie. 
 

Dopiero jednak od opartego na narastającym napięciu kawałka "Up and Comer" w VooDoo Club zaczęły się dziać sytuacje z gatunku legendarnych. Najpierw Karla zachęciła nas do utworzenia największego tego wieczoru mosh-pitu i prowokowała większą ilość dziewczyn do zabawy w pogo. No nie dane mi było jednak złapać oddechu po wcześniejszych harcach, gdyż błyskawicznie kobieca dłoń wciągnęła mnie w bieg w kółeczku. Moja kondycyjna forma na szczęście tego dnia dopisywała i chwilę później przy gitarowym crescendzie z całą gromadą wariatów wpadliśmy w niekontrolowanym chaosie na siebie niczym uliczne śmieci targane przez huragan! Jeszcze większą agresywną energią pulsowaliśmy przy atomowych eksplozjach gitar w trakcie "Pieces". Siła rażenia tego numeru była tak potężna, iż zburzyła ostatnie mury, oddzielające zespół od publiczności. Karla zeskoczyła z gitarą pod barierkę, a panowie z gitarami w dłoniach wdrapywali się na odsłuchy na skraju sceny. W końcu w trakcie wykonywania w obłąkanym tempie piosenki "Need" frontmanka Sprints zdecydowała się wkroczyć w środek tłumu. Podczas wyciszonego fragmentu kucnęliśmy wraz z nią na podłodze, kilka osób dostąpiło szansy na wypowiedzenie słowa Hello przez mikrofon, a następnie rzuciliśmy się w kolejny wir pogowego szaleństwa! Aż Karla zagubiła swój mikrofon! To nie był koniec jej wojaży w tłumie. Podczas agresywnej, punk-rockowej, muskularnej wersji piosenki "Deceptacon" zespołu La Tigre Karla powędrowała na tył sali, wspięła się na jakieś podwyższenie, zaprosiła nas do ściśnięcia się wokół niej i następnie rzuciła się na uniesione w górę dłonie! Mam w tej zabawie już spore doświadczenie, bo niosłem niegdyś nad sobą Thomasa Marsa z Phoenix oraz Phobe Bridgers podczas koncertu Boygenius, więc niczym weteran, z pełną odpowiedzialnością i wspólnymi siłami przeniosłem Karlę przez dwie trzecie sali pod samą barierkę. 
 
 
Głęboki oddech udało się dopiero złapać przy piosence "Desire", która została poprzedzona długą polityczno-społeczną wypowiedzią Karli, zbierającą oklaski pełnego wsparcia. Sam utwór wyróżniał się tego wieczoru westernowskim klimatem oraz powoli pęczniejącą warstwą instrumentalną, która została rozpędzona do granic wytrzymałości gitarowych strun i naciągów perkusji. Wzniesiona ściana dźwięku przetoczyła się przez publiczność niczym gwałtowna lawina śnieżna. 
 
 
Ostatni pokaz swojej niepokornej energii Sprints zaprezentowali za sprawą swojej wciąż najpopularniejszej pod względem ilości odsłuchów kompozycji "Little Fix"! Co tu się nie działo podczas tego kawałka z wymierzonym punkowym komentarzem  w stronę branżowej mizoginii i presji narzucanej na kobiety. Ja już totalnie bawiłem się na skraju adrenaliny i amoku. Ostatkiem swojej świadomości ogarnąłem, że na scenie znalazł się polski fan, który przejął od Karli gitarę. Ta zaś uwolniona od tego instrumentu rzuciła w naszą stronę zaproszenie do wtargnięcia na scenę. I tutaj muszę się przyznać, że popełniłem chyba największą wtopę w historii swoich podróży. Przy tym generowanym hałasie i chaosie kompletnie nie dosłyszałem, że Chubb zaprosiła tylko dziewczyny. A ja już zaślepiony wizją zabawy na scenie z rozpędu rzuciłem się do przeskoczenia barierek niczym Armand Duplantis zawieszonej na rekordowej wysokości  poprzeczki w skoku o tyczce i nagle... Bach! Zostałem brutalnie sprowadzony na ziemię przez Karlę. Błyskawicznie ze zrozumieniem pojąłem, że panowie nie mają tego wieczoru wstępu na scenę <facepalm>. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ukorzyłem się i przeprosiłem za mój wybryk i sprawa została szybko wyjaśniona. Ba, Karla nawet dwa razy mnie przytuliła, doceniając, iż niosłem ją wcześniej pod scenę podczas jej crowdsurfingu. Zawiązała się tu nić pewnej znajomości. Wracając jednak do przebiegu "Little Fix"... No muszę oddać Karli, że przepiękna to była idea z zaproszeniem samych dziewczyn na scenę! Obraz inwazji dziewczyn na scenę – totalnie ikoniczny! A przy tym Karla jeszcze wspięła się na barierkę i po raz drugi rzuciła się ponad tłum, by popłynąć na fali rąk. Oczywiście byłem na posterunku!
 
 
 
Uff! Spodziewałem się konkretnego i potliwego koncertu, ale Sprints wstrząsnęli mą rock'n'rollową świadomością zdecydowanie mocniej niż zakładałem! Zwłaszcza ta druga połowa występu okryła się legendą i z pewnością będę często do niej wracał wspomnieniami w kolejnych latach! To był przywilej zobaczyć ich w tak malutkiej przestrzeni klubowej, gdyż mityczna reputacja koncertowa, którą sami o sobie piszą, powinna wynieść ich wkrótce na zdecydowanie większe sceny! Tym bardziej cieszę się, że udało się złapać zespół po koncercie! Wymagało to jednak odrobiny cierpliwości i farta, gdyż zespół dość zaskakująco nie wyszedł z backstage'u, by spotkać się z fanami i podpisać płyty (dostępne były do kupienia sygnowane podpisami egzemplarze CD "Letter to Self" – na plus, że w tej samej cenie, co płyty niepodpisane). Po długich muzycznych pogaduchach z Podróżującymi Michałem i Kubą (dzięki za kolejne wspólne epickie pogowanie!) oraz poznanym Mariuszem – redaktorem naczelnym portalu SztukMix (na łamach którego znajdziecie rozmowę z basistą Sprints – polecajka) opuściliśmy klub raczej już pogodzeni z losem, ale ostatecznie jeszcze powędrowaliśmy w okolice tour busa i tam szczęście się do nas uśmiechnęło. Członkowie zespołu akurat wyszli na papierosa, ale przyjęli nas z otwartością. Rozweseleni i trzymani pokoncertową adrenaliną podpisali zakupione przez nas winyle i zapozowali do zdjęć. Rewelacja! Idealne zakończenie tego płomiennego i niezapomnianego wieczoru!     
 
 
PS Szkoda tylko, że jako jedyni na tej trasie nie mieliśmy okazji sprawdzić potencjału amsterdamskiego zespołu Marathon na supporcie. W ich miejscu wystąpił warszawski zespół Eli’s Ladder, który rozgrzewał nas dość oryginalnym brzmieniem z pogranicza gatunków emo midwest i nu-gaze. Nie do końca moja bajka, ale miało to swoje momenty.   
 
PS 2 Nagrania z tego koncertu znajdziecie na moim Instagramie!  
 

Fotorelacja



 
Sylwester Zarębski 
Podróże Muzyczne
25.03.2026 


Polecane

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.